Podróż na Jowisza/Księga II/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor John Jacob Astor
Tytuł Podróż na Jowisza
Podtytuł Powieść fantastyczno-naukowa
Wydawca Nakład Redakcyi "Niwy"
Data wydania 1896
Druk Druk Rubieszewskiego i Wrotnowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Milkuszyc
Tytuł orygin. A Journey in Other Worlds
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ X.
Zmiana widoków.

Ayrault za pomocą sekretnego zamku, otwierającego się bez pomocy klucza, otworzył statek. Podróżni z przyjemnością zobaczyli, że wszystko było na swoim miejscu.
— Teraz dopiero użyjemy rozkoszy snu, a prawdę mówiąc, czuję ogromną potrzebę wypoczynku. Dzięki Bogu, tu już będziemy zdala od wszelkiej napaści, niepotrzebując rozciągać drutów elektrycznych.
Otworzyli z dwóch stron okna, gdyż słońce, mocno rozgrzewając szyby, dawało zbyt wiele gorąca. Silna, metalowa siatka umieszczona w ramach okna zabezpieczała ich od ptaków i nietoperzy, a chociaż to było dopiero południe, rozebrali się i położyli do łóżek, gdzie też niebawem zasnęli snem twardym.
Teraz czuli się zupełnie bezpieczni w swym pięknym, metalowym domie, w którym nie groziły im: ani wiatry, ani burze, żaden napad zwierząt najdzikszych i najsilniejszych, to też ostatnia ich myśl przedtem, nim sen skleił ich powieki, była: „Człowiek w istocie jest królem stworzenia!“
Nazajutrz około południa obudzili się podróżni; wykapali się w ciepłem jeziorze i ciekawie poszli obejrzeć wczorajsze pole walki. Ogromny trup mrówki leżał nietknięty, podczas gdy z dwóch zabitych potworów, same już tylko bielały kości; nazbierali kamieni i wznieśli małą piramidę na pamiątkę najniebezpieczniejszego boju.
— Powinnibyśmy nazwać to miejsce Kentucky — rzekł Bearwarden — gdyż w istocie jest ono straszne i krwawe.
Towarzysze uznając słuszność nazwy, zapisali je na swoich mapach.
Ayrault zajął się przygotowaniem bateryj statku; a tymczasem Bearwarden gotował śniadanie z upolowanych ptaków i konserwów, jakie miał już pod ręką: kawa, wino reńskie i francuskie dodały smaku i wprawiły w dobry humor wszystkich podróżnych.
— Oto ostatnia uczta na tym lądzie, wypijmy tedy zdrowie mieszkańców! — wesoło wołał Bearwarden.
Wychylono kielichy, a na godzinę przed zachodem słońca znaleźli się trzej towarzysze znowu na statku.
Na pamiątkę, gdzie stał, jak w przystani Kalisto, nadano całej okolicy jego nazwisko i zapisano je na mapie Jowisza.
Siła atrakcyjna planety była ogromna, jednak baterye Kalista zwyciężyły opór i wkrótce piękny statek zawisnął w przestrzeni. Zwracając prądy apergetyczne na góry i wzgórza, spotykane na drodze, niedługo nadali bieg swemu statkowi siedmdziesięciu pięciu do stu mil na godzinę.
Chcąc zbadać dokładnie wszystkie okolice planety, nie wznosili się więcej, niż dwieście stóp po nad ziemię, rzadko kiedy dochodząc do mili i z tego powodu mogli trzymać okna otwarte, co im dawało możność dokładniejszego widoku; jeżeli chwilami odczuwali zbyt silne ciśnienie atmosfery Jowisza, wtedy wznosili się w górę, a gdy barometr stawał na 30 stopniach, mieli powietrze zupełnie takie, jak na ziemi.
Z obliczeń ścisłych wypadło, że robiąc sto mil na godzinę, będą potrzebowali 26 dni ziemskich, aby dotrzeć do bieguna.
To też z nadejściem nocy chcąc bieg statku przyśpieszyć, zamknęli okna, wzbili się wyżej i stosowne zrobili przygotowania.
Nad ranem zauważyli kilka błyszczących punktów; za pomocą teleskopu rozpoznali, że były to ognie pochodzące z wybuchów wulkanicznych; stąd wyprowadzili wniosek, że muszą znajdować się w blizkości oceanu, wulkany bowiem potrzebują sąsiedztwa wielkiej przestrzeni wód, które dostarczałyby im pary potrzebnej do wybuchów.
O wschodzie słońca zauważyli, że wczorajszy widok zmienił się zupełnie. Płynęli po nad brzegami oceanu, rozciągającego się na lewo tak daleko, jak mogli dojrzeć. Linija wybrzeża ciągnęła się prawie prosto z północy na południe, a wulkany rozsiane wzdłuż wybrzeży, jaśniejące wśród nocy, teraz tylko dawały dowody swego istnienia, wypuszczając z kraterów kłęby dymu i pary. Dziki i pierwotny wygląd okolicy zastanowił ich swą niezwykłością. Góry i skały nagie, ostre, strome, niezmiernej wysokości, dowodziły jasno, że ta strona planety była jeszcze w stanie formowania; te wyniosłości stracą wiele, gdy przejdą przez nich wielkie zbiory wód, a zimna atmosfera dotknie tych wierzchołków, by na nich wieczne założyć lodowce; tymczasem zupełny brak jezior świadczył, że ich jeszcze nie było.
Brak lodowców na owych szczytach gór dwojako daje się wytłomaczyć: albo ciepło wewnętrzne ziemi jest jeszcze tak silne, że nie dopuszcza nigdzie zamrożenia, albo też oś Jowisza będąc prawie ciągle w linii prostopadłej do słońca, nie pozwala temperaturze opadać niżej, niż do 32 stopni Fahrenheita.

— Teraz porównywując — mówił Cortlandt — powierzchnię planety, z fotografiami zdjętemi przez nas poprzednio, zdaje mi się, że te dwa lądy w formie półksiężyców, które, jak sądziliśmy, znajdują się jeden naprzeciw drugiego, w istocie przedstawiają tylko obecny szkielet, uformowany z ostrych grzbietów gór; tenże z czasem dopiero zamieni się w doskonałe półkule, poszarpane trochę po brzegach przez przylądki i przystanie, jak na naszym ziemskim globie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: John Jacob Astor i tłumacza: Maria Milkuszyc.