Podróż na wschód Azyi/28 maja

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paweł Sapieha
Tytuł Podróż na wschód Azyi
Podtytuł 1888-1889
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Tokio, 28 maja.

Przedwczoraj wielki dzień. Minister wojny, hrabia Ogama, dowiedziawszy się, nie wiem jakim sposobem, że jestem oficerem rezerwowym, postanowił odwdzięczyć się za przyjęcie nader grzeczne i serdeczne, jakiego doznają oficerowie japońscy w Wiedniu, i urządził dla mnie rewię. Najpierw kawalerya, szwadron gwardyi przybocznej cesarza; potem pułk piechody gwardyi przybocznej, koszary, menaż oficerów i t. d.; wreszcie arsenał tutejszy, uzupełniający arsenał w Osaka, gdzie tylko leją działa, tu zaś tylko broń ręczną. Oprowadza nas dyrektor-pułkownik Kuroda; gdy przechodzimy przez oddział, gdzie toczą kapsle patronów, ofiarują mi ci panowie w ślicznem pudełeczku ułożoną historyę powstania ładunku i kuli, prawdziwy klejnocik. Po zwiedzeniu arsenału przechodzimy do ogrodu obok położonego; tu wśród prześlicznej zieloności, wśród niebotycznych drzew, nad brzegiem małego jeziorka, stoi cudny pawilonik mieszkalny, w którym minister wojny, otoczony całym swym sztabem, daje nam śniadanie. Szampan się perli, toasty, spacer po ogrodzie, miliony grzeczności sobie mówimy. Siebold poczciwy i dwóch oficerów japońskich mówiących po niemiecku, nie mogą gardłami i językami nastarczyć, by tłumaczyć wszystkie grzeczne i piękne rzeczy, które sobie mówimy nawzajem.
Rzeczywiście, przyjęcie królewskie, a co najmilsze, to że ci panowie manier najwyszukańszych, a nader naturalni, umieją być grzecznymi i wesołymi zarazem, nigdy w niczem miary nie przekraczając. Ale wreszcie pytam, kto założył ten najpiękniejszy w Japonii ogród? kto wystawił ten cudowny jaszke (pawilon)? kto rzucił przez bystry potok, tędy wśród cieni trzystoletnich drzew płynący, kilka idealnych formą mostów? kto przywiózł owe kamienie dziwaczne, zasadził i wychował te pyszne drzewa? Któżby mógł być inny, jak sajgunowie, rodzina Tokugawów! Zawsze i wszędzie to nazwisko; gdzie spojrzysz, a zobaczysz coś pięknego, coś wielkiego, zawsze i wszędzie Tokugawa. Najpiękniejsze ogrody, najwspanialsze świątynie, najśliczniejsze pałace — zawsze i wszędzie herb Tokugawów, trójlistek koniczyny świeci.
Można sobie więc wystawić, jakie szczęście, jaka radość rozświeciła mą duszę, gdy mi przedwczoraj pan Siebold, sekretarz naszej legacyi, oświadczył, że 27-go o 10-tej rano Jetakane Tokugawa, brat ostatniego sajguna i tegoż dezygnowany następca, przyjmie mnie w swej letniej willi, w pobliżu Tokio położonej. Z uderzeniem godziny 10-tej nasz betto uderzył we wrota, skromnie z naturalnego drzewa wyciosane, ogrodu jaszke Tokugawy, dziwnym trafem nie skonfiskowanego. Długi płot żywy, oddzielający i chowający zupełnie wnętrze ogrodu przed zbyt ciekawem okiem, oznajmiał nam już od dawna, że się zbliżamy do celu. Wrota się otwarły, portyer starym zwyczajem rzuca się na ziemię; wjeżdżamy w niewielkie podwórze, u końca którego, pod małym baldachimem, wejście do głównego zabudowania mieszkalnego. Tu już czołem bije inny sługa; uderza mnie skromność i prostota jego stroju; prowadzi nas po schodkach, niestety, pół-europejskich na górę. Tu w jednym z pokojów, wśród zupełnie japońskiego a nader skromnego urządzenia, umeblowanie europejskie, tj. stół okrągły i trzy stołki; koło każdego i przed każdym hibaski niezmiernej prostoty. Przyjmuje nas tutaj, ubrany w piękny acz nader skromny strój japoński, widocznie samuraj książęcy; trójlistek Tokugawów błyszczy na jego stroju. Na ścianach parę obrazów: widoki Mito, ziemi rodzinnej Tokugawów, książąt Mito.
Nie mogę zaprzeczyć, że emocya mnie przejęła nielada. Przez trzy miesiące pobytu w Japonii, gdzie spojrzałem, wszędzie ów trójlistek Tokugawów mnie witał, gdzie tylko coś wielkiego widziałem, zawsze to imię o me uszy się obijało. Miałem podobne uczucie, jakiegobym zapewne doznał, gdybym np. po zwiedzeniu Wersalu miał za chwilę stanąć przed którymś ze zmarłych Burbonów. Cała historya ostatnich trzystu lat tego kraju, czasów największej bądź co bądź świetności, cała wielkość tego rodu, co tak gwałtownie ze szczytu potęgi i świetności runął w otchłań zapomnienia i bezsilnej bezczynności, uczucie litości na widok człowieka, co temu lat 22, bo w 1867 r. przyjmowany przez cesarza Napoleona i królowę Wiktoryę z honorami należnymi panującemu, mieszkał w jednym z pałaców cesarskich w Paryżu, gdzie miał pozostać czas dłuższy dla kształcenia się, a w parę miesięcy potem, gdy w kraju wybuchła rewolucya, musiał cichaczem powracać, by na wieczną bezczynność skazany, przez dorobkiewiczów dzisiaj Japonią rządzących, z niechęcią, zawiścią i obawą traktowany, rozpamiętywać minione niepowrotnie świetności czasy — uczucia takie mną miotały, wyznaję, gdy po chwili w progu zjawił się sam książę.
Nizkiego wzrostu, rysów nieregularnych a jednak niesłychanie typowych, o ogromnem, wysokiem czole; jeszcze młody, lat około 34-ch liczy; oczy, choć nieco w skos, pełne inteligencyi, przenikliwości, ale i smutku; wyraz twarzy rozumny, ale również łagodny, niezmierne cierpienie duszy zdradzający. Typ raczej, powiedziałbym, mongolski, bardzo śmiały; głos cichy, niezmiernie miękki, prawie kobiecy. Figura niesłychanie dystyngowana, ręka arystokratyczna, stosunkowo silna i wielka. Ubrany, niestety, wbrew zwyczajowi rodziny, po europejsku, zupełnie czarno. Maniery wielkopańskie, więcej powiem: maniery księcia krwi, nader łaskawego. Wszedł, stanął u progu i czekał na powitanie Siebolda, który po zwykłej formułce przywitania, począł rozpowiadać po japońsku, kto ja jestem. Z niesłychaną grzecznością mnie przyjął, najpierw ukłonem, potem podaniem ręki. Grzecznym frazesem kazał mnie przeprosić, że nie mówi po francusku; tyle lat minęło, nie ma już w użyciu tego języka; więc konwersacya toczy się za pomocą tłumaczenia Siebolda. Najpierw zwykłe frazesy, ale nie tak banalne, jakie zwykłem od tych panów słyszeć; wszystko co mówił, o co pytał, było rozumne, widać było człowieka bardzo ze sprawami Europy obeznanego. Dodał, że czytał w gazetach o rewii, którą minister wojny dla mnie urządzi, i zapytał, czy nie śmieszną mi się wydała kawalerya japońska, ów niepotrzebny a kosztowny sprzęt; bo kiedyż w Japonii, kraju górzystym, do tego wśród pól ryżowych, będzie mogła kawalerya jakąkolwiek grać rolę? Wszak w Kochinchinie, a zwłaszcza w Tonkinie przekonano się, jak artylerya i kawalerya francuska gubiła konie, wozy, armaty, ba, nawet buty w bagnach, na których ryż rośnie. Wyznaję, że zdumiałem na te słowa z ust Japończyka! Po chwili książę sam napomknął, że kuzyn jego jest ambasadorem japońskim w Rzymie przy Kwirynale; stąd przeszła rozmowa na Rzym, na poselstwo książąt Sendaju do Rzymu, na pamiątki po chrześcijanach w Japonii. Tu Siebold przypuścił pierwszy atak, prosząc księcia, by nam pokazać raczył podobne pamiątki, znajdujące się w rękach rodziny Tokugawów. Początkowo książę się wymówił; nie wie gdzie te rzeczy są obecnie schowane. Po chwili Siebold drugi raz prosić zaczyna; samuraj książęcy przywołany, daje odpowiedź, że paka owa jest w godawnie, możnaby ją znaleść; książe zezwala by ją szukano. Po półgodzinie przynoszą starą, japońskim stylem nieco zeuropeizowanym krojoną paczkę; u starego zamku wisi napis japoński; książę wskazuje nań i powiada, że tej relikwii po przodkach nikomu nigdy pokazać nie wolno, egzystencyi jej nawet nie zdradzać. Otwierają ją; wyznaję, że mi serce biło potężnie: stanąć nagle wobec pamiątek po męczennikach z przed latu trzystu! Ornat kompletny wraz z całym przyborem do Mszy, książki japońskie, drukowane w r. 1600 w Japonii literami łacińskiemi. (Oto tytuł jednej: Doctrina Christiana [katechizm po japońsku] in collegio japonico Societatis Jesu, cum facultate ordinarii [wydarte miejsce] anno 1600). Zbiór obrazków świętych z epok rozmaitych; mnóstwo szkaplerzy, krzyżyków, medalioników, różańców; obraz Matki Najświętszej na blasze malowany, znakomitego pendzla, niestety, bardzo uszkodzony; dyscyplina z powroza, z kilkoma gwiazdkami żelaznemi u końca, i widocznymi śladami krwi! Krucyfiks drewniany, roboty wcale pięknej; wreszcie w formie obrazu japońskiego (kakemono) trzy obrazy święte: Biczowanie, Ecce homo i Św. Michał, a pod tem, charakterem poematów japońskich pisane, dziesięcioro Bożych przykazań. Te przykazania prosiłem, by mi przetłumaczono, chcąc tym sposobem księciu dać pojęcie choć w przybliżeniu o naszej religii. Tłumaczenie szło niezmiernie trudno, musiano przywołać nadwornego sekretarza; ten łamał sobie głowę przez dobre pół godziny; książę sam niesłychanie się zainteresował; uderzyło go niezmiernie dziewiąte przykazanie. Tak przeleciało dwie godziny, ani wiedziałem kiedy. Dziękowałem księciu za honor, że pozwolił mi poznać siebie, dziękowałem jeszcze bardziej za uszanowanie, jakiem otacza te nasze święte relikwie. W tych dniach napiszę do niego błagając, by i nadal nie dał bezcześcić tych świętych przedmiotów; może się uda kiedyś przenieść je na właściwe im miejsce, tj. do skarbca tutejszej katedry. Nie zapomnę nigdy wrażenia, jakie mi jeszcze na odjezdnem zostawił. Stał na progu swego domu, obok niego klęczało z głowami o ziemię dwóch jego sług; ten mały człowieczek jakże pańsko wyglądał.
Ciemno zaczyna się robić, a ja jeszcze piszę, więc trzeba kończyć ten list, gdzie, choć bardzo źle pisany, pół mej duszy siedzi, gdzie wzruszenie i radość jednem słowem objęte, a nieraz tak głębokie, zdaje mi się, że życie na zatarcie ich nie starczy. Wyjeżdżam z Japonii definitywnie 8 czerwca. W Pekinie będę około 19-go, poczem w przyspieszonych marszach lecę ku domowi. Przed końcem jednak sierpnia nie mogę stanąć w kraju. Ściskam milion razy...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paweł Sapieha.