Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni
Podtytuł Zajmująca powieść z życia podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Druk. W. Cywińskiego, Nowy Świat 36
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Tour du monde en quatre-vingts jours
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XI.
Podróż do Kalkuty. Przeszkody. Jazda na słoniu.

Pociąg odszedł o oznaczonej godzinie. Uwoził mnóstwo pasażerów, kilku oficerów, urzędników cywilnych, kupców.
Passepartout zajmował ten sam przedział, co i jego pan. Trzeci pasażer siedział w odosobnionym kącie.
Byłto brygadjer generalny, pan Franciszek Cromarty, jeden z partnerów w drodze do Bombayu.
Od lat młodych zamieszkiwał Indje i rzadko kiedy kraj swój odwiedzał.
Byłto człowiek wykształcony, który napewno poinformowałby Filipa Fogga co do obyczajów induskich, jeśliby go o to spytał.
Ale Fogg o nic nie pytał.
Pan Franciszek Cromarty zauważył dziwactwa swego współtowarzysza podróży. Zapytywał siebie w duchu, czy pod zimną powłoką zewnętrzną biło w nim serce ludzkie i czy Filip Fogg wrażliwy był na piękno natury. Ze wszystkich spotykanych przez brygadjera oryginałów, ten zdawał się być największym.
Filip Fogg bynajmniej nie ukrywał przed panem Cromartym swego planu podróży naokoło świata.
Brygadjer widział w tym zakładzie dziwactwo a poniekąd i bezużyteczne szaleństwo, pozbawione wszelkiej racji.
W godzinę po opuszczeniu Bombayu, pociąg przebył wyspę Salcetę i jechał po równym lądzie.
Na stacji Kalyan, przeszedł szybko uboczne miasteczka i stację Pauwel.
W tem miejscu napotkał góry bazaltowe, których najwyższe wierzchołki pokryte są gęstym lasem.
Od czasu do czasu Filip Fogg i brygadjer zamieniali z sobą słów parę.
— Kilka lat temu, — odezwał się pan Cromarty, żywiłbyś w tem miejscu, panie Fogg obawę o opóźnienie, gdyż nie przechodził tędy pociąg, trzeba było dawniej przenosić się pod palankinem lub na grzbiecie muła jechać, aż do stacji Kandalla, umieszczonej na zdradliwej pochyłości.
— To opóźnienie nie wpłynęłoby bynajmniej na zmianę mego programu, przewidziałem bowiem wszelkie przeszkody i trudności.
— Z tem wszystkiem, — odpowiedział brygadjer, możesz być pan przygotowany na dużą awanturę z powodu tego chłopca.
Passepartout, z nogami owiniętemi w kołdrę spał mocno i nie śnił bynajmniej o tem, że o nim właśnie mówiono.
— Rząd angielski jest bardzo surowy do takich przestępstw — ciągnął dalej. —
Dba bardzo o to, żeby szanowano zwyczaje i obrzędy induskie, i jeśliby pana służący został uwięziony...
— A więc, panie brygadjerze — odpowiedział Filip Fogg, — jeśliby był uwięziony a nawet skazany, odcierpiałby swą karę i wróciłby spokojnie do Europy. Nie widzę powodu dla któregoby to miało opóźniać moją podróż!
Rozmowa się urwała. W nocy, pociąg przebył Ghates, Nassik i nazajutrz 21 października wpadł do kraju zupełnie płaskiego.
Wsie obsiane były wzorowo, widać było minarety, płynęły gdzieniegdzie strugi czystej jak kryształ wody, nadając świeżość tej ślicznej miejscowości.
Passepartout zbudzony dziwił się, że przejeżdża tak szybko kraj Indusów.
Wkrótce potem pasażerowie przebywali przez kraj złowrogi, tak często zraszany krwią na cześć bogini Kali.
Niedaleko wznosiły się wspaniałe pagody, sławny Aurungabad, stolica Aureng Zeba.
Tutaj to, w tej okolicy wódz Thugsów, rozłożył się obozem i ogłosił się królem. Ci mordercy, złączeni w nieuchwytny związek, porywali na cześć bogini Śmierci ofiary każdego wieku i stanu, bez wylewania kropli krwi tak, iż niewiadomo było przez długi czas gdzie giną, tembardziej, że nie można było znaleźć ani jednego trupa.
Rząd angielski wykrył w końcu istnienie tego nikczemnego związku i zdawało się, że zmiótł go z ziemi.
Nie udało się to jednak całkowicie, gdyż tajemniczy Indusowie uprawiają te morderstwa potajemnie w dalszym ciągu.
O pół do dwunastej pociąg stanął na stacji w Burhampur i tutaj Passepartout kupił sobie pantofle, zdobne w fałszywe perły, które włożył z wielką dumą i zachwytem.
Podróżni zjedli szybko śniadanie i wyruszyli szybko na stację Assurghur, w pobliżu Suratu. Do tej chwili Passepartout był zupełnie spokojny, z biegiem jednak czasu, gdy ujrzał się w Indjach, kraju, pełnym fantazji, zaczął brać na serjo podróż naokoło świata, sprzymierzył się już najzupełniej ze swym panem i wierzył w prawdziwość zakładu, zaczął nawet przejmować się tem, żeby nie opóźnić się z powrotem.
Czuł się teraz jakby poraz pierwszy zainteresowanym w tej podroży i drżał, wspominając o swej ciekawości w pagodzie, która mogła wtedy wpłynąć na opóźnienie.
I teraz, z natury o wiele mniej flegmatyczny od swego pana, czuł się wciąż zaniepokojony.
Rachował ciągle dni, które już upłynęły, przeklinał przystanki kolejowe, wygadywał na powolność i oskarżał w duchu pana Fogga, że nie obiecał nagrody maszyniście, ażeby pędził prędzej.
Nie wiedział zacny chłopak, że to, co było możliwe na parowcu, w żaden sposób nie mogło się zastosować do pociągu.
Ku wieczorowi zbliżono się do gór Sutpur.
Nazajutrz 22-go października Passepartout na zapytanie brygadjera odpowiedział, że jest trzecia rano.
Sir Franciszek odpowiedział mu to samo, co niegdyś Fix, że różnica między czasem w Londynie, a tutejszym jest już kilkugodzinna. Starał się go nakłonić do uregulowania zegarka, ale namowa była bezużyteczna, Passepartout nie chciał zmienić nic w chronometrze, który służył całej jego rodzinie za wskaźnik czasu.
Była to niewinna manja, dla nikogo wszak nieszkodliwa.
O godzinie ósmej rano, przed stacją Rothalem, pociąg stanął pośród pustyni, z kilku zaledwie chatkami.
Konduktor stanął przed linją wagonów mówiąc:
— Pasażerowie wysiadają tutaj!
Filip Fogg spojrzał na brygadjera, który zdawał się nie rozumieć tego przystanku wśród obszernego i pustego pola.
Passepartout niewiele zdziwiony, wyszedł z wagonu i powrócił natychmiast, wołając:
— Proszę pana, niema już tu szyn kolejowych!
— Co mówisz? — spytał się Fogg.
— Mówię, że niema już tu kolei!
Brygadjer i Filip Fogg wyszli natychmiast z wagonu, bez pośpiechu. Obaj zwrócili się do konduktora z zapytaniem:
— Gdzie jesteśmy?
— W Kolby, — odpowiedział konduktor.
— Czy zatrzymamy się tutaj?
— Naturalnie. Kolej tu nieskończona.
— Jakto? Niewykończona?
— Tak, niewykończona. Trzeba jeszcze ułożyć szyny na przestrzeni pięćdziesięciu mil.
— Pisma oznajmiały wykończenie całkowite tej drogi.
— Pisma omyliły czytelników. To nieprawda.
— A sprzedaliście przecież bilety z Bombayu do Kalkuty! — zawołał wzburzony brygadjer.
— Daliśmy bilety, ale podróżni wiedzą dobrze, że trzeba tu zwykle wysiadać, aż do Allahabadu.
Sir Franciszek był wściekły. Passepartout udusiłby z radością konduktora. Nie mógł już patrzeć na swego pana, tak mu go było żal.
— Panie brygadjerze, — rzekł spokojnie Filip Fogg, pójdziemy postarać się w jakikolwiek sposób przebyć drogę do Allahabadu.
— Panie Fogg, — odezwał się brygadjer, — idzie tu o dużą zwłokę...
— Tak, ale to było przewidziane.
— Jakto? wiedział pan, że droga...
— Nie wiedziałem, ale wiedziałem, że na drodze mojej będą przeszkody. Mam dwa dni więcej, niż potrzeba.
Znajdzie się powóz lub barka jakaś napewno, dojedziemy więc do Kalkuty.
Nie było już czego odpowiadać, na tak spokojny argument pana Fogga.
Wielu podróżnych wiedziało już przedtem, zanim wyruszyli w drogę, o tym przystanku dla innych niespodziewanym, zamówili więc uprzednio powozy, wozy i tp..
Ale pan Fogg i brygadjer, po długich poszukiwaniach nie znaleźli niczego.
— Pójdę pieszo, — rzekł pan Fogg.
Passepartout zrobił gest niezadowolony, spojrzawszy na swe ozdobne bambosze i odpowiedział po pewnem wahaniu:
— Proszę pana, zdaje mi się, że znalazłem sposób wyruszenia w drogę.
— Jaki?
— Na słoniu! Weźmiemy go od Indusa.
W pięć minut potem Filip Fogg, Passepartout i brygadjer przybyli do chatki Indusa, otoczonej ogromnemi żelaznemi kratami.
W chatce tej znajdował się Indus i słoń. Na zapytanie, czy da swego słonia do jazdy, zaprowadził nas do ogrodzenia, za którem stał słoń.
Znaleźliśmy się więc przed ogromnem zwierzęciem nawpół domowem, które właściciel wychował nie dla otrzymania za nie wielkiej sumy, ale na zwierzę wojenne.
W tym celu zaczął to dobre i łagodne stworzenie pobudzać naumyślnie do wściekłości, żywiąc je przez trzy miesiące tylko cukrem i masłem.
Zdawałoby się, że ten sposób żywienia nie powinienby wpływać na rozwścieczenie słonia, a jednak to był najlepszy środek na pobudzenie do złości.
Szczęściem dla pana Fogga i jego towarzyszy słoń rozpoczął dopiero swe wychowanie wojenne.
Kiuni, było to imię słonia, był w stanie przez długi czas maszerować bardzo szybko i pan Fogg postanowił go użyć do jazdy. Ale słonie są bardzo drogie w Indjach i coraz to drożeją. Samcy, którzy jedynie mogą być przydatnymi do cyrku, są bardzo poszukiwani, a zdobyć ich można za pomocą polowania. Rzadkość urodzin samców sprawia to, że mało kto je chce sprzedać.
I tutaj zdarzyło się to samo. Indus, zapytany przez pana Fogga, czy sprzeda mu słonia, odpowiedział przecząco.
Fogg nie ustępował i ofiarował za zwierzę wysoką sumę, dziesięć funtów tj. 250 franków. Nie chciał. Dwadzieścia funtów — Jeszcze się nie godził. Czterdzieści — Znowu to samo.
Passepartout drżał ze złości, widząc to ciągłe podbijanie ceny przez swego pana, ale Indus nie dał się skusić.
Suma była jednak bardzo znaczna. Nadmieniając, że droga do Allahabadu wynosiła piętnaście godzin, słoń zarobiłby dla swego pana, o ileby ten zechciał go chociażby tylko wynająć, 15.000 franków.
Filip Fogg postanowił podnieść cenę do wysokości 25-ciu tysięcy franków.
Indus jeszcze się nie godził. Chytry domyślał się, że może dużo więcej jeszcze uzyskać.
Brygadjer wziął pana Fogga na stronę i radził mu nie dawać już więcej, ale ten wytłomaczył mu, że wszystko co robi, robi z rozmysłem.
Pan Fogg powrócił tedy do targu z Indusem, którego małe oczki błyszczały zjadliwie, widząc, że jest panem położenia.
Wkońcu pan Fogg ofiarował 50 tysięcy franków za słonia, a Passepartout, zwykle czerwony, zbladł ze wzruszenia.
Na tę cenę Indus się zgodził.
— Na moje pantofle! — zawołał Passepartout — oto co się nazywa dobra cena za słoniowe mięso!
Po załatwieniu interesu, szło już tylko o przewodnika. To już było o wiele łatwiejsze.
Pewien młody Pars o inteligentnym wyglądzie, zgodził się na to chętnie.
Pan Fogg obiecał mu dobre wynagrodzenie i postanowiono wyruszyć niezwłocznie.
Pars osiodłał słonia natychmiast, Filip Fogg wypłacił Indusowi za słonia pieniędzmi z worka służącego.
Passepartout zdawało się, że mu wyciągają wnętrzności, poczem pan Fogg zaofiarował brygadjerowi miejsce na słoniu, na co ten zgodził się z wdzięcznością. Jeden więcej podróżny nie znaczył dużo dla olbrzymiego zwierzęcia.
Żywność zakupiono w Kolby, zajęto miejsca w koszach, umieszczonych po bokach słonia, Pars uczepił się szyi słonia i o godzinie 9-ej zwierzę unosiło podróżnych w stronę Kalkuty.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.