Podróż do Turcyi i Egiptu/List V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Potocki
Tytuł Podróż do Turcyi i Egiptu
Podtytuł Z wiadomością o życiu i pismach tego autora
Wydawca Żegota Pauli
Data wydania 1849
Drukarz Drukarnie D. E. Friedleina
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


LIST V.
6 Czerwca. Z Carogrodu.

Zdziwisz się WPani, kiedy Jéj powiem, iż w wielkiéj liczbie podróżnych przyjeżdżających do tego miasta, mało ich jest bardzo którzy dokładne onego czynią sobie pojęcie; z tém wszystkiém nic prawdziwszego nie ma: ci co najściśléj uważają, wysiliwszy ciekawość swą w odwiedzaniu pamiątek Grecyi, spoglądają na Turków jak na burzycieli tych czci ich widoków. Napełnieni tą myślą przybywają do Carogrodu, biorą mieszkanie swe u Franków i raz zaledwie przejdą ciągiem portu, żeby widzieć Meczet Ś. Zofii, i powrócić do domu.
Z młodości przykładałem się do historyi i do literatury oryjentalnéj, i ciekawość moja inną wcale postępować mi kazała drogą. Od miesiąca już trawię dni całe na przebieganiu ulic téj stolicy bez innego celu jak tylko żebym się nasycał ukontentowaniem, że w niéj jestem. Gubię się w najodleglejszych miasta częściach; błądzę po niém bez zamiaru i planty. Zastanawiam się albo też daléj bieg mój odprawiam, najlżejszą pociągniony pobudką. Częstokroć powracam w miejsca których mi zrazu zakazano wnijścia, i doświadczam, że mało jest nieprzystępnych uporczywości, a bardziéj jeszcze złotu. Słowa: jassak zakaz, Ołmas to być nie może, pierwsze które uderzają ucho cudzoziemca, głosem zysku przytłumione są nakoniec. Uczucie to mocniejsze nawet nad bojaźń, już mi otworzyło pałace wielkich panów, świątynie religii, schronienia piękności gdzie się wychowują i przedają młode dziewczęta przeznaczone zdobić Haremy, wszystkie te miejsca niewidziane nigdy przez pospolitych podróżnych. Częstokroć przypadek i wrodzona wschodnim gościnność ciekawość moją uprzedzają; lecz łatwo każdy pozna, że podobne przypadki dla tych są tylko którzy ich szukać umieją.

Wczoraj powracając dość późno drogą która z Kiachthan do Okmedan prowadzi, przechodziłem mimo ogrodu, który się gwoli świętu jakiemuś oświeconym zdawał; młodzieniec przystojnie ubrany stał przy drzwiach, i obracając się do przechodzących te im powtarzał słowa: Ludzie wszelkich narodów i wszelkiéj wiary! Ali Effendi zaprasza was, ażebyście byli uczestnikami radości jego, sprawuje bowiem obrzezanie synowi swemu. Wszedłem i przywitawszy się z Ali Effendim, przypomnieliśmy sobie wkrótce żeśmy się widzieli w Chocimiu, gdzie on na ówczas urząd Teftedara sprawował. Poznanie to równe jemu jak mnie przyniosło ukontentowanie. Z uprzejmością rozmawiał ze mną przez czas niejaki; jeden z jego Cziohadarów przyszedł potém i powiedział mu coś do ucha, rzekł zatym do mnie; Muszę porzucić cię, i iść przyjmować brata Wizyra i inne znaczne osoby, które mi tę cześć czynią i przychodzą widzieć ucztę którą dziś daję; ale oto jest człowiek który umieści cię tym sposobem, że wszystkie widowiska doskonale widzieć będziesz. Podziękowałem mu, i poszedłem za jego Cziohadarem w część jednę ogrodu, gdzie bogaty rozbito namiot: głąb jego zajmowała wystawa na któréj stał nowo-obrzezany z sześciudziesiąt innemi dziećmi, które Ali Effendi kosztem swoim obrzezać i ubrać rozkazał: liczny orkestr umieszczony był naprzeciw: młode chłopcy przebrani za dziewczęta wykonywali taniec który wyrażał rozmaite roskoszy odmiany; ruszenia ich najprzód powolne i umiarkowane coraz stawały się żywszemi, i kończyły się przez kiwania które oko zaledwie ścigać mogło. Myśl onych tak była dokładnie wydana, że się bynajmniéj nie można było omylić; tylko że przydawali giętkość która nie jest w naturze, i długiego chyba ćwiczenia owocem być może. Śmieszkowie po bokach tańcujących stojący, niezręcznie ich naśladowali, okazując wyraźnie niemożność dojścia téj doskonałości. Takie obrazy przed oczy dziecinne wystawiają się tutaj, nie trzeba się zatym dziwić jeżeli z najpierwszéj młodości ztępione mając zmysły nad tém wszystkiém co tylko roskosz ma w sobie najbardziéj podniecającego, wschodni mieszkańcy szukają czasem za naturą zbrodniczych uciech i nowych niesmaków. Lecz wszystko to niczém jest przy rozwięzłości którą codziennie widzieć można w Mehane. Tak nazywamy domy, gdzie przedają się trunki, którym zakaz proroka nowego zdaje się dodawać powabu. Domy te są w miejscach ustronnych; iść do nich potrzeba przez ciemne i kręte uliczki, wchodzi się nareszcie na wewnętrzny dziedziniec, który zdobią świeże wód wytryski, wystawy z drzewami i ptaszarnie. Lecz najbardziéj schodzą się tam Muzułmani dla Pusyow: są to młode i piękne chłopcy których postawa i rzemiosło nie są bynajmniéj wątpliwe, przybywają z muzykantami bogato ustrojeni, i chodzą około stołu póty, póki ich kto użyć nie raczy. Urząd ich jest nalewać napój, podawać kwiaty, śpiewać i tańcować; często kiedy go dobrze wykonywają, biesiadnicy kładą im na twarz mały pieniądz złoty, który pot przylepionym utrzymuje; lecz rzemiosło to nie jest bez niebezpieczeństwa i wyciąga wielkiéj rostropności, gdyż nieraz Pusyowie stają się ofiarami zazdrości i szaleństwa które sami wzbudzają. Podobne gusta obrzydliwość i wstręt zapewne wzbudzają najbardziéj kobietom, chyba że za winny sobie hołd zechcą przyjąć tę cześć która się oddaje stworzeniom tak bardzo do nich podobnym, żem się częstokroć sam omylił, najbardziéj zaś kiedy chłopcy przebrani byli do tańca. Nim list ten skończę, o innego jeszcze gatunku rozpuście bardzo tu zwyczajnym mówić Ci będę, to jest: o opium; tych którzy go bez ustanku używają zowią zelżywym imieniem Tiriaki, które to imię jednak niektórzy z chlubą noszą. Najmniéj majętni i najleniwsi zbierają się w miejsce zwane Tiriak Ciarsi; tam przechodząc bez ustanku z zachwycenia zmysłów do snu, i ze snu do zachwycenia, dni swe dobrowolnie skracają żeby je w zupełném siebie samych przepędzić zapomnieniu. Mówią że są łagodni i spokojni, byleby ich nieprzebudzić wczasie gdzie sen im jest potrzebny, albo też byleby im nie odbierać téj wolnéj trucizny bez któréj już obejść się nie mogą; na tenczas bowiem nie ma zapędu któregoby się dopuścili. Po ostatnim pożarze Carogrodu hurmem zebrali się, domagając się żeby im przywrócono ich Ciarsi, i Sułtan nieodwłocznie im to pozwolił.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Potocki.