Poglądy ks. Hieronima Coignarda/XVI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Poglądy ks. Hieronima Coignarda |
| Wydawca | Wydawnictwo Polskie |
| Data wyd. | 1922 |
| Druk | Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A. |
| Miejsce wyd. | Lwów; Poznań |
| Tłumacz | Franciszek Mirandola |
| Tytuł orygin. | Les opinions de M. Jérôme Coignard |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Pan Roman położył na ladzie księgarni pół tuzina tomów i powiedział:
— Proszę bardzo, panie Blaizot, każ mi odnieść do domu te książki: Jest tu „Matka i synowie“, „Pamiętniki dworskie“ i „Testament Richelieugo“. Proszę także dołączyć, o ile pan ma nowe dzieła z zakresu historji, w szczególności dotyczące Francji od czasu śmierci Henryka IV. Rzeczy te ciekawią mnie bardzo.
— Zupełna racja! — przyświadczył mój drogi mistrz — W książkach historycznych znaleźć można mnóstwo drobiazgów i anegdot, mogących być miłą rozrywką dla człowieka rozsądnego, a zarazem pouczyć go wielu rzeczy odnośnie do natury człowieka.
— Szanowny księże, — odparł pan Roman — nie szukam u historyków błachej rozrywki, ale poważnej wiedzy i martwi mnie bardzo to, że często prawda pomieszana bywa tam ze zmyśleniem. Studjuję czyny ludzkie w celu odkrycia praw ich postępowania i doszukują się w historji zasad rządzenia.
— Wiem o tem czcigodny panie! — powiedział drogi mistrz mój — Pański traktat o „Monarchji“ jest tak znany, iż tajną mi być nie może pańska zasada polityczna, oparta na historji.
— A więc księdzu wiadomo, że to ja pierwszy ułożyłem dla władców i ministrów reguły, od których zboczyć bez narażenia się na niebezpieczeństwo nie mogą?
— Widziałem na tytułowej karcie dzieła pańską postać w przystroju Minerwy. Stoisz pan w pięknym gabinecie, ozdobionym posągami i obrazami i ukazujesz młodzieńczemu władcy lustro, które podaje muza Clio, unosząca się ponad pańską głową.
Racz mi pan przebaczyć, ale muszę wyznać, że muza owa kłamie i podaje ci lustro pokazujące fałszywie. Mało prawdy zawiera historja i wierzymy tylko tym faktom, które czerpiemy z jednego, jedynego źródła. Ile razy spotykamy większą ilość źródeł, spostrzegamy że historycy notują fakty zgoła sprzeczne ze sobą i objaw ten jest stały. To nic jeszcze! Widzimy, że Józef Flawjusz, traktując tensam temat w swych „Starożytnościach“ i „Wojnie żydowskiej“ przytacza fakty zupełnie inaczej w każdem dziele. Tytus Liwjusz jest tylko zbieraczem baśni, zaś wyrocznia pańska, Tacyt robi na mnie wrażenie kłamcy skrytego i obłudnego, który łże z poważną miną, a potem śmieje się w kułak. Cenię dosyć Tucydydesa, Polibjusza i Guichardina. Nasz Mézeray sam niewie co gada, podobnie jak Villaret i ksiądz Vely. Ale basta, czynię zarzuty historykom, gdy tymczasem należy oskarżać samą historię.
Czemże jest historja? Zbiorem powiastek z sensem moralnym na końcu, lub też krasomówczą mieszaniną opowiadań i przemówień, zależnie od tego czy historyk jest filozofem, czy retorem. Można tam odnaleźć piękne ustępy z zakresu elokwencji, ale prawdy szukać nawet nie warto. Prawda polega na ustaleniu przyczynowego związku faktów, a historyk nie jest w możności ustalić go, albowiem nie dostrzega całego złańcuchowania przyczyn i skutków. Proszę, zwróć pan uwagę na to, że ile razy fakt historyczny posiada za przyczynę fakt niehistoryczny, historja nie dostrzega wcale owej przyczyny. Ponieważ zaś fakty historyczne są nierozerwalnie związane z faktami niehistorycznymi wynika stąd, iż u historyków wydarzenia nie łańcuchują się wcale w sposób naturalny, lecz powiązane są ze sobą jeno retorskiemi sztuczkami, rzucającemi się w oczy każdemu.
Musimy wziąć dalej pod rozwagę, że rozróżnienie, które fakty zaliczyć należy do historji, a których nie można jest zgoła bezzasadne i całkiem dowolne. Wynika stąd iż historja, nie zasługując zgoła na miano wiedzy z samej przyrodzonej natury swojej skazaną jest na chwiejność kłamstwa i że brak jej będzie zawsze ścisłości i ciągłości faktycznej, bez czego wyobrazić sobie nie można prawdziwej wiedzy.
Sądzę tedy, że przyzna mi pan rację jeśli powiem, iż nie można z annałów dziejów ludzkich wysnuwać prognostyków dla przyszłości. Otóż właściwością każdej wiedzy jest zdolność prorokowania, jak to widzimy w astronomicznych obliczeniach przypływów, zaćmień, czy faz księżyca i planet, które są przepowiedniami współczesnej i dawnej wiedzy, podczas gdy rewolucje i wojny wymykają się z pod rachunku.
Pan Roman oświadczył księdzu Coignardowi, że domaga się od historji jeno dat połowicznych, półprawd, niejasnych i omglonych faktów, ale wszystko to, mimo iż przepełnione jest błędami, uważa za nader cenne, albowiem przedmiotem owych dociekań jest człowiek i jego ziemskie dzieje.
— Wiem dobrze — powiedział — że roczniki człowieczego rodu są pomieszane z bajkami i falsyfikatami. Ale mimo braku logicznego związku przyczyn i skutków, odkrywam w dziejach coś w rodzaju ogólnego planu, którego ślad tracę, to znowu odnajduję, zupełnie jak podczas badania architektury starych świątyń, zagrzebanych w piaskach pustyni. Już samo to ma dla mnie wartość nieocenioną, a sądzę i spodziewam się, że historja czasów naszych i późniejszych zbudowana na obfitszym nieskończenie materjale i traktowana metodycznie, pójdzie co do ścisłości w zawody z wiedzą przyrodniczą.
— Nie licz pan na to! — zawołał mistrz — Tak się nie stanie. mój drogi Przeciwnie, pewny jestem, że wzrastająca obfitość pamiętników, listów, aktów archiwalnych i kronik uczyni zadanie nierównie trudniejszem jeszcze, wprost niewykonalnem dla historyków przyszłości. Pan Elward, który życie swe poświęcił badaniu rewolucji angielskiej, zapewnia, że życie jednego człowieka nie starczy na przeczytanie połowy tego, co napisano w czasie zamieszek.
Przychodzi mi na myśl opowieść, zasłyszana swego czasu od księdza Blancheta. Powtórzę ją tak, jak mi utkwiła w pamięci, wyrażając żal, iż niema pośród nas ks. Blancheta, któryby ją opowiedział nierównie lepiej, gdyż posiada wielki dar krasomówczy.
Onego czasu, kiedy młody książę Zamir objął tron perski po zmarłym ojcu swoim kazał zwołać do swego pałacu wszystkich, powiedzmy, członków Akademji swego królestwa, a gdy się zjawili, tak się do nich ozwał:
— Doktor Zeb, czcigodny nauczyciel mój, pouczył mnie, że władcy popełnialiby mniej omyłek, gdyby chcieli kierować się przykładem czasów minionych. Chcę tedy przeczytać kroniki dziejów ludzkości. Nakazuję wam napisać historję powszechną i nie zaniedbać niczego, coby się przyczynić mogło do jej zrozumienia należytego.
Uczeni przyobiecali uczynić zadość rozkazowi króla i zaraz zabrali się do pracy. Po dwudziestu latach zjawili się ponownie, za nimi szła karawana, złożona z dwunastu wielbłądów, a każdy dźwigał na grzbiecie pięćset ogromnych tomów. Sekretarz generalny Akademji padł na kolana przed władcą i tak powiedział:
— Panie! Członkowie Akademji królestwa składają u stóp tronu historję powszechną, spisaną wedle rozkazu Waszej Królewskiej Mości. Składa się ona z sześciu tysięcy tomów i zawiera wszystko, co zdołaliśmy zebrać odnośnie do obyczajów różnych ludów i kolei losu, jakim podlegały różne państwa. Włączyliśmy również stare kroniki, zachowane szczęśliwym zbiegiem okoliczności, zaopatrzywszy je obficie w objaśnienia geograficzne, chronologiczne i dyplomatyczne. Same prolegomena stanowią ładunek jednego wielbłąda, paralipomena dźwiga z wielkim wysiłkiem wielbłąd drugi, dziesięć zaś rosłych zwierząt ugina się pod samem dziełem.
Król odrzekł:
— Dziękuję wam moi panowie za trud, któryście sobie zadali. Ale jestem bardzo zajęty sprawami państwa i czasu mam niewiele. Przytem postarzałem się i stoję, jak powiada poeta, pośrodku drogi życia. Choćbym nawet przypuścił, iż dożyję sędziwego wieku, to jednak nie mogę sobie robić nadziei przeczytania tak długiej historji. Każę dzieło wasze złożyć w archiwach państwowych, a was proszę byście napisali dla mnie streszczenie, lepiej dostosowane do krótkotrwałego, ludzkiego życia.
Akademicy perscy pracowali znowu przez lat dwadzieścia i przywieźli królowi streszczenie na trzech wielbłądach, liczące tysiąc pięćset tomów.
— Panie! — rzekł sekretarz wieczysty słabym głosem — Oto nasze nowe dzieło. Zdaje nam się, że nie opuściliśmy niczego ważniejszego.
— Być może! — zgodził się król, ale i tego streszczenia czytać nie mogę. Jestem stary, a plany szeroko zakreślone nie przystoją memu wiekowi. Proszę was, skróćcie raz jeszcze, byle prędko!
Spieszyli się tak, że po niespełna dziesięciu latach przyprowadzili młodego słonia, niosącego pięćset tomów na grzbiecie.
— Sądzę, że byłem treściwy! — powiedział sekretarz dożywotni Akademji.
— Za mało, za mało jeszcze streszczałeś się mój drogi! — zauważył król — Stoję już u schyłku życia! Skróć to, skróć koniecznie, gdyż chciałbym przed śmiercią poznać historję ludzkiego rodu.
Po pięciu latach zjawił się przed pałacem sekretarz dożywotni. Szedł o kulach, prowadząc za sobą osła z wielką księgą na grzbiecie.
— Spiesz się pan! — zawołał gwardzista — Król Jegomość kona!
W istocie, król leżał na łożu śmierci. Zwrócił spojrzenie zagasłe już niemal na sekretarza, a potem na ogromną księgę i powiedział z westchnieniem:
— Umrę tedy, nie zaznajomiwszy się z dziejami ludzkiemi!
— Panie! — rzekł sekretarz niemal tak samo jak monarcha osłabły — Streszczę ci dzieje ludzkości w trzech słowach: rodzili się, cierpieli i umierali!
W ten to sposób król Persji w ostatniej chwili życia zapoznał się z historją ludzkości.