Podróż podziemna/Rozdział 2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż podziemna
Podtytuł Przygody nieustraszonych podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Drukarnia aukc. T. Jankowskiego, ul. Wspólna 54
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyage au centre de la Terre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ 2.

Gabinet profesora i jego książki.

Grabinet profesora był prawdziwem muzeum. Wszystkie okazy z królestwa minerałów znajdowały się w szafach z napisami w nadzwyczajnym porządku.
Jakżeż wybornie znałem te kawałki minerałów! Ileż to razy, zamiast łobuzować się z chłopcami mego wieku, różniczkowałem grafity, antracity, węgle, lignity i torf!
A żywice, sole organiczne, które trzeba było strzedz od najmniejszego pyłku!
I te metale, poczynając od żelaza do złota, wszystko to było w mych rękach!
Ale wchodząc do stryja, nie myślałem o tych wszystkich cudach.
Sama osoba mego stryja, myśl moją zajmowała. Siedział zagłębiony w obszernym fotelu z utrechckiego aksamitu i trzymał w ręku książkę, której przyglądał się z uwielbieniem.
— Co za książka! Co za książka! — wykrzyknął. Okrzyk ten przypomniał mi, że profesor Lidenbrock był też miłośnikiem książek, ale książka musiała posiadać wielką wartość, jeśli ją cenił.
— A więc, — odezwał się do mnie — czy nie uważasz, że książka ta jest nieoceniona? Skarb ten znalazłem dziś u antykwarjusza Heveliusa.
— Wspaniała! — odpowiedziałem z zapałem. W rzeczywistości, czem tu się było zachwycać? Stary grat, którego grzbiet i okładka zrobione były z grubej bydlęcej skóry...
Jednakże wykrzykniki profesora nie ustawały.
— A jaki jest tytuł tej cudownej książki? — zapytałem.
— Praca ta, — odpowiedział mój stryj z ożywieniem — nazywa się: Heims Kringla, napisał to dzieło sławny autor islandzki z dwunastego wieku Snorre Turleson. Jest to kronika norweskich książąt, którzy panowali w Islandji!
— Doprawdy! — zawołałem w podziwie — czy to tłomaczenie w języku niemieckim?
— Tak! — odpowiedział profesor, — tłomaczenie! I cóżby mi było po tłomaczeniu? Ktoby tam dbał o jakieś tłomaczenie!? Jest to dzieło oryginalne w języku islandzkim!
W tej chwili uderzyła na zegarze godzina druga i Marta otwarła drzwi gabinetu, oznajmiając:
— Zupa na stole!
— Do djabła z zupą! — zakrzyknął w złości stryj, — i z tą, co ją gotowała i z tymi, co ją będą jedli!
Marta uciekła, ja pośpieszyłem za nią i zasiadłem do stołu na swojem zwykłem miejscu.
Czekałem kilka minut. Profesor nie przychodził.
Był to za mojej pamięci pierwszy fakt, nieobecności stryja przy obiedzie. A cóż to był obiad!
Zupa z jarzyn, omlet z szynką, befsztyk z kompotem ze śliwek, a na deser ciastka wspaniałe i to wszystko skropione wybornem winem z Mozelli.
Oto co stara książka kosztowała mego wuja.
Jako dobry i przywiązany bratanek, poczuwałem się do obowiązku zjeść za siebie i za stryja. Uczyniłem to sumiennie.
— Pierwszy raz widzę coś podobnego! — rzekła zmartwiona Marta, — pan Lidenbrock nieobecny przy stole!
— Rzeczywiście! To nie do uwierzenia!
— Zapowiada to coś niezwykłego! — mówiła stara służąca, potrząsając głową.
Według mnie, nie zapowiadało to nic ważnego, prócz sceny jakiej gwałtownej na wypadek, gdy stryj mój znajdzie swój obiad zjedzony.
Kończyłem deser, gdy naraz donośny głos stryja wyrwał mnie z tej rozkosznej funkcji i zmusił do pobiegnięcia do je go gabinetu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.