Przejdź do zawartości

Poglądy ks. Hieronima Coignarda/XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anatole France
Tytuł Poglądy ks. Hieronima Coignarda
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1922
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów; Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Les opinions de M. Jérôme Coignard
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIX.
OPOWIEŚĆ WOŹNEGO.

W październiku, roku pańskiego 1624 żyła w Bourg-en Bresse, w domu swych rodziców dwudziesto-dwu-letnia Helena Gillet, córka kasztelana królewskiego, mająca kilku braci jeszcze w chłopięcym wieku. Owa Helena Gillet zaszła w ciążę i oznaki te stały się rychło tak widocznemi, że przestały się z nią zadawać córki właściciela zamku i wszystkie inne panny w mieście. Za czas jakiś zauważono, że Helena stała się na nowo szczupłą, jak przedtem i posypały się najrozmaitsze przypuszczenia i plotki. Doszło do tego, iż sędzia kryminalny powziął podejrzenie i kazał miejscowym położnym zbadać sprawę fachowo. Położne stwierdziły, iż rozwiązanie nastąpiło przed dwoma tygodniami, a Helena Gillet zamknięta została do więzienia i przesłuchana przez trybunał prezydjalny.
Wówczas to złożyła następujące zeznanie: Przez kilka miesięcy uczęszczał do domu rodziców moich pewien młodzieniec z sąsiedztwa w celu nauczenia młodszych braci pisania i czytania. Miał ze mną jeden raz tylko stosunek płciowy. Pozyskał sobie służącą, która zamknęła mnie razem z nim w pokoju, i tam zgwałcił mnie.
Sędzia spytał czemu nie wzywała ratunku, a dziewczyna odrzekła, że tak była zaskoczona i zdziwiona, iż głos jej uwiązł w gardle. Pod naporem pytań dodała, że skutkiem tego zgwałcenia zaszła w ciążę i poroniła przed czasem. Zaręczała, że nietylko nie przyczyniła się do spędzenia płodu, ale nawet nie wiedziała co to wszystko znaczy i dopiero służąca musiała ją uświadamiać.
Nie zaspokojeni jej zeznaniem prawnicy nie wiedzieli co począć z całą sprawą, gdy nagle niespodziane zgoła świadectwo dostarczyło oskarżeniu dowodów niezbitych. Pewien żołnierz, przechadzając się wzdłuż ogrodzenia parku IMC. pana Piotra Gillet, kasztelana królewskiego, zobaczył w rowie, pod murem kruka szarpiącego dziobem kawałek bielizny. Zbliżył się, chcąc zobaczyć co to takiego, znalazł noworodka i niezwłocznie doniósł władzom o swem odkryciu.
Dziecko zawinięte było w koszulę, znaczoną na kołnierzu literami H. G. Stwierdzono że było donoszone, a Helena Gillet, po udowodnieniu dzieciobójstwa została, wedle zwyczaju i przepisów ustawy skazana na karę śmierci. Z uwagi na wysoki urząd królewski piastowany przez ojca, dopuszczono ją do korzystania z przywileju, przysługującego szlachcie i wyrok brzmiał, jako że ma zostać ścięta toporem.
Ponieważ od wyroku wniesiona została apelacja do parlamentu w Dijon, przeto odstawiono ją do stolicy Burgundji pod eskortą dwu łuczników i osadzono w więzieniu pałacowem. Towarzysząca skazanej matka zamieszkała w klasztorze panien Bernardynek. Sprawa została zbadana przez członków parlamentu na ostatniej audjencji dnia 12 maja, przed samemi Zielonemi Świętami. Sędziowie po wysłuchaniu sprawozdania prokuratora, Jakoba, zatwierdzili wyrok trybunału prezydjalnego w Bourg, zarządzając by skazana zaprowadzoną została na miejsce stracenia ze stryczkiem na szyi.
Publiczność szemrała potrochu, gdyż owo hańbiące obostrzenie stało w sprzeczności z honorowym rodzajem śmierci, przyznanym zbrodniarce. Uznano ogólnie surowość ową za niezgodną z formami zwyczajowemi i za zbyt daleko posuniętą. Ale wyrok nie podlegał dalszej apelacji i musiano go wykonać niezwłocznie.
Tegosamego jeszcze dnia, o pół do czwartej z południa Helena Gillet została zaprowadzona na szafot przy dźwięku dzwonów, a przed orszakiem jechali trębacze i dęli z taką mocą w surmy, iż mieszkańcy, słysząc po domach swych owe wrzaski, padali na kolana i zanosili do Boga modły za duszę tej, która za chwilę umrzyć miała. Za trębaczami jechał konno zastępca prokuratora królewskiego w otoczeniu służby. Za nim jechała na czarnym wózku, skazana ze stryczkiem na szyi, jak chciał wyrok parlamentu. Towarzyszyło jej dwu Ojców Jezuitów i dwu Ojców Kapucynów, pocieszając ją i pokazując Chrystusa, umierającego na krzyżu. W pobliżu znajdywał się kat z toporem i jego żona z nożyczkami. Oddział łuczników otaczał wózek skazanej, a z tylu cisnął się kto mógł i wielki hałas czynił ten tłum, złożony z drobnomieszczan, piekarzy, rzeźników i mularzy, oraz hord dzieci obojga płci.
Orszak zatrzymał się na placu, zwanym Morimont[1] nie dlatego jednak, że tutaj odbywały się egzekucje zbrodniarzy, ale z powodu że stał tu dawnymi czasy pałac dostojnika Kościoła tegoż nazwiska, posiadającego brylantowy krzyż i mitrę książęcą. Szafot z belek zbudowany był na kamiennych schodach, przytykających do małej kapliczki, gdzie zazwyczaj zakonnicy odprawiali modły za duszę skazańca.
Helena Gillet wstąpiła na szafot po schodach w towarzystwie czterech zakonników, kata i jego żony, kacicy, która zdjąwszy ze szyi skazanej stryczek obcięła jej włosy nożyczkami na dwie stopy conajmniej długiemi, a potem jej zawiązała oczy. Zakonnicy zaczęli odmawiać modlitwy. Kata jednak ogarnęła nagle drżączka i pobladł, jak ściana. Zwał się Szymon Długijaś, a mimoto wzrost miał niewielki i był o tyle trwoźliwy i łagodny, o ile żona jego kacica wydawała się dzika i zajadła. Tegoż ranka przyjął w kaplicy więziennej komunję świętą, a mimoto był zmieszany i nie miał odwagi uśmiercić młodej dziewczyny.
— Przebaczcie mi wszyscy, — rzekł zwracając się do tłumu — jeśli źle dokonam tego, co jest moim obowiązkiem. Od trzech miesięcy trzęsie mnie febra i trapi gorączka naprzemian!
Potem, słaniając się na nogach, załamując ręce i wznosząc w niebo oczy upadł na kolana przed Heleną Gillet, błagając ją dwukrotnie o przebaczenie. Poprosił jeszcze o błogosławieństwo zakonników i gdy kacica ulokowała głowę delikwentki na pniaku, podniósł topór w górę.
— Jeżus! Marjal — krzyknęli zakonnicy, a ciężkie westchnienie wyrwało się z piersi tłumu. Ale cios, mający przeciąć kark skazanej zwinął się w uderzeniu i rozciął jej głęboko lewe ramię, a nieszczęsna dziewczyna upadła na prawy bok.
Szymon Długijaś zwrócił się do tłumu i powiedział:
— Zabijcie raczej mnie!
Podniosły się wrzaski i padło kilka kamieni na szafot, gdzie kacica umieszczała głowę skazanej ponownie na pieńku.
Mąż podniósł znowu topór i za drugim ciosem nadrąbał dość głęboko kark skazanej, ale puścił topór, a dziewczyna upadła nań z jękiem.
Ryk nieludzki podniósł się z piersi tłumu, grad kamieni posypał się na szafot a Szymon, dwaj jezuici i dwaj kapucyni skoczyli na dół i coprędzej ukrywszy się w kapliczce, zamknęli się w niej szczelnie. Kacica pozostała sama z ofiarą na szafocie, zaczęła szukać topora. Nie znalazłszy go jednak, gdyż leżał pod Heleną, chwyciła stryczek, związała w pętlę, zarzuciła go jej na szyję i zaczęła dusić co sił, opierając się stopami o jej piersi. Ale Helena chwyciła również oburącz stryczek i zalana krwią, broniła się rospacznie. Wówczas kacica ściągnęła ją z szafotu głową na dół po schodach, porwała nożyce i jęła przecinać jej krtań.
Pracowała z wysiłkiem, ale za chwilę rzeźnicy i mularze, poprzewracawszy na ziemię policjantów i łuczników, zajęli dostęp do szafotu i kapliczki.
Kilkanaście silnych ramion podjęło Helenę Gillet, i zaniesioną została do sklepu mistrza Jacquin, chirurga i bandażysty.
Tłum napierający na drzwi kapliczki, byłby je wyłamał napewne, ale zakonnicy bojąc się skutków, otwarli je sami i trzymając przed sobą wzniesione w górę krzyże, utorowali sobie z trudem drogę przez wzburzone fale ludu.
Kat i żona jeno legli trupem pod kamieniami i pałkami, a ciała ich wleczono w tryumfie po ulicach. Tymczasem Helena Gillet odzyskała przytomność w sklepie chirurga i zażądała wody. Potem, podczas bandażowania spytała:
— Jakto tylko tyle mam ran?
Okazało się, że otrzymała jeszcze dwa pchnięcia szpadą w brzuch, sześć głębokich sztychów nożyczkami w piersi, usta i gardło, że biodra pokaleczyło ostrze topora, z którym kacica wlokła ją po ziemi, chcąc zadusić i że wreszcie całe ciało pokryte było tłuczonemi ranami od kamieni, którymi tłum zasypał szafot.
Przyszła jednak do zdrowia i rany pogoiły się. Przez czas długi mieszkała u chirurga pod strażą jednego z woźnych i ciągle pytała:
— Czy to jeszcze nie koniec? Czy mam umierać drugi raz?
Chirurg i litościwe osoby, mające o niej staranie, pocieszali ją jak mogli, ale sam jeno król mógł jej darować życie. Adwokat Favret napisał prośbę, wyjednał podpisy notablów dijońskich i złożył ją u stóp tronu. W tym właśnie czasie odbywały się huczne zabawy na dworze z racji małżeństwa Henryki-Marji Francuskiej z królem Anglji. Z tego to powodu Ludwik „Sprawiedliwy“ przychylił się do prośby i darował karę w zupełności, będąc, jak powiada akt łaski, tego zdania, że odcierpiała ona już karę równą, a nawet przewyższającą karę śmierci. Helena Gillet odzyskawszy życie, ukryła się w klasztorze w la Bresse i pędziła do śmierci żywot nabożny i bogobojny.
— Taką jest — zakończył mały staruszek — historja Heleny Gillet, znana każdemu dotąd w Dijon. Czyż nie jest ona zdaniem Waszej Wielebności, zajmująca i ucieszna?




  1. Dosłownie „Góra śmierci“. Przyp. tłum.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: [[Autor:|]] i tłumacza: Franciszek Mirandola.