Podróż podziemna/Rozdział 33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż podziemna
Podtytuł Przygody nieustraszonych podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Drukarnia aukc. T. Jankowskiego, ul. Wspólna 54
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyage au centre de la Terre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ 33.

Walka węża morskiego z krokodylem.

Morze wciąż spokojne, nie widać ani kawałka lądu.
Głowę miałem jeszcze odurzoną marzeniami, a co do mego stryja, to nie pogrążał się on w marzenia, ale był w złym humorze.
Rozglądał się wciąż wokoło, kierował na wszystkie strony lunetę i był z czegoś niezadowolony. Zauważyłem, że profesor Lidenbrock zaczyna znów się niecierpliwić i zapisałem to w swym notatniku. Trzeba było na to moich cierpień i niebezpieczeństw, żeby wykrzesać z niego iskrę łagodnego uczucia, ale od czasu mego wyzdrowienia własna natura jego znów się w nim odezwała.
Bo i czegóż się było unosić? Czyż podróż nie odbywała się w przyjaznych warunkach? czy tratwa nie pędziła z ogromną szybkością naprzód?
— Zdajesz się niepokoić, mój stryju — odezwałem się do niego, widząc, że wciąż patrzy przez lunetę.
— Nie jestem zaniepokojony.
— A więc niecierpliwy?
— Trochę!
— A przecież płyniemy bardzo szybko...
— Cóż to znaczy? Tu nie chodzi o szybkość, ale o to, że morze jest za duże!
Przypomniałem sobie, że profesor obliczał długość tego morza na trzydzieści mil. Tymczasem przebyliśmy już przestrzeń trzy razy większą, a nie spostrzegliśmy jeszcze brzegów.
— Nie dopniemy celu! — zaczął profesor.
— Czas tylko tracimy napróżno, a nie poto wszak odbyłem tak daleką podróż, żeby przejeżdżać się po jakimś stawie!
Nazwał tę jazdę po morzu przejażdżką, a morze stawem!
— Ale — odezwałem się, — ponieważ jedziemy drogą wyznaczoną przez Saknussema...
— To jeszcze pytanie czyśmy podróżowali tą drogą? Czy Saknussem napotkał tę przestrzeń wody? Czy ją przebył? Strumień, którego wzięliśmy za przewodnika, zabłąkał nas nie wiedzieć gdzie...
— W każdym razie, nie możemy żałować, żeśmy tu przybyli. Widok jest wspaniały...
— Mnie nie chodzi o widok. Chcę dojść do celu i muszę go osiągnąć! A więc nie wspominaj mi o swych zachwytach!
Zostawiłem przeto profesora w spokoju i zamilkłem.
W niedzielę 16-go sierpnia nie zaszła żadna zmiana.
Spojrzawszy przez lunetę, widziałem tylko przed sobą olbrzymie, nieskończone przestrzenie na którem lśniły się elektryczne światełka.
Rzeczywiście, morze to było nieskończone! Szerokość miało morza Śródziemnego, a może nawet Atlantyku!
W pewnej chwili Jan zwrócił mi uwagę na rysy w wodzie.
Spojrzałem pytająco na przewodnika. Obróciłem się do stryja, ale tak był zatopiony w myślach, że nie chciałem mu przerywać zadumy.
Spojrzałem więc znów na Islandczyka. Ten zaczął otwierać i zamykać usta i wtedy zrozumiałem.
— Zęby — zawołałem ze zdumieniem, przyglądając się wysuwającemu się z morza stworzeniu.
Tak! Były to zęby w paszczy! Czyżby to był potwór z odległych czasów, bardziej żarłoczny od rekina, a większy od wieloryba?
Nie mogłem oderwać wzroku od tej żelaznej paszczy!
Profesor Lidenbrock podzielał zdaje się mój podziw i potrosze też moją trwogę.
Rzuciłem wzrok na broń, bojąc się, że potwór zaatakuje nas niebawem.
Ogromne fale morza poruszać się poczęły gwałtownie. Zbliżało się niebezpieczeństwo, trzeba było czuwać.
Gdy wieczór nadszedł i sen począł już kleić nam powieki, naraz silne wstrząśnienie obudziło nas z drzemki.
Tratwa uniesiona została wysoko na falach i odrzucona daleko.
— Co ci się stało? — wykrzyknął stryj.
Jan wskazał palcem czarną masę, która wydobywała się, to znów zanurzała w wodę.
Spojrzałem i wykrzyknąłem.
— Ależ to olbrzymi mors!
— Tak, — potwierdził stryj, — a oto tutaj jaszczur morski, doprowadzony do kolosalnych rozmiarów!
— A tam dalej potworny krokodyl! Czy widzicie tę paszczę szeroką i rząd zębów, w które jest uzbrojony? Ach! oto ginie.
— Wieloryb! Wieloryb! — wołał z kolei profesor. — Widzę te olbrzymie potwory!
Podnosiły się z fal, to znów opadały, rozrzucając wokoło siebie fale i zabarwiając morze na kolor swej skóry.
Jan chciał umknąć od potworów w przeciwną stronę, lecz na drugim krańcu ujrzeliśmy potwory nowe.
A więc był tam żółw olbrzymiej wielkości, którego długość wynosiła czterdzieści stóp, wąż długości trzydziestu stóp i inne.
Ucieczka była niepodobieństwem. Płazy te zbliżały się, kręciły się koło tratwy z nadzwyczajną szybkością, kreśląc koła na falach.
Ująłem karabin, ale cóż może pomódz kula wobec łusek tych stworzeń?
Strach odebrał nam mowę. Oto już się zbliżają! Z jednej strony krokodyl, z drugiej wąż straszliwy. Reszta potworów znikła w głębinach morza.
Chcę dać ognia, ale Jan ruchem ręki powstrzymuje mnie.
Dwa potwory są od nas tylko o pięćdziesiąt rzutów.
Raptem rzucają się na siebie zaciekle, i wściekłość ich wzajemna nie pozwala im dojrzeć nas.
Bitwa wre już o sto rzutów od tratwy. Widzimy już doskonale straszne monstra.
Naraz przychodzi mi na myśl, że teraz i inne potwory przyłączą się do tej walki, a więc, mors, wieloryb, jaszczur i żółw.
Widzę je, zbliżające się do walczących. Pokazuję ich Janowi.
Ten kręci głową, mówiąc: Tylko dwa.
— Jakto dwa?
— Ależ on ma rację! — woła stryj, trzymając u oczu lunetę.
— Ależ nie może być! — zaprzeczyłem.
— Ależ tak! — mówi stryj, — jeden z tych potworów ma głowę jaszczura, czaszkę morsa, zęby krokodyla, i to właśnie nas zwiodło.
Jestto najstarszy obraz Ichtjosaurusa!
— A drugi!
— Drugi jest wężem schowanym w skorupie żółwia, jest to straszliwy wróg pierwszego Plesiosaurus!
Jan mówił prawdę. Tylko dwa potwory mąciły powierzchnię morza i przed oczami memi znajdowały się tylko dwa płazy oceanowe.
Zwierzęta walczyły w dalszym ciągu z wściekłością.
Wyrzucały przy tem góry fal, które zakryły tratwę.
Ze dwadzieścia razy baliśmy się o wyrzucenie.
Straszliwy syk dał się słyszeć. Bestje gryzły się zajadle i syczały z bólu.
Walka trwała dwie godziny i nic się nie zmieniło.
Płazy coraz to zbliżały się do nas, a myśmy czekali nieruchomo z fuzjami w pogotowiu.
W końcu dwa straszydła rzuciły się za sobą w fale.
Kilka minut minęło i nie ukazywały się na powierzchni.
Może walczyły w dalszym ciągu w głębi morza.
Tymczasem ogromna głowa plesiosaurusa wydobyła się na wierzch.
Potwór był raniony śmiertelnie. Nie miał już na sobie skorupy żółwia, długa jego szyja wyciągała się, potem kurczyła, uderzała jakby ogonem o fale i padała w głąb, jak robak zgnieciony.
Co do drugiego potwora, to niewiadomo, czy nie powróci do nas po swem zwycięstwie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.