Podróż na wschód Azyi/8 stycznia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paweł Sapieha
Tytuł Podróż na wschód Azyi
Podtytuł 1888-1889
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Bang-kok, 8 stycznia.

Rano asystowaliśmy obrzędowi brahminów, zwanemu Tiepin-Tscha. Brahmini egzystują w tym kraju, jednak ściśle nauce Buddy wierni, są, o ile mi wiadomo, w znacznej mniejszości. Obrzęd dzisiejszy, nie religijny, ale oparty na prastarym zwyczaju, jest rodzajem cerealiów, jakby dożynków, a przytem zdaje się być połączonym z dorocznem objęciem urzędu przez naczelnika gminy wyznaniowej brahminów. Przepraszam za to powtarzające się ciągle »zdaje się«, ale nikt tu uczciwie i wyczerpująco a pewnie na nic nie chce odpowiadać, tem mniej jasnych wyjaśnień dawać. Europejczycy tu żyjący, to gromada kupców, którzy tylko o ceny i targi się troszczą, nic prócz tego nie widząc; Syamczyków zaś trudno zrozumieć!
Festyn więc ów polega na ogromnie długiej procesyi, w której młodzi i starzy, poprzebierani nąjdziwaczniej: jedni za aktorów, w najfantastyczniejszych maskach i zbrojach, przypominających owe chińskie stereotypowe smoki, drudzy przebrani za rolników, rękodzielników, wojowników i t. d., postępują pełni namaszczenia. Nareszcie niosą w lektyce wyniosłej pod baldachimem i wachlarzami żywego przedstawiciela boga Wisznu, otoczonego licznym pocztem służby, niosącej godło potęgi i bogactwa; więc miecze, ślicznie w srebro i złoto oprawne, dzidy, spluwaczki, puszki z liśćmi bettelu, korony w formie czapek złocistych, ręczniki i t. d., i t. d. Ubrany w istotnie wspaniałe suknie, ze złotej przejrzystej materyi jak gdyby koronki, z orderami syamskimi na szyi, mając palce i piersi okryte dyamentami, na głowie koronę w rodzaju czapki, w jaką zwykle bywa strojny sam Wisznu — siedzi ów proboszcz brahminów z miną arcy-seryo na swojej sedia gestatoria. Wkoło niego dworzanie i muzykanci, z których jeden dmie w piszczałkę, inni biją w bębny najrozmaitszego gatunku i kalibru. Przybywszy na miejsce przeznaczenia, wysiada ów pontifex i udaje się do przygotowanego na ten cel namiotu. Naprzeciwko namiotu stoi niesłychanej wysokości (może 20 — 25 metrów) rusztowanie, w którego środku wisi na czerwonych sznurach ogromna huśtawka, mająca rzekomo przedstawiać węża, który odegrał w historyi Wisznu wielce ważną rolę; naprzeciw tej huśtawki, na niebotycznej prawie żerdzi, wisi w papier owinięta paczka rozmaitych srebrnych monet.
Zaczyna się ceremonia: na huśtawkę wyłazi czterech mężczyzn w pełni wieku, strojnych w dziwnej formy czapki papierzane. Zapomocą sznura rozkołysują z dołu huśtawkę, która jak szalona lata przez kilka chwil; podczas tego, kto z huśtających się najbliżej żerdzi z pieniędzmi przebiega, powinien w lot chwycić ustami, bez użycia rąk, ową wiązkę z pieniędzmi! Zwykle po kilkakrotnych usiłowaniach udaje mu się to, poczem wśród objawów ogólnej radości i wesołości, już bez pomocy sznura ci poczciwi ludziska dla pokazania swej siły huśtają się jak waryaty. Figiel ten powtarza się cztery razy — poczem ceremonia skończona; reprezentant boga Wisznu wsiada napowrót do swej lektyki, i znowu tym samym porządkiem co pierwej procesya wraca skąd przyszła.
Przy tej ceremonii poznaliśmy JE. pana Ministra rolnictwa, który także swoją obecnością ową ceremonię zaszczycił. Figura okropna — ale mówi po angielsku; był dwukrotnie w Europie, chodzi w czysto syamskim narodowym stroju, dla odróżnienia zaś od pospólstwa nosi stary, wypłowiały, czarny melonik na głowie i ogromny parasol.
Zwiedzanie zaczynamy od świątyni Wat-Poh — pyszna, dobrze utrzymana świątynia, a raczej całe palladium, miasto świątyń. Wszystkie praczedye[1], a jest ich wokoło samejże świątyni istny las, od dołu do góry kryte mozaiką z różnokolorowych kafelek. Niektóre kafelki górą polerowane, przy pominają stare limoges, w prześliczne kwiaty i bukiety zdobne, jedyne w swoim rodzaju. Wrota świątyni samej, historyę Buddy przedstawiające, istne arcydzieło; inkrustacye perłową macicą w hebanie, ale tak gęsto i misternie, że wrota całe jak srebrne wyglądają. Wkoło fryz szeroki, same kwiaty i rośliny, między niemi gdzieniegdzie malutkie stworzonka jakieś lub ptaszki. Środkiem figuralne obrazy, forma ich niezmiernie długa a wązka; obrazy nie dzielą się na pola, ale stanowią jedną wielki całość, mimo że najrozmaitsze, do siebie nie należące przedmioty na nich przedstawiono. Robota mistrzowska, dokładna i czysta; godzinami patrzećby można. Rysunek w perłowej macicy, cieniowany techniką przypominającą les grisailles.
Przeszedłszy szerokie brukowane podwórze, strzeżone dokoła przez bronzowe, cudowne Radjasy[2], wychodzimy do długiego, wązkiego a niskiego krużganku, zupełnie prawie od światła i słońca przez bardzo wystający dach zakrytego. W nim Budda setki razy przedstawiony samotrzeć z dwoma uczniami, jak prawi kazanie. Ugrupowanie zawsze bardzo proste: trzy figury obok siebie, dwie niższe, jedna środkowa najwyższa; z rękoma podniesionemi, tak że całą dłoń widzowi pokazują. Figury same z drzewa lub gliny palonej, pokryte lakiem, na którym gruba pozłota. Przedostajemy się na mały pusty dziedzińczyk. Tu znów istny las porcelanowych praczedyj, dalej wielki basen, otoczony wysoką kamienną balustradą, a ocieniony kilku pysznemi drzewami. Jestto mieszkanie świętego krokodyla (ogromna bestya). Potem widzimy ogromnych rozmiarów jakby świecznik porcelanowy, kształtem naśladujący drzewo bambusowe — i stajemy nareszcie przed bardzo długim, niezbyt wysokim budynkiem, główną świątynię przypominającym, gdzie odwiecznie leży umierający Budda. Figura sama z cegły, lakiem i grubą powłoką z szczerego złota pokryta, ma 160 stóp ang. długości i zajmuje cały budynek. Budda leży wsparty na prawej ręce; stopy jego, wielkości mniej więcej średnio wielkiego stołu, okryte cudowną mozaiką z perłowej macicy w hebanie; cała powierzchnia świętych podeszew podzielona na równe kwadraciki. Pojedyncze pola (15 — 20 cm. w kwadrat) wypełnione cudownie wykonanemi płaskorzeźbami, wyobrażającemi najrozmaitsze, z życiem ziemskiem Buddy mające jakiekolwiek stosunek zwierzęta, istniejące i mitologiczne. Są tu więc i krowy i słonie, konie i Radjasy i Hanumany[3].
Każdy Wat (czyli takie palladium) otoczony malutkimi, zwykle balustradą kamienną zamkniętymi, jak gdyby ogródkami. Tu widać cały malutki światek, sztuczne skały, a na nich i wkoło nich w sztucznych grotach i na małych łączkach pasą się maleńkie kamienne zwierzęta wszelkiego rodzaju; chodzą, siedzą i modlą się w malutkich pagodach ludzie i bonzowie. Wszystko to razem znowu cerkwie przypomina, zwłaszcza wschodnie.
Ginę formalnie z rozpaczy, że z tych świątyń ani nic ukraść ani kupić nie można; a jakby się chciało choć po jednym z tych przepysznych smoków bronzowych i porcelanowych i kamiennych kupić — zabrać choć kilka takich tabliczek czy kafelek fajansowych — choć po kawałku takich drzwi hebanowych perłową macicą wykładanych! Są to rzeczy, o których my pojęcia nie mamy, a rzeczy prześliczne, jedyne w swoim rodzaju, zupełnie odrębnego stylu. Kradli tu zdaje się nieraz Anglicy i inni; to też teraz argusowem na nasze palce patrzą okiem. Bardzo grzeczni ci mnisi co nas oprowadzają, ale zostać samemu choćby na minutę — nie dadzą.



Przypisy

  1. Praczedya, to rodzaj jakoby sarkofagu, zawierającego w sobie rzekomo relikwię Buddy. W różnych stronach krajów, przez buddystów zamieszkałych, różnie przechowują te relikwie. Na Ceylonie służą ku temu małe kapliczki, tworzące z resztą świątyni jedną całość. Tu każda taka praczedya stoi osobno, zwykle ich całe mnóstwo wkoło głównej świątyni się roi. Forma ich także rozmaita, najczęściej dołem prostokąt, przechodzący potem w stożek, ku górze zakończony cieniutką igłą. Wiara każe, ażeby w każdej praczedyi była relikwia — czy rzeczywiście ona tam jest, nikt nie wie, bo praczedye mają zwykle u podstawy nie więcej, jak 2 — 3, może 5 metrów średnicy i nie widać w nich po większej części żadnego otworu, co najwięcej zagłębienie, niszę, w której stoi figurka lub płaskorzeźba Buddy, Amidy i t. d. Dziwnie te praczedye syamskie przypominają szczyt dachu jednej z kopuł Petropawłowskiej cerkwi w Petersburgu, tej gdzie groby carów.
  2. Radjas== smok, mityczny król zwierząt. W świątyni Wat-Tjang są to konie bronzowe.
  3. Hanuman, rycerski półbożek, wielce potężny, o którym później.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paweł Sapieha.