Przejdź do zawartości

Poglądy ks. Hieronima Coignarda/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anatole France
Tytuł Poglądy ks. Hieronima Coignarda
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1922
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów; Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Les opinions de M. Jérôme Coignard
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XX.
SPRAWIEDLIWOŚĆ.
(Ciąg dalszy).

Niestety, — westchnął drogi mistrz mój — nie zdołam przełknąć jednego kąsa i całe śniadanie się zmarnuje! Serce mi się ścisnęło wobec tych ohydnych scen, któreś nam kreślił, szanowny panie woźny, w tak układnych wyrazach, a zarazem zejść mi z oczu nie może ta nieszczęsna pokojówka pani radczyni Josse, którą powieszono, mogąc z nią uczynić coś nierównie lepszego.
— Jakto? — zdziwił się woźny — Wszakże wspominałem Waszej Wielebności, że dziewczyna ta okradła swą panią! Czyżby więc nie należało, zdaniem księdza dobrodzieja wieszać złodziei?
— Prawda, że taki już zwyczaj! — westchnął mistrz — Ponieważ zaś siła nawyku jest niezmożona, przeto nie liczę się z nią w codziennym toku rozumowania. Małą wrażliwością na te rzeczy odznaczał się nawet sam filozof Seneka, z natury skłonny do łagodności i układał pełne powabu i wykwintu traktaty, podczas gdy w jego oczach, w Rzymie krzyżowano niewolników za drobne przewiny, jak mamy przykład na niewolniku Mitrydatesie, który zmarł przybity do krzyża za to jeno, iż śmiał podawać w wątpliwość boskie dostojeństwo pana swego, nikczemnego Trymalchjona.
Jest to już widać cechą ludzkiego umysłu, to co zalicza że do rzeczy zwyczajnych i codziennych, nie rani go, ni oburza. Nawyk zużywa, że się tak wyrażę, zarówno nasze oburzenie, jak i zachwyt. Budzę się co rana, nie myśląc wcale, przyznaję to, o tych nieszczęsnych których powieszą, lub połamią kołem w ciągu dnia. Kiedy jednak wyobrażenie męki uczyniło mnie wrażliwszym, serce mi się ścisnęło i na widok owej ponętnej dziewki wiedzionej na śmierć ścisnęło mi się gardło tak, że nie przejdzie przez nie nawet ta mała rybka.
— Mniejsza o jednę ładną dziewkę. Niema ulicy w Paryżu, by co noc nie fabrykowano tuzinami nowych, piękniejszych jeszcze. Któż jej kazał okradać swą panią, radczynię Josse?
— Nie wiem tego — odrzekł mistrz — i pan tego nie wiesz, a sędziowie, którzy ją skazali, również nic nie wiedzą, albowiem nieznane są człowiekowi istotne motywy czynów ludzkich. Są to sprawy niepojęte, a sprężyny poruszające niemi głęboko tkwią ukryte. Uznaję wolność czynów człowieka i jego odpowiedzialność za nie, albowiem tak mi wierzyć każe nasza święta rzymsko-katolicka religja i Kościół, matka nasza. Ale poza nauką wiary tak mam mało danych na dowód, że człowiek jest panem swych czynów, iż drżę, ile razy posłyszę o wyroku sądowym, karzącym czyny, których punkt wyjścia, konsekwencja i przyczyny wymykają nam się zupełnie, zaś wola ma często mały w nich udział, bo przeważna ich ilość dzieje się bez żadnej świadomości.
W zasadzie jesteśmy odpowiedzialni za postępki nasze, albowiem święta religja nasza wychodzi z założenia mistycznej jedności wolności człowieka i łaski bożej. Ale za nadużycie tego dogmatu uważać muszę, jeśli opierając się na tej subtelnej i trudnej do ujęcia koncepcji sprawiedliwość ludzka szafuje na prawo i lewo udręką, torturą i różnemi okropnościami, jakich pełne są kodeksy nasze.
— Z wielkim smutkiem spostrzegam, — powiedział czarny człowieczek — że Wasza Wielebność zaliczasz się do zwolenników szalbierzy, a temsamem wrogów państwa!
— — Niestety i oni, drogi panie — odparł mistrz — zaliczają się również do cierpiącej i walczącej ludzkości i mają, jak my udział w świętem dziele Odkupienia Pana naszego Jezusa Chrystusa, który umarł pośrodku dwu łotrów. Dostrzegam w ustawodawstwie naszem okrucieństwa, które ocenić potrafią dopiero pokolenia przyszłe, a napełnią je one, ręczę za to, oburzeniem wielkiem.
— Nie rozumiem zgoła, co ma na myśli Wasza Wielebność! — oświadczył woźny, pociągnawszy wina ze szklanki — Wszakże wszystkie okrucieństwa czasów dawnych zostały usunięte zupełnie z ustaw naszych i obyczajów, a dzisiejsze prawodawstwo odznacza się łagodnością i ludzkością wprost niesłychaną.
Kary są jaknajściślej ustosunkowane do przestępstw i tak widzimy, że złodziei wiesza się, morderców łamie kołem, winnych obrazy majestatu rozdziera końmi, ateuszów, czarowników i sodomitów pali się na stosie, zaś fałszerzy pieniędzy gotuje. Czyż to nie wystarcza, by udowodnić, że praktyka kryminalistyczna odznacza się niezmiernem umiarkowaniem i łagodnością, posuniętą do granic możliwości?
— Drogi panie, — zauważył ks. Coignard — wiem z książek, iż sędziowie każdego stulecia uważali się zawsze za zgodliwych, łagodnych i pobłażliwych. W wiekach średnich, za czasów św. Ludwika, a nawet Karola Wielkiego, zachwycali się swą wyrozumiałością, która się nam dzisiaj wydaje dzikością, toteż pewny jestem że synowie, czy wnukowie nasi osądzą, iż należy to i owo zmienić i usunąć w zakresie tortur i kar przez nas stosowanych.
— Wasza Wielebność nie liczy się z koniecznościami urzędowemi! — oświadczył stanowczo staruszek — Tortura jest niezbędną dla wydobycia zeznania, któregoby po dobroci nigdy uzyskać się nie dało, zaś kary są zredukowane do granic takich, jakie są potrzebne do zabezpieczenia życia i spokoju obywateli.
— Zgadzasz się pan więc, — odrzekł mistrz — że sprawiedliwość sądowa nie ma na celu samej sprawiedliwości, ale kieruje się względami praktycznymi i zasadniczo opiera się na interesach i przesądach narodów. W istocie jest to prawda zupełna, toteż występki karane są nie w stosunku do zawartego w nich zła i przewrotności, ale proporcjonalnie do szkód, jakie przynoszą społeczeństwu, lub jakieby przynieść mogły. Dlatego fałszerzy monet wrzuca się do kotła z wrzącą wodą, mimo że bicie dukatów nie jest to żadna przewrotność, ale jeno finansiści i ogół obywateli ponoszą przezto dotkliwą stratę w dochodach. Za tę więc stratę mszczą się w sposób okrutny i niemiłosierny. Wieszamy złodziei nie dlatego, by wielka niemoralność mieściła się w zabraniu drugiemu kawałka chleba, czy żabotu, gdyż w gruncie złośliwość ta jest małą, ale dlatego, że ludzie są chciwi dóbr ziemskich i przywiązują wielką wagę do dóbr raz pozyskanych. Trzeba tedy uznać za prawdziwe źródło sprawiedliwości ludzkiej interes materjalny obywateli i odjąć mu tę całą, rzekomo wzniosłą filozofję, w którą się drapuje z wielkiem namaszczeniem, a większą jeszcze obłudą.
— Księże dobrodzieju, — ozwał się po chwili czarny człowieczek — nie rozumiem tego com usłyszał. Zdaje mi się, że sprawiedliwość jest o tyle lepszą o ile jest użyteczniejszą, a ta właśnie użyteczność, którą ksiądz zdaje się pogardzać, powinna ją w oczach pańskich uczynić tem dostojniejszą i świętszą.
— Nie rozumiemy się tedy wcale! — oświadczył drogi mistrz mój.
— Wasza Wielebność, — powiedział woźny — Widzę za to, że wino stoi nietknięte, a musi ono być dobre sądząc po kolorze. Czy mógłbym skosztować?
Po raz może pierwszy w życiu drogi mistrz mój zapomniał o trunku w napoczętej ledwo flaszce. Napełnił z całą gotowością szklankę woźnego, a staruszek powiedział skosztowawszy ostrożnie:
— Za zdrowie Waszej Wielebności. Wino pańskie dobre jest, ale rozumowanie nic warte. Powtarzam, sprawiedliwość ustaw jest tem słuszniejsza, im jest pożyteczniejsza, a owa użyteczność, będąca pańskiem zdaniem jej źródłem powinna przekonać tem bardziej o jej zaletach. Ale musimy zgodzić się jeszcze i na to, że sama istota wymiaru sprawiedliwości jest sprawiedliwa, tak jak to oznacza jego nazwa.
— Szanowny panie, — zawołał ksiądz — jeśli powiemy, że piękność jest piękna, prawda prawdziwa, a sprawiedliwość sprawiedliwa, to nie wyjaśnimy tem niczego i lepiej było wcale nie gadać. Wasz Ulpjanus używający ścisłych określeń napisał, że sprawiedliwość jest to zdecydowana i wiecznotrwała wola przyznawania każdemu tego co mu się należy, zaś ustawy są wówczas sprawiedliwe, kiedy sankcjonują tę wolę. Cała tylko bieda w tem, że ludziom z natury samej nic się nie należy, a skutkiem tego sprawiedliwe ustawy zabezpieczać im mogą tylko łupy rabunku odziedziczone, lub własne. Są w tem bardzo podobne do owych umów pomiędzy dziećmi grającemi w szklanne kulki. Gdy jedna strona wygra, a druga chce, by oddała napowrót kulki, pierwsze powiadają: — My już nie chcemy dalej grać!
Cała mądrość sędziów polega na wyróżnieniu rabunków, które nie wchodzą w grę, od tych co do których przy zaczęciu partji nastąpiła umowa, a rozróżnianie owo jest jednocześnie bardzo misterne i dziecinne. W każdym zaś razie jest bardzo dowolne.
Dziewczyna, która wisi w tej chwili na szubienicy, jak pan powiadasz, skradła pani radczyni Josse własność jej, żabot koronkowy. Na czem jednak opierasz pan twierdzenie, że ów żabot był własnością pani radczyni Josse? Powiesz pan, że kupiła go za pieniądz, albo dostała od rodziców z wyprawą, albo otrzymała od swego kochanka. W ten mniejwięcej sposób przychodzi się do koronkowych żabotów. Ale bez względu na sposoby, zawsze posiadała go ona jako jedno z tych dóbr, które pozyskuje się przypadkiem i znowu przypadkiem traci, gdyż do posiadania tego nie miała i mieć nie mogła praw przyrodzonych.
Zresztą przyznaję nawet, że żabot był jej własnością stosownie do reguł owej zabawy w posiadanie, którą uprawiają ludzie uspołecznieni, niby biedni ulicznicy grający w guziki. Upodobała sobie w tym żabocie i ostatecznie prawa jej do niego nie były zgoła mniejsze od praw innych współgrających. Zgoda. Sprawiedliwość winna była tedy oddać jej żabot i koniec. Ale z jakiegoż powodu sprawiedliwość owa oceniła kawałek szmatki sfabrykowanej w Alençon tak wysoko, by żądać wzamian za sam jej zwrot ceny życia istoty ludzkiej?
— Księże dobrodzieju! — zawołał żywo staruszek — Patrzysz pan na sprawiedliwość pod jednym jeno kątem. Nie dość jest wymierzyć ją samej tylko pani radczyni Josse, oddając jej żabot. Koniecznem jest wymierzyć równą sprawiedliwość pokojówce, wieszając ją za szyję na konopnej lince. Sprawiedliwość polega na wymierzeniu każdemu tego, co mu się należy. I to właśnie czyni ją dostojną i świętą.
— Doprawdy, nie wiedziałem dotąd jeszcze, że sprawiedliwość jest tak przeraźnie ohydną! — zawołał drogi mój mistrz. Ta koncepcja, iż spłaca ona dług kary skazanemu, niema sobie równej co do dzikości i szatańskiej przewrotności. Niema w niej tedy zgoła nic prócz średniowiecznej, zwierzęcej, barbarzyńskiej zemsty silniejszego nad słabszym.
— Księże dobrodzieju, — sprzeciwił się woźny — nie znasz tedy sprawiedliwości. Wymierza ona ciosy bez gniewu i nie czuła ona nienawiści dla owej dziewczyny, którą powieszono przed kwadransem dopiero.
— Coraz to lepiej! — zawołał drogi mistrz mój — Wolałbym tysiąc razy, gdyby sędziowie wyznali otwarcie, że karzą winnych z czystej konieczności, dla odstraszającego przykładu innym. W takim razie pełniliby rzecz użyteczną, powolni warunkom swego wieku. Jeśli jednak twierdzą, że odbierając życie winnemu spłacają mu jeno należność, to otwiera się przed nami piekło szaleńczej ułudy, w które pędzi fałszywe rozumowanie onych ludzi, niewinnych w gruncie, gdyż pełnią oni to, co uważają za swój obowiązek. Ta zasada napełnia mnie niewysłowionym wstrętem.
Przypominam sobie teraz, że ustalona została ona przez pewnego zdolnego filozofa, nazwiskiem Menardus. Twierdzi on, że nie karać winowajcy, znaczy tyle co pozbawiać go w sposób przewrotny prawa odpokutowania występku. Powiedział on, że sędziowie ateńscy, każąc wypić kielich cykuty Sokratesowi przyczynili się walnie do oczyszczenia z grzechów duszy tego mędrca. To są straszliwe, przeraźne mrzonki! Pragnę gorąco, by sprawiedliwość karząca była mniej subtelną i filozoficzną.
Zasada zemsty, stosowana częściej do kar wymierzanych zbrodniarzom, jest mimo swej wnętrznej nikczemności i zła, dużo mniej straszna w skutkach od owej szaleńczej cnoty filozofów-morderców. Poznałem w Séez pewnego poczciwca o pogodnem usposobieniu, pełnego jowjalności, który brał na kolana dzieci i opowiadał im historyjki. Wiódł żywot przykładny, przystępował do św. sakramentów i dumny był z wypróbowanej uczciwości w handlu zbożem, który prowadził od lat sześćdziesięciu, czy dłużej nawet. Przydarzyło się pewnego dnia, że służąca skradła mu kilka dublonów, pięknych dukatonów, prosto z mennicy i inne jeszcze złote monety, które trzymał w puzderku na dnie szuflady, radując się ich widokiem. Zauważywszy stratę wniósł skargę do sądu, poczem służącą przyaresztowano, przesłuchano, osadzono, skazano i powieszono. Poczciwiec, znający zakres swych praw zażądał skóry złodziejki, a gdy mu ją dano, kazał sobie zrobić rajtuzy. Często bił się prętem po pośladkach i wykrzykiwał: — A ty szelmo! A ty łajdaczko! — Dziewczyna zabrała mu złoto, on jej tedy zabrał skórę i zemścił się poprostu, bez filozofji, z całą prostotą i uczciwością dzikiego zwierzęcia. Nie sądził iż spełnia obowiązek szczytny, waląc się radośnie po bokach, obciągniętych ludzką skórą.
Należałoby zgodzić się, że wieszając winowajce spełnia się akt ostrożności, służący za postrach innym, a porzucić raz na zawsze zbrodniczą formułę wymierzania każdemu co mu się należy. Prawdziwa filozofja poucza, że prócz życia nic się nie należy nikomu. Dzikim i szatańskim mistycyzmem nazwać trzeba teorję ekspjacji, przysługującej winnemu, gorszym zaprawdę od otwartego gwałtu, lub zwyczajnego gniewu. Karanie ma swe źródło w przemocy nie zaś filozofji, gdyż ona poucza nas wprost przeciwnie, że wszystko co posiadamy zostało zagarnięte gwałtem, lub podstępem.
Nie rzadko zdarza się też, że sprawiedliwość i sędziowie pochwalają rabunek dokonany na obywatelach, o ile tylko rozbójnik jest potężny. Niema naprzykład nic przeciw temu prawo, by król zabierał nam naczynia srebrne i ozdoby, gdy mu przyjdzie ochota wojować.
Za Ludwika XIV, nazywanego Wielkim, rekwizycje doprowadzono do tego stopnia, że odpruwano sznury od firanek łóżka, by wysnuć z nich nić złotą, wmieszaną w tkaninę. Król ten zagarniał mienie osób prywatnych i skarby Kościoła. Za czasów, kiedy przebywałem w celach duchownego doskonalenia się w kościele Matki Boskiej Radosnej w Pikardji, uskarżał się przedemną gorzko pewien stary zakrystjan, iż nieboszczyk król zrabował i stopił wszystkie złote i srebrne naczynia kościelne, a nie uszanował nawet złotych piersi królowej Palatynatu, złożonych jako wotum po cudownem uleczeniu z raka. Sprawiedliwość dzielnie sekundowała wówczas królowi w rekwizycjach i karała surowo tych, którzy ukryli po kilka sztuk złota przed pazurami królewskich komisarzy. Widocznie prawo nie uważało wówczas własności prywatnej za taką przynależność obywateli, by niemożliwem i niesprawiedliwem było pozbawianie ich tejże.
— Przezacny księże, — powiedział woźny — komisarze działali imieniem Króla Jegomości, który jest właścicielem wszelakich dóbr w państwie i może dysponować niemi wedle woli, używając ich na wojnę, stawianie gmachów lub cokolwiekbądź innego.
— To prawda, — odparł mistrz — zapomniałem, że i to, także włączone zostało do regul gry. Sędziowie przestrzegają reguł gry w „gąskę“, patrząc na to co jest napisane na tabliczce. Zapisane tam są prawa króla, zostające pod strażą najemnych szwajcarów i wszelakiego innego żołdactwa. Niestety biedna, powieszona złodziejka nie miała jeno gwardji szwajcarskiej, która by zapisała na tabliczce, iż przysługuje jej prawo noszenia koronkowego żabotu pani radczyni Josse. Masz pan zupełną rację.
— Ależ księże dobrodzieju! — zawołał zdumiony staruszek — Czyż chcesz pan przyrównywać Ludwika Wielkiego, największego z władców Francji, który zabrał złoto obywatelom na cele wojenne, na opłatę wojsk, z ową nędzną kreaturą, która skradła żabot, by się w niego wystroić?
— Szlachetny przyjacielu! — odrzekł mój zacny mistrz — Mniej niewinną jest rzeczą toczyć krwawe wojny, niż iść na bal do Ramponneau w koronkowym żabocie. Niestety, sprawiedliwość wymierza każdemu co mu się należy, wedle zasad przyjętych w onej towarzyskiej grze, którą zaliczam do najhazardowniejszych, najgłupszych i najnudniejszych, z pośród znanych mi do tej pory, a również niestety, wszyscy obywatele państwa muszą w niej poniewoli brać udział.
— To jest konieczne! — zapewnił staruszek.
— Doszliśmy więc do wniosku, że prawa są pożyteczne, ale nie są sprawiedliwe i być nie mogą, albowiem sędzia przyznaje obywatelom korzystanie z tego co im się należy, nie wchodząc zgoła w rozróżnianie prawdziwych i pozornych dóbr. Tego rozróżniania nie zapisuje się na tabliczce gry „w gąskę“ i nie wchodzi ono w zakres jej reguł. Widnieje ono jeno w księdze sprawiedliwości bożej, której odczytać nikt nie zdołał jeszcze.
Czy znasz pan historję o aniele i pustelniku? Anioł zstąpił pewnego dnia z nieba, przybrawszy postać ludzką i strój pątnika. Wędrując po Egipcie zapukał pewnego wieczoru do drzwi chatki dobrego pustelnika, który biorąc go za zwykłego pątnika, nakarmił go i nalał w złotą czarę wina. Potem położył go na własnem łożu, sam zaś legł na ziemi podłożywszy sobie pod głowę garść słomy ryżowej.
Kiedy zasnął niebiański gość jego wstał, wziął czarę, z której pił wino, ukrył ją pod płaszczem i uciekł. Postąpił w ten sposób nie dlatego, by poszkodować dobrego pustelnika, ale przeciwnie uczynił to dla dobra gospodarza swego, który go przyjął tak gościnnie. Wiedział on, że czara ta o zgubę przyprawiłaby świętego męża, bowiem przylgnął do niej sercem, a Bóg chce by go kochać wyłącznie i nie pozwala przywiązywać się do dóbr ziemskich wybrańcom swoim.
Anioł ten, partycypując w nieskończonej mądrości bożej, umiał odróżniać dobra istotne od pozornych. Sędziowie jednak dokazać tego nie zdołają nigdy. Niewiadomo zgoła, czy pani radczyni Josse nie zatraciła duszy swojej w chwili otrzymania z powrotem z rąk sędziów skradzionego jej przez pokojówkę koronkowego żabotu?
— W każdym razie, — zakończył woźny, zacierając ręce — jedna łajdaczka mniej wałęsa się po tym świecie!
Strzepnął okruchy z ubrania i skłoniwszy się nam uprzejmie, odszedł lekkim, żwawym kroczkiem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: [[Autor:|]] i tłumacza: Franciszek Mirandola.