Przejdź do zawartości

Poezye (Koroway-Metelicki, 1893)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Michał Koroway-Metelicki,
Marianna Koroway-Metelicka,
Michaił Lermontow,
Aleksander Puszkin
Tytuł Poezye
Wydawca Księgarnia Polska Br. Rymowicz
Data wyd. 1893
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Petersburg
Tłumacz Michał Koroway-Metelicki
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  PDF  MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

Michał Koroway-Metelicki.
(Krótki rys biograficzny).

Michał Koroway-Metelicki pochodził z rodziny osiadłej od dawna na Ukrainie. W kolebce odumarł go ojciec, w kilka lat stracił matkę, a ojczym i stryj, ś. p. Paweł Koroway-Metelicki zajął się wychowaniem i kształceniem chłopczyka. Ojczym, człowiek niezamożny, obarczony rodziną, przyłożył wszelkich starań, aby dziecię szło drogą naukową. Staraniem ojczyma Michał Koroway-Metelicki skończył gimnazyum w Połtawie (ze srebrnym medalem) i uniwersytet w Warszawie (ze stopniem kandydata praw, w 1882 r.). Po wykwalifikowaniu naukowem urzędował w Radomiu i w Warszawie, co trwało bardzo krótko, gdyż dla słabego zdrowia musiał opuścić urzędowanie i przenieść się do rodzinnej wsi Jarowe na Ukrainie. Tu oddał się nauce i literaturze. Badał kilka lat literaturę ukraińską, a oceny i sprawozdania z tej dziedziny drukował w „Przeglądzie Tygodniowym“. W „Kraju“ zamieszczał korespondencye z okolicy zamieszkiwanej, a także z okolic zwiedzanych. Ostatecznie jednak zeszedł na drogę najwłaściwszą dla siebie, poświęcił się całkiem poezyi, która od lat dziecinnych niemal miała dla niego wielki urok. W 1889 roku wyszedł w przekładzie „Demon“ Lermontowa („Szatan“ Warszawa) i jednocześnie prawie „Anioł Śmierci“ tegoż poety (drukowany w „Kraju“), a oprócz tego przedtem i potem tworzył oryginalnie: drobne poezye, „Sonety Ukraińskie“, i „Freski Krymskie“. Utwory te noszą wszystkie cechy podniosłego talentu Michała Koroway-Metelickiego i uwidoczniają nastrój jego duszy wysoce poetycznej, owianej głębokim smutkiem i tęsknotą, a rozmiłowanej w przyrodzie. Czując się coraz słabszym, zebrał wszystkie swoje poezye tak, jak były pisane, chronologicznie, nakreślił krótką przedmowę i zapragnął wydać je sam, ale nie dano mu było, gdyż zaraz po powrocie ze Sławuty, gdzie bawił dla podtrzymania zdrowia, zapadł w ostateczną, piersiową chorobę i zgasł dnia 9 stycznia 1891 roku u krewnych we wsi Bożydar, Radomskiej gubernii. Pochowany na cmentarzu parafialnym wsi Krępa-Kościelna.

M. K. M.
22 listopada 1892.

PRZEDMOWA.

W zbiorku niniejszych mych poezyj zamieściłem parę wierszy, powstałych przed laty dziesięciu, natury czysto subjektywnej. Rzeknie ktoś: co światu do twych uczuć, do twych radości i smutków? Istotnie, radość, a zwłaszcza smutek i ból są chlebem powszednim milionów.
Zarozumiałością jest spowiadać się ze swych uczuć publicznie. Gdy jednak uczucia i myśli jednostki krystalizują się w formy estetyczne, w razie danym w formy poetyckie, stają się wtedy już tworem sztuki i jako takie, mają prawo być okazane na widok publiczny.
Ta przyczyna uzasadnia pomieszczenie omawianych wierszy. Wogóle zaś wydaję cały ten skromny zbiorek mych poezyj z powodu, że oddawna nosząc w piersi zarodki negujące życie, a obecnie czując się na zdrowiu gorzej, nie chciałbym, aby poszło na marne to, na co, jakkolwiekbądź, złożyły się lepsze pierwiastki ducha mego.
Tyle do czytelnika. Zresztą powiem za Syrokomlą:

„Niech krytyk szarpie“...

i dalej za tym-że Syrokomlą:

„A Wy, Wiaro, Nadziejo, ty Miłości Boża,
Ja czasem z harfą, przyjdę do twego podnoża,
Pobłogosław me pieśni, jako wdowie grosze,
Czy je w ciszy zanucę, czy światu ogłoszę“...

Michał Koroway-Metelicki.
1890 r.
Boży-Dar.

Noc burzliwa.

Zachciało się szalonej zpod bieguna północnego burzy poigrać w naszem brukowanem mieście.
Wybrała się do nas noc i... dalej! hulanka...
Ale za ciasne ulice!...
Przywykła do nieskończonych przestworów... Więc gniewa się i miota, ciska w oczy zniewieściałym mieszczuchom płatami śniegu... mroźnymi palcami na szyldach, jak na klawiszach, dzikie wygrywa furioso... zgrzyta i skacze ze złości...
Kryje się, kto może. Wraca do domu kupiec, lekarz i urzędnik... śpieszy modniarka.
Idzie do rodziny i wyrobnik spracowany, a ma spory kawał drogi, z jednego końca miasta na drugi: mieszka na samem przedmieściu.
Tam dopiero szalona królowa północy wyprawia swe harce. Zrywa okiennice, wybija szyby, wciska się gwałtownie do ubogiej izby i gasi świeczkę łojową...
Biedni ludziska nie są pewni, czy nie zechce zabawić się, jak dziecię swawolne, w domki karciane, zdmuchując, jednę po drugiej, nędzne ich lepianki...
Naprowadziła z sobą, chmur gęstych, śnieżystych legiony, wyje i ryczy... Czy z niedźwiedziami białymi na ucztę przyszła?!...
Wszystko chroni się przed nią i szczelnie zamyka.
Tylko czas niewzruszony spokojnie posuwa strzałki na miejskim zegarze i dzwoni godziny. Lecz i tu wciska się burza, skrada uderzenia, wirując i mącąc powietrze... Już północ!...
Szalej, dziki orkanie!... ludzie bezpieczni są, pod swymi dachami... światła i światełka gasną... za chwilę ani w myśli im nie będziesz! Usną od trosk dziennych wolni...
Ale nie wszyscy!...
Na samym końcu miasta uboga chatka stoi...
Zwolna i lękliwie otwierają się drzwi skrzypiące, a z nich wysuwa się postać kobieca...
Rozwścieklony orkan rzuca się wnet na nią... porywa, usiłuje zwalić i śniegiem zasypać...
Snać dla ważnej przyczyny ta ludzka istota w noc taką opuszcza bezpieczny przytułek... Nie ulękła się rękawicy rzuconej przez groźnego wroga... walczy z burzą, cierpliwie z zasp śniegowych wydobywa nogi... i tak porusza się naprzód, chwiejnym krokiem kierując się w stronę głównego miasta...
Gdy opuściła przedmieście, poszło już jej łatwiej. Na niektórych przynajmniej ulicach śniegu było niewiele, a chociaż latarnie miejskie drżące i słabe światło lały, jednakże rozpraszały miejscami ciemność i dalszą wskazywały drogę; więc posuwała się kobieta szybciej i krokiem pewniejszym...
Ale dlaczego tak często ogląda się? Czy obawia się pogoni?... Czemu drży?... Ha! zbrodniarka.
Tego też pewno był zdania idący naprzeciw niej stróż bezpieczeństwa... Stanął przy latarni, obejrzał kobietę od stóp do głowy, a dostrzegłszy zawiniątko, mruknął: „Jest pszczółka w ulu“... Gotów był już ją przyaresztować. Wtem zawiniątko wydało głos niemowlęcy... Nowicyusz, od wczoraj pełniący obowiązki stójkowego, dał pokój kobiecie...
Ta strwożona szła dalej. A tu samym środkiem ulicy pędzi rozhukana burza. Wzbija kłęby śniegu i ćmi światło latarń. Rozwiewa nędzne ubranie kobiety, ścina krew w jej żyłach i mroźne iglice zapędza pod paznogcie... Ucieka przed nią kobieta i zawraca na prawo w kierunku przerzynającym kierunek burzy... Było tu spokojniej i zaciszniej... i mniejsze śniegu namioty...
Stanęła przy kolumnadzie ganku kilkopiętrowej kamnienicy... Spała kamienica!... Lecz skrzypnął śnieg... Pilniej nasłuchiwać zaczęła... Nie! to własne jej serce bije... stuka krew w skroni...
Ale czas!...
Więc z niemowlęciem w jednej ręce, drugą jęła pośpiesznie śnieg zmiatać między dwiema najmniej zasypaneni kolumnami...
Potem ruchem gwałtownym porwała dziecię, cisnąc do piersi, jak gdyby chciała je napowrót do macierzyńskiego łona wtłoczyć... Stanowiła z niem jednę istotę spojoną boleścią... dławiła w sobie łkanie... Sypnęły się z oczu łzy... Ścinał je mróz w perły...
Wtem kroki!...
Nadludzkim prawie wysiłkiem oderwała się od dziecka. Złożywszy na jego małem czole pocałunek gorączkowy i opuściwszy w przygotowane dlań, nie z pierza i puchu, łóżeczko, pomknęła, oczekując pogoni...
Czuła się zbrodniarką występną... Była tylko osieroconą matką...
Chciała iść dalej... Sza!... Co to? niemowlę kwili?...
Kwiliła burza.
Cofa się i wraca, bo tam niemowlę... Tam własne zostawiła serce... Jak gdyby wieki niewidziane porwała dziecię, pieściła je, okrywała pocałunkami... Zagrał w niej duch macierzyństwa...
Ale o! zgrozo... stanęło przed nią jutro w strasznym obrazie nędzy, poniżenia, śmierci głodowej może...
Dzień cały kawałka chleba suchego nie miała w ustach; wstydząc się okazać swą biedę i rękę wyciągnąć, kryła się przed ludźmi w zimnej, niepalonej dziurze... Spływała wilgoć po ścianach tej smoczej jamy... One tylko były świadkami jej nędzy... Rozczulone płakały!...
Do dziś trzymała się jeszcze w swej dumie... Uległa! Jutro czeka ją żebractwo...
Więc tłumiąc uczucie macierzyństwa, ruchem kurczowym oderwała od siebie dziecię. I tylko ściągnąwszy z głowy chuścinę biedną, starannie owinęła w nią małe, złożyła w niesłane łóżeczko i pocałowała, szepnąwszy z cicha: „Tę jedną nockę prześpij... Wezmą cię jutro ludzie... pan kamienicy... Ja pójdę w świat... Może odszukam ojca twego“...
Zawyła burza... załkała... wzbiła się w górę i na północ podbiegunową pomknęła...
Nazajutrz... przybyła społeczeństwu żebraczka jedna i jeden podrzutek.
Kuryery wnet krzyknęły: „I znowu zbrodnicza matka!“...
Ale zbrodnicza matka była młodą...
Kobiety młode poszukiwane są...
Zajęła się więc wkrótce jej losem pewna litościwa dama[1]...





  1. Drukowane w Prawdzie warszawskiej roku 1881 w Nrze 33. pod pseudonimem: M. Kornic.
  2. Drukowano w „Pzeglądzie Literackim“ — dodatku do „Kraju“. r. 1888. Nr 34.
  3. Oczeret = trzcina.
  4. Krasocha = kraska.
  5. Siekierka = ostróżka.
  6. Bodiak = oset.
  7. Świta = siermięga.
  8. Mołodyca = młoda mężatka.
  9. Tuman = mgła.
  10. Przyźba = część chaty zewnętrzna — do siadania.
  11. Pośmieciuszka = dzierlatka.
  12. Weśnianky = wiosnianki, jeden z licznych zabytków mitologii słowiańskiej z czasów przedchrześcijańskich, obrzędowe pieśni na cześć wiosny, połączone z zabawami i śpiewane w dniu 25 marca (Zwiastowanie N. M. Panny) i w pierwszym dniu Wielkiejnocy.
  13. Czadra = rodzaj osłony głowy i twarzy kobiet wschodnich, w formie długiego ręcznika. (Przyp. tłum).
  14. Czucha = wierzchnie odzienie
  15. Papach = czapka w rodzaju erywańskiej.
  16. Czyngar = rodzaj gitary.
  17. Auł = wieś. (Przyp. tłum.).





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Aleksander Puszkin, Michaił Lermontow, Michał Koroway-Metelicki, Marianna Koroway-Metelicka.