Przejdź do zawartości

Pogrzeb Kościelnika

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klementyna Hoffmanowa
Tytuł Pogrzeb Kościelnika
Pochodzenie Wybór powieści, opisów i opowiadań historycznych
Redaktor Piotr Chmielowski
Wydawca „Czytelnia Polska“
Data wyd. 1898
Druk Drukarnia C. K. Uniwersytetu Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Pogrzeb Kościelnika.


Jak miłą oku, jak ujmującą serce, jest okolica wiejska, kiedy śnieg jeszcze się bieli u stóp jej pagórków, a ich wierzchołki już zieloność zdobić zaczyna. Parę dni słonecznych promieni, parę nocy ciepłego wiatru, lubą wiosnę z głębi zimy wyprowadzić zdołają. Trudno pojąć, jak mogła tak żywa zieloność, tak długo śniegiem być obleczoną. Z odżywioną przyrodą, dusza nasza nowego życia nabiera. Szczęście zdaje się milsze, umysł bogatszy w myśli, sam smutek przywdziewa niejaką barwę radości, i cieszy się widokiem otwartego łona wszechrodnej ziemi. Wtedy młodzież się weseli, wiek dojrzały uważa, sędziwy zgadza się ze swym losem. Jasne włosy dziecięcia igrają przy pląsach jego, wiek dojrzalszy wita rok nowy z wdzięcznym uśmiechom, a oko, na które już mrok zachodzi, w tej powszechnej radości na grób spoziera. Takowym dniem wiosennym był dzień, kiedy ci, którzy odwiedzili Kościelnika Szymona na łożu śmiertelnem, poszli do domku jego, chcąc towarzyszyć szanownym zwłokom, na miejsce pogrzebu. Noc dnia w którym on umarł, zdawała się być nocą zgonu zimy. Poranek dnia, kiedy pochowany został, zdawał się być porankiem narodzenia wiosny. Sędziwy Pleban i ja, szliśmy sami doliną ponad brzegiem rzeczki; już jej wody, gdzie niegdzie tylko szronem, w podobieństwie piany okryte, płynęły szybko. Wierzby i brzozy z drzew najrychlejsze zdawały się już z lekka zielonością ubarwione, a pod niemi tu i owdzie wyglądała w radości nowego bytu, niebieska przylaszczka, sama lub w kępkach. Niektóre owady już igrały w powietrzu, a kiedy niekiedy ptaszek, wskroś przejęty tem nagłem ciepłem, odzywał się z miłosną piosnką, siedząc na ubogich jeszcze gałęziach. Był to właśnie dzień taki, jakiby człowiek poważny i staranny obrał do zwiedzenia pola swego, do upatrzenia szkód zimy i nadziei lata. Natrafił też na tę myśl Pleban, gdyśmy na chwilę stanęli, chcąc się okolicy przypatrzyć. »W podobnych to dniach, powiedział, zwykł był poczciwy Szymon obchodzić małe państwo swoje z synową lub wnukiem, a najczęściej sam z Pismem świętem w ręku«. Wtem dostrzegliśmy domek jego; przyłączać się też do nas zaczęły osoby z różnych stron, równie jak my na pogrzeb dążące; wszyscy byli poważni; ale nikt smutnym: jeden witał się z drugim łagodnie i w pokoju. Kościelnik Szymon umarł pełen dni i nikt z najbliższych jego, rozpaczać nad tym zgonem nie mógł. Długie i pobożne życie pięknie zakończył, i każdy z tych, który dążył by ciało jego oddać ziemi, pewnym był ile istota ludzka pewną czego być może, iż dusza jego już była w niebie. Idąc tak razem, niejaka nawet ogarnęła nas swoboda; cieszono się z mego przybicia, pytano o moje podróże, przygody? opowiadano mi nawzajem, co się przez te siedm lat stało? kto się ożenił? kto umarł? wiele dzieci się narodziło? jakim był nowy bakałarz? zgoła, ożywiona, lubo bez żartów i śmiechu rozmowa, zajmowała nas dopóty, dopóki nie stanęliśmy w zagrodzie domku, pod osłaniającemi go, grubemi konarami nagich jeszcze jesionów. — Wtedy milczenie nas ogarnęło i tak weszliśmy do mieszkania śmierci. Przyjął nas syn zmarłego w progu, z twarzą pokorną lecz spokojną, a w jego sposobie powitania Plebana, widać było skruchę, wdzięczność i poddanie się woli Boga. Siedliśmy wszyscy w długiej izbie, a syn przyjmował każdego u drzwi, wskazując mu jego miejsce. Było tam wiele głów siwych, wiele siwiejących, więcej jeszcze świetnych młodością i siłą. Lecz ta sama uroczystości powłoka wszystkich przyodziała, i siedzieliśmy skojarzeni tym samym duchem pobożności i wiary. Podano wino wokoło, a syn patrzył na Plebana, który powstał podniósł zwiędłą rękę, i zaczął błogosławienstwo i modlitwę. Tyle było odwagi w całym starca układzie, tyle tkliwości w głosie jego, że skoro mówić zaczął, każde piersi, każde usta, mimowolnie dech i tchnienie w sobie wstrzymać chciały. — Wszyscy stali jak wryci, a oczy wszystkich wlepione były w tę spokojną i patryarchalną postawę, w te oczy spuszczone i długi włos srebrny. Nie było nic smutnego w jego słowach, owszem jak zwykłe w wyrazach Wiary i Nadziei, jaśniała w nich jakaś radość. Mówił o cnotach zmarłego, acz zapewne niedoskonałych w oczach wielkiego Boga, przecież mogących otworzyć mu Niebo przez zasługi Zbawiciela.
»Oby! (tak modlił się dalej) to błogosławieństwo Boskie, które tak długo spoczywało nad tą siwą głową, przejść mogło na tego, co teraz wodzem i ojcem tego domu będzie. Bo zaprawdę, powiadam wam: większa będzie radość w Niebie nad jednym grzesznikiem pokutę czyniącym, niżli nad dziewięćdziesiąt dziewięć sprawiedliwych, którzy nie potrzebują pokuty. — Gorliwie i rzewnie modlił się jeszcze Pleban za tę, która w samotnym zamknięta pokoju przybranego Ojca, jak rodzonego płakała i za jedyne jej dziecię. Nie zakończył też modlitwy bez wspomnienia na siwe włosy swoje i na bliski już dzień, kiedy obecni zwłokom jego do grobu towarzyszyć będą. Gdy przestał mówić, lubo wszystkie serca były rozrzewnione, jedno tylko głośnem odezwało się łkaniem, i wszystkich oczy zwróciły się na małego chłopczynę stojącego obok syna Szymona. Miłość wzajemna żyjącego Ojca zastąpiła wnet miejsce tej, którą dla zmarłego dziada był przyjęty; bo dziecię kochać tylko pragnie mało dbając na kogo. Dopuszczano go przez te dni ile razy chciał, do łoża, na którem zwłoki dziadka spoczywały; a dziecię patrząc na łagodną i spokojną twarz jego, pogodziło się ze śmiercią. Matka i Pismo Święte kazały mu być posłusznym Bogu, bez żadnego wyjątku i dziecię tak w swej prostocie czyniło. Jednak koniec tkliwej Plebana modlitwy wydobył łkanie z serca jego; lecz łzy roszące teraz okrągłe jego policzki, odmienne były od tych, któremi się zalewał w dzień śmierci dziada. Sędziwy pleban położył w milczeniu rękę swoję na złotowłosej głowie chłopczyny, i szmer uprzejmej litości powstał w izbie. Wnet uspokoił się i wszystko wróciło do porządku i cichości. W sieni tylko przytłumiony hałas, kroki ostrożne choć ciężkie kilkunastu ludzi słychać było. Nareszcie kłoś wszedł i wyrzekł te słowa: »Już gotowe!« a syn i Pleban przewodnicząc obecnym wyszli z domu. Trumna stała przed drzwiami na przygotowanym całunie. Odbijały się promienie słońca w blasze, na której cyfrę, dzień i rok śmierci zmarłego wyryto, a lekki wietrzyk poruszając gałęzie wspaniałego jesionu, okrył kroplami rosy trumnę, wóz i powłokę żałobną. Poczet cały jednym duchem tchnący razem ruszył.
Kiedym go obejrzał, chcąc pożegnać ten piękny domek, opuszczony na zawsze przez tego, który go wystawił i ozdobił, ujrzałem w okienku drugiej izby, bladą twarz nadobnej niewiasty, która zasyłała pożegnanie szczątkom śmiertelnym Ojca, zamieniającego długie obok niej mieszkanie na dłuższe grobów siedlisko. Szliśmy przez doliny i pagórki, obok jeziora, przez most stary nad rzeczką, a po godzinie myślącego dumania, doszliśmy do małej bramy cmentarza. Rozbijał powietrze głos żałobnego dzwonu, stanęliśmy wszyscy koło wozu, według porządku przez uczucia nasze wskazanego... Po kilku minutach leżał Kościelnik Szymon w grobie ojców, obok żony i dzieci, w dawno obranem przez siebie miejscu. Rozeszli się wnet jeden po drugim przytomni, i wkrótce nie było nikogo nad świeżo usypaną mogiłą, prócz syna zmarłego z małym chłopczyną, Plebana i mnie. Jam zaczął przyglądać się wokoło; lubo już dzień trzeci gościłem w plebanii, jeszczem się nie zebrał pójść na cmentarz; a teraz każda mogiła, każden kamień grobowy, na który tak często w dziecinnym wieku patrzyłem, odświeżał się w pamięci mojej i czytałem gładko napisy dla kogo innego już nieczytelne. Cały pozór tego miejsca był prosty i bez wykwintnych ozdób, jednak z nowszych pamiątek umarłym położonych, mogłem poznać z łatwością, że przez czas niebytności mojej, byt żyjących się polepszył.
W tych pomnikach prócz uczucia, i smak dobry przebijał niekiedy. Na niektórych kamieniach obok wieku i imienia zmarłego, czytałem i wyroki z Pisma; bo miłym stało się dla duszy pobożnej zwyczajem, kiedy już na to życie z przyjacielem się rozdziela, mieszkanie szczątków jego uczcić słowem wyjętem z tej księgi, która życie wieczne obiecuje. Spostrzegłem także wiele nazwisk tych, o których mi w drodze mówiono, których zostawiłem pełnych siły i zdrowia; obaczyłem i młodszych od siebie a napisy nad ich grobami już nie wszystkie były wyraźne... Wiejski cmentarz nierównie lepiej prawdziwą kolej rzeczy od głazów i miedzi, od miejskich katakumb wystawia; te malują jako obecne, żal i uczucia oddawna wygasłe; tu zaś jest rzetelny obraz tego, co na świecie się dzieje, tem rzetelniejszy, że sama układa go natura, usypana świeżo mogiła niedługo od innych się różni, kamień na niej położony, czas krótki sterczy i jaśnieje; trawa, mech, wnet je obrastają i w rok już ich znać mało, już się z dawniejszemi równają, już nowe obok nich powstały! Tak jak w życiu, nieustanne odnowienie i nieustanny upadek, próżne usiłowania, by coś trwałego uchwycić, a czas wszystko niszczący, razem zaciera i uczucia żalu z serca i napis z kamienia... Cmentarz dla wiejskich mieszkańców jest miejscem, gdzie często zwracają się ich oczy i serca. Przed rozpoczęciem nabożeństwa zwykli rozmawiać o niedawno tam położonych; a każdy z nich wie, że czy później czy prędzej legnie w tej ziemi i także i o nim przez niedziel kilka mówić będą!... Ci, których przeznaczenie wrzuciło w zgiełk i niebezpieczeństwa świata, ci nie wiedzą, gdzie głowę położą. Żołnierz, wędrownik, miejsca grobu swego nie zna; ale spokojny ziemianin, zagon ojcowski orzący, wie, że w jakim kościele był ochrzczony, w tym i pogrzebany będzie, i dla niego to prawdziwie jeden krok jest tylko, od kolebki do grobu!... — Takie myśli mnie zajmowały po skończonym pogrzebie Kościelnika Szymona. Już trawka sąsiedzkich mogił, przydeptana stopami obecnych, podnosić się zaczynała, a jam jeszcze odejść nie myślał. Jakiż to skromny był obchód! Proch oddano prochom i nic więcej...
Lecz umysł mój oderwanym został od nowych dumań, głębokim jękiem: spojrzałem, a na grobie Szymona postrzegłem klęczącego syna; całował ziemię z zapałem: »Zasmuciłem Ojca w późnym wieku jego, wołał: żałowałem, on mi przebaczył, na śmiertelnem łożu, lecz Bóg czyż mi przebaczy?«
Sędziwy Pleban stał niedaleko: nic nie mówił, ale spoglądał z litością na schylonego młodziana: przewinienie jego było wielkie, dał się uwieść fałszywym zdaniom, naprzód zwątpił, potem bluźnił, nareszcie namiętnościom się oddał, żonę i dziecię zaniedbał, był głuchym na głos Ojca, na głos sumienia. Te wszystkie występki swoje widział przed sobą, lecz nie ciężyły mu już tyle na sercu; łzy, które dotąd przytomność sąsiadów wstrzymywała, teraz obficie płynęły, jakby chciały przenurtować ziemię i dojść do skrzepłego już serca rodzica. Żaden z nas go nie podnosił, żaden łez jego nie tamował, gdyż żal ten był pożądany, błogi.
Jednak po chwili, gdy już sam uciszać się zaczął, Pleban wyrzekł łagodnym głosem:
»Nie bój się synu — i Ojciec i Bóg ci przebaczył; wszak czujesz to przebaczenie w uspokojonem sumieniu?«
Na te słowa podniósł głowę ten drugi syn marnotrawny i z pełnych łez oczu, pogodne błysnęło wejrzenie: lecz klęczał jeszcze, bo człowiek Boży, ręce nad nim wyciągnął, jakby błogosławiąc go; a tymczasem piękny i miły chłopczyna, a który strwożony jękiem i łzami Ojca, oddalił się był nieco, przystąpił do niego; jedną rączką głaskał go po twarzy, w drugiej trzymał nadwiędłe przylaszczki, które idąc za trumną Dziada, pomimowolnie przy drodze był zerwał.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie .