Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni/Rozdział XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni
Podtytuł Zajmująca powieść z życia podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Druk. W. Cywińskiego, Nowy Świat 36
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Tour du monde en quatre-vingts jours
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XIII.
Uratowanie od śmierci na stosie Andy przez dzielnego Passepartout.

Zamiar był szalony, najeżony przeszkodami, prawie nie do wykonania.
Pan Fogg narażał swe życie, a co najmniej swoją wolność, ale nie wahał się ani przez chwilę.
Znalazł przytem w panu Franciszku Cromarty chętnego sprzymierzeńca.
Co do Passepartout, był on gotów, można nim było rozporządzać. Myśl pana unosiła go i zachwycała.
Poczuł serce pod zimną z pozoru powłoką. Zaczął kochać Filipa Fogga.
Pozostawał przewodnik, o którym nie wiedziano było, jak się na to zapatruje, czy nie weźmie strony Indusów? W razie niechęci do wyratowania nieszczęśliwej, czy okaże się przynajmniej neutralnym?
Brygadjer postawił szczere zapytanie. —
— Mój oficerze, — odpowiedział, jestem Pars, kobieta ta pochodzi też z plemienia Parsów. Proszę mną rozporządzać.
— Dobrze, przewodniku, — odpowiedział pan Fogg.
— Uprzedzam jednak, — dodał, — że jeśli będziemy wzięci, czeka nas nietylko utrata życia, ale i straszliwe tortury. Zastanówcie się więc, panowie.
— Wiemy o tem, — odrzekł pan Fogg. — Myślę, że musimy czekać do nocy.
— Tak i ja sądzę, — odpowiedział mu przewodnik.
Dzielny ten Indus dał pewne wyjaśnienia co do ofiary. Była to Induska wielkiej piękności, z plemienia Parsów, córka bogatych kupców z Bombayu.
W mieście tem otrzymała wykształcenie angielskie, i zarówno obejściem swem, jak nauką dorównywała Europejkom. Nazywała się Anda.
Jako sierota została wydana wbrew swej woli za starego rajaha w Bundelkundzie. W trzy miesiące po ślubie została wdową.
Wiedząc, jaki ją los czeka, uciekła, ale złapano ją i krewni zmarłego, którzy mieli w tem dla siebie wyrachowanie, kazali złożyć jej ofiarę z siebie, aby zagarnąć po zmarłym bogactwa. Opowiadanie to obudziło w panu Fogg i jego towarzyszach jeszcze większą chęć wyrwania nieszczęśliwej z rąk fanatyków.
Postanowiono, że przewodnik skieruje słonia ku pagodzie i to jak najbliżej.
O pięćset kroków od pagody usadowiła się cała bohaterska gromadka i niespostrzeżona, wsłuchiwała się w okrzyki i wrzaski fanatyków. Przewodnik wiedział z doświadczenia, że młoda kobieta uwięziona została napewno w pagodzie, ale zbliżyć się i porwać ją stamtąd było prawdziwem niepodobieństwem.
A jednak porwanie musiało się odbyć tej nocy, a nie w chwili, gdy ofiara będzie prowadzona na stos.
Pan Fogg i towarzysze oczekiwali nocy. Jak tylko zmierzchło, koło szóstej wieczorem, postanowili obejść wokoło pagodę. Ostatnie wrzaski fakirów umilkły.
Trzymając się swego zwyczaju, Indjanie pogrążyli się piciu płynnego opjum, połączonego z mieszaniną odurzającego chmielu; skorzystać więc z tego postanowili nasi podróżni i wślizgnąć się do pagody.
Pars, w towarzystwie pana Fogga, Franciszka Cromarty i Passepartout udali się po cichu w głąb lasu.
Po dziesięciu minutach zakradania się przybyli nad brzeg małej rzeczki i tutaj spostrzegli mały skraj lasu, w pośrodku którego wznosił się stos drzewa. Stos ten ułożony był z najprzedniejszego drzewa i nasycony wonnym olejkiem.
Na najwyższem miejscu leżało zabalsamowane ciało starego rajaha, które miało być spalone razem z wdową.
O sto kroków od tego stosu wznosiła się pagoda, której szczyty sięgały wierzchołków drzew.
— Chodźmy! — rzekł przewodnik cichym głosem. I podwajając ostrożność, wraz ze swymi towarzyszami wślizgnął się pocichu między trawy.
Niezakłócona cisza panowała wokoło i tylko szmer wietrzyka kołysał chwilami gałęzie drzew.
Wkrótce przewodnik zatrzymał się przed samą pagodą.
Kilka pochodni, wetkniętych w ziemię, oświecało to miejsce. Grunt zajęty był przez śpiących, odurzonych pijaństwem.
Wyglądało to na pole bojowe, usłane martwemi ciałami.
Mężczyźni, kobiety, dzieci, wszystko to spało razem. Niektórzy pijacy wałęsali się jeszcze, kołysząc się na dwie strony. Na przedzie widniała świątynia między masą drzew.
Ale ku wielkiemu zmartwieniu przewodnika, część straży rajaha czuwała przy drzwiach, zaś część przechadzała się z gołemi pałaszami. We wnętrzu czuwali kapłani.
Pars nie szedł już dalej. Widział niemożebność wejścia siłą do świątyni i wyprowadził swych towarzyszy ku tyłowi pagody. Pan Fogg i brygadjer pojęli, że nic się nie da zrobić tu gwałtem.
Zatrzymali się i zaczęli szeptać między sobą.
— Poczekajmy — rzekł brygadjer — dopiero ósma i jest nadzieja, że ta straż również uśnie.
— Tak, to możliwe, — rzekł przewodnik.
Usiedli więc wszyscy u stóp drzewa i oczekiwali.
Czas dłużył się im ogromnie, przewodnik często opuszczał placówkę i szedł patrzeć na skraj lasu.
Straż wciąż czuwała, a słabe światełko tliło się w głębi pagody.
Czekano tak do północy. Położenie nie zmieniało się zupełnie. Nie można było liczyć na sen straży, widocznie tej ostatniej nie pozwalano na upicie się.
Trzeba było radzić sobie inaczej i postanowiono wywiercić otwór w ścianie pagody. Pozostała tylko troska o to, czy i kapłani w głębi świątyni czuwają jak straż na zewnątrz.
Po ostatecznej rozmowie pan Fogg i towarzysze ruszyli się z miejsca i poszli ku ścianie pagody.
Koło dwunastej przybyli do stóp murów bez natknięcia się na kogobądź ze straży, wogóle z tej strony, którą szli, nie widać było nikogo.
Noc była bardzo ciemna. Księżyc w ostatniej kwadrze opuszczał horyzont, ocieniony chmurami. Wysokość drzew powiększała jeszcze ciemność.
Ale nie wystarczało dosięgnąć stóp murów, trzeba było zrobić otwór.
Do tej czynności mieli wszyscy czterej tylko noże, miękkość jednak muru nadawała się w zupełności do tych słabych narzędzi.
Pierwszy pokład został zerwany, zabrano się do dalszego, zachowując ogromną ostrożność, aby nie zrobić hałasu.
Pars z jednej strony, Passepartout z drugiej pracowali gorliwie nad wywierceniem dziury, przez którą mogliby się dostać do wnętrza. Praca postępowała szybko, gdy naraz krzyk rozdarł powietrze i prawie jednocześnie inne głosy odpowiedziały z zewnątrz.
Porzucono więc pracę natychmiast. Może właśnie posłyszano owo skrobanie i dano znać; na alarm zaś odpowiedziano jednogłośnie.
Roztropność kazała uciekać i uczyniono to natychmiast.
Skryto się znów w cieniu lasu, czekając, że alarm ścichnie w nadzieji, że znów do roboty się zabiorą.
Ale straż otoczyła całą pagodę, a nawet weszła na jej wierzchołek — myśleć więc o dokończeniu roboty było niepodobieństwem.
Trudno opisać przygnębienie tych czworga ludzi, zahamowanych w robocie.
Teraz, kiedy niepodobieństwem było wyratować ofiarę w ten sposób, jak zdołają ocalić tę nieszczęśliwą?
Brygadjer zaciskał pięści, Passepartout był wściekły, a przewodnik wstrzymywał się z trudnością od przekleństwa.
Jeden tylko Fogg zdawał się być obojętnym na przeciwności.
— Nic innego nam nie pozostaje, jak odejść — rzekł cicho brygadjer.
— Tak, trzeba jechać, — dodał przewodnik.
— Proszę się wstrzymać wystarczy mi czasu na to, żebym był jutro przed południem w Allahabad.
— Ale czego się pan spodziewa? — spytał brygadjer. — Za kilka godzin dzień zaświta, a wtedy...
— Chwila sprzyjająca może nastąpić właśnie w ostatnim akcie sceny...
Brygadjer chciał wyczytać z oczu Fogga, co myślał, jakie miał zamiary...
Na co liczył ten chłodny Anglik? Czyż chciał w chwili składania ofiary, zbliżyć się do młodej kobiety i porwać ją otwarcie?
Byłoby to szaleństwem i trudno było pomyśleć, że człowiek ten zdolny byłby do czegoś podobnego?
Naturalnie wszyscy zgodzili się czekać aż do zakończenia tej straszliwej sceny.
Przeniesiono się na inny punkt obserwacyjny, gdzie ukryci za bukietem drzew mogli widzieć uśpione straże i stos z nieboszczykiem.
Passepartout, ukryty za gałęźmi drzew, coś do siebie mówił, jakby naradzał się sam z sobą, wreszcie mruknął:
— A dlaczegożby nie? Próba to ryzykowna, ale a nuż się uda?
Zbliżył się do stosu, oddzielonego od widzów przez drzewa, i czekał.
Godziny upływały szybko i wkrótce chmury rozjaśniły się i wypłynął na niebo pierwszy brzask. Cienie nocy jednak nie ustąpiły.
Była to złowroga chwila dla ofiary...
Zrobił się ruch w tem kłębowisku ciał ludzkich, zmożonych snem i odurzonych piciem.
Rozległy się uderzenia bębnów. Śpiew i krzyki rozbrzmiewały na miejscu ciszy. Przyszła godzina, w której miała zginąć nieszczęsna ofiara fanatyzmu. Drzwi pagody otwarły się narozcież. Silne światło buchnęło z wnętrza.
Fogg i jego towarzysze mogli ujrzeć wyraźnie jasno oświetloną ofiarę, którą wlekli kapłani.
Była odurzona z powodu opium, a jednak instynkt samozachowawczy pchał ją do ucieczki i chwilami chciała się wydrzeć z rąk katów.
Serce brygadjera biło mocno i w porywie współczucia i chęci ratunku dla tej nieszczęsnej, schwycił konwulsyjnie za rękę Filipa Fogga i w ręce tej uczuł nóż.
W tej chwili tłum się rozstąpił. Zaczęto kadzić tumanami upajającego dymu i odurzona tem ofiara zdawała się już nic nie czuć i niczemu nie oponować. Szła jakby uśpiona i bezwolna, tłumy fakirów otaczały ją, a okrzyki i gwar ludu mięszały się z uderzeniami bębnów i wrzaskliwemi tonami piszczałek.
Fanatyzm ogarnął tych bezrozumnych i lodem opancerzył ich serca.
Nie żałowali cudnej, młodej kobiety, jak kwiat zawcześnie więdnącej, nie odezwał się ani jeden głos przeciw temu barbarzyństwu, choć byli między tłumem i tacy, którzy mieli żony, córki i dzieci w wieku tej nieszczęsnej ofiary...
Dzikie oczy wypatrywały sceny śmierci, nienasycone okrucieństwo pożądało widoku tak rzadkiej a tak ciekawej zbrodni...
Zaś ona nie wiedziała już o niczem, nie czuła nic, szła po to aby wiosnę życia oddać w ofierze fanatyzmowi...
Filip Fogg rzucił się wraz z towarzyszami do ostatnich rzędów ciekawego tłumu. W dwie minuty potem byli już nad brzegiem rzeki i zatrzymali się mniej więcej o pięćdziesiąt kroków od stosu, na którym leżał trup starca.
W półcieniu spostrzegli bezwładną ofiarę, leżącą obok trupa męża.
Przyłożono pochodnię do stosu nasyconego olejkami i natychmiast zaczął się on palić.
Tejże chwili brygadjer i przewodnik wstrzymali Fogga, który w szlachetnym szale, kierował się ku stosowi...
Ale Filip Fogg odepchnął ich i chciał pędzić na ratunek, gdy naraz scena wzięła inny obrót.
Podniósł się krzyk przerażenia. Cały tłum padł na ziemię ze strachu.
Stary rajah nie był umarłym. Podniósł się jak widmo, wziął młodą swą żonę w objęcia, zeszedł ze stosu straszliwy w otoczeniu buchających płomieni. Fakirzy, straż, kapłani, zdjęci panicznym strachem, leżeli twarzą do ziemi, nie śmiąc oczu podnieść na podobny cud.
Ofiara nie ciężyła widocznie, bo postać fantastyczna unosząca w płomieniach nieszczęśliwą z ogromną szybkością zeszła ze stosu i jak dziecko uniosła ponad głową uśpioną kobietę.
Podróżni nasi stanęli w miejscu osłupieni. Pars pochylił głowę. Zmartwychwstały przypadł do miejsca, gdzie stał Fogg i rzekł głosem wyraźnym:
— Uciekajmy...
Byłto Passepartout, który podpełzł do stosu podczas, gdy dym go otoczył. Byłto Passepartout, który, korzystając z głębokiej ciemności, wyrwał młodą kobietę z objęć śmierci! Byłto Passepartout, który odegrał swą rolę z odwagą, nie zważając na olbrzymi tłum, a tylko licząc na przestrach ogólny, gdy to zrobi!
W minutę potem wszyscy czterej znikli z lasu, unoszeni szalonym pędem słonia. Ale krzyki, nawoływania a nawet kula, która przebiła kapelusz Fogga, oznajmiły im, że podstęp został wykryty.
Po pierwszym bowiem przestrachu zauważono, że trup starca leżał na stosie, i domyślili się, że było to tylko porwanie.
Rzucono się za uciekającymi w las. Straż puściła się w pogoń, ale po zamianie strzałów uciekła, a nasi podróżni umknęli bezpiecznie wraz z uratowaną kobietą.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.