Poglądy ks. Hieronima Coignarda/VI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Poglądy ks. Hieronima Coignarda |
| Wydawca | Wydawnictwo Polskie |
| Data wyd. | 1922 |
| Druk | Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A. |
| Miejsce wyd. | Lwów; Poznań |
| Tłumacz | Franciszek Mirandola |
| Tytuł orygin. | Les opinions de M. Jérôme Coignard |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Mister Schippen, wykonywujący w Greenwich zawód ślusarski, ile tylko razy przyjeżdżał do Paryża, stołował się zawsze w gospodzie „pod Królową Gęsią Nóżką“ i jadał obiady w towarzystwie gospodarza, oraz mego mistrza, czcigodnego księdza Hieronima Coignarda. Tego dnia po deserze, zażądawszy jak zawsze butelki wina, zapalił fajkę, wyjął z kieszeni „Gazetę londyńską“ i zaczął w skupieniu ducha pić, palić i czytać jednocześnie. Po chwili złożył gazetę, fajkę położył na brzegu stołu i powiedział:
— Panowie, gabinet upadł!
— Oo... — pocieszył go ksiądz Coignard — to rzecz bez znaczenia!
— Przepraszam, — odrzekł mister Shippen — ale to posiada znaczenie, bowiem poprzednie ministerstwo było torrysowskie, przeto nowe będzie whigowskie, a zresztą wszystko co się dzieje w Anglji ma wielkie znaczenie!
— Proszę pana — powiedział mistrz — mieliśmy już we Francji zmiany daleko większe, niż ta. Widzieliśmy jak zastąpiono cztery pierwotne sekretarjaty Stanu, sześciu, lub siedmiu radami, każda zaś miała po dziesięciu członków, czyli panów ministrów pokrajano na drobne kawałki, potem zaś i to niedługo posklejano ich na nowo i przywrócono do życia w poprzednim kształcie. Za każdą taką zmianą jedni klęli się, że wszystko przepadło, drudzy głosili że teraz została ocalona ojczyzna, a nawet śpiewano o tem piosenki.
Ja, osobiście nie interesuję się zgoła tem co się dzieje w gabinecie Króla Jegomości, uczyniłem spostrzeżenie, że sam tok życia nie ulega zgoła żadnej zmianie, a po reformie ludzie pozostają jak dawniej samolubni, chciwi, nikczemni, okrutni, głupi, wściekli, że co roku rodzi się mniejwięcej tażsama ilość dzieci, tyleż zawiera się małżeństw, tyleż rozdziela się par rogów i tyluż ludzi zawisa na szubienicy, co razem świadczy o pięknem, niezmąconem niczem trwaniu społeczeństwa i społecznego ładu. Ład ten zaś jest stały, szanowny panie i nic go naruszyć nie zdoła, albowiem oparty on jest o fundament słabości i głupoty człowieczej, zaś ten trybunał kryminalny nie pomyli się w wyroku nigdy! Gmach tak trwały urągać może śmiało wszelkim zakusom najgorszych suwerenów, oraz tłuszczy nikczemnych urzędników, idących w nagonce.
Ojciec mój przysłuchiwał się uważnie rozmowie, trzymając w ręku wielki szpikulec do nadziewania pieczeni słoniną, gdy zaś ks. Coignard skończył, uczynił stanowczym głosem uwagę, że zdarzyć się może czasem dobry minister. Sam zna nawet takiego, a był nim właśnie niedawno zmarły Dubois, autor bardzo mądrego rozporządzenia, które broni kucharzy przeciw nienasyconej zachłanności rzeźników i pasztetników.
— Być może, — zgodził się mój mistrz ochotnie — być może panie Szpikuliński, ale w kwestjach tego rodzaju najlepiej dyskutować z panem Ciastolepem. Nam idzie o to, by stwierdzić, że państwa trwają nie skutkiem mądrości kilku jakichśtam sekretarzy Stanu, jeno, że jest to wynik zbiorowych potrzeb wielu miljonów ludzi, którzy w celu utrzymania się przy życiu, oddają się różnym rodzajom pracy ciężkiej i haniebnej, jak przemysłowi, handlowi, rolnictwu, wojnie i żegludze. Te wszystkie nędze osobnicze razem wzięte, zwą się potęgą ludu, a ani książęta, ani ministrowie nie mają w niej żadnego udziału, ni zasługi.
— Myli się ksiądz, — zauważył Anglik — ministrowie biorą w tem żywy udział, stwarzając ustawy, z których każda może wzbogacić, lub zniszczyć cały naród.
— Przesada, wielka przesada! — odparł mistrz — Zresztą cóż oni mogą zrobić? Sprawy państwa mają zakres tak szeroki, że człowiek nie ogarnia go spojrzeniem. Przeto przebaczyć należy ministrom działającym na oślep i nie żywić ku nim nienawiści ani za dobre rzeczy, które zaprowadzić chcieli, ani za zło, jakiego są sprawcami, należy pamiętać zawsze, że działali jak Collin-Maillard. Zresztą, gdybyśmy na sprawy patrzyli bez przesądów, to owe dobre i złe rzeczy wydałyby się nam drobiazgami, bo bardzo wątpię, czy jakieś rozporządzenie czy ustawa może mieć skutki takie, jak pan powiadasz. Weźmy na przykład dziewczęta publiczne. Wszakże w ciągu jednego roku wydają władze przeciw nim samym więcej edyktów, niż w ciągu lat stu przeciw wszystkim innym stanom w państwie, a mimoto uprawiają one nieprzerwanie swe rzemiosło i to z zastraszającą wprost precyzją prawa natury.
Śmieję się poprostu z naiwnych gryzipiórków w guście urzędnika specjalnego, imieniem Nikodema, który dniem i nocą medytuje, jakby im zamknąć sklepik. Drwią w żywe oczy z takiej figury jak mer Bordeaux, pan Baiselance[1], który stworzył wespół z fiskalistami bezsilną ligę ku ich zatracie. Mogę panu zaręczyć, że flonderka i koronczarka jednocześnie, Kasia nie zna ani pana Baiselance, ani owych rozporządzeń i będzie się puszczała codziennie wbrew ustawom, aż do ostatnich dni żywota, który mam nadzieję zakończy w sposób przykładny i katolicki. Nie posunę się do twierdzenia, że wszystkie projekty ustaw, jakimi minister wypycha portfel, są to bezpożyteczne papierzyska skierowane przeciw prostytucji, twierdzę jeno, że nie są zdolne stworzyć warunków życia, ani ich zniweczyć.
— Czcigodny księże — odrzekł ślusarz — z prostactwa wysłowienia pańskiego widać, iż niewolnictwo ukształtowało twój umysł. Wyrażasz się zgoła inaczej o ministrach i prawach, niż ja o rządzie wolnościowym.
— Panie Shippen, który robisz łańcuszki i kłódki, wiedz, że jedyna wolność, to wolność ducha który pogardził znikomościami tego świata. Z wolności społecznych drwię sobie, są to bowiem chochoły, są to złudzenia schlebiające pysze głupców.
— Utwierdzasz mnie ksiądz w opinji, iż Francuzi są oswojonemi małpami zauważył objektywnie pan Shippen.
— Za pozwoleniem! — wrzasnął papa Leonard, stając w pogotowiu ze swym szpikulcem — Zdarzają się pośród nich także nieoswojone lwy!
— Niema tylko obywateli! — odparł spokojnie pan Shippen. — Wszyscy rozprawiają w Tuillerjach o sprawach publicznych, a z onych wszystkich swarów nie rodzi się żadna rozsądna myśl. Naród wasz to coś w rodzaju wrzaskliwej menażerji.
— Proszę pana, — powiedział ks. Coignard — prawdą jest, że społeczeństwa ludzkie doszedłszy do pewnej granicy obłaskawienia i wyrafinowania, zaczynają stawać się czemś w rodzaju menażerji i że postęp narzuca życie w klatce, a oducza od błąkania się smętnego bez celu po lasach. Ten stan jest jednak wspólny wszystkim ludom Europy.
— Księże, — odparł ślusarz — Anglja nie jest menażerją, posiada ona bowiem parlament przed którym ministrowie są odpowiedzialni.
— Panie, — zauważył ksiądz — niedalekim jest może dzień w którym Francja również będzie miała ministrów odpowiedzialnych przed parlamentem! Nawet więcej stać się może jeszcze! Czas niesie ze sobą wiele zmian, urządzenia wewnętrzne państw rozwijają się i wolno nam przypuszczać, że za lat sto Francja dojdzie do czysto ludowej formy rządów. Ale wówczas, drogi panie, sekretarze Stanu, którzy dziś znaczą niewiele, przestaną wogóle znaczyć cokolwiek. Miast zależyć od monarchy, któremu zawdzięczają władzę i trwanie tej władzy staną się zależni od opinji publicznej i doświadczać będą jej niestałości i chwiejności wielkiej.
Musimy zwrócić uwagę na fakt, że ministrowie wykonywać mogą swą władzę z pewnym autorytetem i skutecznością jeno w monarchjach absolutnych, jak to widzimy na przykładzie Józefa, syna Jakóba, ministra spraw wewnętrznych Faraona, oraz Hamana, ministra Ahaswerusa, z których pierwszy brał skuteczny udział w zarządzie Egiptu, drugi zaś rządził Persją. Musiało tak się złożyć, by królewskość była silna, a król słaby, by dać we Francji władzę absolutną takiemu ministrowi, jak Richelieu. W państwie ludowem, ministrowie skarleją do tego stopnia, że nawet złość ich i głupota nie będą mogły nic złego spowodować.
Władza ustawodawcza, jakąkolwiek ona będzie, wyposaży ich we władzę nieokreśloną jeno i wątpliwą. Nie mogąc liczyć na dłuższy okres władania, daleko posunięte nadzieje, ni górnolotne ideje, ścierać się będą w codziennych walkach i fortelach, wegetując smętnie do końca. Dostaną żółtaczki z wysiłku chcąc wyczytać z twarzy pięciuset członków parlamentu, co mają właściwie czynić i czem się kierować. Szukając daremnie odbicia myśli własnych w głowach tłumu, złożonego z głupców podzielonych na stronnictwa męczyć się będą w bezpłodnej rozterce ducha. To zaś przyuczy ich do bezczynności, nie będą umieli niczego przysposobić naprzód, niczego przewidzieć i praktykować będą jeno intrygę i kłamstwo. Spadną w końcu tak nisko, że ostateczny upadek stanie się zgoła niedostrzegalny, a tylko z nazwisk ich, nagryzmolonych na murze przez żaków szkolnych, natrząsać się będą obywatele.
Pan Shippen wzruszył tylko ramionami.
— To możliwe! — odparł — Wyobrażam sobie zupełnie dobrze taki stan rzeczy, we Francji.
— Oo... — dodał mistrz — zaręczam, że cały świat pójdzie tą samą drogą. Zawsze tylko trzeba będzie jeść. Oto najistotniejsza konieczność, z której wynikają wszystkie inne.
Pan Shippen wytrząsnął fajkę i rzekł:
— Zanim do tego dojdzie, zagraża nam ministerstwo popierające rolnictwo, a da się ono we znaki przemysłowi, o ile zostawimy gnojowozom wolną rękę. Musimy się bronić. Nie zapominam, że jestem ślusarzem w Greenwich, zwołam meeting ślusarzy i powiem mowę.
Włożył w kieszeń fajkę i wyszedł, zapomniawszy się z nami pożegnać.