Podróż podziemna/Rozdział 43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż podziemna
Podtytuł Przygody nieustraszonych podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Drukarnia aukc. T. Jankowskiego, ul. Wspólna 54
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyage au centre de la Terre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ 43.

Dalsza podróż po lawie. Gorąco odbiera chwilami przytomność.

Spojrzałem na kompas. Strzałka magnetyczna latała, jak opętana wokoło, zmieniając wciąż swój kierunek.
— Stryju! stryju! — zawołałem, — jesteśmy zgubieni!
— Cóżto za nowa trwoga? — zapytał tonem spokojnym... — Co tam nowego?
— Co nowego? Mury ruszają się, gorąco szalone, woda wrze, pary gęstnieją, strzałka w kompasie, wszystko mówi o zbliżającym się trzęsieniu ziemi!
Stryj mój pochylił łagodnie głowę.
— Trzęsienie ziemi? — zapytał.
— Tak!
— Zdaje mi się, że mylisz się, mój chłopcze!
— Jakto? nie poznaje stryj tych oznak?
— Trzęsienia ziemi? nie! Oczekuję czegoś innego!
— Co chce stryj przez to powiedzieć?
— Oczekuję wybuchu wulkanu!
— Wybuchu! Czy jesteśmy w kominie jakiegoś czynnego wulkanu?
— Tak myślę, — rzekł uśmiechając się profesor — i to byłoby dla nas najszczęśliwsze!
— Najszczęśliwsze! Czy stryj mój oszalał? Co znaczyły te słowa? Czem się tłomaczył uśmiech jego i ten dziwny spokój?
— Jakto! — zawołałem, — jesteśmy na miejscu wybuchu! Fatalizm rzucił nas na drogę rozpalonej lawy, skał w ogniu, wód wrzących, będziemy wyrzuceni, porwani razem z kamieniami i deszczem popiołu, w płomienie!.. I to jest najszczęśliwsze?
— Tak, — odpowiedział profesor, — gdyż jest to jedyny dla nas sposób wydostania się na powierzchnię ziemi!
Zrozumiałem nareszcie! Stryj miał rację...
Nagle, zostaliśmy wyrzuceni przez wstrząs gwałtowny do góry wraz z naszą tratwą.
Pod tratwą gotowała się woda, pod wodami była lawa...
Znajdowaliśmy się w kominie wulkanu. Nie było już wątpliwości.
Ale tym razem, zamiast w wygasłym kominie Sneffels, byliśmy w kominie czynnego wulkanu.
Zapytywałem siebie teraz, co to za wulkan i w jakiej części świata jesteśmy?
Nie mogło być mowy o południu.
Czyżbyśmy, jak wskazuje kompas, byli pod Islandją? Może wyrzuceni będziemy przez wulkan Heklę?
Ku porankowi zwiększyła się siła ruchu. Straszliwa siła pchała nas ku otworowi zapewne krateru, pchała przeto ku straszliwemu niebezpieczeństwu.
Temperatura stała się nie do wytrzymania. Siedmdziesiąt stopni gorąca! Pot spływał po nas kroplami. Zdjęliśmy już dawno ubranie, ale i to nie pomagało.
Jeśliby nie szybkość wznoszenia się ku górze, bylibyśmy napewno uduszeni! Tym czasem profesor poradził, żebyśmy się uwiązali sznurem razem, co zrobiliśmy, obawiając się, żeby który z nas przy wstrząśnieniu nie spadł w rozpalone łono ziemi.
Koło godziny ósmej rano zdarzył się nowy wypadek. Wstrząs ustał, tratwa stanęła.
— Co to takiego? — spytałem.
— Przystanek, — odpowiedział stryj.
— Czy wybuch ustaje?
— Mam nadzieję, że nie! odrzekł profesor.
Podniosłem się. Rozejrzałem się wokoło. Może zawadziła tratwa o skałę i stanęła. Ale tego nie było. Fala popiołu, kamieni i różnych mineralnych szczątków zatrzymała się również w powietrzu galerji.
— Czy wybuch ustał? — krzyknąłem.
— Ach, — odpowiedział stryj przez ściśnięte zęby, boisz się, mój chłopcze, ale bądź pewny, że cisza ta nie będzie trwała zbyt długo, trwa już pięć minut i wkrótce znów wznosić się będziemy do góry.
Rzeczywiście po chwili tratwa poczęła wznosić się na falach lawy ku górze.
— Dobrze, — rzekł stryj, — wkrótce staniemy znowu, jest to wulkan, który nie wybucha odrazu, lecz z przestankami.
Ile razy zatrzymywaliśmy się, mogłem niedokładnie obliczyć, wiem tylko, że za każdym razem po dziesięciominutowej pauzie rzucani byliśmy z ogromną siłą w górę.
Po jednym z takich rzutów straciłem przytomność i gdyby nie opiekuńcze ramię Islandczyka, rozbiłbym sobie czaszkę o granitowy mur komina.
Nie pamiętam nic, co było potem. Wiem, że fantastyczny nasz statek płynął po falach lawy, pośród deszczu z popiołu, otoczony płomieniami.
Ostatnią rzeczą, którą widziałem, była postać Jana w odblasku pożaru i miałem wrażenie, że jesteśmy uwiązani u otworu armaty i że wkrótce członki nasze rozprysną się na wszystkie strony.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.