Przejdź do zawartości

Poglądy ks. Hieronima Coignarda/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anatole France
Tytuł Poglądy ks. Hieronima Coignarda
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1922
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów; Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Les opinions de M. Jérôme Coignard
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVIII.
SPRAWIEDLIWOŚĆ.

Ksiądz Hieronim Coignard, zasługujący w pełni na to, by go wdzięczna republika żywiła na koszt państwa w prytaneum, zarabiał na życie pisaniem pokojówkom listów, w nędznej spelunce, tuż przy dawnym cmentarzu św. Inocentego. Pewnego razu przydarzyło mu się służyć za sekretarza pewnej damie portugalskiej, podróżującej po Francji wraz z małym służącym, murzynkiem. Zapłaciła ljarda za list do męża, zaś dukata sześcio liwrowego za list do kochanka. Była to pierwsza złota moneta, jaka zabłądziła od Świętego Jana do kieszeni mego drogiego mistrza.
Z natury hojny i wspaniałomyślny zaprosił mnie zaraz do garkuchni „pod Złotem Jabłkiem“ przy Quai de Grève, niedaleko ratusza, gdzie podawano wyśmienite kiełbaski i niefałszowane wino, Schodzili się tam bogaci kupcy po ukończeniu na targu du Mail obrotów handlowych, a więc około południa. Była właśnie wiosna, ciepło i przyjemnie. Drogi mistrz kazał nakryć stolik na werandzie, tak że spożywając dary boże przysłuchiwaliśmy się jednocześnie pluskowi wioseł łodzi i galarów, sunących po rzece. Ogarnęło nas uczucie swobody, radzi byliśmy z życia i z tego iż siedzieć możemy w słońcu, przy zastawionym stole. Zajadaliśmy właśnie ze smakiem smażone kiełbiki, gdy nagle doleciał nas tętent kopyt końskich, szczęk oręża i turkot wozu. Odgłosy te zwróciły naszą uwagę.
Domyślając się, że jesteśmy zaciekawieni przyczyną owego łomotu, zwrócił się ku nam jakiś staruszek czarno ubrany, biesiadujący przy stoliku sąsiednim i rzekł uprzejmym tonem:
— To nic wielkiego proszę panów, wiozą tylko pod szubienicę pewną służącą, która skradła swej pani żabot koronkowy.
W chwili gdy mówił ujrzeliśmy rzeczywiście przystojną dziewczynę, siedzącą na niewielkim wózku, otoczonym konnymi policjantami. Zdawała się zdziwioną niesłychanie. Ręce miała skrępowane na plecach, przez to jędrne wydatne piersi wystąpiły naprzód. Jezdni i wózek znikli po małej chwili na zakręcie, ale nie zapomnę chyba nigdy tej bladej, jak ściana twarzy i spojrzenia wytrzeszczonych oczu, nie rozróżniających już niczego wokół.
— Tak, — powiedział czarny staruszek — to pokojówka pani radczyni Josse. Chcąc zachwycić swego kochanka na zabawie u Ramponneau, skradła swej pani żabot z prawdziwych koronek alansońskich, a popełniwszy tę zbrodnię, uciekła. Schwytano ją w mieszkaniu kochanka, przy Pont-au-Change i przyznała się niezwłocznie. Dlategoteż poddano ją torturom najwyżej jedno, lub dwugodzinnym. Mówię prawdę, szanowni panowie, albowiem jestem woźnym departamentu sądowego parlamentu, gdzie rospatrywano tę sprawę.
Czarny starowina nadkroił z lubością kiełbaskę i jadł żywo, by nie ostygła. Połknąwszy ostatni kąsek, podjął na nowo:
— W tej chwili stoi zapewne u szczytu drabiny, a za jakichś pięć minut mniej więcej, wyda ostatnie tchnienie. Różni się zdarzają wisielcy. Jedni umierają spokojnie natychmiast po założeniu stryczka na szyję. Ale inni sprawiają dużo ambarasu katowi. Żyją bardzo długo, co stwierdziłem na własne oczy, żyją, że tak rzekę do późnej starości, wyrabiając awantury niesłychane i szarpiąc się zajadle. Najwścieklejszym szelmą z pośród wszystkich wisielców, jakich mi się oglądać przydarzyło, był pewien ksiądz, skazany na śmierć w zeszłym roku za to, iż podrabiał podpis królewski na biletach loteryjnych. Żył przez jakichś dwadzieścia minut i tańczył na sznurze, niby karp na patelni.
— Hu, hu! — zaśmiał się urągliwie czarny człowieczek — Ten książulek był nader skromny i nie sięgał po honor biskupa polowego, stojącego wśród gradu kul. Widziałem jak płakał, gdy go zdjęto z wózka. Płakał i lamentował, tak że kat mu musiał zwrócić uwagę, by nie beczał jak małe dziecko na widok ciemnego pokoju. Co najciekawsze to to, że kat wziął go zrazu za kapelana i spowiednika drugiego skazańca, który miał być jednocześnie powieszony, a profos niemało się nabiedził, nim zdołał przekonać wykonawcę wyroku o pomyłce. Prawda, że to zabawne, szanowni panowie?
— Nie! — powiedział mój drogi mistrz upuszczając na talerz rybkę, którą przez chwilę trzymał na widelcu tuż przy ustach, Nie bawi mnie to wcale! Przeciwnie, myśl że biedna dziewczyna wydaje może właśnie ostatnie tchnienie, odebrała mi cały apetyt, obrzydziła te wyśmienite kiełbiki, piękny, słoneczny dzień i wszystko co mnie radowało przed chwilą.
Ksiądz dobrodziej, widzę, bardzo drażliwy na tym punkcie! — zauważył czarny staruszek — Pewnie by też Wasza Wielebność nie mógł patrzyć na to co widział na własne oczy ojciec mój w dziecięcych swych latach w Dijon, skąd pochodził.
— Zapewne... zapewne! — powiedział mój mistrz przezacny.
— W takim razie pozwolę sobie powtórzyć opowiadanie ojca mego, które słyszałem nieskończoną ilość razy. Jest niezmiernie interesujące.
Napił się wina, otarł usta rożkiem serwety i opowiedział poniż przytoczoną historję.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: [[Autor:|]] i tłumacza: Franciszek Mirandola.