Poglądy ks. Hieronima Coignarda/XIV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Poglądy ks. Hieronima Coignarda |
| Wydawca | Wydawnictwo Polskie |
| Data wyd. | 1922 |
| Druk | Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A. |
| Miejsce wyd. | Lwów; Poznań |
| Tłumacz | Franciszek Mirandola |
| Tytuł orygin. | Les opinions de M. Jérôme Coignard |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Pewnego dnia udałem się z drogim mistrzem moim, jak zazwyczaj, w odwiedziny do księgarni „pod Obrazem św. Katarzyny“ i zastaliśmy tam słynnego pana Rockstronga. Siedział na samym szczycie drabiny i szperał w książkach z zaciekawieniem niemałem. Wiadomo, iż zgoła nie martwi go burzliwy żywot, jaki wieść musi, że gromadzi cenne książki i piękne rysunki.
Skazany na dożywotne więzienie wyrokiem parlamentu angielskiego za udział w zamachu w Montmouth, uciekł do Francji i żyje tutaj, posyłając do pism angielskich rozliczne artykuły.
Drogi mistrz mój usiadł swoim zwyczajem w fotelu, a potem powiedział wznosząc oczy pod powałę, gdzie pan Rockstrong skakał i fertał się niby wiewiórka z żywością nieprawdopodobną w jego wieku: — Panie buntowniku! Widzę żeś dzięki Bogu zdrów i młody jak zawsze.
Pan Rockstrong zwrócił na mistrza pałające oczy swe, utkwione w bladej twarzy i rzekł:
— Opasły klecho, czemuż to zwiesz mnie buntownikiem?
— Zwę cię buntownikiem, chudy panie Rockstrongu, albowiem wywróciłeś koziołka i zrobiłeś klapę. Ci, którym się udaje przedsięwzięcie nie są nigdy buntownikami.
— Księże, cynizm pański napełnia mnie obrzydzeniem!
— Za pozwoleniem! — zawołał mistrz — Maksyma owa nie wyszła z mojej głowy panie Rockstrong. Wyrzekł ją człowiek wielki, znalazłem te słowa w pismach Juljusza Cezara Skaligera.
— To mnie wcale nie wzrusza księże! Pisma owe nic widać nie warte, a samo wyrażenie jest haniebne. Niepowodzenie przypisać musimy jeno chwiejności przywódcy, który zapłacił za to głową. Ale sprawa nasza nie przestała być przezto słuszną i sprawiedliwą. Ludzie uczciwi pozostają takimiż, choćby ulegli przemocy łotrów!
— Panie Rockstrong, nie mówże pan na miłość boską o ludziach uczciwych i łotrach, gdy idzie o politykę. Te proste pojęcia mogły starczyć dla oznaczenia zwolenników dobra i zła w czasach dawnych, kiedyto walczyli ze sobą aniołowie w niebie, przed stworzeniem świata. Pisał o tem rodak pański Milton, a dzieło jego zaleca się genjalnością i odstrasza barbarzyństwem. Ale na tym naszym ziemskim globie obozy nie są nigdy rozdzielone tak dokładnie, by można rozróżnić beż przesądu, czy kurtoazji zastępy błogosławionych od hordy potępieńców, a nawet powiedzieć, która strona ma słuszność, a która jej nie posiada. Toteż jedynie powodzenie rozstrzyga o słuszności danej sprawy. Gniewasz się pan, słysząc, że zwę cię rebelizantem, ponieważ zostałeś pokonany, a jednak gdyby powiodło się wam pochwycić władzę, zwalczalibyście sami rebelję.
— Księże, nie wiesz sam co mówisz. Zawsze stawałem po stronie zwyciężonych!
— To prawda, panie Rockstrong! Jesteś z natury wrogiem państwa i stale je zwalczasz.
Tę zatwardziałość serca powiększa jeszcze pański wybitny talent, tak że lubujesz się w ruinach i igraszką ci jest niweczenie wszystkiego.
— Uważasz to ksiądz za zbrodnię?
— Panie Rockstrong, gdybym był przyjacielem króla i mężem Stanu na podobieństwo pana Roman, uznałbym cię za dostojnego zbrodniarza i osadził dożywotnio w honorowym kryminale, zapewniając wszelkie przyjemności życia. Niestety, nie jestem tak gorącym wyznawcą religji politycznego ładu, bym odczuwał święte oburzenie wobec pańskich fortelów i zamachów, które sprawiają więcej hałasu, niż zła.
— Księże, jesteś pozbawiony zmysłu moralnego.
— Nie bierz mi pan tego za złe! Drogi panie, wierzaj mi, że tylko tą ceną można okupić cnotę pobłażliwości.
— Cóż mi z twej pobłażliwości człowieku, pozbawiony reszty cnót, skoro otaczasz nią zarówno mnie, będącego ofiarą, jak i zbrodniczy parlament, który mnie skazał w sposób tak niesprawiedliwy i haniebny?
— Zabawny jesteś, panie Rockstrong, mówiąc o niesprawiedliwości lordów.
— Czyż nie woła o pomstę?
— Prawdą jest, że wyrok na ciebie zapadł na skutek dziecinnie śmiesznego śledztwa lorda kanclerza, a to z powodu pewnej liczby paszkwilów, z których żaden z osobna nie przekracza zasadniczych ustaw państwa angielskiego. Prawdą jest, że w kraju, gdzie wolno pisać wszystko, ukarany zostałeś za kilka ulotnych pisemek, przysolonych w sposób nader smaczny. Prawdą jest również, że wyrok zapadł w formie niezwykłej i nie widzianej dotąd, której majestatyczna obłuda nie mogła ukryć tego faktu, iż na drodze innej, legalnej nie mógłbyś być dosiężony ramieniem władzy. Prawdą jest również, że sądzący pana mylordowie mieli wielki interes w tem, by cię zgubić a to z tej prostej przyczyny, że powodzenie zamachu w Montmouth musiałoby nieuchronnie postrącać ich ze złoconych, miękkich foteli. Nie ulega też kwestji, iż zguba pańska postanowiona była z góry na radzie koronnej. Ucieczka uchroniła pana od męczeństwa niezbyt sławnego, coprawda, ale bolesnego bardzo, bowiem dożywotnie więzienie jest to rzecz niemiła wówczas nawet, gdy łudzimy się nadzieją wydostania się na świat.
Ale drogi panie, w tem wszystkiem niema ani niesprawiedliwości, ani też sprawiedliwości. Skazano pana przez wzgląd na rację Stanu, która to racja jest niezmiernie honorowa Zważ pan, pośród lordów, którzy cię potępili, było kilku podobnych panu spiskowców z przed lat dwudziestu. Zbrodni się dopuściłeś, napędzając strachu ludziom na czele państwa stojącym, a tej zbrodni przebaczyć nie sposób! Ministrowie i przyjaciele ich powołują się zawsze na dobro państwa, ilekroć niebezpieczeństwo zagraża ich majątkom, czy stanowisku, a przekonani są o swej niezbędności osobistej dla istnienia tegoż państwa, gdyż są to przeważnie ludzie praktyczni i pozbawieni wykształcenia filozoficznego. Mimoto nie można ich zwać łajdakami. Są to ludzie i miano to starczy dla wytłumaczenia nikczemnej przeciętności, głupoty i zachłanności, której się pan dziwisz bez żadnej racji.
Kogoż to im przeciwstawić chciałeś, drogi panie Rockstrong? Innych ludzi, równie przeciętnych, a pewnie jeszcze chciwszych, bowiem bardziej wyposzczonych. Lud Londynu zgodziłby się na tę zamianę i znosiłby nowych władców, jak znosił dawnych. Czekał jeno zwycięstwa pańskiego, lub klęski, by się oświadczyć po stronie wygrywających i okazał przezto wielką mądrość. Lud czuje doskonale co ma czynić, zwłaszcza gdy na zmianie władzy nie może nic zyskać ni stracić.
Tak mówił drogi mistrz mój, a pan Rockstrong poczerwieniał, peruka przekrzywiła mu się na głowie, oczy miotały gromy. Wymachując rękami, wrzeszczał z wysokości drabiny:
— Księże, rozumiem wszelkiego rodzaju złodziei, rozumiem szubrawców urzędu kanclerskiego i parlamentu, ale nie rozumiem pana. Bez żadnego interesu, z czystej jeno przewrotności podtrzymujesz tezę, którą tamci stosują dla własnych korzyści. Jesteś tedy od nich gorszy, przewrotniejszy i nikczemniejszy, a pańska bezinteresowność czyni twe zachowanie poprostu ohydnem. Pogardzam tobą księże!
— To świadczy, iż jestem prawdziwym filozofem! — odparł słodkim głosem drogi mistrz mój — Mędrzec z natury rzeczy musi budzić niezadowolenie reszty ludzi. Anaksagoras jest wymownym przykładem prawdziwości mego twierdzenia. Nie wspomnę o Sokratesie, gdyż był to jeno prosty sofista. We wszystkich wiekach, jak to widzimy, dusze oddane rozmyślaniom stawały się powodem oburzenia i wywoływały skandale. Panie Rockstrong, wydaje się panu niezawodnie, że różnisz się bardzo od wrogów swoich i że jesteś o tyle miły i pociągający, o ile oni są wstrętni. Pozwól sobie powiedzieć, iż jest to jeno złudzenie i wynik pańskiej zarozumiałości i nieustraszonego męstwa. W rzeczywistości masz wspólne z tymi, którzy cię skazali słabostki i namiętności ludzkie. Coprawda jesteś uczciwszy od wielu z nich i prześcigasz ich o wiele bystrością umysłu, natomiast natura wyposażyła pana genjuszem niezgody i nienawiści, które to zalety czynią cię niemożliwym w każdem, na zasadach ładu i prawa zorganizowanem państwie. Zawód gazeciarza, w którym celujesz, wydoskonalił do najwyższego stopnia przedziwną stronniczość i zaślepienie pańskiego intelektu, tak, że nawet będąc ofiarą, nie stałeś się sprawiedliwym. To co mówię poróżni mnie niezawodnie na zawsze z panem, a zarazem także z pańskimi wrogami i najmocniej przekonany jestem, iż do śmierci nie otrzymam od ministra tłustej prebendy. Ale wolność myśli stawiam ponad najmaśniejsze probostwo i najlepiej w wino uposażone opactwo. Oburzę na siebie cały świat, ale doprowadziwszy ludzi do wściekłości udelektuję serce swoje i umrę, wśród wrzasków spokojnie.
— Księże! — zawołał pan Rockstrong — Przebaczam ci, albowiem masz potrochu bzika.
Nie czynisz różnicy pomiędzy ludźmi uczciwymi, a łotrami i nie stawiasz państwa wolnego ponad rządy ciemięzców i despotów. Lunatyk z pana przedziwny i niewidziany dotąd na kuli ziemskiej.
— Panie Rockstrong! — oświadczył mój drogi mistrz — Chodźmy na wino „pod Małego Bachusa“, a wyjaśnię panu przy szklance, dlaczego jest mi zgoła obojętną forma rządu i dlaczego nie pragnę zmieniać oprawców.
— Zgoda! — zawołał pan Rockstrong — Bardzo chętnie popiję z tak przewrotnym rezonerem i nabożnym oczajduszą!
Zeskoczył jednym susem z drabiny i udaliśmy się we trzech do szynku.