Poganka/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Narcyza Żmichowska
Tytuł Poganka
Redaktor Tadeusz Boy-Żeleński
Data wydania 1930
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VI

Dopiero w samą wigilję Bożego Narodzenia zobaczyłem na płachcie śniegowej czerniejącą wioseczkę maleńką — krzyż się wznosił u rozstajnej drogi, z poza dworskich zabudowań niby palce olbrzymiej dłoni cztery topole niebo wskazywały — a na środku dziedzińca szkielet bezlistnej lipy sterczał samotny i nieruchomy. — Ja nie zapłakałem nawet — tylko mi coraz trudniej było nogi od ziemi odrywać i zbliżające stawiać kroki. — Sam przed sobą wydawałem się jako umarły — cieniem — żywiołem wrócony — tam, skąd niegdyś kształty i czas życia wziąłem. — Gdym wszedł na dziedziniec, psy okropnie szczekać najpierw, potem wyć zaczęły, a jednak nie zbliżył się i nie ukąsił mię żaden: — «Czują trupa» — pomyślałem sobie i wszedłem do sieni. — Za klamkę od pokoju ująć nie mogłem, nie śmiałem, padła na mnie wielka jakaś trwoga, jakiś wstyd dziecinny, kobiecy — byłbym chciał się pod ziemię schować, lecz w pokoju musiano wejście moje usłyszeć. — Nagle drzwi się uchyliły i w szczelinie światła ukazała się główka maleńka.
— Ciociu! — to ubogi, rzekł potem cienki, srebrzysty głosek dziewczęcy.
— Zanieśże mu to — odpowiedział głos inny — znany dobrze — głos ten przenikającej rzewności, niepojętego smutku.
I po chwili drzwi się znowu rozwarły — mała dziewczynka stanęła przede mną z dużym chleba kawałem i z groszem jałmużny.
Wziąłem chleb, wziąłem grosz, pocałowałem jej rączkę i szedłem za nią.
— Czego chcesz jeszcze dziadku? spytała.
— Chcę podziękować tym, co mię wsparli, odpowiedziałem i na progu stanąłem.
Stół był nakryty, siano podesłane, w jednym końcu siedziała kobieta, blada, z białemi jak srebro włosami, w czarnej sukni i w czarnym czepku — po obu jej stronach młode żony — młodzi jeszcze mężowie, dorastające chłopcy i panienki, małe jak moja mała wspomożycielka dzieci — i opłatki połamane... i wszystko tak podobnie jak przed laty...
— Matko! Matko moja! krzyknąłem.
Kobieta w czarnej sukni zerwała się — ale sił jej zabrakło i znów na krzesło padła — między przytomnymi gwar jakiś powstał — wiem, że wołano: Benjaminie, co zrobiłeś! Matko, uspokój się! — lecz ja tego wszystkiego nie pamiętam już — wspomnienia wracają mi od tej chwili dopiero, gdym się przytulał obłąkany, łkający, do kolan czarno ubranej kobiety — i gdy na czole z pocałunkiem jej łzę gorącą uczułem — to była łza mojej matki!... ja miałem jeszcze matkę!
— A gdzie ojciec? wyjąknąłem nieśmiało, kryjąc twarz na łonie jej.
— Tam, gdzie Józef i gdzie Karol, odpowiedziała cichym, ale serce rozdzierającym od niemej boleści głosem.
Podniosłem głowę, spojrzałem dokoła — prawda, nie było ich.
— Oni chrześcijańską śmiercią pomarli — przydała matka.
— A nie nad ich zgonem wypłynęły najbardziej gorzkie łzy nasze — odezwała się Bronisława, i to był pierwszy, jedyny wyrzut, który mię spotkał.
Nic nie mówiłem, nikt mię nie badał — Ludwinka otoczyła mię całą troskliwością serca swojego — a przecież ten wieczór, ten jeden wieczór, powinienby był uzupełnić miarę cierpień i pokuty mojej. — Znaleźć się tak obcym wśród najukochańszych niegdyś — tak potępionym wśród czystych aniołów, tak obżałowanym litością i miłosierdziem — wśród tych, co niegdyś z dumą i pociechą na pierwsze twoje kroki spoglądali — tych, co wróżyli cnoty sercu twemu, chwałę zdolnościom, szczęście losowi twojemu — tych, co powtarzali z rozkoszą i radością pierwsze wyrażenia ust twoich dziecinnych — co się lubowali nad pierwszemi pomysłami młodej głowy twojej — znaleźć się takim i żyć potem jeszcze — oh! to jakiejś żelaznej siły na to trzeba!
Matka moja bardzo już była zmienioną i słabą. — W jej oczach zapadłych, przyćmionych, na jej licach wychudłych i głębokiemi zmarszczkami okrytych, czytałem każdy wyraz potępienia mojego — każdy wyraz przekleństwa, którego jej usta nie wyrzekły nigdy i myśl nie pomyślała zapewne — lecz który niemniej okropną zgryzotą i piekielnem cierpieniem serce moje rozdzierał.
Jedna z wnuczek wspomniała, że się na mszę północną wybiera.
— I ja pójdę z tobą, rzekła moja matka — są dni, w których się więcej modlić muszę, bo w nich zawsze więcej byłam szczęśliwą, albo więcej cierpiałam.
— Ile to lat już będzie jak Cyprjan tak samo w wigilję Bożego Narodzenia wrócił — spytałem pocichu siedzącej przy mnie Tereni.
— Sześć lat, Benjaminku.
Oh, moi państwo! — na tę prostą odpowiedź mnie się łzy gradem po twarzy stoczyły. — Sześć lat! sześć lat — a przez te sześć lat mnie nikt nie powiedział «Benjaminku» tak jak Terenia w tej chwili mówiła. — Zerwałem się — wybiegłem do drugiego ciemnego pokoju — rzuciłem na ławeczkę, ową ławeczkę, przy której Julki piosnek słuchałem i lżej mi było, gdyż zapłakać mogłem. — Oni dobrzy zrozumieli mię wtedy — nikt nie poszedł za mną — dopiero gdy na spanie rozchodzili się wszyscy, przyszła matka — wzięła za rękę i poprowadziła do swego pokoju.
— Pamiętasz, rzekła, jak długo tu sypiałeś w swojej kołysce, a potem w owem małem czerwonem łóżeczku? — od urodzenia, aż do chwili, w której pierwszy raz konia dosiadłeś, i w której twój ojciec z uśmiechem powiedział: — «Oh! to już teraz dorosły mężczyzna, niechże sobie stąd na własny przemysł między ludzi idzie». — i zaniesiono wtedy pościółkę twoją do braci na górę. — I nauki, zatrudnienia, młode lata twoje uniosły cię jeszcze dalej od macierzyńskiego boku — i zaniosły tak daleko, że mnie się zdało, jakobym już na zawsze moją pieszczotkę, moje dziecię najmłodsze straciła. — Ale teraz, kiedy wróciłeś do mnie, mnie się znów zdaje, że ja ciebie drugi raz na świat wydałam, że tak jako wtedy nie obejdzie się znowu bez moich starań i bez ciągłej opieki mojej, dlatego też patrz Benjaminku, sama usłałam twoje łóżko w tem miejscu, w którem dwadzieścia cztery lat temu kolebka twoja stała. — Zaśnij spokojny — jak gdybyś miał z jutrem po raz pierwszy na światło oczy twe otworzyć — nie pomnij złego Benjaminku — wyrzuć z serca przeszłość całą — tylko nie wyrzucaj tej miłości, którą nas kochałeś dawniej — z tą miłością zaczniemy jeszcze bardzo piękne życie — alboż to nam czasu braknie? — Oh! choć ja stara — zobaczysz jak wypielęgnuję i wyhoduję nową młodość twoją. — Serce matki zna cudowne tajemnice wiecznego odżywania we wszystkich chwilach przeszłości swego dziecięcia. — Zobaczysz Benjaminku, że nam dobrze będzie...
I drżącą ręką krzyż święty nad głową moją w powietrzu zakreśliła.
Oh! ja wierzyłem tym obietnicom — ja czułem, że ciepło jej serca mnie wskrzesić może — zsunąłem się do nóg jej i oskarżyłem o wszystkie moje występki, moje zbrodnie — o jej nieszczęścia wszystkie.
Matka słuchała mię z głębokim smutkiem — odpuściła mi z litością świętą, bożą, — ale gdy w nocy na mszę zadzwonili, matka już wstać nie mogła i potem nie wstała także.
Przez kilka tygodni krokiem się od jej łóżka nie ruszyłem, podawałem lekarstwa — przenosiłem ją na ręku mojem. Siostry w objawieniu jakiejś Chrystusowej dobroci nie wydziedziczyły mię z jedynej, którą jeszcze mieć mogłem pociechy. — Czasem, gdym patrzył na twarz matki, bladą, nieruchomą w bezwładnem uśpieniu, okropny głos wołał na mnie: — «ty ją zabijasz — zabijasz!»
Ale gdy matka znowu oczy otworzyła, gdy spojrzała na mnie, gdy jej uśmiech spokoju i przebaczenia wszystkie rysy twarzy rozpromienił — to mi znowu tak było błogo i lekko na sercu, jakgdyby cichy anioł zstąpił do niego i mówił: — «dobrze zrobiłeś, żeś wrócił, matka twoja nie umrze z ostatnią myślą troski i obawy».
Jednego wieczoru lepiej się jej zrobiło — kazała się posadzić na wielkiem krześle i do ognia przysunąć. — Siostry z dziećmi swojemi obsiadły ją dokoła. — Mała córeczka Tereni, taż sama właśnie co mi jałmużnę dała, przyszła i wsparła główkę o babki kolana, a gdy Terenia cofnąć chciała dziewczynkę, babka ją przytrzymała i pogładziła zlekka drżącą ręką swoją; patrząc zaś na zbytek owych jasnych pierścieni, co jej się niby potokiem złota po łonie rozlały: — Pamiętam, mówiła — nasz Benjaminek miał takież same włosy — i znak mi dała spojrzeniem, bym się zbliżył do niej — i zbliżyłem się, przyklęknąłem — matka jeszcze bardziej schylić mi się kazała — zapewne robiła jakieś porównanie między temi dwoma o jej kolana wspartemi głowami, bo jej palce kolejno mego i małej dziewczynki dotykały się czoła — nareszcie odezwała się jakby kończąc myśl jakąś:
— Ja mu też zawsze powiadałam, że wróci!... a potem na jej czoło i lica wystąpiła nagła gorączkowa czerwoność, znać było, że wiele siły zbierała, by pewne wymówić jeszcze słowa. — Benjaminie, rzekła wreszcie przerywanym głosem — nie zapomnij pójść na grób ojca!... tam zaraz obok niego Cyprjan spoczywa... Józef i Karol gdzie indziej... ale mają swoje krzyże — nie zapomnij, ja tam będę... i westchnęła — ręka jej z mojej głowy na kolana spadła — i nie miałem już matki!...
Siostry i bracia nie chcieli mię wziąć z sobą na pogrzeb, tak przy ich cichej boleści rozpacz moja gwałtowną im się zdawała — podobno że się rozchorowałem nawet, ale ja nie wiem — chyba to już nie była ta dobroczynna choroba, która pamięć i życie zawiesza — była to choroba okropnej bezsilności tylko — żadna chwila snem nawet nie zginęła mi — widziałem i czułem każde cierpienie zosobna, lecz nie mogłem ani tak rozdrażnić się, żeby mię wszystkie razem odrazu zabiły, ani tak ukoić, żebym choć w odrętwienie popadł. — Opuściła mię siła myśli, siła woli, dawałem sobą rządzić jak dziecko maleńkie, a sam cierpiałem, cierpiałem...
Po jakimś czasie rozjechali się wszyscy, w opuszczonym domku Ludwinka tylko została się ze mną. Rodzeństwo ułożyło sobie, że gdy przyjdę do zdrowia, obejmę gospodarstwo naszej małej wioseczki i mieszkać w niej będę z tą wszystkich najukochańszą siostrą. — Nie odrzuciłem, ale też nie przyjąłem tego układu; brakło mi sądu i zastanowienia nad najdrobniejszym życia potocznego szczegółem; rozprzęgła się jedność całej mojej istoty — w każdej części zosobna osobną boleść czułem. — Płakać nie mogłem, ale mi czasem tak okropnie twarz posiniała, tak straszliwe hieroglify z żył wezbranych na czoło wystąpiły — tak oczy krwią zaszły, tak załamane ręce głucho kościami chrzęsnęły, że Ludwinka aż się przystąpić bała do mnie — a ja wówczas przypominałem jej słowa Cyprjana: «Ludwinka nawet minie cię ze wstrętem» — i dręczyłem jej biedne serce cierpkością mych wyrzutów, jakgdyby ona trosk może dawniejszych jeszcze niż moje własne troski nie była musiała teraz nową przyodziać żałobą, świeżemi rozjątrzyć łzami. — Ludwinka jednak miała dziwną, niepojętą dla mnie cnotę — umiała być nieszczęśliwą. — Jej nigdy cierpienia nie zatruwały serca, nie psuły dziennego porządku — Ludwinka też z niezachwianą cierpliwością znosiła moje dziwactwa — obchodziła się ze mną jak z chorem dziecięciem i czasem... czasem, dobroć jej przypominała mi matkę.
— Benjaminku, mówiła raz ona, trzeba ciągłym ruchem i ciągłą czynnością zagłuszyć głos boleści rozdzierającej nam serce — trzeba uciec z własnej piersi — oderwać się od siebie samego i zwrócić nazewnątrz — trzeba myśleć o jakiej osobie, o jakiem zatrudnieniu, o rzeczach jakich — patrzyć na przedmioty nas otaczające — na robotę rąk naszych, a nigdy w głąb własnej duszy nie spojrzyć, nigdy się myślą w tajnie własnych uczuć nie zatopić — tym sposobem jedynie można iść przed siebie; — chociaż to nie pociesza i nie koi bólu, przynajmniej rozrywa go i dzieli — ty dzisiaj wszystkie władze twoje skupiłeś w jedno życia ognisko, a to ognisko męczarnią — posłuchaj mojej rady, gdy z władz owych jednę tylko odedrzeć spróbujesz, gdy uwagę tylko odłączyć i skierować zdołasz — zobaczysz Benjaminku, jak ci znośniej będzie. —
— Znośniej, Ludwinko? — zagadłem ją nieufny — czy ty mi ręczysz, że znośniej? z takim po wierzchu zamkniętym grobem, z taką na dnie zgnilizną, — to być nie może, to jest tylko żyć dwoistą śmiercią.
— Ja ci ręczę, że znośniej — odpowiedziała mi łagodnym jak prośba głosem i ścisnęła za rękę z przekonaniem i wiarą.
— Ha! rozumiem cię, rzekłem, wyjdzie mi to na jedno, jakgdybym trzymał ciągle przy ustach flaszkę z gorzałką i odurzał się...
— Mnie takie podobieństwo nie przyszło do myśli, odparła smutnie Ludwinka, ale jeśli to tak jest, to przynajmniej odurzenie nasze i Boga nie obraża i ludzi nie gorszy.
— Co ty mówisz, Ludwinko — że Boga nie obraża? chyba twój Bóg musi być jakąś obojętną figurką w czerwonej sukni i błękitnym płaszczu, jak go zwykle po ołtarzach malują — bo jeśli on jest takim jak mi o nim Bronisia mówiła — jeśli jest pięknem, miłością, szczęściem, to przyznaj sama, że go właśnie najbardziej powinien obrażać widok człowieka, który cierpi i godzi z cierpieniem swojem...
Ludwinka długo patrzyła mi w oczy.
— Kto się nie godzi, rzekła wreszcie, ten ma nadzieję, iż je z życia wyrzucić potrafi. — Czy ty masz nadzieję, Benjaminku?
Zamilkłem — na to jedno pytanie żadnej dać nie mogłem odpowiedzi.
Nazajutrz jednak w niezwykły ruch się rzuciłem. — Pooglądałem książki, które na półkach stały tak samo jak za życia ojca ułożone, roztworzyłem i starą biblję i ów tom in quarto z królów popiersiami — i tę książkę, która ojcu z rąk wypadła przed pierwszą moją czytania nauką, i znalazłem na okładkach niektórych rozmaite szkice Cyprjana roboty — i między niektóremi kartkami rozmaite obrazki, które na prośby nasze malował — w jednem dziele szczególniej było ich ośm, wszystkie według starszeństwa właścicieli ułożone i ręką ojca podpisane — zapewne schował ich tam na pamiątkę naszych zabaw dziecinnych. — Dla Adasia było niby zwierciadło tak ustawione, że w niem odbijała się postać młodej prześlicznej dziewczynki, choć dziewczynka nie weszła jeszcze do pokoju. — Dla Julci był wizerunek starej Paraski, która ją wszystkich dumek i kołomyjek uczyła — dla Józefa, zabudowania folwarczne z jakiegoś zamożnego, jak widać było, gospodarstwa, bo dachy stodół równały się drzew wierzchołkom, a stogi i brogi migały jeszcze w perspektywie. Przed samym zaś dworem było okrężne i Józef, jak parobczak ubrany, z młodą przodownicą w taniec się wybierał.
Dla Ludwinki była tylko mała osiny gałązka.
Dla Bronisławy — kobieta na lwie wsparta.
Dla Karola — apoteoza myśliwska, on sam, po chmurach, na swojej Zittcie pędził — Moloch warował do księżyca, a pod strzałem «kochanki» gwiazdka jakaś maleńka jak bekas spadała.
Dla Tereni był piękny chłopiec, wychylający się do połowy z kielicha cudownego kwiatu, którego wszystkie listki z najdziwaczniejszych przedmiotów się tworzyły, bo w kształt jednego rozwijała się niby czarownica na łopacie, w kształt drugiego buchał język płomienny, inny wyobrażał smoka, inny dziewicę w koronie, inny był podobny do dziesiątki kierowej rubinami wysadzanej na tle mieniącem się jak oko pawiego pióra.
Dla mnie był młody Tobjasz[1] w drodze do córki Reguela, z swym nieznajomym przewodnikiem odpoczywający; miasto jakieś ukazywało się w dali, z poza miasta wschodziło słońce, a Tobjasz rękę przyłożywszy do czoła, patrzył ku miastu i ku słońcu.
Nie mogłem sobie wytłumaczyć, czemu w pierwszej chwili widok tego obrazka nie zasmucił mię, jak zasmucało każde inne z dawnych lat wspomnienie. Wyjąłem go, schowałem przy sobie.
Potem obszedłem wszystkie kąty domu — wszedłem aż do piwnicy, w której my drobniejsze dzieci tak często latem ubiegaliśmy się o to, które z nas w tłuczkach masło kłucić będzie — po śniegu przekopałem się aż do rzeczki, co nasz ogródek z łąkami dzieliła — byłem wszędzie, tylko nie miałem odwagi wejść do tego pokoiczku na górze, w którym to Cyprjan w pomysł swojego malowidła wziął mi młodość, piękność, szczęście — i niewinność mojej duszy. Ale nad wieczorem, gdym się z dniem moim obliczył, spostrzegłem, że Ludwinka miała słuszność, że taki ruch ciągły, choć bezcelny, taka choć tylko zmiana przedmiotów boleści, jest wielką ulgą. — Chciałem ją wyczerpnąć. — Zapaliłem świecę i poszedłem na górę — klucz rdzą okryty nie tak prędko zamek mi otworzył — poznałem, że musiano dawno już tam nie chodzić. — Siłą odparłem rygle — drzwi otworzyłem i... nie uciekniesz przeznaczeniu!
Ona znowu siedziała przede mną, a siedziała taką, jaką jej zawsze pragnąłem, jakiej czekałem w najszczęśliwszych... źle mówię, w najnamiętniejszych uniesieniach jej miłości. — Zbladłem okropnie, do gardła tak mi się coś rzuciło, jakby mię ręka czyja, ręka żelazna ścisnęła za nie — postąpiłem naprzód, lecz w tejże chwili, najpewniej przez drzwi, których nie zamknąłem, wiatr lekki przeciągnął. Poczułem zimno jego na twarzy, jak dmuchnięcie cichego westchnienia — i świeca zgasła — choć w ciemności, ja zamknąłem jeszcze oczy, bo się bałem... Lecz napróżno — pod powiekami jakbym ją zabrał był w spojrzeniu, unosiła się przede mną jej twarz, częścią do twarzy obrazu, częścią do tej twarzy, która mi w jaskrawości pioruna mignęła wyrazem swoim podobna — zbiegłem na dół, twarz szła przede mną — zawołałem Ludwinki, wypytywałem jej o różne drobiazgi, słuchałem dawanych mi odpowiedzi — twarz ciągle tkwiła przed moim wzrokiem — gdziem się zwrócił, ona się zwróciła — gdziem stanął, ona stanęła — kazałem ogień rozpalić, patrzyłem w płomień, twarz gorzała w płomieniu, a spalić się nie mogła, jak krzak cudu Mojżeszowego.
— Ludwinko, rzekłem nagle do siostry — cobyś ty zrobiła ze mną, gdybym ja dostał pomięszania zmysłów?
Ludwinka z trwogą spojrzała na mnie, wzięła mię za puls u ręki i niespokojnie jego uderzenia liczyła.
— No i cóż? rzekłem znowu: Czy tak bije jak u warjata?
— Nie mów tego, Benjaminku, odrzekła siostra, masz trochę gorączki, bo dziś może zanadto się zmęczyłeś, jak uśniesz, to ci będzie lepiej.
— A jeśli nie usnę?
— Dlaczegoż nie miałbyś usnąć? Do snu można się czasem przymusić, a sen to taki miły, taki miły jak śmierć...
— I ty wiesz o tem Ludwinko?
— Oh! wiem Benjaminku.
— A czy wiesz także, czy doświadczyłaś kiedy, jak to bywa, gdy się naprzykład do myśli pewny wyraz przyplącze, albo imię, którego się pozbyć nie możesz, choćbyś po tysiąc razy spędzała je z przed siebie — albo czasem gdy ci na oczach twarz jaka stanie, i gdziekolwiek spojrzysz, to wybije zawsze jak owe zielone i czerwone koła, które za tobą gonią, gdyś zbyt długo pod słońce patrzyła.
— Znam i to mój braciszku.
— A cóż robisz wtedy?
— Wtedy słucham i patrzę...
— Lecz jeśli nie chcesz słyszeć i widzieć...
— Ja braciszku nie mam ani wyrazu, ani twarzy, którychbym się tak nawet w złudzeniu wyrzekła.
— Oh! toś ty jeszcze bardzo szczęśliwa! — powiedz mi, czy widziałaś ten obraz na górze?
— Widziałam... tak, dwa razy widziałam.
— I nie chciałaś więcej patrzyć na niego?
— Nie, bo on mi okropne chwile przypomina: Widziałam go po raz pierwszy na dzień przed śmiercią Cyprjana, a potem widziałam znowu, gdy Bazyli rzeczy twoje odwiózł i gdzie ty byłeś? słowa powiedzieć nam nie umiał. — Od tego czasu mam wstręt do tego malowidła, bo dziwne usposobienie moje! ja, co tak lubię smutkiem na rozrywkę się bawić, od rzeczywistej boleści uciekam.
— Jednak to piękny obraz, Ludwinko?
— Piękny jak niepodobieństwo!...
— Czemu niepodobieństwo, Ludwinko? — takie kobiety są — Cyprjan to mówił i ja taką znam.
— Być może, Benjaminku, chciałam powiedzieć tylko, że nie taka kobieta, lecz taka chwila w życiu jest niepodobieństwem.
— Bluźnierstwo! bluźnierstwo! zawołałem pocieszony tą marną słabych i złamanych ludzi pociechą, że mogą w drugich odpierać swoje własne myśli i obawy. — Taka chwila jest koniecznością, bo jest szczęściem i udoskonaleniem.
— Ja myślałam bracie, że w takiej chwili człowiekby świata i Boga zapomniał — więc mu Bóg dobry chwil takich nie daje.
— Otóż to znowu! szlachetność stoicka,[2] wyrzeczenie się i zaparcie — to twoje cnoty, Ludwinko. Najpewniej zdaje ci się, że dlatego tak nisko upadłem, bom ich nie miał. — No, proszę — to wyśmienite doprawdy! — bez wszelkiego dobra człowiek dopiero najlepszym być może — a szczęście to grzech — zastanów się przecię, Ludwinko. — Gdybym ja spotkał i miał na całe życie taką kobietę, czy jabym przez to co złego innym ludziom zrobił? — czy jabym nie był szczęśliwy? — a szczęście czyż mi się nie należy? — Szczęście!... Ludwinko, Ludwinko! — Gdyby ona tu przyszła do mnie — gdybyśmy oboje pomyłkę naszą uznali, i zaczęli życie inne, spokojne jak ten ubogi domek nasz, dobroczynne jak dzień z życia matki naszej wzięty — gdyby jej serce miłością tchnęło dokoła — jej słowo w piękność zaczarowało ten światek maleńki... — to cóż? czy ci się zdaje, że jabym był taki zły jak jestem, taki zawzięty i zazdrosny, iż, gdy wspomnę sobie nawet jak to patrzą okropnie zabitego źrenice, to się nie lękam ich, tylko powtarzam wściekły, już ona więcej nie powie: «lubię twoje czarne oczy». — Wszak prawda, Ludwinko? — gdyby ona mię kochała tak jak obraz kocha, ja byłbym dobry, użyteczny — nie straszyłbym cię już nigdy...
Ludwinka cichemi łzami płakała.
— Czemużby ciebie kochać nie miano? rzekła nareszcie, młody jesteś, piękny jeszcze — i tybyś tak kochał przecię?
Zamyśliłem się — w zamyśleniu zwijałem ciągle i rozwijałem ową ćwiartkę papieru, na której był suchemi farbami mój Tobjasz zrobiony. — Po długiej chwili milczenia Ludwinka się zbliżyła i chcąc może o czem innem zacząć rozmowę.
— Co to trzymasz w ręku? spytała mię.
Ja spojrzałem, bom już był zapomniał, że coś trzymałem nawet.
— Ach! to obrazek, który dziś rano w książkach znalazłem.
— Ostrożnie, bo go zepsujesz — patrz, już się miasto zatarło, a to obrazek dobrej wróżby dla ciebie, Benjaminku. — Siedmiu oblubieńców miała Sara,[3] siedmiu śmiercią pomarło, lecz ten jej się dostał, który ją miłością bożą i czystą pokochał.
— Prawdę mówisz, Ludwinko — ukochać tylko i nie wątpić.
W nocy napisałem list do Aspazji...
«Matka mi umarła, mówiłem jej, cierpię okropnie — ale matka przebaczyła mi przed śmiercią — ja tobie przebaczyć muszę — nie, nie przebaczyć Aspazjo — lecz powiedzieć ci, że dziś lepszy jestem, mój gniew pod tchnieniem ust macierzyńskich w łzy się rozpłynął, moje przekleństwa od jej błogosławieństw zaniemiały, moja nienawiść przed jej miłością z duszy ustąpiła. — Gdym cię opuścił Aspazjo, przez czas bardzo długi wspomnieć o tobie nie mogłem, tak mi się zaraz z całą okropnością swoją wracała ostatnia chwila naszego rozstania — wtedy odżywałem ją we wszystkich jej przejściach — wtedy zdawało mi się, że gdybym cię był ujrzał, tobym cię musiał zabić, chociaż wówczas nie zabiłem — wtedy znów mię napadało szaleństwo i ogarniała wściekłość bezrozumna. — Dziwna rzecz! z pięciu lat przeszło, któreśmy razem spędzili, nie mogłem innego wydobyć wspomnienia, tylko owe najgorsze wspomnienie — dzisiaj już tak nie jest — dzisiaj widziałem twój obraz — wszak pamiętasz? obraz, który był pierwszym pośrednikiem między nami, który mi zwiastował ciebie. — Otóż ja, widząc go, doznałem gwałtowanego wzruszenia — tysiąca sprzecznych wrażeń — jednak Aspazjo, wierz mi, na pamięć mej matki, żadne nie było nienawistnem wrażeniem. — Aspazjo! mnie przy tym obrazie stanęły w myśli piękne dni nasze tylko — uczułem wielką wdzięczność za wszelkie dobro, które od ciebie wziąłem — za nauki, któreś mi ułatwiła, za chwile natchnienia, któreś mi dała — za te godziny, w których z uwielbieniem patrzyłem na ciebie i słuchałem głosu twojego. — Wdzięczność za wszystko, Aspazjo — że umiem zbutwiałych rękopisów odgadywać słowa, że mi teraz ostrołuki gotyckich kościołów i pilastry świątyń greckich od jednego spojrzenia muszą tajemnice swej piękności wypowiedzieć, zaraz w najdrobniejszym ułamku swoim — że mi ani jeden rzut pendzla sławnych mistrzów stracony nie jest w ich cudnych obrazach — że mi się otworzyły skarby tylu języków — żem widział — żem poznawał — ja tobie winienem. Dawniej za nic to miałem — co więcej nawet: oburzenie tak niesumiennym jest rachmistrzem, że wszystkie owe nabytki zaliczyłem do ciężkich twoich przeciwko mnie grzechów. — Czczem szyderstwem zdawały mi się dlatego, że szczęścia nie wracały, że ran nie goiły. — Dziś Aspazjo sprawiedliwszym jestem — przyznaję dobrodziejstwa twoje — dziś przypominam sobie także miłość twoją — pieszczoty twoje, namiętne uniesienia i tę wiarę niezachwianą, że ja cię kocham nad wszystko, ze wszystkiem, z piekłem i niebem twej duszy. — Dziś przypominam sobie całą przeszłość naszę i całą uznaję — tak całą, że nawet zabójstwa i występku nie chcę z niej wyrzucić — a wiesz dlaczego Aspazjo? oto dlatego, bom się przekonał, że cię kocham znowu. — Występek świadczy przeciwko postępowaniu naszemu, przeciwko zdarzeniom i okolicznościom — miłość moja świadczy za prawdą łączącego nas uczucia — gdybym nie miał miłości, toby wszystko, co się stało, było złem niecofniętem jak wieczyste potępienie — gdybym nie miał miłości, tobym się widział tak nikczemnym i ciebie tak skalaną, że jużby żyć nie było warto. — Gdybym nie miał miłości, tobym te sześć lat życia musiał nazwać rozpustą i wszeteczeństwem — gdybym nie miał miłości, tobym nie doszedł był do miejsc rodzinnych, nie przeżył śmierci mej matki, nie tknął dziś stopą niegodną jej grobu. Ale ja cię kocham Aspazjo — zbłądziliśmy to prawda, nie przeciągnęliśmy szczęścia naszego w nieskończoność — z chwili użycia szliśmy ku drugiej chwili podobnej, zamiast cobyśmy mieli ku wyższej podążyć, — z całego świata naokół snuliśmy rozkosz dla siebie, z siebie nic nie wysnuli dla świata. W naszą pierś zbiegły się wszystkie jasności promienne, lecz z naszej piersi nie wystąpiły nazewnątrz, niczego nie ogrzały — nie oświeciły niczego, a my potem złamaliśmy się i upadli pod zbytkiem naszym — dobro nowego dobra nie rodzące jest złem najgorszem — głupstwo nietyle zaszkodzi, nienawiść nietyle pognębi, ile rozum, gdy się zużyje na bezplenne prace — miłość, gdy się w samolubne uczucie roztrwoni — dlatego my też cierpieli okropnie — dlatego ja byłem zazdrosnym, ty okrutną. — Ale ja cię kocham Aspazjo — ja ufam, że odkupimy pomyłkę naszą szczęściem i doskonałością, tak jakeśmy ją odkupili boleścią i łzami. — Jeśli do ciebie w tej chwili nie przemawiam żywym głosem, tylko list piszę Aspazjo — nie myśl, o najdroższa moja! bym się lękał twej wzgardy, bym nie dowierzał twemu sercu, lub chciał nieszczerym wybiegiem resztkę obrażonej dumy osłonić. Nie, moją dumą jedyną to jest właśnie, że pierwszy ręce do ciebie wyciągam, że nowe wspólne szczęście dla nas obojga znalazłem. — Miłości twojej miłość moja jest mi rękojmią — ja dziś wiem, że kto kochał, ten kochać będzie zawsze, choćby nieszczęście zawichrzyło mu w głowie, a grzechy tak serce zepsuły, iżby sam w obłąkaniu wołał: «nienawidzę» — on kochać będzie, bo kochanie jedyną nieśmiertelnością człowieczeństwa. — Patrz Aspazjo — ja ci złorzeczyłem — jam przebył tak okropną chorobę szaleństwa i zawziętości — a przecież w pierwszej chwili spokojnej — za pierwszem spojrzeniem na twój obraz, za pierwszem słowem nadziei, które mi siostra rzuciła, ja znów czuję że cię kocham jak dawniej — lepiej niż dawniej Aspazjo — i oni tu wszyscy, przez sześć lat zapomnieni, przez sześć lat zasmuceni, rozgniewani — gdym przybył, oni wszyscy uściskali mię z radością, nikt mi nawet nie wspomniał o przebaczeniu, tak je dał każdy prędko i zupełnie — a kiedy tutaj nikt kochać mię nie przestał, czemuż ja się mam lękać, żeś ty już przestała. — Czyż to podobnem jest nawet? — Nie, Aspazjo — jeśli ci się tak zdaje — jeśli pod wrażeniem złych wspomnień, lub w napadzie tego nieszczęśliwego usposobienia, które czasem goryczą uśmiech, jadem słowa twoje zatruwa — jeśli, mówię, odsądzisz mię w sieroctwo, rozpacz i obojętność — to samej sobie nie wierz jedyna moja — Bóg nie może przeszłości powiedzieć: «nie byłaś» — człowiek nie może powiedzieć sercu, które kochało — «już nie kochasz». — W tej niemożności jest cała świętość prawdy Bożej — całe uświęcenie życia ludzkiego — ty mię kochałaś Aspazjo — więc ty mię kochać będziesz — obraz Cyprjana sprawdzi się, kochać mię będziesz tak, jak na obrazie, zachętą, nagrodą, uczestnictwem w czynach szlachetnych. Bo na obrazie widać to wszystko, widać że z uścisku dwóch tych istot pięknych i doskonałych zrodzi się w przyszłości piękna jakaś i doskonała chwila, widać, że dla nich pieszczota jest zaczerpnięciem sił nowych, nie wydaniem zebranych, że Aspazja pochwyci lutnię swoją, że Alcybjades w słowa natchnionych pomysłów obwinie scytal[4] przy nim leżący. — Wszakże prawda, że i nam przyszłość z ideałem Cyprjana spodobnieje. — Wszak czytając te słowa — ty już mi wierzysz, i sobie wierzysz i myślisz o chwili w której przybędziesz do mnie — bo ja Aspazjo, ja nie pójdę do ciebie — tam, gdzie ty jesteś, martwość i zepsucie samo, we dwoje mybyśmy tam na nowo skalali się i cierpieli. — A tu przy mnie czysto, święcie, pobożnie — jak zwyczajnie wśród serc kochających, wśród grobów, nad któremi łzy płyną, lecz nikt nie rozpacza. — Ja też zostanę tutaj Aspazjo — ulepszę się, ugodnię, i tutaj ciebie czekać będę: twoje i moje zmyję przewinienia!...»
Przez miesiąc cały żyłem gorączkową nadzieją — z zupełnej pewności przerzucałem się w zwątpienie zupełne, bo niech tam kto jak chce się chwali, ten, co raz już wierzyć przestał, nigdy naprawdę potem nie uwierzy, a dla tego, co już raz cierpieć zaczął, chwile nadziei są jak kantarydowe[5] proszki w otwartą ranę sypane. — Co wieczór tylko miałem przystęp kilku chwil, nie wiem szczęściu czy paroksyzmowi gorączki podobnych. Wtedy siadałem w pokoiku na górze — ktoś mi ogień przychodził rozniecać, a ja całą godzinę, to jest cały czas póki się nałożone drzewo nie spaliło, patrzyłem w obraz i nigdy mi ani jedna smutna myśl nie przyszła. — Jeśli kiedy o innej porze próbować tego chciałem, próba się nigdy nie powiodła. — O zmierzchu tylko w kominkowem świetle, jakgdyby kto czary jakie rzucił, niemylnie zstępowała na mnie półsenność błoga, dobroczynna i orzeźwiająca. — Wtedy czytałem w mej wyobraźni najtkliwsze słowa spodziewanej odpowiedzi — czasem przypuszczałem nawet, że Aspazja sama już zajeżdża, już wchodzi, już mi ręce na szyję zarzuca i mówi: — «Bądźmy dobrzy — bądźmy szczęśliwi». — Najczęściej jednak traciłem wszelką osobistość, a płótno ożywiało się zato i siedzące na niem postaci ruchomego życia nabierały — to się płaszcz Alcybjadesa osunął — to ręka Aspazji drgnęła — to się promienie ich włosów zmięszały, to jakieś ciche słowa wyszły. — Bądź co bądź, ja tej godziny nie byłbym mieniał... nie byłbym mieniał, gdyby mi kto dawał za nią dobrze w rzeczywistość zawarowane, lecz utajone przede mną szczęście — bo juścić, gdyby kto był powiedział, że stawi żywą Aspazję, to byłbym się nie wahał bezwątpienia — ale gdyby w niepewność domysłów mię rzucił, to ręczę, żebym nawet oszczędził ich sobie. — Z moją na dzień godziną — jedną godziną bez cierpienia, ja byłem taki szczęśliwy!...
Już wam wspomniałem, że to miesiąc trwało cały, dni trzydzieści; bez zmyłki pamiętam, bo pilnie liczyłem — trzydziestego pierwszego dnia siedziałem na górze, mały chłopiec, jak zwykle, przyszedł ogień rozniecić — nim rozniecił, podał mi list. — Na samo dotknięcie papieru zaczęło mi w głowie szumieć, w uszach tętnić, w sercu bić tak gwałtownie, że nie mogłem słabej pieczątki rozerwać. — Stałem tak długo z tym miękkim, drobno złożonym papierkiem w ręku, że chłopiec rozdmuchał węgle i wyszedł i świecę wyniósł, a ja się jeszcze na otworzenie koperty nie zdobyłem. — Potem byłbym się przeląkł — potem było mi za ciemno — chłopca wołać za daleko, a węgle jak na złość tliły się powoli i drzewo jak na złość nie zajmowało płomieniem. — Wreszcie buchnęło nim odrazu na wszystkie strony — ja pierwej jeszcze, by tę chwilę przyśpieszyć, uklęknąłem przed kominem; później więc, nie wstając wcale, rozwinąłem papier i żal mi się zrobiło próżnych a tak gwałtownych wrażeń — pisma nie poznałem zupełnie — był to jakiś męski charakter — zacząłem czytać dość spokojnie.

«Pobożność, mój synu! świętą jest cnotą, żal za grzechy prosto do nieba prowadzi, ale ja ci powiem szczerze, że gdyby z mego listu piękna kobieta śmiała się tak jak Aspazja z twojej modlitwy, to doprawdy zrzekłbym się i świętości i nieba, a sobie w łebbym palnął. Najpierw powiadam ci, że to nie boli, a potem powiadam ci, mój synu, że to jedyne lekarstwo na melancholją, wyrzuty sumienia i śmiech kobiety, która cię nie chce, a która w tej chwili przez ramię moje patrzy i mówi: «zobaczysz, że on gotów i to jeszcze głupstwo zrobić». — Żegnam cię, synu mój, bo muszę wybadać Aspazję, dlaczego samobójstwo głupstwem nazwała, kiedy najporządniejsi ludzie w Atenach, Rzymie i Londynie, mądre życie tem kończyli właśnie. —
NB. Radzę ci pierwej butelkę wytrawnego wina wlać sobie do żołądka; rozjaśni ono myśl twoję ostatnią — i lepiej będziesz na tamtym świecie wyglądał. — Spodziewam się, że potrafisz ocenić wysoki szacunek, z którym jestem dla ciebie, synu mój, twoim ojcem duchownym,

pierwszym nauczycielem, vel[6] szatanem,
vel paziem — vel Kainem».

Kiedym przeczytał te słowa: — jeśli kto z was tu cierpiał w życiu swojem — cierpiał okropnie, bezprzytomnie, tak że mu w jedyną chęć jakiegośkolwiek rozerwania boleści dusza z wszystkiemi siłami się rzuciła — jeśli, co nie daj Boże, jest kto taki między wami, ten się nie zdziwi i nie rozśmieje, jak powiem, com ja zrobił, gdy te słowa przeczytałem — oto schwyciłem rozżarzonych węgli i trzymałem je póty, póki mi w pięściach ściśniętych nie zgasły — ta fizyczna boleść była instynktu mojego potrzebą, pomogła mi do zebrania rozbiegłych myśli. — Pierwsza z nich była myślą listu: — «trzeba się zabić». Równemi nogami zerwałem się przeto i biegłem ku drzwiom; — nim dobiegłem, spojrzenie moje padło na obraz — stanąłem jak wryty — po chwili dopiero załamałem popalone ręce i krzyknąłem całym głosem: — «ty kłamiesz! ty kłamiesz! — i druga myśl mi przyszła — myśl litości i miłosierdzia pośmiertnego. — Ha! przynajmniej już drugim kłamać nie będziesz — rzekłem i zdjąłem obraz, poniosłem go do komina, z lunatycką dokładnością ustawiłem, obłożyłem głowniami i siadłem sobie naprzeciwko, żeby widzieć jak zgoreje, a wiatr tymczasem brząkał wszystkiemi szybami w oknie i świszczał wszystkiemi tonami za oknem. Ledwie pierwsze na ogień rzuciłem spojrzenie, uczułem się pod wpływem niepojętej władzy — istota moja rozdzielała się niby — wola występowała za mnie, boleść opuszczała pierś moję, łączyła się z obrazem, a ciało zmartwiałe i bezsilne jak ciało trupa nie mogło żadnego zrobić poruszenia i wiedziałem, że chcę koniecznie ratować obraz Cyprjana, że dotknięcie ognia pali moje członki przed oczyma mojemi, lecz wstać, lecz iść nie mogłem. — Płomień zwolna postępował — czy to cudem, czy że obraz wilgocią muru był przejęty, nie zajął się odrazu, choć olejnemi farbami robiony; rzekłby kto, iż zanurzał się z rozmysłem w zniszczenie; ja czułem jak płomień do piersi mi się dostawał — jak przegryzał serce, wyżerał oczy, jak potem dłonie Aspazji ogarnął i jej łono, jej białe łono całował swoim śmiertelnym pocałunkiem — a później ust dotknął, a później czoła wzniosłego, a później... kilka drobnych tylko iskierek brzeżkiem tła się pogoniło, i nic już więcej — umarliśmy oboje.
Tak jest, moi państwo, oboje — gdyż od tej chwili ogarnęła mię doskonała martwość, już mi się nawet zabijać nie chciało — i poszedłem spać bardzo spokojny — i w nocy nic mi się nie śniło. — Ludzie mówią teraz, że ja żyję — prawda, organizm zachował się w zadziwiająco pożądanym stanie. — Nie straciłem też pamięci, nie dostałem obłąkania, ani fiksacji. — Kiedy mówię o czem, zdawaćby się mogło, że każde słowo rozumiem i czuję. — Nie jestem zbrodniarzem, mizantropem, samolubem, obojętnym nawet nie jestem — między złem a dobrem zawsze dobre wybiorę — tylko nie wiem jak się to stało, ale we mnie władze radowania się i smucenia stępiały zupełnie.
Poszedłem z Ludwinką na grób rodziców — płakałem, ale czułem, że łzy moje były jedynie nerwowym wyrobem, i że mię nic nie bolało. — Odwiedziłem później Adasia, dzieci jego wciągnęły mię do zabaw swoich, dokazywałem z niemi — biegałem — śmiałem się, a nic mi nie było wesoło. — Spotkałem wdowę Józefa — słyszałem od niej wszystkie szczegóły śmierci mężowskiej, a nic nie było mi smutno; uratowałem tonącego człowieka, serce mi nawet uciechą nie drgnęło. — Byłem u Tereni w tej właśnie chwili, w której traciła swoją małą córeczkę, ową dziewczynkę, co to mi pierwsza drzwi otworzyła, i ostatnia wraz ze mną przed konającą matką stanęła — patrzyłem na rozpacz mojej siostry, na okropne męczarnie biednego dziecka, a w głębi duszy byłem tak spokojny jak ślimak — i nic mię już nie mogło z tego stanu wyprowadzić. Czasem jeszcze przebiegały różne życzenia przez głowę, jak muchy przez otwarty pokój — zdawało mi się, że chciałbym dla odmiany chociaż pocierpieć trochę — naprzykład, gdyby mi się wróciła ta chwila, kiedy Cyprjan zemdlał, lub kiedy matka umarła — lub kiedym obraz palił? — Aby raz tę sparaliżowaną duszę czemkolwiek uderzyć, to możeby wstała i chodzić zaczęła, lecz próżne usiłowania! — Zastanawiam się nad sobą jak nad ciekawym lekarskim fenomenem i coraz bardziej przekonywam, że daremne są wszelkie w tym względzie starania. Z początku myliłem się — ile razy wiatr zaświszczał, gdy widziałem rozpalony ogień przed sobą, tyle razy zimno występowało na całą skórę moją i mimowolnie w głębokie zapadałem milczenie. — Chciałem więc wmówić w siebie, że to jest boleścią obudzonego przypomnienia. — Gdzie tam, moi państwo — spostrzegłem, że to jedynie skutkiem oparzelizny i nową skóry mojej własnością — zimno takie uderza na mnie i wtenczas gdy zupełnie o czem myślę — raz nawet uderzyło, choć nie wiedziałem, że ogień się palił w zasłoniętym przez ekran kominku — jest to więc zupełnie patologiczne usposobienie. — Teraz, wy także słysząc mię, nieraz może myśleliście, że byłem wzruszony — do głębi duszy przejęty — co też to za dobroduszność! — a toż przecię, gdyby tak było, jabym nie śmiał poruszyć ani jednem słowem ani jednego z wspomnień tak bolesnych. — Ja wam poprostu opowiedziałem moje życie, jak powieść z pamięci. — Na pamięć wydaję teraz wszystko — grzeczność, współczucie, oburzenie, przychylność — zawsze i w każdej chwili przypominam sobie, co gdzie przypada najlepiej. — Obłudnikiem mnie nie nazywajcie — gdybym mógł prawdę pod odgrywaną rolę podsunąć, widzielibyście mię tutaj klęczącego na środku salonu, z wzniesionemi ku niebu rękoma, z głową popiołem posypaną, — a zresztą czyn mój też nigdy powierzchownem nie zaprzeczy oznakom. — Jak uścisnę dłonie wasze, tak się przed żadnem poświęceniem nie cofnę. — Chcecie, bym pracował? — będę pracował, — chcecie, bym się pozwolił przybić do krzyża? — chętnie i drzewo na niego dźwigać będę i rozpostrę ramiona, i dam przebić ręce, nogi, i skonam — o! bracia moi — tylko... tylko choć skonam — nie zbawię... nie zbawię, bo nie kocham was...
— I nic już pan nigdy o Aspazji nie słyszałeś? — po długiem milczeniu odezwała się Tekla.
— Przepraszam panią, dwa tygodnie temu wpadł mi do ręki list, który już blisko dwa lata poniewierał się na moim stoliku. — Szatan vel Kain donosił mi, że dnia 23 marca, wśród kobiet służących, które ją na bal ubierały, Aspazja dostała okropnych konwulsyj i w przeciągu kwadransa życie zakończyła: ciało jej w tejże chwili prawie zczerniało jak węgiel. — Szatan vel Kain posądzał mię o zadanie trucizny, — ja roześmiałem się tylko, bo Kain może miał słuszność. — Według daty i oznaczonej godziny Aspazja skonać musiała wtedy, kiedy jej obraz paliłem...
Horror most, horror![7] zawołała Anna — więc naprawdę ta kobieta była...
— Zdało mi się, że już powiedziałem państwu... jak to, czy nie?... musiałem zapomnieć — otóż ta kobieta była — Poganką.

Z ostatniem słowem głuche milczenie cały pokój zaległo; dopiero po kilku chwilach Leon Metodysta najpierwej się otrząsnął z doznanego wrażenia i w duszy swojej osądził, że to właśnie stosowna bardzo okoliczność do podania nam wszystkim arcyzbawiennej dozy «moralnego sensu». Jak dziś pamiętam jeszcze, zaczął od tych słów urzędownych, które każdy pewnie na pamięć umie, bo pewnie każdego spotkały tyle razy, ile razy jaką stratę poniósł, ile razy jakie niebezpieczeństwo mu groziło, ile razy cierpienia dość zręcznie nie uniknął, lub drzwi swoje przypadkiem otwarte nieszczęściu zostawił:
— A widzicie! — a czyż wam tego nie mówiłem? — a widzicie, że miałem słuszność (dalszy ciąg sentencji był już więcej z własnego uczucia i własnej indywidualności zaczerpnięty). Oto człowiek zdolny, poczciwy, «dobrze urodzony» w całem najświętszem tego wyrażenia znaczeniu, wśród wszystkich najpożądańszych tej astrologicznej formułki warunków — przyniósł z sobą na świat złote serce, diamentową wyobraźnię — mógł zostać poetą, lub prorokiem — Tyrteuszem,[8] lub Ezdraszem[9] — on został... kochankiem pięknej kobiety — i patrzcie, moi drodzy, patrzcie, a pamiętajcie na zawsze, jaki on dziś złamany, bezsilny, martwy, nieużyteczny... Biada miłości, która się tak na jednostkę wyrzuci i zmarnuje...
— Lecz gdyby się nie zmarnowała?... ostrożnie podsunął Edmund — gdyby ta jednostka nie pogańska, ale już w chrześcijaństwie odrodzona, przyjęła skarb rzucony wraz z przywiązaną do jego posiadania odpowiedzialnością?... gdyby przyjąwszy tak dobrze nim zagospodarowała, że w jej ręku wszelki tysiąc i klejnot wszelki osobnym Bogu i ludziom opłacałby się procentem? gdyby...
— Żadnego «gdyby» obok takiej «aktualności» stawiać się nie godzi — przerwała Seweryna, wyciągniętym palcem na Benjamina wskazując.
— Ja też nie żadnem «gdyby» ale także «aktualnością» odpowiadać wam będę, zawołał oburzony Henryk. — Ha! panie Metodysto, pokazujesz mi Benjamina, jaki to człowiek złamany, nieużyteczny, bezsilny — proszę ja pana z sobą, proszę za próg tego pokoju — od domu do domu chodzić będziemy i nawzajem ja panu pokażę całe muzea, galerje, od piwnic aż do strychów, kamienice pełne takich bohaterów, co nie kochali nigdy, nie zmarnowali nigdy tak jak Benjamin uczucia swojego — tłustych szachrajów, wychudłych harpagonów,[10] obhaftowanych złotem dworaków, wywiędłych w rozpuście dudków, legjony całe stawię ci przed oczy, po imieniu każdego zaprezentuję i przed krucyfiksem za wszystkich razem przysięgnę, że się nigdy w żadnej nie kochali kobiecie. — Jeśli chcesz, to możemy nawet po więzieniach kryminalnych małą odbyć wycieczkę. — Spytaj złodziei, morderców, fałszerzy — nie — i oni tak nikczemnej nie ulegli słabości. — Twój sąsiad, Leonie, co to za wielki człowiek! bez miłości z pół miljonem się ożenił. — A twój znajomy, pan sędzia... co to za głowa rozumna, jak dowcipnie się wyśmiał, gdy między papierami biednego Jana kilka listów jego młodej narzeczonej znaleziono. — Tylko ten Benjamin występny, on śmiał pokochać całą duszą swoją, wszystkiemi władzami umysłu swego, kobietę zachwycającą... i gdy go zdradziła bezbożna — on śmie cierpieć, on się poważa ręce opuszczać w rozpaczy... No, szczęście, że jest między nami Metodysta, który mu za to sprawiedliwość wymierzy...
— Oj! Henryku, Henryku! lepiejbyś dobrej sprawy bronił, gdybyś się w ostateczności nie przerzucał i sarkazmem nie szermierzył — zapędzonego upomniała Anna swoim łagodnym, macierzyńskim głosem — można Leonowi bardzo spokojnie a bardzo kategorycznie to proste stawić zapytanie: jacy ludzie według jego zdania szlachetniejszą w plemiennościach stanowią odmianę, czy ci, którzy aż do zbytku kochają? — czy ci, którzy nawet do potrzeby szczęścia ukochać nie są zdolni?...
— Najszlachetniejsi tacy, którzy wszystkie obowiązki człowieczeństwa pełnią — odpowiedział zaczepiony.
— Oho! już się pan Leon wybiegami ratuje — podstrzegła złośliwie Augusta — już na pytania wprost nie odpowiada, ogólnikami nas zbywa. — Widać, że proces w jego sumieniu przegrany.
— Czemu przegrany? od początku do końca trzymam się tegoż samego założenia — wymagam jednej i tejże samej rzeczy. — Chcę, aby ludzie żyli na chwałę Bożą i na pożytek bliźnim swoim — każdy dzień ich, każdą godzinę nawet potrzeba mi zapełnić pracą, nauką, dobremi uczynkami, szlachetną całej ludzkości miłością — a jak się miłość jednostkowa ma do tych wszystkich moich wymagań? to mnie bardzo mało obchodzi. Widziałem, że najlepszym na przeszkodzie staje — Henryk mi przypomniał, że najgorsi są bez niej jeszcze gorszymi — niechże i tak będzie — przyjmuję romans za środek pedagogiczny dla bardzo, bardzo maluczkich — ale, daruj mi, śliczna Augusto, olbrzymom, Prometeuszom[11] nie wykroję z niego promiennej nad czoło aureoli.
— I w tem właśnie, według mojego zdania, zawnioskowała Jadwiga, w tem właśnie główny twojej pomyłki splątał się węzełek. — Między tłumem powszednich osobistości, trudno zgadnąć jak której służy uczuciowa higjena — jednej pomocą, drugiej przeszkodą bywa — lecz dla Olbrzymów-Prometeuszów, dla zbawionych i uświęconych — toć to ich cechę stanowi Leonie, że dla nich zawsze jest cnotą w sercu i aureolą na skroniach — i póki ci kto nie złoży tego dowodu, póki tej próby w życiu swojem nie przejdzie, póty, ja ci radzę — ani olbrzymem, ani Prometeuszem nie nazywaj go wcale.
— Wiesz Jadwigo — odezwał się Albert filozof — w tem, co powiedziałaś, jest jedno wrażenie, które mi dużo światła na całą kwestję rzuca: «póki kto tej próby w życiu swojem nie przejdzie». — Istotnie, miłość jest pewną próbą rzetelnej wartości człowieka — jest symptomatem wykazującym działalność jego organizmu, tętnem, po którem się stan zdrowia lub choroby rozeznaje — sama zaś nie jest ani wartością, ani organizmem, ani zdrowiem, ani chorobą. Według prawa odwiecznej logiki jest świadectwem naszem i powinnaby tylko o dobrem, o chwalebnem w nas świadczyć. — Dziecinną mi się widzi dłuższa sprzeczka o jej zbawiennych czy tam potępiających wpływach — takiemi zawsze wpływy się okażą, jakiemi są skłonności doznającego ich człowieka. — W zasadzie musimy uznać, że miłość najpiękniejszy kwiat życia ludzkiego rozwija; słusznie jest pożądaną jako szczęście, sprawiedliwie cenioną jako szlachetne uczucie — lecz to wszystko w zasadzie tylko. — Zastosowania mnóstwo przedstawiają wyjątków — są tacy, którzy szczęścia nadużywają — są inni, którzy nawet w szlachetnych nie mogą się ostać uczuciach — są jeszcze inni, którzy w pewnych danych okolicznościach muszą je dla wyższej poświęcić prawdy — bo w naszym światowym chaosie różnie bardzo się dzieje. — Napozór to się zdaje, że dosyć złe obalić, by się wspiąć ku dobremu — a w rzeczywistości, złe nam już takie głębokie pod nogami wykopało jamy, że choć pień jego stary podetniemy, to na zrównanie gruntu nie wystarcza i trzeba nieraz w dół rzucić ładne dla pięknego — przynależne dla potrzebnego — ulubioną, dla ukochanej i uczczonej. — Ha, trudno! nie krzyw się na mnie, Henryku. — Praktyka życia od normalnego planu Bożego fatalnie odstąpiła. — Plan Boży dał nam przestrzeń, materjał i zdolnych architektów — kiedy się wznoszą kolumny portyków, kiedy rosną ku niebu ostrołuki starych kościołów i sklepienia poważnych bazylik — chwalimy wspaniałość miasta, przyklaskujemy Brunelleschim i Michałom Aniołom[12] — a jednak są chwile historyczne, w których znów chwalimy wspaniałość miasta gorejącego pożogą swych gmachów — przyklaskujemy ludziom, którzy po zgliszczach rodzinnych pałaców niezachwianą stąpają nogą, «impavidum ferient ruinae».[13] Okolicznością, przyczyną, celem i skutkiem wartość wszelkiego faktu sądzić trzeba. — Nikczemny człowiek nigdy miłości nie dozna — ale i prawy człowiek bardzo często wyrzec jej się musi.
— Wyrzec?... Oh! nie, to szaleństwo — zaprotestował Henryk — właśnie dlatego, by miał co oddać i zburzyć, gdy przyjdzie chwila poświęceń... właśnie dlatego, by się wyróżnił od tych, co wszystko przedsięwziąć gotowi, bo nic nie mają do stracenia...
— No, no, dość już tego, dość tego — zawołała Emilja, wstydźcie się, moi drodzy, dysputujecie jak średniowieczni scholastycy nad subtelnością wyrażeń — a tu między nami siedzi człowiek cierpiący i znękany — tu dusza ludzka zamiera, i nikt z was jeszcze nie pomyślał, że przedewszystkiem, że najpierwej trzeba duszę i człowieka ratować. — Czy miłość taka, czy owaka, możecie sobie później aż do znudzenia snuć długie rozprawy, lecz czy Benjamin pośród was ożyje? czy macie w sercu skuteczne na jego niemoc słowo? o to, to już dawno ktokolwiek powinien się był zatroszczyć.
Benjamin dotychczas w milczeniu spuszczoną głowę swoją trzymający, wzniósł oczy na Emilję — była jakaś obojętna ciekawość w jego spojrzeniu, ale współczucia wdzięcznego nie było — po chwili nawet ciekawość przygasła, zimną martwotą zaszły źrenice — powieki znów się ku ziemi osunęły i znów nieruchomy, jakoby obcy, jakoby niebyły na miejscu swojem pozostał.
— Masz słuszność, święcie radzisz, Emilko — przywtórzyła Tekla mówiącej — nie o systematach, o Benjaminie myślić nam się godzi. — Znajdźmy dla niego użyteczną pracę, to najlepsza pociecha, najmniej zawodne lekarstwo.
— Użyteczną pracę? podchwyciła Felicja — a cóż ty zowiesz pracą użyteczną? jeśli pewien gatunek zatrudnienia — to mu każ drzewo rąbać, lub opis jego podróży drukować — jeśli zaś użyteczną pracą ma być praca moralnie dla bliźnich plonująca, praca, która im światła i ciepła, mądrości i siły ku cnocie dostarcza — to mu żadnych nie dawaj rozkazów. — Możesz z niego bardzo piękną wyrobić karyatydę[14] — możesz biegłego dziennikarstwu przysposobić korespondenta — lecz młody i pełen zdolności Alcybjades już nie zmartwychwstanie — złamał się piękny Greczyn, a bojownik Chrystusowy nie dorósł swej miary. — Oho! praca użyteczna!... toć niema innej tylko chrześcijańska, ofiarna. — Ofiarna, nie przez cierpienie koniecznie, jak sobie wielu dziś wyobraża, jak niejeden tłumaczy i uczy — ofiarna nie przez krzyż, od którego mdleją nam ramiona — ale ofiarna przez krzyż, który utwierdza nas i okupuje ode złego — ofiarna z bogactwa duszy, nie z jej nędzy, ofiarna przez datek i przez prawdziwą, widomą ofiarę. — Dla bliźnich ten jedynie użytecznie pracuje, kto im może ciągle coś z siebie i ze swego dawać — pieniądz, uczucie, jasność myśli, dzielność ramienia. — Cóż ty chcesz, by im dzisiaj przyniósł ten Benjamin upadły, biedny, niekochający, zginiony?
— Niech im da czas swój tylko — odpowiedziała Tekla, na początek ja więcej nie wymagam — niech da godzinę po godzinie, dzień po dniu, lata po latach, a zobaczycie, jak zwolna życiem pierś jego się napełni, światłością myśli rozpłoną — bo praca dla bliźnich, Felicjo, nietylko jest samym wydatkiem, ona także ogromny, jedyny może przychód nasz stanowi — ona nietylko bliźnich, ale głównie nas samych kształci i zbogaca — więcej przyjmujemy, niż nam dać jest podobnem. — Oto spróbujcie tylko — dajcie pracować Benjaminowi — choć się zrazu w tę lub ową stronę zachwieje, podtrzymujcie go na tej i na owej stronie. — Sami wkrótce się przekonacie, jaki nam z niego wyrobnik przybędzie.
— Zapóźno już! zapóźno, rozbrzmiał jak wyrok surowy głos Seweryny. — Użyteczna praca nie może być ani jako ćwiczenie, ani jako zachęta uważaną. Pan Bóg ją tylko na nagrodę dla wybranych swoich zachował. — Spojrzyjcie dokoła, moi państwo — widzicie, ile to ludzi gimnastykuje się, trudzi, poci, krząta, zwija — a ilu jest takich, którym użytecznie pracować wolno? Garstka maleńka — z krociowego tłumu chętnych garstka wyłączona kapłańska... garstka, do której może nawet z nas tu siedzących żaden imienia swego nie dopisze w przyszłości — bo ku temu innych stygmatów i nowych sakramentów trzeba — a wam się zdaje, że ten biedny, ten bezduszny na próżnię swego znicestwienia stygmata przyjmie właśnie i sakrament otrzyma? — Daremne wasze zabiegi! — Zostawcie go lepiej na tej, którą obrał, przepadłej i odpadłej drodze jego. — Niech się wywiązuje z długów zaciągniętych względem społeczeństwa jedyną, jaką może złożyć nam korzyścią — niechaj grozi i ostrzega straszliwym upadku swego przykładem.
— Nie, nie! z pośpiechem zaprzeczyła Emilja — musi być przecież i dla niego środek jakiś wybawczy — nie godzi się tracić nadziei ocalenia...
— Ach! gdyby ten Benjamin mógł się modlić!... westchnęła Tekla.
Benjamin westchnął także.
— Ach! gdyby ten Benjamin mógł się we mnie pokochać!... dźwięcznym półgłosem szepnęła Augusta.
Benjamin nie wznosząc nawet oczu, równie półgłosem szepnął:
— Fanarjotka!...[15]
W tej chwili Henryk zerwał się z miejsca, obie ręce jak do uścisku i pieszczoty ku Benjaminowi wyciągnął:
— Bracie mój! bracie! gdybyś ty miał matkę!... zawołał takim przejętym, takiej głębokiej prawdy wykrzykiem, że się jego echo o wszystkie nasze serca odbiło.
— Gdybym miał matkę! powtórzył Benjamin i także wstał z miejsca swojego, usta mu drżały, łza w oku błysnęła — gdybym miał matkę! O, pewnie, z potępienia wiekuistego tylko matka wybawić może...
— Więc słuchaj, powiem ci, Benjaminie, wszak wierzysz w ducha nieśmiertelność...
Ale Benjamin nie słuchał już — wolnym krokiem ku drzwiom postąpił i wyszedł «nie żegnany, nie żegnający» — a co się z nim później stało? próżno pytać. — Łysy Humboldt od owego wieczoru nigdy przy kominkowym ogniu, wśród gromadki naszej miejsca swojego nie zajął.
Przez jakiś czas tylko z jego wspomnienia snuły się zawsze długie dysputy o potrzebie lub o niebezpieczeństwach wyłącznej miłości. — Raz, gdy się zdarzyła nowa pod tym względem wątpliwość — nowych do roztrząśnienia przyrzekłam dostarczyć faktów i powiedziałam moim ukochanym, że im odczytam rękopism, który się przypadkowo w moje ręce dostał, a który mógłby niejeden ciemniejszy punkcik rozjaśnić. — Wszyscy na to bardzo chętnie przystali i zaczęłam pierwszy mój odczyt Książki Pamiątek[16] — drugi bez przerwy po pierwszym nastąpił, trzeci nie bardzo się odwlekł, ale później między odczytem a odczytem coraz dłuższe zapadały odstępy — każdy z nas miał coś ważniejszego, coś zupełniej egoistyczniejszego na myśli, więc i czytania szły nader powolnie — kartek się odwracało niewiele..., aż przyszło do tego nakoniec...
Lecz o tem właśnie «teraźniejsi» moi czytelnicy na końcu się dowiedzą.


Przypisy

  1. Tobjasz, syn Tobjasza, postać biblijna; przewodnikiem jego był anioł Rafael.
  2. Stoicyzm, nauka głoszona przez greckiego mędrca, Zenona, a zalecająca hart duszy i wytrwałość w nieszczęściu.
  3. Siedmiu mężów Sary pożarł zły duch Asmodeusz, dopiero Tobjasz uszedł tego losu dzięki swej pobożności i cnocie.
  4. Zwój pergaminu, nawinięty na drewnianym wałku.
  5. Drażniący proszek, sporządzony z pewnego gatunku owadów, używany na wizykatorje.
  6. vel = czyli
  7. Zgroza, straszliwa zgroza.
  8. Tyrteusz, poeta ateński, który pieśnią swoją pobudził rodaków do zwycięskiej walki i sam w niej zginął.
  9. Ezdrasz, prorok żydowski w V wieku przed Chr.
  10. Harpagon, bohater komedji Moliera Skąpiec, stąd imię jego stało się synonimem brudnego skąpca.
  11. Prometeusz, bohater mitologji greckiej, który wykradł dla ludzi ogień niebu, za co został straszliwie ukarany.
  12. Brunelleschi, największy architekt epoki Odrodzenia; Michał Anioł, genjalny rzeźbiarz i malarz owej epoki.
  13. Zniósłby ruinę świata nieustraszenie (dosłownie: nieulęknionego przykryją gruzy) — z Horacego.
  14. Figura ludzka, podpierająca gmach lub gzyms.
  15. Fanarjoci, mieszkańcy greckiej dzielnicy Konstantynopola, zwanej Fanar.
  16. Książka Pamiątek, jedna z powieści Żmichowskiej, pomieszczona w zbiorowem wydaniu jej dzieł tuż po Pogance.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Narcyza Żmichowska.