Poezye T. 1 (Adam Asnyk)/Słowo wstępne

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Krzemiński
Tytuł Poezye
Podtytuł Tom I
Data wydania 1898
Wydawnictwo Nakład Gebethnera i Wolffa.
Drukarz Gubrynowicz i Schmidt.
Miejsce wyd. Lwów
Indeks stron
SŁOWO WSTĘPNE.



Tak srodze przez śmierć nam wydarty poeta, przyznając na krótko przed skonem pp. Gebethnerowi i Wolffowi prawo zbiorowego wydania wszystkich Poezyi, objętych dotychczas wyszłemi czterema tomami, oraz wszystkich utworów dramatycznych, osobno wydrukowanych, wyraził życzenie, aby nadzór literacki nad zamierzonem wydawnictwem mógł być powierzonym mnie.
Życzeniu temu stało się zadość. Dla mnie było ono mandatem przyjaźni, otrzymanym od jednego z najszlachetniejszych duchów, jakich los nietylko mnie poznać pozwolił, ale i spółeczeństwu całemu dał na światło, pożytek i moc.
Nowemu wydaniu Poezyi starałem się nadać układ taki, aby samo skupienie utworów jednorodnych ułatwić mogło wybicie się na czoło temu wszystkiemu, co w indywidualności poety najgłębszem, najrdzenniejszem — istotnem było. W wydaniach poprzednich El...y, nie dbając o zewnętrzny porządek, łączył pojedyńcze liryki — tak, jak je w kolei czasu wytwarzał, lub za nadające się do ogłoszenia uznawał — w skupienia nazywane: „Mozaika”, Album[1] pieśni”, „Kwiaty”, „Wiersze różne”. Już w wydaniu z r. 1869 (ob. objaśnienie w końcu T. III obec. wyd. p. t. „Bibliografia i chronologia Pism El...ego”) mamy jednę taką grupę, w wyd. z r. 1872 — pięć. w T. III Poezyi z r. 1880 — dwie; w T. IV z r. 1894 do poprzednich siedmiu przybyły jeszcze ósma i dziewiąta.
Z wyjątkiem „Kwiatów”, które jeszcze przed wydaniem z r. 1869 spajały pojedyńcze liryki przynajmniej gatunkową jednością wspólnej symboliki, inne grupy obejmowały utwory w nastroju, głębi i sile, i w samych wreszcie przedmiotach poetycznego widzenia, różnorodne: poważne i lekkie, głęboko rozumowe i erotyczne, elegijne i pogodne, nawet drobne uszczypliwe epigramata obok wzniosłych manifestów ducha. Liryki prawdziwie treść indywidualności poetyckiej El...ego oddające, zarówno myślowe, jak uczuciowe, powstałe pod działaniem idei ogólnych przez talent wessanych, tonęły wśród innych, które poeta-artysta tworzył już w większej niezależności od poety-człowieka i w większej też, że tak powiem, potocznej wrażliwości.
Po lirykach, które wypromieniły się z głębi indywidualności poety, zapewniając mu stanowisko przez śmierć niewydarte, upomniały się o prawa swoje liryki ściśle subjektywne, przez zawsze prawie cierpiącą samowiedzę z duszy wyrzucane, a odbijające w sobie nastroje ducha zależne od osobistych wrażeń, kolei i tych przygód życia, które nie mogły nie potrącić o serce.
Trzymając się w porządkowaniu zasady subjektywizmu, dla poetów lirycznych jedynie stosownej, wypadało układ cały rozpocząć od tych właśnie utworów najbardziej osobistych. Ale, mając przed sobą poetę tej miary, należało też skorzystać ze sposobności i dać przedewszystkiem poetyczne poglądy El..ego na jego własą specyalność, na poezyą i sztukę, na natchnienie i artyzm — ukazać jego religią piękna i jej przeciwstawienie: estetyczny i ideowy ateizm, któremu autor utworów: „Publiczność i poeci“, „Odłamowi Psychy Praxytelesa“, „Na zgon poezyi“, „Zmierzchu melodyi“ — tak dobitny umiał nadawać wyraz.
Całe to opowiedzenie się El...ego przy chorągwi piękna stanowi w układzie obecnego wydania dział pierwszy; do drugiego weszły utwory poważnego uczuciowego subjektywizmu; trzeci stanowią liryki, które indywidualizują poetę żyjącego ideami ogólnemi świata. Idzie potem dział IV, złożony z sonetów „Nad głębiami“, przez samego twórcę pod tę nazwę zebranych. Powstałe w późniejszym już wieku, poczynając od końca r. 1882, dają one jakby filozoficzne wyznanie wiary El...ego.
Dział V składa się ze „Snu grobów“, z liryków głębokich, myślowych i uczuciowych, wreszcie z satyrycznych obrazków — i w całości dotycze życia własnego spółeczeństwa poety. Włączono tu i wiersz do Józefa Kolara.
Do działu VI weszły wszystkie poezye dyalektyczne, gnomiczne i obrazowe, osnute na tematach starożytnych; wśród nich jest wiele pokrewnych dz. I.
Grupa „W Tatrach“, w postaci nadanej jej przez El...ego w pierwszem wydaniu T. III Poezyi, w Dz. VII występuje wraz z pięcioma utworami, oddającemi przeważnie wrażenia krajobrazowe lub wywoływane przez nie nastroje duszy. Czarowną poezyą rozumu tchnący „Wstęp“, wspaniała „Noc pod Wysoką“ z jakości swojej należą do Dz. IV.
Grupa „Z motywów ludowych“, wytworzona przez samego poetę w T. II wyd. z r. 1872, w układzie obecnym przemieniła się w dz. VIII.
Lekka erotyka, snuta z naiwnością artystyczną i niezrównanym wdziękiem, hojnie przełykana ironią, sarkazmem, satyrą, niepozbawiona też humoru i dowcipu, a lekkością odbijająca od utworów z działów poprzednich, wypełnia dz. IX. Wiążą się z nią, z jednej strony obrazki rodzajowe, jak „Karnawałowy lament poety“, jak odmienny od niego „Zapustny obrazek“, z drugiej, przez swą oberonowską, leciuchną budowę, poemacik „Odpoczywa“, mający w sobie momenta głęboko osobiste, wzruszające swą elegijnością. Do tego działu należą i kwiaty z obu tomów wyd. Nowoleckiego, z wyjątkiem „Pierwiosnka“ i „Gałązki jaśminu“, w wydaniu obecnem w liczbie dziesięciu (T. III str. 54—83). Pierwotny tytuł „Mozaika“ utrzymałem nad dziewięciu utworami w tymże tomie (str. 112—143).
Wiązankę zrobioną przez samego poetę z liryków objętych ogólną nazwą „Album p. Tarnowskiej“ (dz. X) rozrywać — nie wydało mi się stosownem. Z „Albumu“ tego przez nastrój swój i treść należą do dz. I utwory na str. 195, 197; do dz. II — 149, 153, 156, 162, 172, 173, 175; do III — 165, 167, 170, 181, 182, 186, 194, 199. Pozostałe przypadają na dz. IX.
W dz. XI mieszczą się nieliczne epigramata, a w XII — przekłady.
Oczywiście, poezya tak rdzennie liryczna jak El...ego, nawet w działach subiektywizmem nieprzejętych odbijać musi myślącą i czującą indywidualność, już nie tylko talentu, ale i człowieka, i ztąd też pomiędzy utworami działów różnych zachodzi nieraz pokrewieństwo wręcz narzucające się umysłowi. Może być przytem, że kwalifikowanie utworów nie jest wolnem od błędów, a im większą rzeczywistością okaże się ta możliwość, tem pilniejszem będzie sprostowanie.
Edycya obecna obejmuje 275 pojedyńczych utworów z czterech tomów dotychczas wydanych, oraz wszystkie osiem dramatów ogłoszonych drukiem: „Poezye“ stanowią 3 pierwsze tomy; dramata — dwa pozostałe; całość wytwarza 5-tomowy zbiór Pism.
Z utworów pomieszczonych w 4 tom. Poezyi nie weszły do wydania obecnego: a) z T. I wyd. Now.: str. 123, 159, 193, 218, 219, 220; b) z T. II tegoż wyd.: 1, 33, nast.; 206, 214; c) z T. III z r. 1880; 238 nast.; z T. IV: 1, 68, 77, 83, 89, 128, 129, 151, 153, 156, 166, 172 — ogółem utworów 36, w czem 20 sonetów.
W końcu T. III obec. wyd. znajdzie czytelnik „Spisy alfabetyczne“ wszystkich utworów poetycznych, wydaniem tem objętych, a mianowicie: 1) 21 większych i wybitniejszych; 2) 213 liryków oraz grup z nich wytworzonych; 3) 52 sonetów rozrzuconych po wszystkich trzech tomach; 4) przekładów według nazwisk autorów.
Pożądanych przy badaniu każdego talentu znamion chronolog. na pojedyńczych utworach wycisnąć niepodobna. Sam poeta w trzech pierwszych tomach Poezyi jeden tylko wiersz „Teatr w Tusculum“ opatrzył datą „r. 1872“. Nawet daty podania do druku po r. 1871 uchylają się z pod systematycznego przedstawienia, z powodu niedostępności tych czasopism, w których pojedyńcze utwory przedewszystkiem ukazywać się mogły, a nawet musiały. Co za czas od roku 1864 do 1894 zebrać się dało, znajdzie czytelnik w końcu T. III w pomienionej notatce o bibliografii i chronologii.
Dla najogólniejszego chociażby ocechowania utworów z całego trzydziesto-letniego okresu opatrzono w spisach alfabetycznych I[2] II i III utwory napisane najpóźniej w r. 1880, ale przed wyjściem Tomu III, jedną gwiazdką (*), powstałe miedzy rokiem 1880—1894 dwiema gwiazdkami; wcale nieoznaczone ukazały się w druku przed wydaniem 2-tomowem z r. 1872.
Korrekta uszanowała wszystkie, nieliczne zresztą, właściwości formalne języka poety: tak np. pozostawiła bez zmiany: „mięszać“; „spieszy“, ale „pośpiech“; „spi“. Przestankowanie wprowadziła własne, może nie wszędzie dobre, ale przy wszelkich dziełach poetyckich zadanie jej nie jest łatwem. Formę „Witołd“, zastąpiłem inną według p. Karłowicza stosowniejszą — „Witold“.


II.

Adam Asnyk, na chrzcie „Prot Adam“, urodził się d. 11 Września 1838 r. z rodziców, Kazimierza i Konstancyi z Zagórowskich, w Kaliszu, w istniejącym do dziś dnia domu N. 60 przy ulicy Warszawskiej[3] (widok w Tyg. illustr. 1897 N. 37). Ojciec, były wojskowy, miał duszę jak twarz surową, twardą, ale w głębi swej ukrywającą dobroć. W samem już obejściu się pociągał prostotą i otwartością, a po bliższem poznaniu przywiązywał do siebie powagą i prawością. Wiele w życiu swojem doznawszy przygód niezwykłych, zrazu opowiadaniem ich urabiał umysłowość dziecięcia, później stanowczością charakteru i rozległością poglądu na życie, sam o tem nie wiedząc, zakładał fundament etyczny pod tę idealną budowę, którą wrodzone zdolności zwolna w synu jego wznosiły. Matkę swą, wołyniankę z rodu, poeta w trzydziestym już roku życia żywą jeszcze opiewał („Echo kołyski“), wkrótce potem umarłą gorącemi łzami opłakał. Nazywał ją „pięknym a rzadkim typem dawnej niewiasty polskiej, poświęconej tylko wyłącznie cichemu domowemu życiu i swoim obowiązkom“; „słodycz jej, tkliwość i głęboka macierzyńska miłość niezatarty wpływ na młodą duszę wywarła“ (Autobiografia: Przegl. lit. 1897 N. 19 i 20).
Pochwały te nie są przesadzone; dodałbym nawet od siebie zdolność odczuwania objawów nad ciche życie domowe wyższych. Wątłego zdrowia, pani Asnykowa, duchowo wydelikacona, subtelna, była istotą poważnie uczuciową. Wielka słabowitość dziecka, któremu wada serca groziła jeszcze w 24-ym r. ż. nagłym zgonem, zacieśniła węzły rozrzewniające; matka żyła tylko swym synem, syn miłość swą ukształtował jakby w religią. Kiedy na pierwszem wydaniu Poezyi zjawił się napis: „Rodzicom swoim poświęca Autor“, było to niejako wyrazem wdzięczności za talent, który w domu rodzicielskim znalazł dla siebie pierwsze niezbędne warunki rozwoju; ale kiedy poeta już po skonie matki zaofiarowanie obojgu rodzicom powtórzył, chciał już przez to tylko wyrazić, jak mu trudno jest pogodzić się z myślą, że już ją utracił. Działalność obojga rodziców wzajemnie się uzupełniała: ojciec uczył myśleć i chcieć, matka uczyła czuć. Oboje nie bawili się skarbem swoim dzisiejszym, ale pielęgnowali człowieka jutrzejszego; rzadki też w życiu stosunek rzetelnej, poważnej, prawdziwie wychowującej miłości łączył rodziców z dzieckiem. Cała atmosfera domu rodzicielskiego daje najpierwszą wskazówkę: zkąd się wzięła ta szczera uczuciowość i ta człowiecza rdzenność liryków El...ego?
Jedenastoletnie chłopię z żywym temperamentem, z niezwykłą wrażliwością, z uzdolnieniem do uczuć i wrażeń wyższych, z ciekawością i pamięcią uderzającą. — poduczone w domu przez matkę, poszło w r. 1849 do miejscowej szkoły realnej. Mały Adaś składał już wtedy rymy; jeden wiersz, w 12-m r. ż. napisany, wyszedł na jaw po skonie poety. Młodzieniaszek umiał już wrażliwość swą zwracać na przedmioty poważne. O ile pilnie przykładał się do nauk — nie wiem, ale, że pilnie przykładał się do książek — o tem świadczyli rodzice. Pilność ułatwiło to, że ojciec, który dla zdobycia sobie niezależności materyalnej dorabiał się mienia, czyniąc zadość pilnej potrzebie grodu nad Prosną, założył w nim księgarnię. W 15-m r. z.[4] przyszły liryk pochłaniał już książki, i to książki bynajmniej nie w tym realnym kierunku, w którym kształciła go szkoła. Po skończeniu jej, gdy wyższych zakładów naukowych nie było, wątłość zdrowia dziecka zaleciła rodzicom kształcenie go na ziemianina i zamieszkanie wraz z niem na wsi. Pojechał więc 18-letni młodzieniec w r. 1856 do Warszawy, do Marymontu; ale nie przebył tam nawet półroku i schorzały, rozstrojony zawitał napowrót w progi rodzicielskie. Cały nastrój umysłu na ton humaniorów, literatury i piękna wskazywał naukę w uniwersytecie jako jedyną odpowiednią; ale brak takiej uczelni w kraju ze wskazówki nie pozwalał skorzystać. Gdy wreszcie w r. 1857 otwarto w Warszawie Akademią medyko-chirurgiczną, młodzieniec zapisał się do niej, nie tyle z istotnego powołania, ile dla tego otarcia się, okrzesania i wykrzesania, jakie daje koleżeństwo i życie uniwersyteckie. Inne, ogólniejsze życie już go było wówczas na swój sposób okrzesało; po zwykłej studenckiej miłości przeszedł poważniejszą, która nigdy nie miała zrealizować się w małżeństwie, ale realizowała się później w poezyi: obdarzała ją formą uczuć prawdziwych a pięknych. Akademik, w ręku trzymając lancet, miał już tekę wypełnioną wierszami, miał nawet gotowy przekład Burggrafów. Był odrazu jednym z najwybitniejszych młodzieńców tego koła, którego przecież nie zakreślił promień pospolitości, użycia lub karyerowiczowstwa, i które może nawet, przeciwnie, w duchowych dążeniach równego sobie nie miało. Skromny, cichy, nigdy o sobie nie mówiący, ukrywał się, jakby ze zbrodnią, ze swojemi poezyami, choć go zdradzała bijąca z niego łagodna poetyczność, i nigdy też nie stawał do popisów wierszotwórczych, na które inni tłumnie śpieszyli. Ale ta skromność znikała, gdy mówić zaczynał, gdy, młodzieńczą wiedzą swoją i czystym ideowym zapałem silny, podejmował walkę z przekonaniami przeciwnemi. Oko mu wtedy z pod brwi krzaczystych błyszczało, wymowa przyoblekała się w obrazowość, urok siły z głębokiego przeświadczenia płynącej łączył się z urokiem słodyczy, którą tchnęła dusza z pod egoizmu i egoistycznych zadowoleń w walce wyzwolona. Doskonały idealista, nie widział rzeczy — widział tylko pojęcia, a raczej rzeczy dostrzegał tylko poprzez idee oderwane. Niekiedy w tych utarczkach rozumów i serc wyczerpywał swe siły; ale brutalną gwałtownością nigdy nie wybuchnął. Twarz jego w rozprawie piękniała, podbijała wzrok. Niekiedy oko ścigające go dostrzegało w profilu jakby rysy Jana Jakóba, którego wcześnie poznał i w znacznej mierze przejął. Wspomnienie świetlanej postaci młodzieńca daje mi jeden z najwdzięczniejszych obrazów młodości.
W rozmowach okazywał przyszły autor Poezyi wielkie umiłowanie starożytności. Czarowali go prorocy biblijni, pociągali Grakchowie. Z wielkich poetów naszych Słowacki dawał mu najsilniejsze wzruszenia. Znajomością Encyklopedystów, — prawda, że wobec ubogich w wiedzę — poeta-medyk celował. Ciążenie ku mystycyzmowi wcześnie już w umysłowości jego wystąpiło. Z drugiej ręki znał Svedenborga; cuda Apoloniusza z Tyany podziw w nim wzbudzały; wierzył nawet w moc ducha urabiającą dowoli naturę przestrzeniową. Już w r. 1859 głąb duszy zalecał mu smutek, podsycany rozmiłowaniem się w prorokach judzkich i mystycyzmem.
W lecie 1859 przerwał studya w Warszawie i udał się do Wrocławia — w dalszym ciągu na medycynę; sporo napracowawszy się nad nią, nie chciał już teraz jej rzucać: szedł biegiem nabytym. Z przyrodoznawstwa dawał pierwszeństwo botanice. Wakacye w Lipcu i Sierpniu tegoż roku spędził w Busku; pod koniec pobytu zrobił wycieczkę do Ojcowa, gdzie krajobraz drogi od Skały w czarującem oświetleniu księżycowem i widok Krakowa o zachodzie słońca sprawiły na nim wrażenie silne, pobudzające do tworzenia. Na jesieni pojechał do Wrocławia. W lecie r. 1860 zawitał do rodziców, którzy na stale sprowadzili się byli do Warszawy; mieszkali przy ulicy Smolnej dolnej, gdzie dziś szkoła weterynaryjna.
Życie czynne odrywało wówczas młodzieńca od marzeń i przyniosło mu niejeden znój, udrękę i cierpienie. Gdy na jesieni 1860 r. wyjeżdżał na Zachód, po światło, którego tak pożądał, celem podróży był Paryż. Rozczarował się nim przecież po niespełna półrocznym pobycie i, zrobiwszy wycieczkę do Londynu, z wiosną r. 1861 zawitał do Heidelberga. Medycyny i nauk przyrodniczych już zaniechał; oddał się historyi i filozofii, słuchając nadto nauk państwowych i uczęszczając na wykłady z estetyki. W początku r. 1862 zjawił się znowu w Paryżu, ale już tylko na krótko. Część tego roku spędził w Warszawie, a ostatni raz był w niej we Wrześniu r. n. Wkrótce potem pożegnał nazawsze okolice Rodzinnego Miasta („Ciche wzgórze“, por. „Powrót do domu“). Złamany, na wiosnę znalazł się w Heidelbergu. Nieszczęście go miażdżyło. Gdyby nie rodzice, byłby się zupełnie w melancholii pogrążył. Przyjechali, jęli boleść koić, energię rozbudzać, do życia przywracać — aż postawili na swojem: cierpiącą samowiedzę udało im się pchnąć w przestwór, który na natury wrażliwe, głębokie a chore działa cudownie: wchłania w siebie nadmiar myśli, któryby musiał rozburzyć istotę. Z melancholii narodziło się natchnienie. Najwcześniejsze wiersze działu I wtedy powstać musiały. Poeta odbył podróż po Hollandyi, zatrzymał się dłuższy czas w Niemczech południowych i wczesną jesienią r. 1864 przybył do Neapolu. Zimę całą w nim przepędził. Z Neapolu nadesłał najpierwsze swe liryki do Dz. literackiego. Jednym z „Podróżnych“ (T. II 215) mógł być p. Władysław Waga, który w tym samym czasie wiersze z pod Wezuwiusza nadsyłał Tyg. illustrowanemu.
Dusza uspokoiła się: z poza cierpienia wychyliła się i młoda żądza ze swemi prawami. Oprócz pięknych liryków poważnych i obu części „Snu grobów“ (bez Epil.) w Neapolu i wogóle we Włoszech powstały niektóre pieśni dz. IX, oddające napawanie się życiem ogólnem, sytość człowieka rodzajowego. Przemykały się one jednak po wierzchu samowiedzy; anakreontyczny ich charakter osłabiała niewzruszona powaga głębi. Przełożenia rodziców, instynkt zachowawczy, geniusz młodości — na to tylko wygnały rozpacz, aby miejsce po niej oddać smutkowi, który już do ostatniego tchnienia z duszy nie ustąpi i przejmie na wskroś lirykę El...ego elegijnością, najistotniejszym jej przymiotem. Człowiek powrócił do życia, ale, by je mieć pełnem, młodem i jędrnem, potrzebował własnego słońca, własnego powietrza i nieba nad sobą — i ludzi też takich, jakich wymarzył, nie tych, szorstką dłonią rzeczywistości na drogę mu rzucanych. Później nieco zjawi się nawet dowcip, humor, kąsający rozsądek satyryczny, przyjdą natchnienia pogodne; ale autor „Nadgrobka“ będzie mógł wciąż podawnemu o sobie mówić, że mu sen był życiem, przebudzenie męką. Jego ascetyzm (1864), jego rzucenie się „Pod stopy Krzyża“ (1868 lub 9) zaświadczą tylko o uciszeniu się duszy przed nadzieją trwałego oparcia w jakimś środkowym punkcie wszechbytu, w idealnem ognisku, godzącem najskrawsze nawet, najboleśniejsze przeciwieństwa. Sama poezya El...ego przynosi dowód, że poeta, z żywymi ludźmi, z żywemi myślami przestając, musiał nieraz, jak Anhelli, nawoływać duszę swą własną, w czarownych mgłach elizejskich zapatrzoną w wiekuistość, która tu, na ziemi, przebłyskuje tylko spokojnym i szczęśliwym.
Poeta, wyrobiwszy sobie w tygodniku lwowskim prawo obywatelstwa, zyskał też imię rozgłośne w powszechności czytającej. Sądy mogły sobie być jaknajrozbieżniejsze: liryki tak myślącej i zarazem uczuciowej, tak głęboko smutkiem swym rozdzierającej, tak różnostronnie indywidualnej, a przytem tak rzetelnej, nie z kałamarza, ale z serca czerpanej — literatura nasza przed El...ym nie miała.
Z wiosną r. 1865 podróżnik opuścił Włochy, zwiedził Szwajcaryą i po kilku miesiącach powrócił do Heidelberga. Tu rozpoczął na nowo przerwane w r. 1862 studya; przez cały r. 1866 usilnie pracował z tą nieodstępną swą szczerością, jaką miał dla ludzi i dla obowiązków: w pracy zupełnie utonął. Widać to z Dz. literackiego, który ani jednego jego utworu przez cały ten rok nie zamieścił. W Grudniu zdał poeta examen doktorski (Przegl. literacki 1897 Nr. 19 i 20), głównie z ekonomii politycznej, dodatkowo z państwowości. Całoroczny improbus labor poważnie wzbogacił umysł, a samo zajęcie naukowe dobrze wpłynęło na uspokojenie.
Teraz przyszła znowu kolej na talent. W Austryi nastała nowa era. Poeta osiadł we Lwowie i mieszkał tu od środka 1867 r. do wiosny 1870. Na ten czas przypadła wycieczka w Poznańskie, mająca swe odbicie w poezyach. Niewątpliwie we Lwowie powstała, prócz innych, całość „Publiczność i poeci“; tu również rzucone były na papier najpierwsze komedyjki i powiastki.
W lecie r. 1870 poeta był już razem z rodzicami w Krakowie; zamieszkał już poza miastem, w tym samym, na własność nabytym domku w pobliżu Rudawy, przy ulicy Łobzowskiej (obecnie N. 7, dawniej N. 99), z którego wyjść miał dopiero martwym. Wybuchła wówczas wojna francusko-niemiecka dała El...emu pochop do skargi „Na pobojowisku“ i do wspaniałego manifestu duchowego „Ze sceny świata“ — dwu pierwszych utworów prawie zupełnie już przedmiotowych. Jeszcze we Lwowie asceta zaczął wewnętrznie żyć wpośród swoich i wraz z nimi jako cząstka jednorodna z całością, zajmował się jej życiem, losem, ładem i nieładem, jej postępem i zastałością, jej prawdą i kłamstwem; teraz już smagał „ślepego szczęścia płochą zalotnicę“, na bezradnych i zawracających w mroki średniowieczne wołał: „Trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe“ („Daremne żale“); wątpiącym o przyszłości poezyi rzucał słowo wiary:

...ideału jasny kwiat,
Z zbutwiałych obrany liści,
Napełni znowu wonią świat,
Zakwitnie pełniej i czyściej:
I żywych natchnień złota nić
Przewiąże prawdy zdobyte:
Co nieśmiertelne, musi żyć,
Choć zmienia kształty zużyte. („Przeminął czas“).


W Listopadzie 1871 r. utracił El...y matkę. Po skonie żony mąż, który do Krakowa przylgnąć nie mógł, powrócił do Warszawy, gdzie już był wrósł, gdzie miał i blizkich znajomych i miłą pogawędkę pewną (†1885). Poeta został sam. Majątek rodzicielski zapewnił mu byt dostatni. Nigdy-by wprawdzie El...y duchowego dziedzictwa swego za michę soczewicy nie sprzedał; ale niezależność materyalna dawała mu tę doskonałą swobodę podniet twórczych, te szczerość natchnień, jakiej potrzebował, by tworzyć. Poezya samoistna nie tuczy, a groza utonięcia w sadzawce dziennikarstwa dla każdego szczerego poety straszną być musi. Ów majątek wszakże szybko stopniał; w roku krachu wiedeńskiego lwią jego część pochłonęły koleje lombardzkie. Szczęściem, że zyskane już imię i wziętość utworów otworzyły źródło dochodu z książek, ze sztuk wystawianych w teatrze. Z tem wszystkiem położenie majątkowe poety długie lata nie było świetnem; dopiero pod koniec życia przyszła większa zasobność.
Cześć lata i jesień r. 1872 spędził El...y we Włoszech, w Rzymie, w Kampanii i pod Apeninami. Rzym pobudził go do udramatyzowania przygód „trybuna ludu“. Od r. 1873—5 wyjeżdżał poeta na wypoczynek lutni w Tatry. Tu ogarnął go nowy widnokrąg: zaprzyjaźnił się z naturą, znalazł w niej sprzymierzeńca i przyjaciela — i więcej niż to, bo matkę, i czcią też synowską ku niej zapłonął. Ta alma mater serc skołatanych na nim właśnie mocy swej dowiodła: wzbogacił się, szerzej rozpostarł, pogłębił talent; wykształcił się poetyzujący rozum; dzieła nabierać zaczęły przezroczystości kryształów. „Wstęp“, „Noc pod Wysoką“ są tu utworami znamiennemi.
W Tatrach, gdyby był chciał, mógł zbierać miłość jak szarotkę, nie potrzebując piąć się na dzikie turnie. Wiele panien i nie panien wzdychało do trzydziestokilkoletniego człowieka: wybrał pannę Zofią Kaczorowską, córkę wziętego lekarza poznańskiego. Ożenił się z nią na jesieni r. 1875; w rok niespełna już ją utracił. Żona, opuszczając go, zostawiła mu syna. Jest nim p. Włodzimierz Asnyk. Los zawistny zamącił poecie rozkosze ojcowstwa i w pierwszych latach wdowieństwa przyniósł niewysłowione gorycze i utrapienia. Skon żony odbił się i na stanie majątkowym; przyszły troski ciężkie, nieraz bardzo dolegliwe.
Twórczość literacka wszakże nie ustawała, nawet się wzmogła. Prócz liryk w ciągu pięciu lat 1872—7 napisał El...y cztery utwory dramatyczne i kilka rozpraw odczytanych publicznie. Na wycieczkach letnich przybywały nowe ogniwa do łańcucha „W Tatrach“. Liryki nietatrzańskie wytworzyły album ofiarowane p. Tarnowskiej. Poetyczność myślowa osnuwała się chętnie na tematach starożytnych. Powstały teraz: „Lykofron do Fatum“, „Tantal“, „Ociemniały Thamyris“, powstał zrąb tragedyi „Prometeusz“. Na ten okres przypadają próby przekładów z Danta. Zachęcano poetę kilkakrotnie, aby przełożył całą Komedyą, a przynajmniej Piekło, ale zachęcano daremnie: do pracy ciągłej a większej zaprządz się nie zdołał.
Czas potęgował ową poetyczność rozumową, która niepokoje i zachwyty młodości przetwarzała na mądrość wieku dojrzałego, nie naruszając przecież w niczem religii ideałów wszechludzkich i wśród ludzkości indywidualnych. W sonetach „Nad głębiami“, od końca r. 1882, niema jednego zgrzytu, jednego wyrzeczenia się, zaprzaństwa, bluzgnięcia na dawniej czczone świętości: jest tylko poetyczne tłómaczenie jakby mechanizmu wszechbytu, ukazywanie nieodwróconych konieczności kształtów i przemian, sprzeciwieństw i harmonii w życiu natury przestrzeniowej, ludzkości i człowieka. Tuż obok tego wieńca uwitego z pięknych nieśmiertelników oko dostrzega jego dopełnienia pojedyńcze, z których najwyraźniejszem jest „Wobec Sfinksa“.
W końcu r. 1881 otwarło się przed człowiekiem poważnie wykształconym w naukach państwowych pole do zużytkowania wiedzy przed laty nabytej. El...y został współzałożycielem nowego dziennika w Krakowie, stającego do walki z organem zachowawczym. Do redakcyi wniósł szczere demokratyczne, postępowe przekonania, czysty charakter i sławne już imię. Przewrót wywołany później przez D-ra Czerwińskiego, nietylko nie osłabił stosunku poety do wydawnictwa, ale go jeszcze zacieśnił; wytrwał w nim El...y do r. 1894. Z początku, dopóki siły służyły, był rzeczywistym redaktorem, później już coraz mniej pracy w redakcyą wkładał. Artykuły jego publicystyczne czekają na kogoś, coby je zgromadził, przebrał i w wyborze wydał. Poeta, raz wszedłszy w gąszcze życia czynnego, zapuszczał się w nie coraz głębiej: został radzcą m. Krakowa, posłem na sejm krajowy. Szkoła Ludowa znalazła w nim — śmiało to rzec można — duchowego ojca. Drogą tę dla siebie instytucyą starał się utrzymać na stopie postępowej, nie średniowiecznej, ale przytem i nie odśrodkowej, nie wyłącznie partyjnej. Rozwój jej leżał mu na sercu; na śmiertelnem łożu jeszcze, wpół przytomny, wypytywał się o jej sprawy, zajmował się jej dobrem. W Czerwcu 1890 r., jako najpierwszy z nieoniemiałych jeszcze poetów współczesnych, pojechał do Paryża razem z Wł. Koziebrodzkim w delegacyi do odebrania zwłok Mickiewicza z Montmorency i oddania ich Katedrze Wawelskiej. Przedtem energicznie występował przeciwko zdrożnym pomysłom komitetu pomnikowego (1883).
I tak praca obywatelska przetapiała rozgłośnego poetę na zasłużonego męża. Mężem też był, nie wierszopisem, nie machiną do pisania, mniej więcej żywą i mniej więcej doskonałą — gdy ze świata schodził. Wartość swoją czuł, bo miał co odczuwać, wstydu nie udawał; ale żadnych zgoła hałasów naokoło swej osoby nie lubił: to też, kiedy w 30 lat po ogłoszeniu „Podróżnych“ (koniec r. 1864) wyprawić mu chciano obchód uroczysty, wręcz odmówił, uciekł i nawet na chwilę z najżyczliwszymi się poróżnił. Ostatecznie sam wyprawił sobie jubileusz przez uwieńczone powodzeniem wezwanie do składek na szkołę w Białej. Dopiero gronu pań krakowskich, współpracujących w Szkole, udało się w r. 1896 w d. 13 i 14 Grudnia urządzić uroczystość, która była już ostatnią w życiu poety.
Po pięćdziesiątym roku coraz częściej i groźniej na zdrowiu zapadał; raz w sejmie dostał krwotoku. Co parę lat szukał pomocy na południu. W Styczniu 1894 r. wyjechał na Cejlon, w Maju był z powrotem; wzmocnił się, wypogodził znacznie. Lato 1896 r. spędził w Tatrach, przebywał nad jeziorem Szczyrbskiem (Csorba). W zimie niezwykle osłabł; w listach przewidywał śmierć blizką. Na wiosnę wyjechał po ratunek do Włoch, do Neapolu; ratunek ten był zgubą. Prawdopodobnie tam nabawił się zarodków tyfusu, który w pierwszej połowie Maja, już w Krakowie, odrazu powalił go na łoże śmierci. Organizm zmógł wprawdzie chorobę główną, ale uległ pod następczą; galopujące suchoty przecięły pasmo życia. Zanik był powolny, nie sprawiał wielkich cierpień, nie odejmował świadomości. Na dwa dni jeszcze przed skonem wzniosłe troski błyskały z duszy. Smierć przyszła d. 2 Sierpnia przed godziną 9-tą z rana.
Wypadek stał się publicznym. Zwłoki, wystawione w skromnym domku na Łobzowskiej, d. 6 Sierpnia po południu, przy wielkim napływie ludzi wybitnych, licznych delegacyj i ludu przeprowadzono na Skałkę i pochowano obok Długosza, Pola, Szujskiego, Kraszewskiego i Lenartowicza...
To się im należało.

Warszawa, d. 15 Grudnia 1897 r.

Stanisław Krzemiński.


Page265-PL Adam Asnyk-Poezje t.3.jpg


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak otwarcia cudzysłowu przed słowem.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak przecinka.
  3. Dziś ul. Zamkowa.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – r. ż.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Krzemiński.