Podróż podziemna/Rozdział 23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż podziemna
Podtytuł Przygody nieustraszonych podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Drukarnia aukc. T. Jankowskiego, ul. Wspólna 54
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyage au centre de la Terre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ 23.

Szmery wody. Kilofem rozbita skała.

Podczas nieobecności Jana, która trwała godzinę, wyobrażałem sobie różne rzeczy. Bałem się jeszcze wciąż, że nie powróci.
Ale nakoniec usłyszałem odgłos jego kroków. Powrócił, zbliżył się do stryja, dotknął jego ramienia i zbudził.
— Co się stało? — spytał wstając.
— Woda, — odpowiedział przewodnik.
Nie umiałem ani jednego wyrazu po duńsku, ale pod wpływem pragnienia zrozumiałem, że mówił o wodzie
— Woda! woda! — wołałem, klaszcząc w ręce, i wykonywałem ruchy radości, jak odchodzący od zmysłów
— Woda! — powtórzył profesor — Gdzie? — spytał Islandczyka.
— Na dole. — odpowiedział. Schwyciłem ręce przewodnika i ściskałem mu je z zapałem, podczas gdy on patrzał na mnie ze spokojem.
Przygotowania do wyprawy nie były długie i w minutę potem szliśmy już w dół, poprzedzani zacnym Islandczykiem. W godzinę po wyjściu posłyszałem wyraźnie szmer wody w murach granitowych.
Był to szmer potoku.
— Potok! — wykrzyknąłem zdziwiony.
— Niema o czem wątpić. Podziemna rzeka otacza nas wokoło!
Przyśpieszyliśmy kroku, wzmocnieni nadzieją. Nie czułem już wcale zmęczenia, sam szmer wody mnie orzeźwiał.
Potok, który huczał nad naszemi głowami, płynął teraz na lewo, szemrząc i uderzając o ściany wewnętrzne skał granitowych.
Dotykałem wciąż ręką murów, sądząc, że wyczuję trochę wilgoci, ale suchemi były mury, tak jak suchemi były moje spalone od pragnienia wargi i gardło.
Pół godziny minęło, pół mili przeszliśmy znowu.
Było widocznem, że przewodnik słyszał szmer wody, wiedział, że gdzieś przypływa ona, ale nie widział jej wcale i musiał się jej doszukiwać.
Wkrótce nawet zawyrokował, że o ile będziemy odchodzić od miejsca, skąd dochodził szmer, gotowiliśmy ślad tej wody zatracić.
Zmieniliśmy kierunek drogi i Jan zbliżył się do miejsca, gdzie przewidywałem, że woda przepływa.
Usiadłem pod murem, podczas gdy wody potoku płynęły o dwie stopy odemnie z ogromną gwałtownością. Ale mur granitowy oddzielał mnie od tego potoku.
Bez zastanowienia, bez zapytania, czy jest jaki środek na to, aby przebić mury, pogrążyłem się w bezgranicznej rozpaczy. Jan patrzał na mnie z uśmiechem. Wstał i wziął lampę, poszedłem za nim. Skierował się ku murom. Ja uważałem ciekawie, co będzie robił.
Przyłożył ucho do suchego kamienia i posuwał je coraz dalej, nasłuchując ciągle. Zrozumiałem, że szuka punktu, gdzieby potok słyszeć można było doskonale.
Punkt, najsilniej odbijający głos, był po stronie lewej, o trzy stopy od ziemi.
Jakżeż byłem wzruszony! Nie mogłem domyśleć się, co zamierza Jan, ale rozumiałem, że należy mu się hołd i gotów byłem rzucić mu się na szyję z radości, gdy zobaczyłem, że chwyta swą dzidę, aby zaatakować skałę.
— Uratowani! — zawołałem.
— Tak, uratowani, — odpowiedział mój stryj z radością. — Jan ma rację! Ach, dzielny myśliwy! Nie znaleźlibyśmy sami napewno!
Wierzę temu! Nie przyszedł nam ani na chwilę do głowy podobny sposób wydobycia wody, a przecie był tak prosty.
Ale jeśli po uderzeniu skały, oderwie się kawał i padnie na nas? Albo może zaleje nas całkiem woda w tej galerji?
Myśli te przychodziły nam do głowy, ale pragnienie było większe nad obawę.
Jan zabrał się do pracy, której ani mój stryj, ani ja nie moglibyśmy dokonać. Pomagaliśmy mu rozbijać skałę, ale nie mieliśmy ani tyle cierpliwości, ani siły, co on. Jan przedewszystkiem uderzał z całej mocy i z ogromnym, jak zwykle, spokojem.
Wyżłobił już otwór szeroki na sześć stóp, naraz dał się słyszeć wyraźniejszy szmer wody i zdawało mi się chwilami, że już czuję wilgoć na ustach.
Wkrótce dzida zagłębiła się na dwie stopy w murze. Praca trwała już od godziny, paliła mię niecierpliwość.
Stryj złapał swą włócznię i chciał przebić otwór gdzieindziej, gdy tymczasem rozległ się głośny szmer podziemny. Fala wodna zbliżała się do muru i uderzyła o ścianę sąsiednią.
Jan nawpół obalony na ziemię, nie mógł powstrzymać okrzyku bólu.
Zrozumiałem go dobrze, gdy pogrążając swą rękę w wodzie, wydałem również okrzyk gwałtowny. Źródło było gorące.
— Woda o stu stopniach gorąca! — zawołałem.
— Nic nie szkodzi, ochłodnie, — odpowiedział profesor.
Nie zważałem na to, że była gorąca, piłem bezustanku, błogosławiąc płyn, który wracał mi uciekające już życie. Piłem bez wytchnienia, bez odczucia smaku.
Po chwili rozkoszowania się wodą, wykrzyknąłem:
— Ależ to jest woda żelazista!
— Wyborna na żołądek — odparł stryj. — ma w sobie znaczną ilość składników mineralnych.
Oto podróż pożyteczna bez jeżdżenia do Spa albo Toeplitz.
— Ach! jak to dobrze!
— Ja sądzę. Woda pompowana z podziemi, z takiej głębokości, ma smak atramentu, ale nie jest wcale zła.
— Wspaniałe źródło, wynalezione przez Jana. Proponuję, żeby dać jego imię temu źródłu.
— Dobrze! — zawołałem radośnie.
I dano natychmiast nazwę źródłu: „Źródło Jana“.
Przewodnik przyjął to spokojnie do wiadomości. Napiwszy się wody, usiadł spokojnie w swym kącie.
Teraz — zwróciłem uwagę — trzeba tę wodę zachować, nie dopuścić do jej zniknięcia.
— Poco? — odpowiedział stryj — uważam to źródło za niewyczerpane.
— Co to szkodzi! Napełnijmy nasze naczynia, a potem postarajmy się zatkać otwór.
Ale rzecz to była bardzo trudna. Parzyliśmy sobie ręce napróżno. Prąd wody był bardzo silny i nasze usiłowania były bezowocne.
— Widać, że źródła tej wody leżą bardzo wysoko, siła bowiem ciśnienia jest ogromna. Ale przychodzi mi pewna myśl do głowy...
— Jaka?
— Pocóż mamy zatykać ten otwór?
Byłem zakłopotany, Nie wiedziałem, co na to odrzec.
— Kiedy nasze naczynia będą próżne, będziemy pewni, że je napełnimy?
— Naturalnie.
— A więc dajmy płynąć tej wodzie! Będzie płynęła naturalną drogą i orzeźwi tych, którzy będą jej potrzebowali.
— Doskonale pomyślane! — zawołałem, — ale trzeba już nam iść w drogę!
— Ach! chcesz już iść, chłopcze? — odpowiedział z uśmiechem stryj.
— Lepiej jeszcze, bo już idę.
— Chwilkę cierpliwości! Najpierw wypocznijmy kilka godzin.
Zapomniałem z wielkiej radości, że już noc. Wskazał mi to chronometr. Wkrótce zasnęliśmy snem głębokim.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.