Podróż króla Stanisława Augusta do Kaniowa/D. 8 Maja

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Podróż króla Stanisława Augusta do Kaniowa
Podtytuł w r. 1787.
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1860
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

D. 8 Maja.

W dzień Sw. Stanisława, złożono N. Panu powinszowania na pokojach o godzinie jedénastéj. Obywatelstwu przewodniczył i był tłómaczem marszałek Koronny, nastąpiło pocałowanie ręki i msza w przedpokoju, którą miał ks. Pałucki. Pieszo potém zszedł do cerkwi król, gdzie wysłuchał kazania ks. Mikoszewskiego. Odśpiewano Te Deum Laudamus i wszyscy zebrali się do zamku. Tu przyjechał także hr. Stackelberg i prywatną naprzód otrzymał audjencją, po czém zwołano do gabinetu hetmana Tyszkiewicza, generała Komarzewskiego i hr. Platera i oddano im od cesarzowéj JM. ordery, piérwszemu błękitną wstęgę S. Andrzeja, dwóm drugim pąsowe S. Alexandra Newskiego. Nadto wszyscy prawie ze świty królewskiéj oprócz obdarzonych w Kijowie, otrzymali bogate podarki w tabakierach, pierścieniach i t. p. przez ambassadora przywiezionych.
Hr. Plater mówiąc o tych upominkach i o swoim orderze tak kończy wyrazy swéj wdzięczności.
— «Gdziemkolwiek jest i czém kolwiek zabawny, gdy Polakiem być nie przestanę, każda pomyślność mnie spotykająca, nie potrafi zatrzéć myśli o dobru ogólném, i widząc czy siebie czy drugich uszczęśliwionych, zapytuję przecie po cichu — a dla kraju co? —»
Obiad na którym był i hr. Stackelberg przeszedł na rozmowach, a po nim wkrótce król odszedł mając listy do pisania, i gotowanie się do wyjazdu, który na dzień 9 Maja został naznaczony.
Rozmaitemi uwagami politycznemi dosyć smutnéj wróżby kończy ten swój list hr. Plater, obawiając się widocznie zjazdu z cesarzem w Chersonie, i wpływu jaki on mógł wywrzeć.
— «Od czegoż Pan Bóg? — zamyka wreszcie — powié niejeden pobożny Opatrzności wielbiciel — Od czego szczęście? wyrzeknie ze swéj strony światowy fatalista — Ja zaś chciałbym szczérze, ażeby Polska i piérwszego była warta, i drugie miała w swoim udziale, bo bym weseléj wyjeżdżał z Kaniowa i w wolniejszéj myśli kończył ten list mój, który do jutra jeszcze przeciągam. —»
D. 9 Maja rano wyjechał król z Kaniowa do Korsunia zostawując tu posła rossyjskiego, który wprost do Warszawy postanowił się udać, mimo prośby króla życzącego mieć go z sobą, hr. Plater pozostał z Stackelbergiem w Kaniowie, i nazajutrz dopiéro o drugiéj dopędził N. Pana w Korsuniu, gdzie cały piątek zabawić postanowiono.
«W Kaniowie będąc i tam dosyć piękną naturą ucieszeni, dziwowaliśmy się dla czego ks. podskarbi nie obrócił całéj usilności, — pisze diarjusz, do upiększenia tamtego miejsca i zrobienia onego stolicą obszernych dziedzin, lecz trzeba być w Korsuniu, aby uznając błąd własny winny oddać szacunek miejscu obranemu, które dla mnie i w moich oczach przynajmniéj, jedyném w świecie być się wydaje. Ci co wędrowali po różnych miejscach ziemi twierdzą, że we Włoszech i Szwajcarji podobnych jest bardzo wiele, ja zaś może tutaj raz piérwszy na życiu mojém uczułem pociechę z tego, czego mi los pozazdrościł w przeszkodach, które miałem do wojażów zagranicznych; — bo z tego powodu najlepiéj i najdokładniéj pięknéj naturze oddać hołd mogę miejscowéj, bez uprzedzenia, żeby gdzieindziéj mogło być co lepszego. Lękam się wszakże bym czytelnika zaciekawionego nie zdradził, nie czując zdatności abym godnie naturę korsuńską opisał, a lękając się nawet bym jéj nie oszpecił źle dobranemi farbami.. i dla tego wolę bez dalszéj przemowy przystąpić do prostéj relacji. —»
«Po obiedzie dnia tego, którego przybył N. Pan, deszcz i błoto nie mogły przeszkodzić, by pomimo nich, nie obchodził wszystkich miejsc król wraz z damami od ks. podskarbiego zaproszonemi, (temiż samemi, które kompanji dotrzymywały w Kaniowie). Skały różnej formy, ścieki wody, w różnych kierunkach rozsypane po rzece Rosi wyspy, wśród których szumne bieleją kaskady, i cicho po żwirze płyną czyste potoki, — obejrzano wszystko z prawdziwém uwielbieniem położenia tego zachwycającego. Że jednak co krok prawie odmieniały się widoki, i potrzebowały dłuższego przypatrzenia się, a już ziemia zmokła nie wszędzie dotrzéć dozwalała, i zachmurzone ku wieczorowi niebo nieobiecywało pogody, resztę do dnia 10 odłożono. —»
Nazajutrz szczęściem dzień był jasny i pogodny, i król z ks. podskarbim i innemi osobami towarzystwa swego wyjechał o półtoréj mili dla oglądania miejsc skalistych podobnych do brzegów Rosi w Korsuniu, jako téż góry jednéj Dziewczą zwanéj.
Wrócono późno z téj przejażdżki i o pół do czwartéj dopiéro obiad podano. Po obiedzie poprowadzono N. Pana na obszerny plac, gdzie miał późniéj stanąć maneż, a tu już stały dwanaście par nowożeńców gotowych do ślubu, i ks. Lewiński z przemową do nich, objawiając im, że na pamiątkę pobytu króla, dziedzic ich uwolnił od pańszczyzny i czynszów dożywotnich, dając na to na piśmie zapewnienie. Wesele istotnie wesołe przeciągnęło się do późnéj nocy. Na krótką chwilę powróciwszy do gabinetu, przypatrywał się potém N. Pan na wolném powietrzu tańcom kozackim i ich śpiewom przysłuchiwał. «Jak zaś dzień cały, pisze Plater, miłą pogodą niewypowiedzianie nas cieszył, tak noc ciemna ale ciepła, ułatwiła nową przyjemność, gdy domy, mosty, kaskady, góry skaliste a na nich wystawione obeliski, świątynie, altany, illuminowane gęstemi lampami różnych kolorów, dziwnie oko zabawiały, budząc każdemu właściwe passje.
Nie jednemu i nie jednéj zapewne Pamela i tym podobne postacie i heroiny stawali na umyśle, a muzyka w odległości odzywająca się i słowików śpiewanie o skały odbijające się, do większego i czulszego omamienia stawały się powodem. Chciałbym wprawdzie daléj jeszcze zgłębiać skutki poruszenia i jakich marzeń nocnych premenada mogła być u różnych osób pobudką, lecz Diabła kulawego nie mając do zdejmowania dachów, muszę przestać na czczém odgadywaniu snów, jakich sam w poduszkach moich doznałem. — »
We czwartek jeszcze odebrana została wiadomość, że jadący na spotkanie cesarzowéj, Józef II, tegoż dnia miał nocować w Biało-Cerkwi, i spodziewano go się do Bohusławia albo w piątek, lub przejazdu przez Bohusław i Korsuń, gdzie jak się zdawały nie miał projektu ani się zatrzymywać, ani nocować. Że grzeczność jednak zmuszała N. Pana przejeżdżającego hr. Falkenstejna (Józefa II) zaprosić, posłał król rano do Bohusławia ks. podskarbiego, dokąd także udał się Moszyński sekret. Lit. chcąc pozdrowić Józefa II.
Król wraz z marszałkiem w. K. i hetmanem Tyszkiewiczem w rannych godzinach oglądał stado ks. podskarbiego o milę od Korsunia, a hr. Plater z p. Dzieduszyckim pis. Lit. obejrzeli w tym czasie piękne okolice miasteczka, o których tak pisze: — «Roś rzeka brzegami skalistemi ściśniona, dzieli się tu na tyle kolan, że kilka wysp oddzielnych jedne od drugich, i różnych co do kształtu oblewa, między niektóremi osobliwie z tych wysp naturalnemi kaskadami spadając, i ciekąc potém korytém kamienném, przeciskając się indziéj pomiędzy szczelinami głazów różnéj formy. Z wysp zaś jedne są płaskie okryte drzewem, gdzie mnóstwo słowików wyśpiewuje rano i wieczór, drugie z wyniosłych skał złożone, boki jedne z nagich kamieni okazują, drugie ziemią okryte i wesołą zielonością. Na jednéj z tych gór skalistych w angularnéj formie kończącéj się, założone są fundamenta przyszłego pałacu łącząc się mającego z pawilonem już wystawionym kolumnadą kamienną, jak wytworne rysunki tego N. Panu okazywane zapewniają. Kto lubi szmer szumnie spadającéj wody tu w Korsuniu może do sytości się ucieszyć przypominając albo huczne obrotów światowych turnieje, lub gwałtownych namiętności pędy nie wstrzymane. Tu pod cienieni drzewa wolnym i cichym strumieniem oblewanego, może zimny i spokojny filozof w powolnéj medytacji nad stanem człowieka, mierzyć gradacje szczęścia lub niedoli jego, i jak miałby sobie postąpić, rozważnie pisać prawidła. Tu w chłodzie naturalnéj groty może bezpiecznie szukać dla siebie pasterka schronienia pewna, że ulubiony przez nią nie minie tego zacisza, w którym cierpliwa wierność, wieńcem niewinności miała być nagrodzona (!!). Słowem tu w Korsuniu jest jedno z tysiącznych miejsc w którém każdy z żyjących wedle własnego usposobienia i ducha, wielbiąc naturę, czuje własne życie i sławiąc dar onego z wdzięcznością może myśl obracać ku Dawcy wszelkiego jestestwa. Lecz jeśli bez pracy ludzkiéj sama natura to miejsce dosyć ubogaciła, najpomyślniéj dla niego to się stało, że własnością jest takiego dziedzica, który idąc śladami samego przyrodzenia potrafi je tak upięknić użyciem sztuki, iż jedna drugiéj psuć nie będzie, lecz nawzajem sobie dopomagać potrafią, aby za lat kilka gdy się dopełni projekt, nie wiedział ciekawy, komu więcéj winien zdumienia, sztuce, czy naturze? — »
Za powrótem N. Pana, przyszła wiadomość aby konie dla cesarza przygotowano, co blizki jego przyjazd zwiastowało. Zląkł się król, aby ks. podskarbi nie rozminął się z gościem, i żeby ten nie widząc się z królem daléj nie ruszył, śpiesząc do Chersonu. Po chwili nadbiegł kurjer poprzedzający hr. Falkensteina, i pomnożył ten niepokój, który dopiéro ustał, gdy adjutant ks. podskarbiego p. Clermont przyjechał z uwiadomieniem, iż cesarz z królem widzieć się pragnie. Potwierdzili to wkrótce przybyli ks. podskarbi i p. Moszyński.
O pół do trzeciéj nie zmieniając koni w Bohusławiu wziętych, aż do mostu na zamek prowadzącego dojechał cesarz, i tu wysiadłszy z powozu z generałem Kińskim przyszedł pieszo do pawilonu zajętego przez króla. «Wesoły może dla tego, dodaje Plater, iż według chęci jego, żadne nie były czynione honory, wszedł cesarz wprost do gabinetu królewskiego, na samym wstępie te mówiąc słowa:
— Vous avez voulu me voir, me voila mon frère!
«I z królem pocałowaniem z obu stron twarzy przywitawszy się, zamknęły się zaraz drzwi od gabinetu, a cała assystująca N. Panu kompanja, jw. marszałkowa Kor. z gener. Kińskim gener.-lejtnantem a towarzyszem podróży hr. Falckensteina, przez cały ten czas zabawiała się w przedpokoju. Monarchowie na prywatnéj z sobą pozostali rozmowie, słychać tylko było przezedrzwi, że musieli być z siebie kontenci, a po pięciu kwadransach, które, jak N. Pan mówił, krótką dla niego zdały się być chwilą, gdy otworzone zostały drzwi od gabinetu znaleźliśmy sprawdzone nasze supozycje w wesołych N. Pana i gościa jego twarzach. Zawołana do gabinetu p. marszałkowa i marszałek, oraz hetman Tyszkiewicz prezentowani zostali gościowi, który damie sam chciał być prezentowany, i wzajemnie gen. Kińskiego, a wuja rodzonego ks. Józefa prezentował. Gdy mający jeszcze tego dnia pięć mil ubiedz hr. Falckenstein do pożegnania zabierał się, wyszedł N. Pan z gabinetu, w intencji odprowadzenia go do domu pocztowego, ale hrabia postrzegłszy karetę swoją zaprzężoną w dziedzińcu wstrzymał króla przy ucałowaniu takiémże samém, jakie było przy powitaniu oświadczywszy, że jako wędrownik spodziewa się jeszcze mieć szczęście widzenia z nim, i tak prędko do pojazdu pobiegł, że N. Pan. już tam siedzącego zaledwo dognał, i ostatnie pożegnanie otrzymał w uściśnieniu reki, którą mu hr. Falckenstein z karety wyciągnął. — »
Odwiedziny te skończyły się ledwie o czwartéj, a król dopiéro po nich siadł do stołu w najlepszym w świecie humorze; gdyż tak szczęśliwego spotkania już się był nie spodziewał. Za przykładem króla wszyscy się bardzo rozweselili, i po staropolsku vivatować poczęto, a kielichy krążące gęsto niemal wszystkich podochociły. Hr. Plater przyznaje sam, że nie bardzo przytomny do mieszkania powrócił.
List trzydziesty piąty datowany jest 12 Maja z Bohusławia. «Taż sama Roś płynie tutaj, pisze w nim, co i w Korsuniu, widać na brzegach jéj skały i kamienne stosy, spada kaskadami rzeka, z tém wszystkiém trudno powiedzieć, aby oko tu równie ucieszone było i zbiór piękności równie ciekawego nasycał. Są wszakże co przekładają Bohusław nad Korsuń, ostatnie z tych miejsc odludną nazywając pustynią, samego tylko ponurego natury wielbiciela zabawić mogącą, a przeciwnie weselszą i towarzyską mieniąc pozycję Bohusławia, lecz co do mnie przeciwnego jestem zdania, a że dysputować niémam ochoty, rzucam tę kwestję na sąd innych.»
Po wesołym owym obiedzie piątkowym, ks. podskarbi wywabił swych gości na konną przejażdżkę o ćwierć mili od Korsunia do wsi Buków, gdzie o ile Plater przypomnieć sobie może, wielki spadek rzeki długą pochylą formującéj kaskadę, wielce ich zdziwił i zachwycił. To jeszcze jak przez sen przypomina sobie piszący, że przed wyjazdem do Buków, popisywali się na Rosi chłopcy korsuńscy, skacząc z mostu w dół głową w rzekę, i z niewypowiedzianą zręcznością pływając po niéj to do góry twarzą, to na dół w różnych położeniach i kierunkach.
Daléj co się działo po przejażdżce, już piszący diarjusz udawszy się na spoczynek, sam swemi nie oglądał oczyma, wiedział tylko, że była illuminacja powtórzona, a N. Pan nie tak długo się przechadzał, bo nazajutrz gotowano się do drogi.
Jakoż rano około ósméj zebrali się wszyscy na pokoje, gdzie król z marszałkową trzymali do chrztu syna półkownika Koenig’a, z księżniczki Szujskiéj urodzonego; a N. Pan matkę dziecięcia obdarzył zausznicami z pereł i diamentów. Kanonik Łączyński administrował sakrament; po czém do Tulczyna odjechał. Król raz jeszcze piękne miejsca obszedłszy, ruszył z Korsunia o w pół do dziesiątéj, i stanąwszy o mil dwie w Niechoroszczy wsi do Korsunia należącéj, a o drugiéj z południa w Bohusławiu. Tu zjadłszy obiad przechadzał się po miasteczka będącém w posiadaniu dożywotniém Rzewuskiego, ale dziedzictwem ks. podskarbiego. Nad brzeg Rosi zaszedłszy i postrzegłszy porządną na niéj krypkę, król przewoznikow zwołał i z pół godziny bawił się pływaniem po rzece, i byłby dopłynął do monasteru blizkiego, gdyby nie przeszkodziły kamienie dno wody wszędzie zawalające. Te zmusiły króla zwrócić się, po czém oglądał młyny na Rosi idąc brzegiem rzeki w gorę, i doszedł aż do nowo zbudowanego mostu.
«Czułym dla serca pańskiego, dodaje diarjusz — było to widokiem, gdy chłopczynę od lat pięciu ujrzał na małym ścieku wody, kładnącego słomę, a na nią rączkami drobnemi piasek sypiącego w intencji zrobienia grobelki ułatwiającéj przejście królowi. Wszystko wszakże było w proporcji owego dziecięcia, kiedy ów ściek wody mógł być krokiem zwyczajnym przestąpiony; lecz roztropność dziecięcia tak mocno N. Pana ucieszyła, że dziecinną nagrodę osłodzić chcąc pracę robotnika, dziecku cukierków dać kazał, a ojca jego przewoźnika pieniędzmi udarował.»
Daléj do mostu przyszedłszy, król z assystującemi i wielką gromadą gminu idącego za nim, wszedł na sam most wysoki dosyć i na palach oparty. Uszli już trzecią część jego, gdy królowi zdało się, że mu się w głowie zawraca, niektórzy z przytomnych tegoż doznali, a gdy miejscowy rządzca wytłómaczył to chwianiem się palów, na których most był oparty, wszyscy zaraz z mostu się nazad rzucili, i na zamek wrócono. Koło ósméj przybył II Conte Gallo Neapolitańczyk, krewny margrabiego Caracioli, umyślnie przez króla Neapolitańskiego wysłany dla powitania cesarzowéj w Chersonie i traktowania tam w materjach handlu tyczących. W czasie wieczerzy u ks. podskarbiego, cudzoziemiec ten przedstawiony został królowi.
Nazajutrz d. 13 Maja, król konie wierzchowe rozkazał przygotować chcąc do stacji piérwszéj konnéj użyć przejażdżki, ale że wczorajszy most przebywać było potrzeba, w obawie wypadku po jednemu przeprowadzano przezeń powozy i król przebył go szczęśliwie. Zdaje się, że całe to chwianie się czystém było przywidzeniem; i nazajutrz tłómaczono je trzęsieniem ziemi, gdyż i na rzece widziano dziwne jakieś wody zburzenie, a most mimo tłumów, które przezeń przechodziły, ani drgnął więcéj. Jechał król konno mil trzy do Koszowatéj miasteczka pp. Młodeckich, którzy mu się prezentowali w Kozinie. Tu jadł śniadanie w domu p. Dobrowolskiego zięcia półkownika kozackiego Szelesta, który dał dowody swéj wierności w czasie rzezi i ozdobiony został portretem króla rzniętym na kamieniu do noszenia na szyi na łańcuchu; — daléj trzy mile znowu w pojezdzie ujechawszy ogromnych ukraińskich, stanął na nocleg wyznaczony w Stawiszczach. Hr. Plater tym milom olbrzymim wydziwić się nie mógł, gdyż za cały dzień śpiesząc ledwie ich pięć do sześciu zrobić było można.
Tu obszernie zastanawiając się nad przemysłem jeszcze naówczas nowym w Ukrainie, bicia bydła i wygotowywania go na sałhan, czyli łój, hr. Plater ubolewa, że tysiące roboczych wołów i jałowic tym sposobem wyniszczano, i uważa spekulacją tę za szkodliwą dla gospodarstwa krajowego; wzmiankując, że w dobrach Bohusławskich mnóstwo bydła w ten sposób zabijano, ciągnąc z każdéj sztuki zysk bardzo znaczny.
Ze Stawiszcz do Biało-Cerkiewszczyzny należących, wyruszył król rano między szóstą a siódmą, lecz dla tęgiego deszczu w nocy spadłego nie mógł się konno przejechać, i do Piatyhor w powozie dobiegł na pół do jedénastéj. Tu przeprzężono konie, o które się wcześnie postarał kasztelan Lwowski Popiel i po śniadaniu ruszyli daléj konno. Stanął król w Tetjowie w domu Ledóchowskiéj w-dzinéj Czerniechowskiéj na drugą i przyjęty był przez gospodynię, kasztelaństwo Popielów z córką, oraz generałowę Zbijewskę, wdowę, z domu Barskę. «Te dobra, pisze Plater, w których N. Pan dzisiejszą noc przebyć postanowił, a do których i Piatyhory należą, w czterdziestu kilku wsiach obszerne mające granice, dziedzictwem były sławnéj w teraźniejszych czasach z domu Denhoffownéj primo voto księżnéj Sanguszkowéj m. nadwor. Lit. a potém Rogalińskiéj, teraz zaś ani mężatki, ani wdowy, ani rozwódki. Ta z pod swojéj opieki wydawszy w-dzinę Czerniechowską z domu także Denhoffównę za zmarłego już wojewodę Czerniechowskiego, naprzód jéj dziedzictwa ustąpiła, a przed dwóma laty i z pod dożywocia swojego oddała, warując sobie sto tysięcy złotych rocznéj opłaty. Twierdzą niektórzy znajomi miejsca i tych dóbr, że do 150,000 importować one mogą, lecz ponieważ mało to mnie obchodzi mniéj, czy więcéj one pożytku przynoszą, a słusznie lękać nie powinienem, aby któś z boku nie zawołał: — Ne Sutor ultra crepidam, powracam do mojèj materji. — »
Z powodu obiadu, który gotował Tremo, jest tu gorąca jego pochwała, i przyznane mu królestwo europejskich kucharzy. Król zaraz po obiedzie udał się do swego pokoju, a dwór po wyznaczonych kwaterach. Hr. Plater mieści tu wczesny żal, że diarjusza swego dokończyć nie będzie mógł z powodu, że króla poprzedzi do Warszawy. Daszów nieco z traktu położony, zwabił hr. Platera, do domu ex-pisarza Lit. brata jego, gdyż wówczas był jego dziedzictwem. Zastał go tu na samém wsiadaniu na Wołyń. «Nie mogłem, pisze, z dala tego miejsca poznać, albowiem pożar przed dwóma laty sto kilkadziesiąt domów w perzynę obrócił, zbliżywszy się zaś znacznie, postrzegłem dom murowany, którego dawniéj nie było, zapewniający wszakże, że to było miejsce do którego dążyłem. Przed obiadem samym tylko przywitaniem zajęty, nie mogłem obejrzéć w miasteczku wszystkiego, lecz po obiedzie dogodziłem w téj mierze ciekawości zupełnie, plac naprzód zabudowania całego mieszkalnego, po większéj części w projekcie jeszcze będącego obchodząc. W tém co brat mój postanowił uczynić, to mnie najbardziéj zadziwiło i zastanowiło, że rynek miasteczka nowego w Daszowie Augustopol nazwanego chce uczynić dziedzińcem zarazem, dzieląc go na różne domy od strony facjat przednich szpalerami oddzielone, a z tyłu korytarzami z sobą połączone. Z tych uprojektowanych w rynku mieszkań pryncypalny i średni dom już był wystawiony i w nim mnie brat przyjmował. Chciałem był zaiste dłużéj zabawić, lecz na dniu dzisiejszym jeszcze mając do Lińców zjechać, gdzie N. Pan nocleg dla siebie wyznaczył, w prędkości tém bytność moją w Daszowie skończyłem, żem z bratem piechoto na wysadzaną drzewami drogę do Chmuryna wyszedł, gdzie mi pokazywał dzikości poddaństwa tutejszego dowody, w wyrąbywaniu co rok drzew sadzonych. Daléj z nim do domu nad stawem położonego, a dość od mieszkania głównego odległego przyszedłszy, tam na pensji (iż tak rzekę) będącą najmłódszą córkę pisarstwa nawiedziłem, a nakoniec w domu miasteczka starego jednym, kilka partij bilardu przegrawszy, koło godziny piątéj wyjechałem do noclegu królewskiego. — »
Król w Lincach stanął około piątéj, nie dla tego by późno wyruszył, bo o ósméj był już na koniu; ale dla zwykłych w podroży zwłok i ceremonjałów. W Czerniawce spotykali go lud, kahał, cechy, i sam Wróblewski cześnik Kijowski dziedzic miejsca. Ten chcąc uczcić przybycie królewskie, kazał ludowi sypać kwiaty po drodze i wywoływać Vivat Król, ale w najlepszych chęciach o mało kłopotu nie stał się przyczyną, gdyż rzucanie kwiatów i tumult ludu tak konie królewskie rozhukał, że nie byliby ich mogli powstrzymać furmani, gdyby koń samego p. cześnika równie rozhukany nie wpadł między cugowe, nie zmięszał ich i nie zatrzymał. Cześnik Kijowski utrzymywał późniéj, że to uczynił umyślnie narażając życie dla ocalenia króla, ale hr. Plater widocznie wierzyć temu nie miał ochoty. W Czerniawce we dworze przyjęli króla państwo cześnikowstwo, córka ich i przyszły zięć szambelana Mierzwiński. Śniadanie zimne i nieco przygotowanego obiadu przekąszono. Robi tu uwagę dworską hr. Plater, że pp. Wróblewscy i p. Mierzwiński, którego ślub miał za cztéry dni się odbyć, wcale nie umieli skorzystać z przejazdu królewskiego, gdyż mogli łatwo przyśpieszyć wesele, a przynajmniéj prosić o podpis króla na kontrakcie, czego jednak nie uczynili.
Do Linców przybył król na godzinę piątą, miejsce to dziś do hr. Platerów należące, było wówczas dziedzictwem ks. Sanguszki wojewody Wołyńskiego, który miał naprzód za sobą Potockę, Eustachego niegdy generała artylerji córkę, zmarłą ze skutków połogu, potem księżniczkę Sapieżankę kanclerzankę Lit., która po rozwodzie wyszła za Seweryna Potockiego, nareszcie wdowę z domu Pruszyńskę..
Sama księżna, książe wojewoda, siostra jego żony nie zamężna i druga Kordyszowa, przyjęli tu króla późnym już obiadem, na którym tak gęsto i niebezpiecznie krążyły kielichy, że N. Pan uciec od stołu musiał, i udał się na przechadzkę pieszo ku laskowi o wiorstę od miasteczka oddalonemu. Król późniéj odwiedziwszy księżnę, resztę czasu spędził w swoich pokojach; a towarzystwo bawiło się do jedénastéj.
Z Linców król ruszył się o ósméj, pożegnawszy gospodarstwo i podziękowawszy za pełne uprzejmości przyjęcie; przed Żorniszczami Wisłockiego starosty Kopigrodzkiego spotkali go lud, kahał i Księża Reformaci, mową łacińską z textu: Nunc dimitte servum tuum Domine. Mowę tę miał stary gwardjan, a gdy w niéj wspomniał o swych podróżach po świecie, spytał go król, gdzie bywał i dowiedział się, że po zabraniu Galicji w r. 1774 z dwóma innemi zakonnikami przedsięwziął pielgrzymkę do Ziemi Świętéj. Oświadczył także, iż podróż swą opisał i ofiarował N. Panu nadesłać dziennik ten, gdy go ukończy, co król wdzięcznie przyjął. W Niemirowie dziedzicznym Potockiego podkomorzego Koronnego, stanąwszy na godzinę dwunastą przy biciu z dział i honorach przez garnizon miejscowy oddawanych, wysiadł król przed rezydencją dziedzica, przyjęty przez domowników tylko, gdyż sam Potocki był wówczas w W. Polsce.
W czasie przeprzęgu i popasu koni, oglądał N. Pan naprzód dom kadetów utrzymywany przez Potockiego, których tu ze szlachty ukraińskiéj było 24, znalazł ich rozdzielonych na klass pięć, pod dozorem tyluż professorów i prefekta. «W salach dla oszczędności miejsca, długie i szérokie stoły koło których, i na których kadeci uczą się i jedzą, a które wreszcie po zdjęciu deski wierzchniéj do spania im służą, albowiem zamiast nóg ordynaryjnych, mają spód w formie skrzyni zrobiony i wewnątrz podziały zawierające pościele i rupiecie kadetów. Prezentował się w tym domu ks. prefekt Pijar, pod którego rządem są dwaj inni Pijarowie professorami, reszta świeccy.. Wyszedłszy z tego domu, poprowadzony został król przez Mullera entreprenera fabryk do dawnego Niemirowskiego zamku, który przez Potockiego na pomieszczenie fabryk i rzemieślników został ustąpiony.
Wchodząc w dziedziniec, spostrzegł N. Pan u bramy dwóch na warcie stojących kozaków w mundury przybranych, o których doniósł p. Müller, że są przydani dla bezpieczeństwa fabryk, a kiedy straży nie odbywają, są i pomocnikami. Wzdłuż dziedzińca ze sześćdziesiąt kobiét młodszych i starszych we dwa rzędy było uszykowanych, między któremi najwięcéj było żydówek co bawełnę przędły. Nie trzeba jednak rozumieć by tych prządek zawsze miejscem pobytu stałego miał być dziedziniec, bo praca przędzenia bawełny, (czém się właśnie zajmowały) w domach po mieście zwykle się odbywa, a tylko w dniu tym na dziedzińcu rozlokowane były, dla tego aby je król w gromadzie widział. W długiéj oficynie po prawéj stronie od wejścia na dziedziniec będącéj, a w téj w dwóch salach górnéj i dolnéj, są w jednéj krosien dziesięć do tkania kartunów, stołów dwa na których się one glansują i wreszcie wielki magiel ludźmi w kole chodzącemi obracany, z trzech walców grubych z drzewa gwajaku czyli lignum sanctum złożony. W drugiéj sali najwięcéj kobiétami napełnionéj tak jak piérwsza mężczyznami, jest do dwudziestu stołów, a około 12, czy 14 po sześć i osiém robotnic malujących od wolnéj ręki téż kartuny, około reszty zaś mężczyzni wyciskający formami drewnianemi wzory w różnych kolorach na białych płótnach. Daléj w innéj izbie same formy do drukowaniu kartunów wyrzynają się na drzewie, a inne z drótu wyrabiane mają na sobie desenie, równie jak drewniane do wyciskania wzorów potrzebne.
Prezyduje tu Dessynator biegle i gustownie bardzo posiadający tę sztukę, który z okoliczności przybycia N. Pana, allegoryczny rysunek mający uwiecznić pamięć bytności monarchy w fabrykach, prezentował, a dyrektor Müller prosił N. Pana, aby wolna była exekucja owego rysunku na kartunach, co téż i otrzymał. Wreszcie zaprowadzonym był N. Pan do farbierni, w któréj po odmalowaniu wzorów, dna kolorowym dają się kartunom; — do blechu, na którym w znacznéj liczbie rozesłane po ziemi widział, białe wszakże tylko dna mające; — do suszarni gdzie kolorowe kartuny z kotła wyciągane zawieszone pod dachem póty bywają, póki zupełnie wilgoć z nich nie wyjdzie; — do kantoru wreszcie generalnego, w którym porządnie w wielu izbach już księgi rachunkowe i kassa fabryczna, już towar wyrobiony i piérwsza materja jego z zagranicy sprowadzana się lokuje. Że zaś w składach tego kantoru widział król wielorakiego gatunku skóry, a dyrektor fabryk doniósł, że i ten towar z fabryk Niemirowskich pochodzi, chciał być i do garbarni prowadzonym, a w niéj podobnie doskonałych garbarzów i kosztowne materjały widział z ukontentowaniem. Był tu w kantorze skład lubo mały porcelany, ale już nie krajowego płodu, lecz niemniéj zadziwił N. Pana, gdy dyrektor Müller oznajmił o niéj, że jest Wirtembergskiéj fabryki, co do malowideł i fasonu nieustępującéj Berlińskiéj i zbliżającéj się do Saskiéj. W czasie obchodzenia z domu do domu, wypytującemu się monarsze o początkach fabryk Niemirowskich i onych do dziś dnia progressie, doniósł dyrektor, że przed pięcią laty sprowadzony przez Potockiego, przez trzy piérwsze lata na conto dziedzica utrzymywał fabryki, a po upływie ich na siebie wziął z obowiązkiem wypłaty dziedzicowi trzeciego grosza zysku: — że więcéj trzechset ludzi mężczyzn i kobiéty rachując razem, zajmuje się około tych manufaktur, a na samych rzemieślników wydawać musi rocznie do sześciu kroć stu tysięcy złotych, a nakoniec (co największéj satysfakcji dla N. Pana stało się powodem), że w tak krótkim czasie prawie wszyscy użyci do roboty w fabryce już są Polacy lub z Ukrainy ludzie, a z nich osobliwie co do wyrzynania form, już się znajdują zupełnie wydoskonaleni, i w każdéj z cudzoziemskich manufaktur najlepiéj kwitnących miejsce piérwsze i chleb swobodny mieć mogący. Po obejściu wszystkich fabryk wrócił się N. Pan do mieszkania podkomorzego we wszystkich pokojach umeblowanego obiciami fabryki miejscowéj, a w nim do zastawionego do śniadania stołu zasiadłszy i zaledwie trochę przekąsiwszy, ruszył w dalszą podróż o godzinie trzeciéj. — »
Tu następuje zasłużone dla dziedzica Niemirowa pochwały jego zapobiegliwości, i przedsiębierstwa, a razem dowodzenia jak wiele dobra dla kraju uczyniłyby pomnożone tego rodzaju zakłady.
O piątéj stanął król w Bracławiu, przed Bohem, przez który przeprawiać się musiał, spotkany od miejscowego starosty generała Kozłowskiego, a u drzwi domu przez książąt Czetwertyńskich kasztel. Czerniechowskich i Lwowskiego, oraz miecznika Koron. Grocholskiego i wielu innych obywateli w-dztwa Bracławskiego. W czasie obiadu, który po piątéj podano opowiadał starosta miejscowy, o obozowaniu blizko półtoraroczném pod Bracławiem Jana III przed obraniem go na tron Polski. Z powodu téj stopy wojennéj, na któréj Bracław utrzymywać się musiał w obawie Tatarskich napadów, osobną konstytucją sejmiki i sądy z miejsca tego przeniesione zostały do Winnicy. N. Pan chciał po obiedzie obejrzeć miejsce, które tradycja wskazuje jako obozowisko Jana III, ale mu nie dozwoliły kresy odchodzące do Warszawy, które expedjować był zmuszony.
W Bracławiu przyszła wiadomość, iż tegoż dnia w Tulczynie w-da Ruski tak niespodzianie zachorował, iż mu dwa razy krew puszczać musiano, z tego powodu pośpieszył się król z wyjazdem i wysłuchawszy w pokoju mszy odprawionéj przez ks. Suchodolskiego Kapucyna, ruszył o dziewiątéj z miejsca. O pół mili od Tulczyna, spotkał króla gospodarz konno w towarzystwie Grocholskiego kasztel. Bracławskiego, Czackiego podczaszego Koronnego, ks. Sapiehy generała artylerji i innych wielu Bracławian, formujących orszak do sześćdziesięciu koni wynoszący. N. Pan chociaż miał myśl sam konno wjeżdżać do Tulczyna, ale po krwi puszczeniu nie chcąc gospodarza mordować, zmienił projekt i wojewodę do karety zaprosiwszy ruszył daléj w assystencji reszty konno konwojującéj powóz do miasteczka.
«Staw duży, pisze Plater, na rzece dla wody bystréj Silna zwanéj, przedziela Tulczyn od wsi innego cale nazwiska, a na początku jéj gdy witany był N. Pan równie jak po innych miejscach od zebranego różnego rodzaju gminu, nadzwyczajne śpiéwanie żydowstwa wzbudziło ciekawość króla, by się przysłuchać ich pieśni, za danym więc rozkazem powóz się zatrzymał i prawdziwie osobliwą usłyszeliśmy muzykę, bo nie tylko różne instrumenta gardłem naśladowali, ale i harmonją prawdziwie muzykalną, nigdy u żydów nie praktykowaną. Kant sam był w języku hebrajskim, którego kopji polskiéj przymówił się król u p. wojewody. Po tém śpiéwaniu wybrany z między żydowstwa starzec miał w polskim języku przemowę, która wszakże do kantu podobna nie była, bo tyle żydowstwem trąciła, ile tamten go nie miał. Nie piérwéj jednak N. Pan ruszyć się pojazdowi rozkazał, aż gdy starozakonny Cicero poprzestał bajania, i daléj już jednym ciągiem postępując dążył do pałacu, któremu równego nie było i niémasz na Ukrainie, ale i większa stolica powstydzić by się go nie mogła. Krążąc około niego z przyczyny nieuplantowanego jeszcze dziedzińca można było ze wszystkich stron go oglądając wybornéj i poważnéj widzieć architektury dzieło i z daleka, bo złoconemi literami dużemi na pasie do kolumnady wyrobionemi, czytać napis charakteryzujący duszę i własność Pana jego, w tych słowach: By zawsze wolnych i cnotliwych był mieszkaniem. Bokiem pałacu a przez środek oficyny mającéj mieć za pomocą bramy komunikacją z innym dziedzińcem podług generalnéj planty, wjechał N. Pan na dziedziniec i powitany był od całego regimentu w r. 1784 przez wojewodę Rzeczypospolitéj ofiarowanego przy głośnym marszu i salutacji chorągwiami, a wysiadającego króla przyjęła u drzwi pałacu gospodyni miejsca wojewodzina Ruska z Mniszchową mar. Koron., Grocholską z domu Chołoniewską, kaszt. Bracławską, Potockiemi Sewerynową z domu Sapieżanką i ex-podczaszyną z domu Grocholską, Czacką podczaszyną Kor. z domu Potocką niegdyś cześnika Koronnego córką, Moszczyńską z domu Swiejkowską i Chołoniewską starościną Dubieniecką z domu Rzyszczewską, oraz innemi kilkunastu damami, które na górze przez gospodynię prezentowane były, a mężczyzni przez marszałka Koron., który tu króla trzema dniami poprzedził. Była sama dwunasta gdy król tu stanął, poszedł się nieco przebrać i zaraz powrócił na pokoje. Przed obiadem jeszcze prezentował wojewoda królowi chorągwie regimentu, nie tylko w duchu prawa, bo bez złota i srébra jedwabiami na kitajce haftowane, ale tém szczególniéj odznaczające się, że ręką saméj wojewodzinéj i córki wyszyte były. — »
Obiad na osób kilkadziesiąt podany był w sali nowym gustem ozdobionéj, któréj sufit na cztérech wielkich kolumnach oparty piękny i poważny przedstawiał widok. Około każdéj z tych kolumn nakryte były cztéry okrągłe stoliki, formujące kredensa bogate i wytwornie przybrane.
Przy odgłosie dział wypito naprzód zdrowie królewskie, potém król raz i drugi zagaił vivat gospodarski; raz jako gospodarza, późniéj jako fundatora regimentu i szefa jego, a zarazem całego wojskowego kompletu. Oprócz stołu w sali górnéj, były inne dla licznie zgromadzonych obywateli. Po obiedzie król się usunął i nie wyszedł aż o siódméj na pokoje, gdzie grała muzyka z samych poddanych wojewody złożona, ale wyśmienicie wyexercytowana przez kapelmistrza. Ten także poddany miejscowy, synem był kapelmejstra dla talentu uwolnionego, i dla przywiązania swojego do pana wojewody, od którego mimo zupełnéj emancypacji oddzielić się nie chciał. N. Pan dotrwał do wieczerzy, i siadł nawet do stołu. Nazajutrz o godzinie jedenastéj składał przysięgę wierności ks. Sadkowski koadjutor bisk. Kijowskiego obrządku wschodniego, w obec licznie zgromadzonych senatorów i urzędników, przy podniesieniu laski przez marszałka, i przemówił po łacinie wynurzając swe uczucia w imieniu całego duchowieństwa.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.