Poeta i świat (Kraszewski, 1929)/Część I/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Poeta i świat
Część Część I
Rozdział XIV
Pochodzenie Poeta i świat
Data wydania 1929
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Złoczów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIV.
Cztery lata.
Czego nie kosztował?
Kochanowski, Fraszki. III. I.

Potem chodził jeszcze Gustaw wszystkich nauk próbować, lecz na każdej się oszukał.
Pod poważnym płaszczem historji znalazł suchą mieszaninę dat, nazwisk, erudycji, bajek i chronologicznych kłótni, która mogła próżną tylko głowę napchać niepotrzebną kupą nazwisk, bez żadnej korzyści moralnej, bez widoku i celu. I żałował, że zamiast tego wielkiego obrazu, którego tylko nieforemne kreślą rysy, żałował, że nie dają młodzieży biografji osób, którychby sprawy miały jaki związek z dalszem ich przeznaczeniem, biografji osób niższych stanem, a szlachetniejszych charakterem, osób, które nie są w historji, a zasługują należeć do niej więcej od innych ludzi, których położenie na świecie umieściło w dziejach, którzy mieli za sobą drogo kupioną sławę, a źle użyte talenta. Kto się zbuduje z tego, że Aleksander Wielki upił się przed śmiercią, że zajrzawszy w Djogenesową beczkę, zażądał być nim, gdyby nie był sobą, co miało znaczyć: że gdyby nie był tak sławnym, jak był, chciał mieć przynajmniej tyle sławy, co Djogenes? Kogo polepszy przykład tak częsty ludzi, którzy sławie poświęcali wszystko, nędznej sławie Herostrata wyżebranej podłością i zbrodniami? Tak, — myślał Gustaw, historja nie powinnaby być nauką dzieci, lecz rozmyślaniem starych.
Tak samo zawiódł się na literaturze. Literaturę, estetykę znalazł on suchym szkieletem, w którym więcej było klasyfikacji, podziałów, definicji, niż myśli, w którym prosty mechanizm zasiadł miejsce przed duchem rzeczy, a prawidła i reguły zagrodziły drogę talentom, normy i wzory dając na wszystko i mówiąc pracownikom jak przyrodzeniu:
— Nie rodź nic coby już do urodzonego podobnem nie było, coby się nie dało podciągnąć pod klasę, rodzaj, formę. — Musiał się uśmiechnąć z litości i żalu nad tymi pedantami, którzy widzieli tylko średniówki i rymy w poezji; w prozie interpunkcję i ortografję, którzy pisali słowami bez myśli, lub myślami nie z siebie, lecz z pamięci tylko swojej ciągnionemi. Śmiał się z tych pedantów najeżonych łaciną, szafujących Horacjuszem, jak doktorowie rumbarbarum na każdą słabość, piorunujących na energiczniejsze owoce talentu, do których zrozumienia dojść nie mogąc, chcieli, aby się wszyscy aż do ich ciasnego pojęcia zniżali.
Śmiał się z tych ludzi, co bogactwo języka zamykają w szmatach podartej frazeologji, rozkazując językowi: Nie pójdziesz dalej! — którzy całują z uszanowaniem słowniki, przysięgają na gramatykę, żyją zgniłemi cytacjami i umierają wśród oklasków tłumu, chociaż ten sam nie wie, za co ich wynosi.
Śmiał się ze wszystkich sznurujących imaginację, wiążących fantazję za nogi regułami, bałwochwalców starożytności, odopisarzy, elegjopisarzy, poematopisarzy, nazywających się poetami, a umiejących ledwie nędzne rymy dobierać i sylaby liczyć, bez jednej iskierki niebieskiego ognia w duszy, bez zapału, bez wiary, piszących dytyramby na zimno, odgrzewane przy kominku i flaszce, tragedje na stoliku z herbatą, elegje wśród kłótni domowych o pietruszkę i cebulę.
Śmiał się z tych wszystkich, co piszą, nie rozumiejąc siebie ani pisania, bez powołania, lecz z okoliczności, jak szewc dla chleba szyje buty, a parobek drwa rąbie, o każdej godzinie, każdego rodzaju, byle zapłacono!
Śmiał się z tych, co uczą smaku, co wlewają zapał i czucie, co robią poetów, jak garnki z gliny, co rozwijają talenta, talenta! które się same rozwijają bez pomocy, życiem i nauką dobraną i posilną. Z tych wszystkich śmiał się Gustaw i płakał nad nimi. Ach! uczyć poezji! nie jestżeto cud? nie jestżeto wdawać się w boskie rzeczy, w stwarzanie? Poetę możnaż skleić, zesztukować jak stare buty; możnaż zrobić go z niczego! Możnaż osłu kazać stawiać bobrowe chatki, lub wiązać nić pajęczą? kiedy mu potemu natura organów i władz nie dała. Będzie to zapewne poeta jak pan F. D., jak pan J. S., jak X., jak Z. i cały alfabet przez całą długość ulicy, na której mieszkają; ale niech kto zrobi Bajrona jeśli łaska? Goethego? Szekspira? Ci podobno sami się rodzą.
I tak dwa lata i jeszcze dwa lata, zaglądał Gustaw na dno każdej nauki, a wszędzie na dnie znalazł czarną przepaść lub brudne męty; ci, co tylko z wierzchu patrzyli, piękne rzeczy widzieli. Potem opuścił ręce i życie zdało mu się smutne, długie, nie do przeżycia, potrawą, której pierwszych łyżek strawić nie mógł!
Cztery lata! ileż to odmieniły jego charakter młodzieńczy, ileż się razy zawiódł przez te cztery lata, ile razy zasmucił, ile razy kładł się do łóżka, nie chcąc wstać jutro! Cztery lata, które spędził ucząc dzieci dla chleba, zaprzedawszy swoje życie od pierwszej do ostatniej godziny, dla jedzenia, sukni i dachu, którychby nie miał inaczej! Ileż razy w tym stanie przeklął dzień swego urodzenia, widząc pogardliwych panów, szyderskie kobiety, niesforne dzieci, urągające się z pana guwernera, którego na równi liczyli z płatnym swoim lokajem!
Kto nigdy nie próbował rzemiosła pedagoga, ten nie pojmie, jak ten chleb na pozór lekki, okupiony być musi wielą przykrościami, i w wielu to cierpieniach człowiek z odrobiną czucia pożywać go musi.
Gustaw do niczego więcej nie zdolny, musiał się chwycić tego sposobu do życia; lecz wkrótce poznał, że spokojniej daleko byłoby pracować rękoma na życie, być rzemieślnikiem bez myśli, niż myślącym człowiekiem, okutym w więzy pedagogji, i gorsze jeszcze więzy drugie, które, korzystając z jego położenia, kuli na niego ludzie.
Naprzód trzeba było protekcji, ogłoszeń, pochwał, żeby dostać nadzieję miejsca. Trzeba było chodzić, prosić, upokarzać się i żebrać prawie, żeby jego pracę przyjęto i zapłacono. Temu żebractwu i upokorzeniu dodawało przykrości dumne przyjęcie ludzi, którzy systematycznie zawsze sobie z góry, bez delikatności postępują z tymi, którzy od nich jakiejkolwiek pomocy potrzebują.
— Przyjdź waćpan jutro, zobaczymy! — odpowiadali protektorowie. A jak przyszło do prezentacji, ileż to wejrzeń i zapytań kolących, palących biednego chłopca. Mama, papa, wuj, ciocia, kuzynkowie i dzieci z kolei, oglądali go jak jaki mebel, który kupić mieli, jak konia ma rynku.
— Nie podoba mi się, — mówiła ciocia — nie nosi kołnierzyków!
— Minę ma desperata, — odzywała się matka — i czoło zmarszczone.
— Czy gra w szachy? — pytał ojciec.
— Za młody, — decydował wuj — czy był już gdzie na służbie?
— Chudy, pewno chorowity, lekcje nie będą regularne, — dodawała troskliwa matka — na co nam tę chorobę i kłopot wprowadzać do domu.
I po tej piekielnej próbie odprawiali go z niczem do domu. A potem znowu potrzeba było chodzić, prosić, upokarzać się. Dla jednych był za drogi, dla drugich za młody; ci chcieli Francuza, tamci Niemca, inni żeby umiał grać na fortepianie, malować olejno, tańcować, i nie wiem jeszcze wiele innych rzeczy, które w nim znaleźć żądali, jak dwadzieścia żelazek w jednych nożyka okładkach, każdy go obracał, jak starą suknię na tandecie, a potem rzucał od siebie! Ale to były preludja tylko smutne do życia pedagoga!
Samo życie! wy go sobie nie wyobrażacie, bogacze! Dobrze jest na takiem miejscu dwunożnemu zwierzęciu, co w sobie duszy nie czuje; lecz człowiekowi z czuciem, z duszą, ach biada mu, biada! lepiej, lepiej sto razy koło młyńskie obracać!
Z początku to nic jeszcze, dzieci się boją i niby szanują, rodzice przynajmniej są grzeczni, wszyscy tylko patrzą, śledzą, co robi, jak robi. Czy rano wstaje, czy pisze co, czy się rozśmiał z kogo, czy spojrzał na jaką pannę? czy przemówił do kogo z przedpokoju? Ale powoli, gdy się z nim oswoją dzieci i rodzice, jak wróble ze straszydłem, zaczyna się męka. Zaczyna się od linjowania papieru na rejestra, od nudnych deseników dla panienek, które na zimno rysować trzeba, za które mu płacą lodowatym dygiem. Potem wyprawują go do powiatowego miasta z podatkowemi pieniądzmi, krzywią się, że drogo kupił asygnaty; proszą go, aby postał przy obieraniu jabłek, nad przelewaniem wódki, żeby przepisał modlitewkę, mowę, czasem i całą książkę; posyłają go, szafują nim, posługują się jak starą miotłą i mają go za człowieka do wszystkiego, rozumiejąc, że tą pracą nudną i suchą, którą go obarczają, honor mu jeszcze robią. A spoufaliwszy się już zupełnie, w nagrodę, że go czasem w dzień nierekreacyjny przymuszono stać w pluchotę, czatując na zająca, lub na nędznej szkapie wygnano w pogoń za chartami, z poufałości, z przyjaźni, zaczynają mu ujmować pierwszych potrzeb życia, stawią go w spichlerzu, kiedy są goście, każą mu bawić komisję, jeśli jaka kiedy nadjedzie, nie sadzą go do stołu w dnie uroczyste, poją herbatą bez cukru, karmią ostatkami pozawczorajszych półmisków, śmieją się z niego w oczy jemu, sama pani prosi go o podejmowanie kłębka, sam pan krzesła z pod niego odbiera!
Nie liczyłbym tych biednych komarzych ukąszeń, gdyby w nich nie było umyślnego jadu i moralnego upokorzenia, posuniętego do tego stopnia, że pan guwerner nigdy swojego zdania mieć nie może, a jeśli się kiedy dopomnieć o nie waży, przyjmą to ruszaniem ramionami, podziwieniem, oburzeniami i śmiechem!
Więcej wam o tem męczeńskiem życiu nie powiem. Jeśliście go z tych kilku rysów nie pojęli, już go nigdy nie pojmiecie.
O! ileż to razy, przez te gorzkie cztery lata płakał nad sobą Gustaw! jakże coraz dalej od niego odsuwało się szczęście, które w urojeniach dziecinnych tak było blizko niego! Ileż to razy przez te cztery lata czyśćcowe zazdrościł bogaczom, którzy żyją spokojnie, nie umieją cenić tej drogiej niezawisłości, tej swobody życia, która do nich całkiem należy!
O! myślał sobie nieraz: Marynia i ja, przedzieleni jesteśmy na wieki! Cóż ona pocznie?
A od niej żadnej nie było wieści; czasem tylko państwo Werner pisali do niego i dokładali: wszyscy cię ściskają serdecznie. Marynia w pierwszym tylko roku pisywała ukradkiem, potem przestała. Gustaw nosił jej pierścionek, jej wstążkę różową, codzień się modlił za nią, codzień ją wspominał, potem co tydzień, potem co miesiąc, potem czasem tylko, kiedy kwiatek, drzewo, zapach lub dźwięk znajomy dawne mu czasy przypomniał.
Po czterech latach w pięknym dniu czerwca wybrał się do państwa Werner.
Byłoby dzieciństwem opisywać jego uczucia, na widok miejsc tak dawniej mu znajomych, tak lubych. Ta chwila odrodziła go na nowo dziecięciem, i cztery lata męki zatarła w pamięci. Zdawało mu się, że jeszcze zbiera kwiatki na łące! Któż opisze te uczucia na widok miejsc znajomych! uczucia, które zna każdy, nawet zwierzę! Jest w nich coś nadziemskiego, niepojętego, ekstasis poetyczna u najmniej poetycznych ludzi, łzy u najweselszych, śmiech u najsmutniejszych! O młodości! złoty wieku życia! człowiek kiedy cię już postradał, jeszcze żyje twojem wspomnieniem, i zjadłszy owoc obrany z łupiny, chciwie potem łupiny same zbiera po drodze! O młodości serca, o młode głowy! niech starzy gderzą i zbierają pieniądze, wasze pamiątki i rozkosze droższe są od tamtych skarbów; one zostaną na ziemi, wy swoje poniesiecie do nieba. O młodości! dziewictwo duszy! któż w szczęściu twoich łez nie pożałował?
Któż otarłszy się między ludźmi, wspiąwszy się wysoko, nie zrzuciłby swojej sukni i nie zamienił na szarą kapotę ubogą, w której chodził za młodu po rodzinnej dolinie? Powiedzcie ludzie, jestże z was który, coby nie zadrżał na samo imię młodości, coby nie wystawił w duszy swojej ołtarza jej pamiątkom? Biada temu, kto nie ma wspomnień; bo przeszłość jest podporą, na której się idzie do przyszłości!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.