Poglądy ks. Hieronima Coignarda/X
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Poglądy ks. Hieronima Coignarda |
| Wydawca | Wydawnictwo Polskie |
| Data wyd. | 1922 |
| Druk | Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A. |
| Miejsce wyd. | Lwów; Poznań |
| Tłumacz | Franciszek Mirandola |
| Tytuł orygin. | Les opinions de M. Jérôme Coignard |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Stojąc przy Pont-Neuf, usłyszeliśmy łomot bębna. Była to pobudka podoficera werbunkowego. Stał na środku placu, ująwszy się pod boki, w bohaterskiej postawie, mając za sobą oddział, złożony z tuzina żołnierzy z kiełbasami i bulkami zatkniętemi na bagnetach muszkietów. Otaczała ich grupa ladacznic i uliczników z otwartemi gębami.
Podoficer pokręcił wąsa i wygłosił mowę.
— Nie słuchajmy go! — powiedział mistrz — Szkoda czasu. Sierżant ów przemawia imieniem króla, przeto nie zdobędzie się na nic rozsądnego. Jeśli chcesz posłyszyć mowę genjalną na tensam temat, to udaj się do którejś ze spelunek przy Quai de la Ferraille, gdzie naganiacze państwowi werbują lokai i chamów. Naganiacze owi będąc łotrami z pod ciemnej gwiazdy, z fachu bywają wymowni. Pamiętam, słyszałem czasu mej młodości, jeszcze za nieboszczyka króla niezrównaną mowę werbunkową, a wypowiedział ją jeden z tych handlarzy mięsem ludzkiem, mający sklepik przy Valée-de-Misère, którą stąd możemy dojrzyć wyraźnie. Werbując ochotników do wyjazdu na kolonje, mówił do nich mniejwięcej w ten sposób:
— Młodzieńcy, którzy słuchacie słów moich! Sądzę, że doszły was słuchy o kraju Obfitości. Otóż kraj ten leży w Indjach i tam jechać należy, gdy się chce zyskać szczęście niezmierne. Jeśli zapragniecie złota, pereł, czy djamentów, to wystarczy jeno schylić się, bowiem drogi są tam wysadzane owemi marnościami ziemskiemi. Co mówię? Nawet schylać się nie trzeba, albowiem od tego są dzicy krajowcy, którzy muszą wam służyć każdej chwili. Nie warto sobie strzępić gęby opowiadaniem, że bez wszelakiej uprawy, ni pracy ziemia wydaje tam sama cytryny, jabłka granatowe, pomarańcze, ananasy i mnóstwo innych wybornych, a nieznanych w naszym nędznym kraju owoców. Jest to raj i basta. Gdybym wyparzał sobie jadaczkę pustą gadaniną do kobiet i dzieci, opowiadałbym im do rana duby smalone o tych wszystkich smakołykach. Ale mówię do mężczyzn, przeto słuchajcie...
Pomijam dalsze zachwalania i wywody o sławie i łasce monarszej, ale zaręczam ci że dorównał w zapale Demostenesowi, a Cyceronowi w obfitości słów, porównań i obrazów. Rezultat był taki, że sześciu, czy siedmiu nieszczęśników zgodziło się umrzyć na żółtą febrę w bagnach Indochin. Otóż widzisz drogi mój chłopcze, że niebezpieczną bronią jest krasomówstwo, którem posługuje się genjusz sztuki zarówno w dobrym, jak i złym celu.
Podziękuj Bogu Rożenku mój, że nie wyposażył cię talentami żadnego rodzaju, a przezto uchronił od hańby zostania kiedyś szerzycielem nieszczęść pośród ludu. Ulubieńców Opatrzności poznaje się po tem, że nie mają rozumu, ja zaś przekonałem się, iż do nich zaliczać się niestety nie mogę, gdyż owa dość znaczna inteligencja, jaką spodobało się niebu pokarać mnie, była zawsze i jest dotąd ciągłą przyczyną niebezpieczeństw w tym świecie, a kto wie czy i w przyszłem życiu nie stanie mi na przeszkodzie.
Cóżby się dopiero działo, gdyby duch i serce takiego Cezara osiedliły się w biednem ciele mojem! Żądze me nie znałyby różnic płci i nie znałbym litości! Rozniecałbym wewnątrz i zewnątrz państwa straszliwe wojny. Wspomnieć tu należy, że wielki Cezar miał duszę wykwintną i coś w rodzaju łagodności. Umarł przyzwoicie, zakłuty sztyletem cnotliwego mordercy. O dniu nieszczęsny id marcowych, dniu na wieki przeklęty, w którym przepojone zasadami chamy zniweczyły owego uroczego potwora! Godzien jestem opłakiwać boskiego Cezara, porówni z Wenerą, matką jego, a nazywam go potworem z czułości tylko, gdyż w zrównoważonej duszy jego nie było żadnej innej dysharmonji prócz nieokiełznanej żądzy władzy. Miał przyrodzone poczucie rytmu i miary i lubował się czasu swej młodości zupełnie jednako w rozpuście, jak gramatyce. Był krasomówcą, a piękność jego postaci zdobiła umyślną oschłość wywodów. Kochał Kleopatrę z tąsamą geometryczną ścisłością, jaką widzimy we wszystkich jego zamierzeniach i czynach. W pismach i działaniu okazał genjusz jasności, był też zwolennikiem pokoju i ładu w samym nawet odmęcie wojny, a przytem tak wrażliwy na harmonje i zręczny w konstrukcjach jurydycznych, że mimo naszej dotychczasowej barbarji żyjemy ciągle jeszcze pod urokiem majestatu praw jego państwa, które uczyniły świat tem, czem jest obecnie.
Widzisz tedy synu mój, że nie szczędzę mu pochwał, ni uczucia. Jako wódz, dyktator, czy pontifex maximus modelował świat pięknemi rekami swemi. A czemże ja byłem? Profesorem retoryki w kolegjum w Beauvais, sekretarzem pewnej śpiewaczki operowej, bibljotekarzem Jego Wielebności księdza biskupa w Séez, pisarzem katedry św. Inocentego i nauczycielem syna ojca wego w gospodzie „pod Królową Gęsią Nóżką“. Prócz tego sporządziłem piękny katalog cennych rękopisów, skomponowałem kilka paszkwilów, o których lepiej nie wspominać, oraz skreśliłem na papierze do owijania świec kilkaset maksym, których wydać nie chce żaden nakładca. Mimoto nie zamieniłbym się z Juljuszem Cezarem, gdyż wielki by przezto poniosła despekt niewinność moja, a wolę być raczej człowiekiem ciemnym, biednym i pogardzanym, jak to jest wistocie, niż wznieść się na one wyżyny, z których wskazuje się światu nowe drogi przeznaczenia krwią zalane.
Ten oto sierżant, drogi Rożenku, którego wrzask aż do nas dochodzi, obiecujący onym biedakom i durniom sousa dziennie, oraz chleb i mięso nasuwa mi głębokie refleksje na temat wojny i armji. Różne miałem zawody prócz żołnierki, gdyż ten fach napawał mnie zawsze obrzydzeniem i strachem, skutkiem złączonego z nim serwilizmu, fałszywego zrozumienia sławy i okrucieństwa. Te rzeczy sprzeczne są wprost z naturą moją zamiłowaną w pokoju, z namiętnem umiłowaniem wolności, oraz nastrojem umysłu, który wie co sądzić o sławie i taksuje wedle właściwej miary sławę muszkietera.
Pomijam tu zresztą zamiłowanie nieprzezwyciężone do rozmyślań, któremuby stały bardzo na przeszkodzie ćwiczenia szablą, strzelanie i wogóle cała mustra. Nie pragnąc zostać Cezarem, zrozumiesz, że nie myślę również stać się kapralem Cezara i nie kryję się wcale z tem, iż służba wojskowa wydaje mi się najstraszliwszą zarazą, szalejącą pośród narodów rządzonych systemem policyjnym.
Jest to pogląd filozoficzny, przeto nie może go podzielać znaczna liczba osób, toteż nie zbraknie królom, ni republikom nigdy chyba żołnierzy do parad i do najkrwawszych nawet wojen. Czytałem u Blaizota „pod Obrazem św. Katarzyny“ traktat Machiavela i zauważyłem, że jest ślicznie oprawny w pergamin. Wart jest grzechu, drogi chłopcze. Osobiście cenię niezmiernie tego sekretarza Stanu Florentyńskiej republiki, który pierwszy odjął czynom politycznym ów pozór podstawy sprawiedliwości, o którą oparci władcy zarówno jak i republiki popełniały przez całe wieki łajdactwa i zbrodnie. Florentyńczyk ów, widząc iż ojczyzna wydana jest na łup wojsk najemnych, powziął myśl stworzenia armji narodowej i patrjotycznej. Powiedział gdzieś w dziełach swych, że słusznem jest by wszyscy obywatele przyczyniali się do ubezpieczeniu losu kraju, a przeto winni stać się żołnierzami. Słyszałem to w księgarni od pana Roman, który, jak wiesz, jest nader gorliwym obrońcą praw państwa. Idzie mu jeno o dobro ogółu i uczuje się zadowolonym wówczas dopiero, kiedy wszystkie interesy prywatne zostaną złożone w ofierze dobru państwa. Machiawel tedy, oraz pan Roman życzą sobie, byśmy wszyscy zostali żołnierzami, ponieważ wszyscy jesteśmy obywatelami. Nie twierdzę jak oni, by to była rzecz słuszna, ale nie powiem też, iżby to nie miało podstawy, a to dlatego że słuszność i niesłuszność są to tematy rozumowania i w tych sprawach decyzję przyznaję sofistom.
— Co — zawołałem przerażony — Czyż mnie uszy mylą? Twierdzisz mistrzu, że sprawiedliwość zależy jedynie od rozumowania sofisty, że stwierdzenie, który z postępków naszych jest słuszny, a który nie zależy jedynie i wyłącznie od argumentów zręcznego logika? Oo... maksyma ta boli mnie srożej, niż to potrafię wypowiedzieć!
— Rożenku, synu mój nie martw się, ale posłuchaj! Mówiłem wyłącznie o sprawiedliwości ludzkiej, różnej zgoła od nieomylnej sprawiedliwości boskiej, zazwyczaj nawet sprzecznej z tą pierwszą. Ludzie starali się zawsze na drodze rozstrząsania rozumowego dojść do ujęcia idei sprawiedliwości i niesprawiedliwości, gdyż ono jedno objąć zdolne jest argumenty za i przeciw.
Domyślam się, że chciałbyś oprzyć ideję sprawiedliwości na uczuciu, ale przestrzegam cię, że na tej małej polance zbudować zdołasz conajwyżej niewielką zagrodę, szałas starego Ewandra, lub chałupeczkę niską, w której Filemon ściskać może Baucis. Gmach ustawodawstwa i baszta instytucji państwowych muszą mieć obszerniejszą parcelę i silniejsze fundamenty. Sama naiwna prostota przyrodzona nie zdolną jest udźwignąć ciężaru straszliwego, toteż owe olbrzymie mury opierają się o podwaliny kłamstw starożytności, a wzniosła je subtelna i okrutna sztuka architektoniczna prawodawców, urzędników i książąt.
Naiwnością jest mój chłopcze, Rożenku, zadawać sobie pytanie, żali jakaś ustawa jest sprawiedliwa, czy nie, a tak właśnie rzecz się ma z obowiązkiem służby wojskowej, oraz innemi instytucjami. Nie podobna orzec czy są dobre czy złe w zasadzie, gdyż niema zasad poza Bogiem, z którego wynika wszystko. Musisz się drogi synu bronić przed niewolą tego rodzaju, która polega na słowach i nazwach, a wciąga w swe sidła całe masy ludzi, podających głowy pod nóż z całą uległością. Wiedz, że pojęcie sprawiedliwości nie posiada żadnej treści ni sensu, z wyjątkiem w świętej teologji, gdzie nabiera ścisłego i straszliwego znaczenia.
Pan Roman, twierdząc że służba pod rozkazami króla jest obowiązkiem, postępuje jak sofista, a mimoto sądzę, że gdyby król zażądał pewnego dnia od wszystkich obywateli by stanęli pod bronią, to niezawodnie usłuchaliby i to nietylko z uległością, ale nawet z radosnym pośpiechem. Zauważyłem, że żołnierka jest zawodem najnaturalniejszym dla człowieka. Skłania on się ku temu najłatwiej przez wrodzone instynkty i upodobania, zresztą nie zawsze pochwały godne.
Toteż z wyjątkiem pewnej liczby wyjątkowych natur, do których się sam zaliczam, człowieka można zdefinjować, jako bydlę z muszkietem.
Daj mu jeno piękny uniform, zrób nadzieję, że będzie mordował i rabował, a radość go ogarnie szalona. Stąd też pochodzi, że ogólnie uznajemy państwo militarne za najwyższy typ państwa, co jest o tyle prawdą, że takie państwo jest najstarszą formą, a pierwsi zaraz śmiertelnicy brali się za bary. Państwo militarne jest ponadto najlepiej dostosowane do ludzkiej natury, albowiem myśli się w niem najmniej, a przecież wcale nie jesteśmy na świecie poto, by myśleć.
Myślenie jest to choroba właściwa pewnej liczbie jednostek i gdyby zaraza ta rozpowszechniła się zanadto, to oczywiście rodzaj ludzki musiałby zniknąć z powierzchni ziemi. Żołnierze żyją w kupie, a człowiek jest zwierzęciem stadnem.
Mają mundury biało-niebieskie, niebiesko-czerwone, szaro-niebieskie, noszą wstęgi, pióropusze i kokardy, a wszystko to działa na dziewki tak jak upierzenie koguta na kurę. Idą na wojnę i rabunek, a człowiek z natury swej jest złodziejem, odczuwa żądze, lubi niszczyć, a przytem lubi również t. zw. sławę. Właśnie owo zamiłowanie do sławy skłania nas, Francuzów do chwytania za broń, zaś nie ulega wątpliwości, iż sławę wojenną opinja publiczna stawia ponad wszystkie inne rodzaje odznaczenia się. Wystarczy ci dla przekonania przeczytać tom historji, a wówczas przebaczysz kapralowi, że nie jest większym od Tytusa Liwjusza filozofem.