Pokoje do śniadań
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pokoje do śniadań |
| Pochodzenie | Przez moje okno |
| Wydawca | „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o. |
| Data wyd. | 1922 |
| Druk | Drukarnia Udziałowa |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Gdzie spojrzę, na prawo, na lewo, widzę wszędzie napisy — „Pokoje do śniadań“. — Dla kogo? naco? w jakim celu? Wszak u nas obiaduje się o godzinie drugiej, najpóźniej trzeciej — a więc chyba jakiś chwilowy postój mężczyzn przy bufecie jest co najwyżej usprawiedliwiony. Dlaczego więc te napisy wszędzie, od najpierwszych handli delikatesów zacząwszy, skończywszy na knajpach, nad któremi króluje nieśmiertelny bohomaz Zagłoby, obżartucha, podniesionego do godności bohatera. I ten jednooki Falstaff w kontuszu patronuje szyldom, na których czytać można „Pokoje do śniadań“...
Jakie to napozór nic nie znaczące te trzy słowa, a przecież, przecież odwołuję się do kobiet, do żon — czekających w domu przy nakrytym do obiadu stole, ile te trzy słowa mieszczą złego, poprostu złego w rozmaity, w fatalny sposób niszczącego, często nietylko budżet domowy, ale i spokój rodzinny, często szczęście całej rodziny.
— Pana jeszcze niema, trzymaj obiad na blasze — mówi pani domu wychodząc z kuchni.
„Pana jeszcze niema“.
„Pan“ w tej chwili jest w pokoju do śniadań.
O! stało się to wypadkiem.
Zaszedł na kieliszeczek wódki i kanapkę — tak przy bufecie i to już wracając do domu — poprostu dla nabrania apetytu.
Spotkał przed bufetem kilku swoich znajomych. Ten i ów kazał podać kolejkę — potem „zjedzmy kiełbasę na widelcu!“ — to bardzo tanie jedzenie, prawie darmo — ale trudno je zjeść przy bufecie a więc... chodźmy do pokoju! I oto — weszli „panowie“ i utonęli.
Zasiedli przy marmurowych stolikach, w ciemnym i zadymionym pokoju. Rozkoszują się ich płuca tą atmosferą. Zda się w niej tylko oddychać mogą. Chłopiec z ironicznym uśmiechem stawia przed nimi „bomby“. Już utonęli. Zaczyna się... pogawędka. O czem? Z początku jest pewien ład, pewien sens — potem...
Niektórzy siedzą, milcząc i patrzą w marmur stolików z uporem zawodowych melancholików. Ci mają smutną „knajpę“. Inni pokrzykują, czerwoni, radzi, weseli. Od bufetu dolatuje szczęk szklanek, flaszek — zalatuje ostra woń marynat, gnijących w otwartych pudełkach. Nie pokryte niczem kanapki, zimne, obmazane tłuszczem gołąbki, paszteciki, nadpoczęte kawałki słoniny, chłoną w siebie kurz, błoto — to nic! to knajpa, to droga, ukochana knajpa, gdzie wszystko tak bardzo smakuje, tak jest mile i sercu drogie, bez której tęskno męskiej duszy, w której humor powraca, umysł otwiera się, jak kwiat, płuca czerpią ożywczą woń i biedne kieszenie urzędnicze czasem zostawiają piątą część miesięcznego zarobku.
A czas? ten czas strawiony, przemarnowany na bezcelowej zupełnie rozmowie, podczas której umysł obciążony piwem i zabójczą atmosferą, odmawia posłuszeństwa.
Wyszedłszy z takiego śniadania — mężczyzna czuje się najzupełniej zmarnowany na resztę dnia i niezdolny do żadnej pracy. Jedno go tylko ogarnia pragnienie — dostać się do domu i tam, upadłszy na posłanie, spać, spać całe boże popołudnie. Zbudzi się on nad wieczorem, zły, kwaśny, zirytowany i czujący znów nostalgję knajpy. Ponieważ żona jedynie wtedy ma czas zrobić mu wymówkę, pan domu marszczy brwi i mówi groźnie:
— „Tak? Scena?... w takim razie bywaj zdrowa!“
Wychodzi — i znów idzie do knajpy, bo bez niej ten człowiek poprostu już żyć nie może i nie chce...
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
W Paryżu niema pokoi do śniadań, niema przekąsek, wódeczek, marynat, kanapek, bomb, minogów, pasztecików, kapuśniaczków, paprykowanej słoniny, kiełbas na widelcu. Lecz jest zato praca popołudniowa. Praca taka, że aż wre. Ludzie zjedzą w południe śniadanie, równające się naszemu obiadowi, odpoczną godzinę i zabiorą się dalej do pracy, która trwa do godziny szóstej, to jest do pory obiadowej. Kolacji Francuz nie jada.
Sypiać po obiedzie, zalewać się piwem w południe, byłoby tam uważane za legendę, tak każdy stara się o ile możności zachować świeżość umysłu i sił do codziennej pracy. Francuz chętnie zaprosi gościa do siebie, do domu, na śniadanie, na obiad, ale płacić „kolejki“ przy bufecie nie będzie, uważając tego rodzaju wydatek za bezpożyteczne marnotrawstwo. A gdyby pracującemu Francuzowi ktoś powiedział, że są ludzie, instalujący się na parę godzin w zadymionym pokoju i lejący w siebie potoki piwa w dzień, w ten dzień, przez który tyle zrobić można, zakasawszy rękawy, tyle przysporzyć sobie, rodzinie i społeczeństwu, to Francuz ów powiedziałby, iż to są ludzie nie tylko lekkomyślni, ale... dziwni, bo co dać może ubogiemu (tj. zmuszonemu zarabiać na życie) człowiekowi taka godzina, takie zmarnowane południe, co dać może moralnie, fizycznie i materjalnie? Jaką korzyść? Jakie zadowolenie? Moralnie odurzenie i przytępienie umysłowe — fizycznie katar żołądka — materjalnie szczerbą w budżecie, szczerbą wytrwałą, codzienną, jako rana niezagojona, żrąca.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Tyle co do samych mężczyzn, a teraz przyjrzyjmy się, co kobiety myślą o tych „pokojach do śniadań“. Kobieta instynktem zgaduje niebezpieczeństwo, jakie grozi jej gniazdu. Ona wie, że ta ciemna i zadymiona nora, w której leją się potoki piwa, to jej wróg, taki sam wróg, jak szynkownia jest wrogiem kobiety z ludu, że ten „pokój do śniadań“ zabiera zdrowie, umysł, siły, zarobek i nawet przywiązanie jej męża.
Rozpoczyna się więc walka pomiędzy tą żoną, która z heroicznym wysiłkiem oblicza codzienne wydatki, która noce całe przemyśliwa, co kazać zrobić jutro na obiad, aby ten obiad kosztował mało, bo dzieciom z wiosną trzeba bucików i sukienek, a tu jeszcze zimno, opał kosztuje, służąca marnotrawi masło, raty miesięczne spłacone być muszą pod groźbą zabrania z takim trudem nabytych i spłacanych mebli. Wszystkie te nędze ukryte, straszne, te walki, w których ręce opadają, a łzy zaćmiewają oczy — to pokrywanie przed ludźmi braków i udawanie pewnej zamożności wtedy, gdy trzeba w nocy łatać bielizną, cerować pończochy, często zaczerniać atramentem rękawiczki — wszystko to wzięła na siebie kobieta, tę część „najgorszą“ — tę część Marty nowoczesnej i niesie ją na swych przedwcześnie wychudłych i wyniszczonych ramionach z heroizmem najwyższym. Lecz, oto poza progiem domu, poza progiem jej gniazda — jest taka hydra, która czyha na tego, z którym dzielić miała dolę i niedolę. Prawda — on pracuje, lecz — i na ten heroizm pracy pada plama owej hydry, wyciągającej w przejściach ulicznych swe ramię zwierzęcia ssącego krew, mózg, zarobek codzienny. Przytem, gdy z atmosfery knajpy mąż wraca do domu, jest on inny, nie ten — zmieniony, daleki od niej, od dzieci, od tego stołu wspólnego, nakrytego i zastawionego, z taką troską nieraz przygotowaną strawą. On siada do codziennego posiłku i ta chwila, w której gromadzi się cała rodzina, w której zwykle za granicą — rozwija się prawdziwie domowa, ciepła atmosfera, jest już nie taka, jaką być powinna.
Wygadawszy się w knajpie — pan domu najczęściej milczy pod wpływem reakcji. Ołowiany jakiś smutek cięży dokoła. Wszyscy czują się przygnieceni i jakby intruzami przy tym stole rodzinnym, który nie jest najmilszym dla pana domu stołem. Najwięcej cierpi — żona, która napracowawszy się całe rano, oczekuje chwili rozmowy, porady, wreszcie uśmiechu. Niema nic! Rozmowę, poradę, uśmiech, zabrała knajpa, przyjaciele z pokoju do śniadań... dla niej nie pozostało nic! nic!...
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Kobiety z proletarjatu mają łatwiejszą walkę z hydrą knajpy. One idą wprost naprzeciw potwornej swej nieprzyjaciółce. Chustka na głowę i po męża — do szynku! Często widać taką postać kobiety, słaniającą się się pod oknami, zaglądającą do drzwi. Śmielsze wchodzą, chwytają męża za rękaw przy szynkwasie.
— Chodź do domu!
— Nie pójdę.
— Chodź, mówię ci!
Często kobieta zwycięża i wywłóczy „swojego“ poza drzwi szynku. Nieraz szłam za taką parą. Jaka to straszna tragedja!.. On idzie i od czasu do czasu rwie się nazad.
— Puść!
Ona czepia się rozpaczliwie jego odzienia.
— Chodź do domu!
Często ręka jego pada na jej głowę, kaleczy ją, rani... Ona zatacza się pod ścianę. „O Jezu!“ Ociera krew i znów czepia się tej ręki, która ją bije:
— Chodź do domu!
I idą tak dalej — we dwoje, skuci łańcuchem przysięgi, aż wreszcie dojdą do tego „domu“ i giną mi z oczu.
Tak robi kobieta z ludu — ale kobieta z „inteligencji“... Jej nie wypada stać pod oknem pokoju do śniadań, albo przestąpić progi „handelku“. One muszą w domu czekać, czekać cierpliwie i pokrywać nieraz przed dziećmi, gdy „tato“ powróci w zbyt wesołem usposobieniu. Każda wymówka nazywa się „sceną“ i pogarsza sytuację — każde ostrzejsze słowo... odstręcza od domu...
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Wiem, że dzisiejsze słowa moje będą przyjęte z uśmiechem ironji ze strony mych czytelników, a przecież powróciwszy ze „śniadania“ spojrzyjcie uważnie na twarz waszej żony. Może na niej wyczytacie wymowniej, jaśniej, to, co ja ledwie szkicem skreśliłam. W bruzdach, które przedwcześnie twarz jej poorały, jest niejedna, sprowadzona troską, która dławi...