Podróż na wschód Azyi/12 stycznia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paweł Sapieha
Tytuł Podróż na wschód Azyi
Podtytuł 1888-1889
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Na rzece Menam, 12 stycznia.

Płyniemy na parowej Muszce do Ajutii; po drodze zanocować mamy w Bang-Pa-In, letniej rezydencyi królewskiej. Bang-kok opuściliśmy około 9-tej przedpołudniem. Od 6-tej zrana pakowano naszą kuchnię, kucharza, naturalnie Chińczyka, bateryę kuchenną, champaigne i t. d. Wszystko to pojedzie w czółenkach gondolowych, które nasza parowa Mucha będzie ciągnąć. W hotelu ruch z powodu naszego wyjazdu niezwykły; Phya-Smuth wszystkiem dyryguje; zwłaszcza zapas lodu (sztucznie zrobionego) zajmuje go niesłychanie. Kokosów zabieramy mnogo; kazał nam próbować tego tak zwanego mleka kokosowego; ale ponieważ nikt z nas nie gustował w tej wodzie, przypominającej brzozowy sok smakiem, a kolorem rozrzedzoną serwatkę — przeto zacny Smuth, drwiąc z naszej nieznajomości tego co dobre, wypijał sam wszystkie kokosy[1].
Ruszamy nareszcie. Płyniemy pod wodę, więc cały prawie Bang-kok od dołu do góry przepływamy. Raz jeden znowu zachwycamy się nad Wat-Czang; potem nad pałacem królewskim. Nad wszelkie spodziewanie długo nie możemy z miasta wyjechać. Ciągnie się ono, jak się pokazało, bardzo wąziutkim paskiem z dwu stron rzeki — ale prawdziwie długość jego chyba milami da się zmierzyć. Tu dopiero, płynąc Menamem — a płynąc zwolna, bo nam ciężko — można widzieć, używać i poznawać Syamską »ulicę«.
Nie mówię już o publiczności, którą się spotyka, nie mówię o wehikułach, alias czółnach, któremi ta publiczność z miejsca na miejsce się przenosi — ale notuję tylko kapelusze i urządzenia należące do komfortu domowego, ściśle wewnętrznie domowego, które z Menamu właśnie najlepiej oglądać, bo najpierw i najbardziej oko cudzoziemca uderzają i — cieszą.
Po ulicach lądowych Bang-koku chodzą Syamczycy, a zwłaszcza damy, bez żadnego nakrycia głowy; pływając po Menamie, gdzie prócz żywego ognia z góry, jeszcze refleks od wody potęguje gorąco, używają, nawet najbardziej zeschłe, więc najwytrzymalsze matrony, kapeluszy, plecionych z ciętego na paski liścia palmowego. Maksymum to lekkości i wygody: zastępuje dach nad głową; tylko jest tak ogromny, że co chwila muszą go zdejmować, bo się równocześnie z kapeluszem nigdzie zmieścić nie mogą. Widziałem przypadkiem, jak dwie damy z ludu — w pewnym już wieku, bo krótko obcięte ich włosy dobrze były siwe, typu, jak zawsze, między starym klerykiem, a dyplomatą lub kamerdynerem de mauvaise maison — chcąc się z trzecią damą w innem czółenku płynącą minąć, pozdejmować musiały kapelusze. Kupiłem takie kapelusze; przy polowaniach na kuropatwy, przepiórki, a jeszcze bardziej na błotach, mogłyby się nadzwyczajnie i u nas przydać. Bardzo ciekawych używają przy jeżdżeniu czółenkami wioseł — długości i formy wielkiej łyżki.
Komfort, jak wiadomo, jest rzeczą w Azyi wogóle nieznaną, tak jak i u nas jeszcze przed stu laty zapewne nikomu się o nim nie śniło. Czy motywa, zmuszające człowieka do szukania komfortu, są złe, czy dobre, nie wiem — bądźcobądź muszę skonstatować, że u narodów zniewieściałych znachodziłem zwykle bardzo wiele komfortu, co wielce zresztą miłem mi było. — Otóż Syamczycy dzisiejsi są zniewieściali — tego już dawniej dowodziłem; ergo, u Syamczyków powinien być komfort. Tak rozumowałem, i rozumie się, szukałem przykładów, mogących poprzeć moją teoryę. Szukałem, i znalazłem. Aż krzyknąłem z radości odkrywszy! Płynąc Menamem, około każdego domu widać, w niewielkiej odległości od zabudowania mieszkalnego, silne cztery pale, wbite w dno rzeki. Na palach leżą dwie deseczki, między niemi otchłań, górą biegnie wkoło rogóżka, zwykle dziurawa, pełniąca służbę parawanu, a całość połączona wygodną kładką z domem. Ot i komfort! ów »W. C.«, którego tyle państw europejskich jeszcze nie zna, owa duma Anglików — w całem tego słowa znaczeniu przez poczciwych Syamczyków zastosowany: bo pierwszą część Menam daje, a drugą — rogóżka. Co prawda, nieco mnie zdziwiło, gdym zrobiwszy to odkrycie, przed obiadem zobaczył, że wodę do zupy i herbaty brano... naturalnie z Menamu. Nieco dalej uderzył całą siłą o nasz stateczek trup wzdętego jak balon bawołu; potem widzieliśmy koty i cielę, płynące ku morzu — a obok nich, kąpiących się najspokojniej Syamczyków i t. d. Kwestya to, jak zawsze, konwencyi, nerwów, przyzwyczajeń.
Rano wyjechawszy z naszego hotelu — dopiero popołudniu wydostajemy się poza ostatnie przedmieścia Bang-koku, na wieś. Na brzegach zrobiło się mniej ludno; drzewa jeszcze bujniej i głębiej w Menam wrastają; miejscami drzewa i jakiś rodzaj lianów, tworzą istne groty zieloności — cudowne, bo tak urocze, tak głęboko zielone, tak czuć zdaleka, że tam świeżo być musi i chłodno. To też setki ptaków i ptasząt, cisną się w godzinach południowych około takich miejsc wyjątkowo bujnych; i my czasem szukamy chwili wytchnienia w cieniu. Tu spotykamy prześliczne barki, kształtem przypominające gondole, z domkiem w środku umieszczonym, całe z drzewa tekkowego, na zewnątrz ślicznego bronzowego naturalnego koloru, tylko lekko pokostowane — pełne ryżu. Wszystko to ku morzu płynie. Z przodu jeden, z tyłu drugi Chińczyk wiosłujący, stanowi całą załogę takiej barki, która co do wielkości jednak wcale bywa pokaźną. Wspomniałem o drzewie tekkowem — teak-wood, po łacinie podobno tectoria grandis; — niegdyś lasy tego drzewa pokrywały cały dolny Syam; ponieważ jednak drzewo to jest nader cenne do budowy, przeto budując ongi Ajutią, potem Bang-kok — stawiając te miliony świątyń, świątyniek i t. d. od tylu tysięcy lat, wycięto tekki nad dolnym Menamem kompletnie. Rosną one dziś tylko nad górnym biegiem, ku granicom północnym kraju. Zalety tekku są niezrównane: twardość, podobno większa od twardości hebanu, a nader stosunkowo mały ciężar gatunkowy. Dziś cena drzewa tekkowego podskoczyła szalenie, od czasu gdy Anglia zaczęła go używać do budowy swoich okrętów. Nasz Phya-Smuth, za czasów swego gubernatorowania w jednej z północno-zachodnich prowincyj kraju, wziął się do handlowania tem drzewem, i dziś prowadzi ogromny handel z Europą i Indyami. Pokazywał nam skład pysznych istotnie kloców, niestety z obciętemi już koronami.
Na naszym stateczku godziny upływały szybko — choć wlekliśmy się niegodziwie, choć dwa razy jednego dnia osiadaliśmy na ławie piaskowej. Brzegi ciągle niskie, płaskie, chwilami jednak urocze, bo nad samą wodą rosnące drzewo, formami przypominające ficum religiosam, tworzy piękne groty zieloności, w których zmęczeni wioślarze odpoczywają, z czego śliczne nieraz powstają w naszych oczach obrazki.
Roi się tu od łódek i łodzi; bo Menam jest tu istotnie jedynym środkiem komunikacyi; innych dróg bitych, ani niebitych, w całym kraju nie masz.
Rozumie się, że w ciągu tej powolnej żeglugi, strzelby nie próżnowały. Ambasada nasza posiała wzdłuż Menamu z pewnością kilkanaście funtów śrutu. Strzelali ci panowie co chwila. Najświetniej poszło z kaczkami (jakiś rodzaj cyraneczki): na dwa strzały sam Mr. Samson zabił siedem sztuk. Ja zabiłem coś z rodzaju zimorodka: upierzenie zimorodka zupełne, tylko dziób i łapki jasno-czerwone. Chcieliśmy go zachować do wypchania, ale niestety mrówki na statku tak go oblazły, iż trzeba go było wyrzucić. Biegeleben zabił jakiegoś ptaka z rodzaju bataliona, podobny do tych, jakie u nas widziałem. Najciekawszy jednak egzemplarz zginął nam przez niedbalstwo i głupotę naszych wioślarzy. Był to ptak, wielkością i barwą zupełnie bażanta przypominający; pierś złota, ogon ogromny, szeroki, bardzo stosunkowo długi i zupełnie czarny. Niestety, przepadł w nadbrzeżnych krzakach. Mnóstwo wszędzie widujemy cudnie niebiesko i złoto ubarwionych Tkaczyków (Weber-Vögel), których gniazdka misternie uplecione z włókna i trawy widać często na krzewach zawieszone. Najbardziej żałowaliśmy, że nam się nie udało dostać owych ślicznych, bielutkich jak śnieg, małych czapli, których tu, jak w Indyach, chmary całe nad rzeką się kręcą. Nieodstępne to towarzysze bawołu, tego ziemiopłazu z ciepłą krwią, co trzy czwarte życia w wodzie spędza.
Jakoś pod wieczór przybijamy do lądu, by zobaczyć słynną na cały kraj świątynię i statuę Buddy. Świątynia bardzo stara, w bardzo już opłakanym stanie. Przerobiona zupełnie na chiński styl i przez Chińczyków czczona specyalnie jako wyrocznia, w rodzaju Delfickiej. Figura, choć rozmiarów ogromnych, co najmniej 30 do 50 razy większa od natury, w takiej ciemności, że trudno ją obejrzeć szczegółowo. Zresztą już zaczynam się do tych ogromnych Buddów przyzwyczajać, i nieraz sam się dziwię, jak mało te dziwy mię dziwią. Wkoło tej wielkiej, setki małych figurek Buddy: to ex-wota z gliny wypalane, następnie złocistą glazurą szklaną polewane.
Gdy tak stoimy i gapimy się na tego kolosa — budzi nas z ekstazy hałas jakichś drewien rzucanych na kamień. O dziwo! to nasz kelner Chińczyk, z największą powagą i nabożeństwem, stawia Buddzie pytania. Przykucnął na ziemi, ręce wzniósł po wysokość głowy, dłonią do Buddy obrócone — i oddał najpierw pokłon potrójny (dworski ukłon chiński). Dalej wyciągnął dwa kawałki drzewa, formy rogala, okryte chińskiemi literami; rzucił raz, drugi i trzeci drewniakami o ziemię, za każdą razą uważnie odczytywał napisy, studyował jak się drewienka układały, z czego dowiadywał się, w jakiem obecnie zdrowiu są jego rodzice i krewni, i o innych jeszcze kwestyach, z któremi nie chciał się nam zdradzić. Potem znowu się pokłonił i rozpoczął modlitwę dziękczynną. Wydobył z kieszeni ogromny papier żółtego koloru (wszystko co się do cesarza i bogów odnosi, jest zawsze żółtego koloru). Na papierze widniały wielkie a ponsowe imiona Buddy. Papier zapalił u świętego ognia i wyniósł przed świątynię. Tu znowu zaczął się kłaniać, ale nie długo, bo papier mu w palcach jakoś bardzo prędko się spalał; poczem wsadził go do jakiegoś niby piecyka, naśladującego kształtem wieże chińskie kilkopiętrowe, który stał w przedsionku świątyni. W tej chwili rozległa się strzelanina, jakby pluton wojska rozpoczął ogień. Narazie zgłupieliśmy, nie wiedząc co się stało, zwłaszcza, że sprawca tego wszystkiego, ów kelner nasz, najspokojniej, wzrokiem dość obojętnym, patrzył na ów piec-armatę, a doczekawszy się ostatniej detonacyi, z pewnem jakby znudzeniem wrócił do swojej łódki, nie obejrzawszy się już nawet za swym Buddą. Dalejże my więc pytać Phya-Smuth'a: what is that? — a Phya szeroko się uśmiecha, i widocznie kontent, że znalazł coś co nas zainteresowało, poczyna tłumaczyć, że Chińczycy na zakończenie modlitw zawsze spalą, według zamożności osobistej, pewną ilość prochu, aby przepłoszyć nieczyste duchy, które jak muchy do miodu, do modlącej się duszy zlatują. Dobrze jest wiedzieć o tym nabożnym a zapewne wielce skutecznym obyczaju, bo jak pełnia nastanie, to w każdem mieście chińskiem z wieczora i późno w noc nieustannie się takie pukaniny słyszy. W obecnych burzliwych czasach możnaby łatwo wziąć te wystrzały za »pierwsze strzały« kontr-europejskiego buntu.
Intermezzo arcyciekawe, które nam sprawił nasz służący Chińczyk, sprowadza naturalnie konwersacyę na temat Chińczyków. Uderzało nas to mnóstwo Chińczyków w Bang-kok, dziwiły te rojące się o tej porze po Menamie piękne czółna z ryżem, na których wyłącznie Chińczyków widać; zapieczętowała nam to wrażenie ta świątynia Buddy, tu w środku kraju Syamskiego, na sposób chiński stylowo i liturgicznie przerobiona, widocznie przez Chińczyków opanowana. Najwymowniejszym dowodem tej adaptacyi do wymagań, że tak powiem, »obrządku« chińskiego, to właśnie ta przed wejściem do świątyni umieszczona »torpedowa« pagoda, służąca wyłącznie do spalania owych nabojów prochowych, których używają jedynie Chińczycy, a ani Syamczycy ani Malaje, ani Japończycy ani żadna inna rasa, wyznająca Buddę, nie używa i nie zna.
Niewiele bystrości potrzeba było, żeby się przekonać, że Chińczycy za łeb biorą Syam pod każdym względem, najpierw ekonomicznie i handlowo. Ta sama klasa ludzi, która zalewała Amerykę i Australię, która zalała już i trzyma Singapore, Malakkę, Penang i t. d., ta sama klasa emigrująca, więc mówiąc dokładniej, Coolis, plebejusz chiński, zwolna zalewa i opanowuje Syam. Lądem i od morza cisną się oni tutaj; w Bang-kok cały, jakby w Turcyi powiedziano, bazar, tj. część miasta handlowa, kramikowa, gdzie przez całe ulice ciśnie się kramik na kramiku, nazywa się już miastem chińskiem. Handel ryżem mają oni w swoich rękach; wszystkie inne gałęzie handlu, jeżeli nie oni mają, to przynajmniej są głównymi pośrednikami; a że Syam bliższy ich ojczyzny, że rasa mniej od innych, od bronzowej, czarnej, czy białej, obca ich rasie — więc Coolis taki, przybywszy tu, zaczyna od tego, że się żeni z syamską kobietą. Często bywa, że w Chinach zostawił już właściwą swą żonę — to mu jednak nie przeszkadza żenić się znowu, i zwykle po niedługim czasie cieszy się liczną progeniturą. Pobywszy tak kilka lat w Syamie, Coolis dorobi się i porośnie w pióra; zaczyna myśleć o powrocie. Żonę swą syamską wraz z dziećmi zostawia; na opędzenie codziennych potrzeb życia wyposaża swą słomianą wdowę zwykle dość hojnie, a sam rusza ku domowi, gdzie, jak twierdzą, pierwsza małżonka z radością go wita. Nie o moralną jednak stronę mi obecnie chodzi, ale o etniczą: kobieta syamska, idąca za Chińczyka, pozostaje tem czem była — dzieci jej jednak, zwykle już są Chińczykami; już noszą warkocz; a choćby go i nie nosiły, to tworzą już nową, od syamskiej różną a do chińskiej nader zbliżoną rasę, która w przyszłości stanie się panią wszystkich tych krajów.
Syamczycy, o ile wiem, mniej tym faktem się trwożą niż Ameryka i Australia, ale to niebezpieczeństwa nie zmienia.
Takie spostrzeżenia czyniąc i filozofując, jedziemy coraz powolniej, bo maszynka naszej parowej muchy zmęczona całodzienną pracą, a Menam coraz bardziej rwący. Wreszcie, po dziesięciogodzinnej prawie jeździe, dopływamy do Baug-Pa-In, małej, niepokaźnej wioski, nad kanałem Menamu położonej, gdzie obecny król wybudował sobie rezydencyę letnią. Kilkanaście pawilonów, w stylu niby europejskim, z dodatkami motywów syamskich; jeden z nich czysto chiński, dość ładny. Ogród, jak na Syam, porządnie utrzymany, ma drogi brukowane, z klatkami drucianemi na małpy i pawie. Najbardziej mnie w tym pałacyku zdziwiła bardzo porządnie ułożona i utrzymana kąpiel z wanną i tuszami, obok sypialni króla. Królowa zdaje się nie ma sypialni.
Ciekawsza od samego pałacu, to tuż obok po drugiej stronie wązkiego kanału stojąca, nowo przez króla obecnego wybudowana, świątynia Wat. Spodobał sobie Czulalonkorn styl gotycki i palnął w czysto gotyckim stylu kościół, ze wszystkimi szczegółami; tylko, że w ołtarzu głównym, zamiast krzyża — siedzi Budda, a po bokach, zamiast wielkich kandelabrów, często w zagranicznych kościołach używanych, wspaniałe trofea, więc: pancerze, szyszaki, lance, miecze. Nad wejściem, dość wielkie kolorowe okno, przedstawia króla w przyborze koronacyjnym, z napisem: Tschulalonkorn, Rex Siamensis. Przyzna każdy, że chyba więcej europejskim król Syamu być nie może, mając po europejsku dom urządzony, z kąpielą i tuszem, tudzież świątyńkę w formie kaplicy gotyckiej, a w niej swój portret na szkle malowany z łacińskim napisem. Nie ma się zresztą co dziwić tym ludziom, że sobie sprawiają europejskie powozy i liberye, domy po europejsku urządzają; wszak podobają się im one tak, jak nam się ich rzeczy podobają! Co jest daleko bardziej zasmucającem, to gdy się widzi pewnych Europejczyków tu zamieszkałych, którzy sprowadzają kretoniki berlińskie, olejodruki magdeburskie, i nimi pstrzą swe apartamenta. Toujours le même goût, qui a inventé le gigot aux confitures!
Wróćmy jednak do Bang-Pa-In. — Obiad podają nam w jakiejś sieni, białej i złotej, nader przewiewnej. Jemy szalenie, bo temperatura wysoka, a czem wyższa, tem lepszy apetyt. Pijemy nieźle: szampan z sodową wodą i koniakiem; prześliczny napój. Po herbacie bardzo dobrej (zamiast czarnej kawy), wychodzimy z cygarem w zębach na taras przed pałacykiem. Księżyc dopiero co wstał, nie zupełnie jeszcze pełny, więc nie oświetlał zbytnio. Z całego morza drzew i krzewów, które zamykały horyzont, wyłania się przed nami śliczne, niewielkie jeziorko, a zpośród niego, tylko wiotkim wiszącym mostkiem połączony z lądem, pawilonik jakiś, na czterech cieniutkich słupach nad wodą zawieszony, z fantastycznym, w syamskim stylu łamanym dachem. Dach, kryty jakąś dziwną łuską błyszczącą, świeci do księżyca, jak srebrny. Zrobiło się między nami cicho; każdy patrzał tylko, bo trudno było oderwać oczu od tego czaru, co się przed nami roztaczał. Wszystko na ziemi i niebie było ciemno-szafirowe, tylko księżyc i ów daszek srebrzysto świeciły; a z podziwu dla nich widocznie, myriady koników polnych i świerszczy pieśń pochwalną grały. W dali gdzieś nareszcie puszczyki swary rozpoczęły — i to nam przypomniało, że nam cygara pogasły. Dziwna rzecz, lucioli, świętojańskich robaczków, które w Singapore jeszcze tak świeciły, tutaj ani śladu.


Przypisy

  1. Kokosowy orzech, wielkości głowy dwuletniego dziecka, zerwany nim dojrzeje, zawiera w sobie pewnie z kwartę białawo-przeźroczystej wody. Kokosy przywożą tutaj z rozmaitych stron; zdaje się bowiem, że tu grunt za wilgotny dla nich; na statku, którym przyjechaliśmy z Singapore, przyjechało z nami kilka tysięcy sztuk kokosowych orzechów.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paweł Sapieha.