Pokusa (Krasiński)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zygmunt Krasiński
Tytuł Pokusa
Pochodzenie Noc letnia (zbiór)
Wydawca Maulde i Renou
Data wydania 1841
Druk Maulde i Renou
Miejsce wyd. Paryż
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron






POKUSA

 
Ach! mętne krwią i łzami, pędzą życia fale
I na nurtach potoku słychać wieczne żale!
Z tyłu leżą przeszłości mgłą obwiane tonie,
Z przodu niebo dalekie krwawą łuną płonie;
A w około pływaczy, tak zimno i ciemno
Że każdy woła płynąc: «przekleństwo nademną.»



Matko po sześćkroć zabita, matko nieszczęśliwa, — jednym smugiem zielonym, łanem jednym kłosów ty pamięć obwiążesz i odtąd cierpieć, błądzić, kochać cię muszą syny twoje. — Za niemi grób od morza do morza, — przed niemi, gdziekolwiek idą, zachodzące słońce, a idących przeklinają mocarze i kupcy!

Wzrosłych na łonie śmierci niezrozumieją żyjący — pobledną twarze ludzkie przed wzrokiem upiorów — na odgłos ich stąpań płomień ognisk domowych pochyli się i głazy ogniska zamiecie, — matka ukryje dziecko, żona uprowadzi męża, by nie podał dłoni przechodniowi — gwiazda im tylko wieczorna, gwiazda grobów uśmiecha się w górze!
Wszak święte było milczenie borów sosnowych? — a kiedy wiatr się podniósł, wszak wołał nad waszemi głowy szmerem tajemniczym jak modły arcy-kapłana! — Boga waszego nie ma tu już nigdzie. — Tu szkielety z drewna, okute żelazem, podsycane parą, zaległy przestrzenie; — w powietrzu nie unoszą się orły, w zaroślach nie świegocą ptaki — rączego konia tu żaden z was nie osadzi na stepie i nie pojrzy z dumą, sam jeden śród świata!
Przechodząc więc i wy im odwdzięczajcie się wzgardą; — kiedy was zawiodą do miast bez świątyń i zamków, pod domy białe tynkiem, którym wygoda prócz zielonych okiennic skąpiła ozdoby, powiedzcie: «Umarli!»
Kiedy na brzegach morza staniecie śród Żydów, Ormianów i Greków, swarzących się o podłe zyski, a grzmot co huczy nad falą, niesłyszan przemija — «Umarli!»
Kiedy naokoło snuć się będą niewiasty, ciała ubrane w suknie, a polot ich sukien powiewem trącanych duchowniejszy niż dusza ich — «Umarli!»
Idźcie, płyńcie jak szum nietkniętych borów. — Świat was nie pozna, bo wy z trumien rodem — i zmartwychwstając po drodze rzucacie szmaty całunów — a on na spadzistościach — on w purpurze potęgi schodzi do trumny!

Noc letnia ornament1.jpg


I ujrzałem jakoby w cudowném widzeniu obraz zmieniający się jak długie życie, a znikomy jako dzień jeden co się pocznie rankiem a prędko pod cienie wieczoru zaleci.

Ranek był dziwnie przejrzysty, wolen chmury wszelakiéj. — Słońce wschodziło nad szeroką przestrzenią zieloności — przed domem na wzgórzu koń osiodłany rył murawę kopytem i rżał chwytając w nozdrza powiew z doliny. — Obok stał młody, ledwo że młody pan jego, z iskrą światła w oku równą dziennéj jasności, z jedną nogą na strzemieniu, z drugą jeszcze na miękkiéj domowéj murawie — z jedną ręką na grzywie szumiącéj, z drugą w dłoni człowieka z którym się żegnał, niewiedzieć na jak długo, jednak nie na zawsze.
I z serca ku sercu szły naprzemian jednego i drugiego słowa. Starszy, ten co stał i miał odejść pieszo, wzrok wbity trzymał w dalekie skały i bory za smugami zieloności. Tamten wzniesione miał oczy, całą pił błękit źrenic i głos jego brzmiał jak najpierwsze świeżej struny dźwięki. — Starszy przemawiał wolniéj i surowiéj, znać radził, przestrzegał i zaklinał — znać kochał mocno — znać wątpił nieco — a młodszy nie wątpił, przysiągł, rzucił się na szyję przyjaciela, wnet potém na siodło — i poleciał, poleciał jak potok z góry na dół, potém jak strzała po równinie. — Chmara sług sypnęła się z domu starożytnego i goni za Panem!
Wtedy pozostały ukląkł, i słyszałem to co mi wiatr przyniósł z jego modlitwy: «Ojcze niebieski! dozwól téj duszy rozkwitającéj nie zwiędnąć na ziemi — Nie wódź jéj na pokuszenie, wszelkiego poddaństwa ludzkiego, odsuń od niéj znamię — niechaj tobie służy tylko — Matce po sześćkroć zabitéj niechaj służy tylko!» —
Tu umilkł klęczący i zdał się głęboko rozpamiętywać, czy przeczuwać, czy téż modlić się wciąż jeszcze — aż ścisnął dłonie z sił wszystkich, i znów wiatr przyniósł mi słowa jego: «Ojcze niebieski! nie proszę cię za przyjacielem, byś mu osłodził mękę życia — on cierpieć musi jako wszyscy na świecie. — Jedno uskąp mu Panie, rumieńca wstydu i hańby słabości!» —
Po tych słowach ze wzgórza puścił się wędrowiec i szedł pieszo ku dalekim skałom, ku lasom czarniawym.  —
Znów razem zeszli się oba, konny i pieszy, o południu dnia tego samego, przed wielką bramą miasta. — Już skwar słońca wypalił ciemnawe ślady na młodszego czole, już rosa muraw wyschła na jego strzemionach i rdza połysk ich stali szpeciła, a koń przylatując zdaleka, stanął jakby znużony, choć żarem jeszcze pryskały mu oczy! — Pieszy siedział na głazie od stóp do głów siwy kurzawą. — Młodzieniec skoczył lekko na ziemię, rzucił mu się w objęcia i konia sługom oddał i wszedł bramą wielkiego miasta — wiodąc towarzysza ku pałacowi.  —
Spoczęli oba w jednéj z wnętrznych komnat pałacu. — Tam rozmawiali przyciszonym głosem, jakoby się lękali z za ścian ucha nieprzyjaciół. — Młodzieniec na perskim kobiercu rozciągnięty odwilżał usta w srebrnéj czarze. — Starszy nie dotknął się puharu kiedy mu go podawał przyjaciel, nie ścigał wzrokiem po stołach i ścianach kiedy mu ich kosztowności wskazywał przyjaciel. — Wstał nareście i wziąwszy młodzieńca za rękę, zawiódł go do okna. — Ztamtąd całe miasto widne i tłumy snującego się narodu. — Miasto ogromne, dziwnie jednostajne i wybielone; — naród dziwnie silny, jednostajny, w czarnéj odzieży. — Młodzieniec patrzał ciekawie; starszy wędrowiec westchnął i rzekł: «Kiedy was zaprowadzę do miast bez starych świątyń i zamków, powiedzcie: Umarli!»  —
Ale młodszy patrzał jeszcze ciekawiéj: przejeżdżały niewiasty, jaskrawe były barwy ich sukien; każdą dwa rumaki ciągnęły, a jeden z nich odrywał się w bok i pędził śnieżną zasłoną, gdyby żaglem rozpiętym otoczon. — Starszy wędrowiec westchnął i rzekł: «Kiedy na około snuć się będą ciała ubrane w suknie, a polot ich sukien duchowniejszy niż dusza ich, powiedzcie: «Umarli!»  —
Ale młodszy niezdawał się słyszeć słów przyjaciela. — Tymczasem na niebie zbierały się zewsząd ciężkie, spiekłe chmury. — Jakżeż ta godzina południa różną już od porannéj była! —
A śród narodu czarnego zaczęli snuć się ludzie, przed którymi naród głębokiemi chwiał się ukłony — kuse ich stroje, migocące złotem, przetkane barwistemi wstęgi. — Długi, chudy oręż przy ich boku — grube piór czuby na ich głowach; — głosem twardym wołając szli w potędze swojéj i uderzali dzieci pozostałe na drodze. — Jęły płakać dzieci, jął tłum się cofać i uciekać; oni jedni zostali na rynku, a coraz ich więcéj przybywało — i kłaniali sobie samym coraz grzeczniéj, coraz niżéj, aż Jeden konno nadjechał i wszyscy upadli twarzą na ziemię. — Snać ten Jeden był panem życia i śmierci! —
Wtedy rzekł pierwszy wędrowiec: «On już na spadzistościach — on w purpurze potęgi schodzi do trumny,» — Lecz młodzieniec wlepiwszy wzrok w jasne szaty jezdca, ich błyski pił całą źrenicą, tak jak niegdyś błękit niebios i niezdawał się słyszeć słów przyjaciela. — Dopiero kiedy ten drugi raz je powtórzył, zakrył on oczy dłonią i wyrzekł imie matki zabitéj, jakby wspomnienie dzieciństwa. — Starszy przyciskając go do piersi: «nie patrz! nie patrz na nich» zawołał. — «Nigdy! nigdy!» odparł młodzieniec i zalany łzami rzucił się znowu na wschodnie kobierce. — I usłyszałem modlitwę odmówioną w duchu nad leżącym, przez odchodzącego wędrowca. — «Ojcze niebieski! o południu téj strasznéj próby, błagam cię za tym, którego ukochałem. — Ojcze niebieski! teraz już o cud proszę ciebie — Osłódź téj duszy walkę życia — uwolnij ją od pokus któremi inne otoczyłeś w tych miejscach, by nie upadła jak owi dawni, najpiękniejsi w twoich niebiesiech, strąceni za to, że zapragnęli potęgi!»  —

Sam teraz, sam jeden śród miasta wielkiego został młodzieniec i musiał się bratać z ludźmi napotkanymi. — Na niebie już w ołowianą blachę zlepiły się chmury. — Co chwila zmieniają się kształty ulic i komnat i osób, a on wszędzie pomiędzy niemi oko moje ciągnie za sobą — Niesłychane cierpienie zakrył on spokojnym liców pozorem. — Ciągle za nim wije się rój złych myśli, wzorem czarnych owadów — a po drugiéj stronie leci rój dobrych w błękitnawe iskry. — Pierwsze osiadają mu serce i toczą je krwawo, drugie krew spiekłą wypalą z serca i rany zabliźnią — lecz nowe, coraz głębsze powstają. — Wszędzie niebezpieczeństwo i wszędzie męczarnia — niema komu się zwierzyć, dzieciom i niewiastom nawet kłamać musi; uczy się kłamstwa jak arcydzieła sztuki, i posiadł je — i stał się panem spojrzeń, sztuki i łez i ruchów swoich, aż jasność równa dziennym promieniom znikła z jego źrenicy. — Boże! i same szaty jego stały się kłamstwem; zrzucił dawne w których latał po stepie, wziął na głowę czuby piór i chudy oręż przypasał do boku; tłum ją przed nim się cofać i koń go własny niepoznał gdy wchodził na podwórce pałacu swojego — pogłaskał mu grzywę, a on nie zarżał — chciał skoczyć nań jak dawniéj, a on dęba stanął. — Gniewem zdjęty pchnął więc konia szpadą; szlachetny rumak oderwał się od słupa, krwią bryzgnął i uciekł grzmiąc podków łoskotem. — Slad długi iskier bruk osypał za nim i zagasł w zmierzchu. — Ach! już była nadeszła zmierzchu godzina! —
Wtedy po trzeci raz w dniu owym, z przyjacielem spotkał się młodzieniec; — ujrzałem ich obu w kościele. — Ten kościół stał na ustroniu i krzyż na nim różny był od wszystkich innych zatkniętych na świątyniach miasta. — Ubogie ółtarze i stropy grubą powleczone żałobą, a trzy gromnice tylko paliły się śród szerokiéj ciemności. — Jedną z nich wziął do ręki pieszy wędrowiec i patrzał na przyjaciela pełnym żalu wzrokiem. — Tamten zrazu niemógł słowa wyrzec, bo zapomniał był słówmi głąb duszy objawiać; raz tylko krzyknął. — W tym krzyku cała ozwała się prawda — ducha niechcącego upaść powolne niszczenie! — I złożył głowę na ramię towarzyszowi i spuścił powieki jakby marząc, iż może uda mu się zasnąć na wieki w téj chwili! — Lecz towarzysz ocucił go i rzekł: «Za mną, za mną! byś sobie postać matki przypomniał.» — I poszedł przodem ku roztwartym drzwiom za wielkim ółtarzem. — Mroźny wicher buchał z podziemiów — gromnica przewodnika biła się z powiewem w długie iskry rozczochrana. — I szli oba długo bardzo, coraz niżéj zstępując do łona nocy, aż z ciasnego przejścia wydobyli się na głuche i niezmierzone obszary.
Ogniki nocne spadały czasem nakształt zlatujących gwiazd — czasem podnosiły się z dołu jak wschodzące księżyce. — W ich świetle snuły się długie cmentarze jeden po drugim, a na każdego bramie tlało srebrne imie Ludu, który na nim leżał zamordowany. — Po kościach i czaszkach przechodził młodzieniec i czytał napisy. — Zdawało mu się, że cienie umarłych pomykają się przed nim spłoszone i jęcząc uciekają daléj — aż zrósł się z nich tuman podobny do burzy, co chwila ogromniejszy, szumiący tysiącem smętnych pieśni rodzinnych. — Znać było jakoby migotanie szabel i przewiew sztandarów w powietrzu, — Łuny pożarów jak błyskawice rozlewały się w przestrzeniach i gasły na przemian, a coraz hyżéj i coraz daléj toczył się wir Duchów, aż nagle spuścił się na dół, rozsypał się jak zeschłe liście, przyległ do ziemi jak letnia kurzawa, wołając: «Ojcze niebieski! zmiłuj się nad nami!» — Wtedy zatrzymał się przewodnik i kląkł przed wniściem do otwartego grobu, na którym imie po sześćkroć zabitéj paliło się białym płomieniem; — a kiedy powstał, drżał od stóp do głów świętém przerażeniem zdjęty; a kiedy próg przestępował, zaczął płakać rzewnie! —
Smętne światło jesiennych pogód oświecało tamtejsze przestwory; — niby to wieczór już nadchodzi, a na wzgórzu łagodnie pochyłém leży trumna pod wysmukłą sosną; na jéj szczycie orzeł przeszyty w własnéj krwi uśpiony — a w trumnie postać z krzyżem na piersiach, z zasłoną na twarzy, z okowami na ręku, z koroną na czole. I wzgórzów takich sześć po sobie, przedzielonych zielonemi smugi, kędy krew płynie na wzór szemrzących ruczajów, kędy oręż połamany zielskiem zarasta; a na każdém wzgórzu taż sama trumna i postać taż sama, jedno coraz więcéj krwi, coraz na dłoniach leżącéj cięższe łańcuchy i światło jesienne co chwila bledsze; wreszcie u stóp ostatniéj wyżyny, zmarzłe sterczą krwi potoki, na sosny konarach wiszą sople lodu i miasto zasłony, śniegiem twarz umarłéj przykryta. — Tam gdy doszedł młodzieniec, padł czołem na grudę zimową i przeklął życie! —
Dalekie pozostałych cieniów u bram grobu słychać westchnienia, płacze; wreszcie zapytały: «Czy skonała już po sześćkroć przebita, czy nie powstanie już nigdy i nas biednych nie wywiedzie?» — Starszy wędrowiec nic nie odpowiedział, bo okiem miłości patrzał na towarzysza w téj chwili i dźwigał go z ziemi ramieniem. — Wtedy powstało narzekanie wszystkich dalekich pomarłych ludów i jednym krzykiem ogromnym ciszę śmierci zrzucili: «Ojcze niebieski! tyś zdradził nas! Tyś wydał nas piekłu bo Święta nasza skonała.» — Ale przewodnik odegrzmiał im z oddali: «Nie bluźńcie, bo Święta wasza oddycha jeszcze. — Widzę ją! śpi w trumnie ostatniéj na zamarzłém wzgórzu — za niém już niemasz siódmego, tylko jedno jest zmartwychwstanie.» — A ryk Duchów wołających opadł i przerzucił się w szmer cichy i słodki jak początek nadziei! —
Wtedy spostrzegł młodzieniec niedojrzane dotąd za trumną obszary. — Tam pałał blask jutrzenki na błękicie bez końca; ztamtąd było słychać szczęk, jeszcze nienarodzonych bitew i pieśń zwycięztwa. — Lecz zorza przez chwilę tylko jaśniała, chrzęst przez chwilę tylko dzwonił, milczenie i zmierzch i zimno wróciły. — Czas już odejść. — Oba wstąpili na wzgórze, pochylili czoła i usta na stopach postaci złożyli i z pod śniegu słabiuchny oddech ust jéj zasłyszeli. — Potem tąż samą widziałem jak wracali drogą, strasznemi wiążąc się przysięgi. —
A starszy żegnając młodszego u wnijścia do kościoła, rzekł dziwnie zaklinającym głosem: «Nie daj się uwieść tym, którzy chcą zgubić duszę twoją i wymazać imie twoje z rzędu słów zacnych na ziemi. — Pamiętaj że cokolwiek ujrzysz téj nocy jest piekieł złudzeniem.» — I położywszy dłonie na sercu młodzieńca: «Ojcze niebieski! zawołał, zlituj się nad nim i nademną; bo jeśli on téj okropnéj próby nie wytrzyma, ty wiesz, że ja sam jeden zostanę na świecie.» — Po tych słowach każden z nich różną poszedł drogą. —
Teraz już ciemna noc była w oném wielkiém mieście. — Mnogie po ulicach ruszały się tłumy, wszystkie w stronę jedną, kędy światło tysiącznych lamp wołało do zamku brzmiącego wrzawą muzyki i tańców. — Po wschodach miedzianych wiodących w górne komnaty, wspinają się młodzi i starzy, męże i niewiasty; wszyscy spiesznie, chciwie, jakby szli do nieba. — Powoli mijają godziny nocy, dłuższe niż wszystkie poprzedzające dnia tego a o którejś z nich ujrzałem młodzieńca na owych wschodach, z daleko starszą już twarzą, na któréj ślady przysiąg zręcznie się ukryły. — Cisnął się za nim orszak sług, rzucił im płaszcz swój i darł się wyżéj strojny i wspaniały, gość równy pysznym godom! — Lecz zaledwo wszedł i pojrzał na tysiące pląsające w tych miejscach, na przepych rozwieszonych łupów, na oręże pryśnięte i wprawione w sklepienia wzorem mozaiki, zbladł od gniewu i zgryzł wargi do krwi — ale tłumy lecące porwały go między siebie — tysiąc skrzypców, piszczałek i rogów, pijaném powietrzem oblały mu głowę, woń kadzideł wkradła mu się do mózgu, jedwabne kobierce lubieżnie łaskotały go w stopy, co chwila innéj barwy światło grało mu w oczach — aż znękany, upojony, siadł na uboczu i pochyliwszy skronie zamarzył się o licach niewieścich, o śnieżnéj dłoni jakiejś. — Wtedy usłyszałem, jak biła jedna, długa nocy godzina. —
Kiedy podniósł oczy, ujrzał przez rzęd roztwartych podwoi w dalekiéj świetlicy tron słonecznéj jasności, górujący po nad morzem ruchomém tancerzy, a na nim siedział Jedynowładzca życia i śmierci, pod wiązaniem z chorągwi. — Z jednéj, rozdartéj na szmaty, czasem kropla krwi padała, lecz nikt na nią nie zważał prócz młodzieńca! — Na ten widok, wszystką sił duszy odegnał wabiące mamidła i spojrzał wzrokiem czystym od pokus, tak jak w godzinie poranku. —
Wtem tłumy rozginać się zaczęły w prawo i na lewo — od tronu aż do młodzieńca wytknęła się szeroka ścieszka przez wszystkie komnaty. — I z tronu zstąpił Pan zamku i szedł zwolna jakby Bóg jaki śród padających na ziemię; — prosto szedł ku siedzeniu młodzieńca, na krok nie zboczył, zbliżał się coraz bardziéj, cudownie piękny i silny! — Tamten wstał i śmiało spojrzał mu w oczy — pan życia i śmierci nie zmarszczył brwi, owszem rzekł łudzącym głosem: «Chodź! przejdziem się razem — i dziwy ci zamku mojego pokażę» — a kiedy młodzieniec stał jak przykuty, on sam przystąpił, złożył pocałunek na jego czole i pociągnął za sobą. —
Z trumną matki wijącą się przed oczyma szedł młodzieniec a ramie jego drgało krwi kipiącéj biciem na twardém ramieniu mocarza, który srogim głosem grzmiąc ku rozstępującym się, dziwnie miłym i szlachetnym wciąż przemawiał do towarzysza. — Wspominał o przeszłości, wymówił nawet imie matki zabitéj bez wzdrygnienia, jakby jéj śmierć nie ciężyła na jego sumieniu; nie zdał się na chwilę powątpiéwać że znikła już z ziemi na zawsze i wskazał młodzieńcowi inną przyszłość ogromną, wyrytą w księgach przeznaczenia — nęcił ku niéj młode jego żądze, nieszczędził obietnic, a czasami udawał natchnienie gdyby prorok Boga. — Od twarzy jego urodziwéj jak twarz Antychrysta, ku ziemi wzrok odwrócił nieszczęsny młodzian. — Każde słowo kusiciela kroplą jadu padało mu na serce i z niéj robak się wylęgał. — Tak przeszli razem długi szereg komnat śród ludzi czołem bijących o malakity posadzek. —
Na drugim końcu zamku, nagle na rozkaz pana spiżowe bramy się rozwarły i tysiące podźwignąwszy głowę, chciwie po za ich progi spojrzały: «Oto skarbiec mój, rzekł mocarz, patrz i uwierz we mnie» — A młodzieńcowi się wydało że stoi na brzegu kopalni ciągnących się bez końca. — Blask bijący z ich jarów i urwisk pożerał źrenicę; — toczyły się tam potoki płynnego złota i srebra; tęczą przeskakiwały nad nimi łuki z ametystu. — Słychać było gwizdy podziemnych płomieni, trzęsły się wzgórza, rwały się jaskinie, a świeże dyamentowe bryły lepiły się z ich gruzów. — Czasem też odzywał się jakoby krzyk konających, jakoby szczęk kajdan z głębi — i przesuwały się postacie ludzkie po tych smugach jasności jak czarne plamy księżyca. — Wtedy oko pana w górze rudym płonęło gniewem, postacie wznosiły ręce i tłukąc łańcuchami przeciągle wołały o jedną kroplę wody, o jedną chwilkę odetchnienia. — On nie raczył im odpowiadać, a co chwila jedne padały w ogień wnętrzny kopalni, a drugie równie okute i umierające na ich miejsce wschodziły. — Zdało się młodzieńcowi, że rysy niektórych widział gdzieś dawniéj na powierzchni ziemi, lecz błyskawice przesłoniły mu ich twarze — szum topniejących kruszców zagłuszył ich jęki — blask równy pogodzie pustyni wszystko zalał i pokrył. — Wtedy bramy śpiżowe zawarto, a pan życia i śmierci odchodząc rzekł: «O dwónastéj bądź w sali tronowéj — tam zasiądziesz do biesiady przy mnie.» —
Teraz gdziekolwiek udał się młodzieniec, witały go tłumy okrzykiem. — Byli i tacy, którzy mu rękę całowali za to, że dotknęła się dłoni ich pana. — Pytali się jakie pieśni lubi, i wnet muzyka je grała — przynosili mu słodkie w czarach przejrzystych napoje. — On dziwił się i gardził zrazu, potem spojrzał dumnie i rozkazywać zaczął. —
W prześlicznéj ustroni, śród pachnących krzewów, na axamitnych kobiercach spotkał pań zamężnych i hożych dziewic grono. — Ledwo wszedł, one go otoczą; każda go wita różanym uśmiechem, każda mu szepcze do ucha w przelocie i rzuca kwiatami na niego. — Gorączką nabiegły mu lica, uczuł że zdołałby w zamku wroga być szczęśliwym i to uczucie jak piorun strzaskało mu serce. — Ucieka — one gonią za nim, szumiąc powiewnemi szaty. — Przez dwie długie téj nocy godziny widziałem jak splątany, pomięszany, walczący, prosił się czasami ojca niebieskiego o siłę i cnotę, to znów w rozpaczy przebiegał sale godowe i szukał broni, by pchnąć się w piersi — ale nieznalazł jéj nigdzie! — Były inne w których, odwróciwszy się do czarownych postaci, przeklinał je i lżył, rozdzierał ich muślinowe przesłony i deptał nogami. — One płacząc i korząc się wołały: «O raz, raz tylko powiedz, że jedną z nas kochasz» wreszcie krzyknął w obłąkaniu: «kocham!» — Porwał w objęcia cudzego rodu dziewicę, wrzące usta złożył na jéj ustach, a ona go powlekła do sali tronowéj. —
Tam pan życia i śmierci zasiadł był na nowo pod zdobytemi sztandary. — Uderzyła jakaś nocy godzina; — dworzany stanęli w około. — Zwinęła się w górę makata kryjąca drzwi platynowe. — Herold zawołał na czekających za progiem, a weszli posłanniki królów wschodu i zachodu. — Długo w uroczystym stąpali przewodzie, a każdy składał u stóp tronu urnę szczerozłotą, napełnioną popiołami tych którzy walcząc w świętéj sprawie po różnych stronach świata polegli; — a kiedy przeszli wszyscy, wstąpił wódz zbrojny, w książęcych gronostajach i ostatnią urnę postawił na ziemi. — Młodzieniec ujrzał imię matki zabitéj na jéj wypukłości — stało mu się ciemno przed oczyma — nic nie widział przez chwilę, nawet kraśnéj towarzyszki — słyszał tylko zapytanie pana: «Czy zaprawdę umarli i niepowstaną?» — i odpowiedź posłów wszystkich: «Zaprawdę niepowstaną nigdy» a wtedy przystąpili dworzanie i po obu stronach sali na słupach z czarnego granitu rozstawiwszy urny, płomień do ich wierzchów przytknęli. — Zapaliły się prochy sinym ogniem, blade dymy powiły się w powietrze i poniosły panu woń śmierci! —
I zdało się młodzieńcowi, że wszystko co widział o godzinie zmierzchu, snem było; zdało mu się że te tłumy są świata panami, a król ich wszechmocny na zawsze. — Przez wszystkie zamku komnaty jeden stół się podniósł i stanął śród urn płonących. — Dziewica prosiła oblubieńca, by zasiadł do biesiady; pan schodząc z tronu sam skinął na niego i miejsce mu wskazał — i wszyscy którzy tam byli, gdy dwunasta biła, zasiedli do onego stołu. —

Prosto młodzieńcowi w oczy stał słup dźwigający matki popioły. — Ile razy nań spojrzał, puhar upuszczał na ziemię; lecz mu go nazad podawała narzeczona. — Jednak coraz groźniej i straszniej pasował się duch jego obłąkany, usiłując powrócić do dawnych wiar i nadziei; ale wszystko co go otaczało, grubą zasłoną ćmiło mu poznanie. — Zatrute krążyły zdrowia — on na cześć pana wychylać je musiał — osłabły piersi, dreszcz rozwiązał członki; skronie zimnym potem zlane pochyliły się; ludzie, urny, sklepienia, pogmatwały się przed jego wzrokiem. — Głosy rozmów, dźwięki muzyki, słowa oblubienicy, pomieszały się w okropny hałas nieznośny mdlejącemu; — i tak minęły przedostatnie godziny!
On żył jeszcze, ale nędzném serca biciem kiedy ostatnia uderzyła jak grzmot po nad jego głową. — Rozemknął powieki — płomienie urn dogasały. — Pan życia i śmierci, nachylając się ku niemu, uśmiechnął się łaskawie: «Gościu biesiady mojéj, rzekł, czas byś mi przysiągł na służbę i wyrzekł się starożytnego imienia» — i rzucił mu przez stół garść dijamentowych krzyżów, dodając: «noś to na pamiątkę moją...» — Herold stanął przy młodzieńcu i rotę wyrzeknięcia się czytał z księgi czarnej, a konający powtarzał słowo po słowie, nie słysząc własnego głosu. — Głowa jego opadała na łono oblubienicy, usta jeszcze się ruszały, ale już bielmem zachodziły oczy — i wymówił tak wszystkie wyrazy aż do ostatniego! — Lecz zaledwo skończył, wstał Pan życia i śmierci: «Sługo sług moich, zawołał, śmierć od powrozu kata cię czeka jeśli kiedy złamiesz przysięgę...» — potem rozśmiał się gardłem całém. — Podniósł się nieszczęśliwy, a za pierwszém spojrzeniem, spotkał urnę matki — lecz miasto jej nagrobku inne tam już słowo stało: «Hańba:» wyczytał młodzieniec. — «Hańba» krzyknął zrywając się z miejsca ostatkiem sił — «Hańba:» odrzekły mu tysiące z tyłu, z przodu, z boków — «Hańba» powtórzyły zamku sklepienia od sali tronowej po skarbcu kopalnie; — a jedni z pośród tłumu zaczęli nań wołać jego nowém, cudzoziemskiém imieniem; drudzy skacząc na około, przypinali mu krzyże. — Inni kazali mu by się im kłaniał; inni by deptał po matki niedopalonych popiołach!
To mu krew na powrót pchnęło do serca i rzucił się naprzód, rozbił otaczających, wyleciał z komnaty, szuka wzrokiem narzeczonej — ona gdzieś w oddali stoi już oparta na ręce drugiego i szydzi także. Jak może więc sunie po za posągami, przepada w framugach; lecz zaraz go wykryją i znów uciekać musi — w sto manowców zamek plącze się przed nim, a nigdzie schronienia: wszędzie naokoło obelgi i groźby, a w nim samym przekleństwo! — Obrócił się ku wrogom: pasował się długo, aż zrzucili go pod stopy i przeszli po nim śpiewając mu pieśń jakąś z stron jego ojczystych. — Gdy powstał, inni nadbiegli, a on wyzywał ich jeszcze, aż spieniony, krwawy, znów zacznie się cofać i szukać wyjścia z zamku. — I bił się i tarzał i biegł i padał aż do pierwszych świtu brzasków — wtedy runął ze wschodów miedzianych i stoczył się na podwórzec zamkowy.
Tu go uchwyciły silne ramiona i uniosły daleko aż na stopnie kościoła widzianego o godzinie zmierzchu. — Teraz już bliski wschód słońca — lecz dla młodzieńca nie będzie drugiego poranku na ziemi!
On odzyskał przytomność i w niemej rozpaczy stał na wschodach przed starszym wędrowcem który rzekł ponuro: «Wiem że w innym czasie i na inném miejscu mogłbyś był zajaśnieć bohatyrem — ale środ ciężkiéj próby naznaczonéj ci od losów, nie umiałeś być cnotliwym. — Widoma rzeczywistość przemogła w tobie nad niewidomą, świętą, wiekuistą prawdą; zgubionyś!» — «Wróć mi konia!» — krzyknął młodzieniec — «wróć mi szaty stepów i dawną broń moją, a ujrzysz jak mścić się będę krzywd bratnich i własnego schańbienia» — I czepiał się rąk przyjaciela i zawieszał mu się na szyi gorejąc wściekłością; — a tamten smutniéj jeszcze odpowiedział jemu: «Czas głośnéj walki nie nadszedł. — Długo jeszcze dni milczących poświęceń trwać muszą, a choćbyś się doczekał sądu i zmartwychwstania, policzą cię właśni bracia w poczet odrzuconych! — Z tamtąd, czy słyszysz, już wrogi gonią za tobą! — Jeśli cię schwytają, przez resztę życia ty będziesz ich woli służalcem, ich zbrodni spólnikiem, ich żartu igraszką. — Jeden tylko, jeden ratunek pozostał dla ciebie» — i dobył sztyletu. — Młodzieniec zrozumiał i z dziką odwagą rozdarł szaty nad piersiami. — «Uderzaj! — zawołał — umieram synem matki po sześćkroć zabitej — cześć jéj na wieki!» — Jęknął wędrowiec i w tych nagich pierśiach żelazo utopił; — padł bez krzyku nieszczęśliwy w pierwszych promieniach wschodzącego słońca, o tej samej porze, o której wczora pełen nadziei i siły, pchnął był konia z góry na dół w poprzek stepów życia. — Upadł, a oko jego gasnąc błysnęło dawną iskrą światła. Kląkł przy ciele towarzysz i wzniósł w górę załamane ręce: «Ojcze niebieski! ty wiesz, że go śród wszystkich najmocniej kochałem na ziemi. — Pókim mógł, broniłem go od pokus piekła; a gdy upadł, w pierwszéj chwili upadku duszę jego wydarłem wrogom i posłałem Tobie. — Ojcze niebieski! zbaw ją w wieczności, a niech ta krew przezemnie wylana, połączy się z morzem krwi niewinnéj, co jęczy u stóp tronu Twego — i wraz z nią spadnie na głowy kusicieli.» — Po tych słowach widziałem jak sam drasnął się pod serce żelazem, i na kamieniu po nad głową umarłego czerwoném ostrzem napisał: «Z ręki przyjaciela.» — Wtem wrzaski walącéj zgrai huknęły w pobliżu — porwał się wędrowiec i uchodząc znikł z przed oczów moich w przybytku kościoła. —

Noc letnia ornament1.jpg

Tak przeszedł i zakończył się ów dzień jeden mojego widzenia!

O! matko po sześćkroć zabita! kiedy wstaniesz ze snu, kiedy znów zasiądziesz nad łanami zbóż, śród zielonych borów od morza do morza, a w chwili odmłodnienia przypomnisz sobie długą zmorę śmierci, straszne widziadła męczeństwa — nie płacz matko moja! nie płacz nad onymi którzy polegli w imieniu twojém na rodzinnych lub zamorskich niwach. — Choć sępy i wilki rozdarły ich zwłoki, oni szczęśliwi! — Ani płacz nad tymi którzy śród katów w głuchych umarli podziemiach — choć im kaganiec więzień, jedyną gwiazdą, choć im twarde słowo ucisku, ostatniém na ziemi pożegnaniem było — oni szczęśliwi! — Ale uroń łzę litości, o uroń łzę matko moja! nad losem tych, których rozum blichtrami fałszu złudzili morderce twoi, niemogąc serc ich oderwać od ciebie, przemocy rozkazem. — Oni, matko! oni więcéj wycierpieli niż reszta synów twoich. — Omylone nadzieje jak noże przeszyły im piersi, w okręgu ich ducha odbyło się tysiąc walk nieznanych i krwawszych od bitew co grzmią w obliczu słońca chrzęstem stali i łoskotem dział. — Widmo twoje służyło im za cień własny; lśniące oczy wrogów sprowadzały ich pochyłością lodu ku głębi zimna wiecznego, a na każdém urwisku zatrzymując się, płakali za tobą! — aż serce wyschło im z tęsknoty, aż wychudły im ręce i nogi w niewoli bezwidomych kajdan; — i stali się jako trupy żyjące, sami śród nienawistnego ludu, sami w domach własnych, sami jedni na szerokiéj ziemi! — Matko moja! ty nad dolą ich, ty nad męką wyrzeknij ciche słowo przepomnienia! —


KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zygmunt Krasiński.