Podróż podziemna/Rozdział 40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż podziemna
Podtytuł Przygody nieustraszonych podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Drukarnia aukc. T. Jankowskiego, ul. Wspólna 54
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyage au centre de la Terre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ 40.

Zapał podróżników na widok wyrytych liter. Dalsza podróż z aparatem Rumkorffa.

Od czasu rozpoczęcia podróży, przeżywałem dużo zachwytów i wzruszeń, coraz to jakąś niespodziankę, jakieś podziwy.
Pomimo to jednak, gdym zobaczył te dwie litery, wyryte przed trzystu laty, stanąłem, jak osłupiały.
Nietylko, że widziałem na skale inicjały, ale nawet miałem sztylet, który je wyrył.
Teraz nie mogłem wątpić o istnieniu podróżnika i o racji prowadzenia tej podróży.
Podczas, gdy zatopiony byłem w rozmyślaniach, profesor Lidenbrock wypowiadał mowę.
— Cudowny genjuszu! — wołał w zapale, — o niczem nie zapomniałeś, żeby ułatwić śmiertelnikom tę podróż i oto podobni tobie znajdują ślady, przez ciebie pozostawione.
I ja również wypiszę tu swe inicjały, ale od tej pory przylądek ten zwać się będzie „przylądkiem Saknussema“.
Oto co usłyszałem z ust mego stryja. Słowa jego w zbudziły we mnie nieopisany zapał. Żar wewnętrzny ożywił mą pierś. Zapomniałem o wszystkiem, i o niebezpieczeństwach podróży i o grozie powrotu.
To, czego inny dokonał i ja dokonać chciałem i nic nie zdawało mi się już niemożliwem.
— W drogę! w drogę! zawołałem.
Poczem skierowałem swe kroki ku ciemnej galerji, gdy profesor, zatrzymując mnie, poradził mi zachować zimną krew i cierpliwość.
— Wróćmy — rzekł — do Jana i przenieśmy tu tratwę.
Posłuchałem stryja, nie bez niechęci i wślizgnąłem się pomiędzy skały.
— Czy wiesz, stryju, że dotąd warunki sprzyjały nam stale?
— Ach, tak uważasz, Axelu?
— Bezwątpienia, nawet i ta burza skierowała nas na prostą drogę. Niech będzie błogosławiona!
Zaprowadziła nas w tę stronę, gdzie znaleźliśmy drogę Saknussema.
— Tak, Axelu, rzeczywiście jest coś opatrznościowego w tem, że kierując się wciąż na południe, znaleźliśmy się na północy.
— Będziemy teraz podróżowali pod Szwecją, Rosją, Syberją, zamiast zagłębiać się pod pustyniami Afryki, albo pod falami Oceanu.
— Tak, Axelu, masz rację, wszystko wyjdzie na dobre, gdy opuścimy to morze, któreby nas do niczego nie doprowadziło.
Czy wiesz, że do środka kuli ziemskiej trzeba przebyć już tylko 1500 mil.
— Ha! — wykrzyknąłem w zapale — niema więc co zwlekać! W drogę! w drogę!
Wkrótce zrównaliśmy się z przewodnikiem.
Wszystko już było przygotowane do natychmiastowej podróży. Usiedliśmy na tratwie i podnieśliśmy żagiel.
Wiatr nie był bardzo pomyślny dla tego rodzaju barki. Trzeba było nawet wkrótce wiosłować żelaznemi drągami.
Często też skały, wydłużone i sterczące z wody, zmuszały nas do powracania i kierowania się w inną stronę.
W końcu, po trzech godzinach żeglugi, to znaczy koło godziny szóstej wieczorem, dosięgliśmy miejsca, zdatnego do wylądowania.
Wyskoczyłem na ląd w towarzystwie stryja i Islandczyka. Przeprawa ta nie uspokoiła mnie wcale.
Chciałem iść w drogę jaknajprędzej.
— Stryju, jedźmy bez zwłoki!—zawołałem.
— Dobrze, mój chłopcze, ale najprzód rozejrzyjmy się w tej galerji.
Stryj mój wziął aparat, Rumkorffa, tratwę uwiązaliśmy na brzegu i cała nasza trójka wyruszyła na oględziny galerji.
Weszliśmy w głąb z łatwością, ale po pewnym czasie, olbrzymi głaz zagrodził nam dalszą drogę.
— Przeklęta skała! — zakrzyknąłem w złości, widząc się zatrzymanym przez nieprzewidzianą przeszkodę.
Szukaliśmy przejścia na lewo i na prawo, u góry i u dołu, ale na próżno. Nie było żadnego wyjścia.
Doznałem wielkiego rozgoryczenia i nie mogłem uwierzyć, żeby istniała taka przeszkoda. Nachylałem się, patrzałem u dołu skały. Nic!
Jan z lampą w ręku wyszukiwał też jakiegośkolwiek otworu, ale i jego poszukiwania było bezowocne.
Trzeba było rozstać się z nadzieją przejścia przez tę skałę.
Usiadłem na ziemi, stryj mój chodził wielkiemi krokami wokół głazu.
— A więc, jak Saknussem przeszedł? — krzyknąłem,
— Rzeczywiście, — rzekł stryj — czyżby był zatrzymany przez ten głaz?
— Nie! nie! — zawołałem z żywością. Tu nie było pewnie tego głazu.
Wskutek jakiegokolwiek wstrząśnienia, lub wskutek jednego z tych zwykłych zjawisk magnetycznych, które wstrząsają ziemią, kawał skały oberwał się i zagrodził przejście.
Widać, że galerja ta była kiedyś drogą tworzenia się i wybuchania lawy. Proszę spojrzeć, co tu kawałków kamieni, zaniesionych wybuchem, co za ogromne głazy, jakby ręką olbrzyma przydźwigano...
Tego przy Saknussemie nie było, a jeśli my teraz nie odwalimy tego głazu nie dojdziemy do środka kuli ziemskiej!
Oto jak dowodziłem. Cały zapał profesora się udzielił mnie. Genjusz wynalazcy mną owładnął. Zapomniałem o przeszłości, myślałem tylko o osiągnięciu celu.
Nie obchodziło mnie już nic z tego, co się działo na powierzchni ziemi. Ani dom wygodny, ani miasta, ani wsie, ani Hamburg, nawet moja biedna Małgosia, która zapewne już sądziła, żem pogrzebion, na wieki we wnętrzu ziemi.
— A więc, — odezwał się mój stryj, rozwalmy tę skałę i zróbmy przejście w ten sposób.
— Ale czem? zawołałem — drąg żelazny za słaby! Wszystkie nasze narzędzia za słabe!
— Czemżeż ją rozbijemy?
— Prochem! podminujmy ją, aż wyskoczy i umożliwi nam przejście.
— Prochem?
— Tak, prochem. Idzie tu tylko o rozsadzenie części skały.
— Janie, do roboty! wykrzyknął profesor. Islandczyk poszedł do tratwy po drąg, którym postanowił wyżłobić otwór do miny. Nie mała była to robota.
Należało zrobić duży otwór w środku, aby można było wpakować weń pięćdziesiąt funtów bawełny strzelniczej, której siła jest cztery razy większa od prochu armatniego.
Byłem ogromnie podniecony. Podczas, gdy Jan pracował, pomagałem stryjowi w przygotowaniu miny.
Po godzinie pracę skończono. Była już północ.
Jedna iskierka wystarczyłaby wówczas do wybuchu,
— Poczekamy do jutra, — rzekł profesor.
Musiałem więc jeszcze czekać całe sześć godzin.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.