Podróż do Turcyi i Egiptu/List III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Potocki
Tytuł Podróż do Turcyi i Egiptu
Podtytuł Z wiadomością o życiu i pismach tego autora
Wydawca Żegota Pauli
Data wydania 1849
Drukarz Drukarnie D. E. Friedleina
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


LIST III.
2. Maja. Na morzu.

Korzystając z wiatru, który się zerwał od północy i wschodu, wyszliśmy z Limanu. Bystry kręt wód w tém miejscu przejście to niebezpieczném czyni; niemogliśmy o tém wątpić, widząc na brzegu wyspy Adda dwa statki, które się tam rozbiły w tenże sam dzień, kiedym się tak ostrożnie schronił do portu Stanslawa. Płynęliśmy zawsze z miarą w ręku. Nakoniec szczęśliwieśmy się ztamtąd wydobyli, i wkrótce ziemia z oczu naszych zniknęła. Przyznam Ci się, że nie bez ukontentowania znalazłem się na otwartém morzu. To jednostajne widowisko nieba i wody, które tylu zasmuca podróżnych, nie sprawia na mnie podobnego skutku; przeciwnie zdaje mi się, że widok tego nieograniczonego przestworu, zapala imaginacyą, i żywą wzbudza w niéj chęć przebiegania onego. Wszystko podoba mi się w tym żywiole aż do jego niestałości. Lubię myśleć sobie, że łatwo pomieszać może wszystkie podróży méj ułożenia, i że jedno uderzenie wiatru może mię zanieść albo na nieznane prawie Gariealu i Mingrelii brzegi, albo téż do dzikich Abassassów. Może że myśli te zdadzą Ci się pustemi, lecz ja lubię tak Ci przekładać jak mi przychodzą, niechcąc ich usprawiedliwiać. Jeden tylko projekt którego się mocno trzymam, jest ten, żebym Cię téj zimy oglądał.

9. Na morzu.

Żegluga nasza na morzu Czarném długa i przykra była; przez trzy dni kołatani byliśmy ustawicznemi szturmami, które raptownie jeden po drugim następując, nie zostawiały nam i jednéj chwili spoczynku. Gdy jeden miotając długo mały nasz statek daléj niósł swe zapędy, chmura czarna z zapalonego odrywając się nieba, obiecywała nam drogę. Częstokroć punkt czarny zaledwie nad horyzontem wzniesiony groził nam trzecim, który wkrótce przybywał do nas. Przez cały ten czas więcéj mieliśmy przykrości, aniżeli niebezpieczeństwa, oprócz razu jednego gdzie wiatr chwycił nas za wszystkie rozszerzone żagle, i wtenczas niezręczność i tchórzostwo majtków ledwie nas nie przyprawiły o zgubę.
Po tych burzach nastąpiły cisze długie i nudne, które równie jako i wiry sprowadziły nas z naszéj drogi i przywiodły do tego, żeśmy tylko po jednéj szklance wody na dzień dostawali; co tém przykrzéj było, że upał był nieznośny, i że nie mając dosyć wody do gotowania innych pokarmów, całém naszém pożywieniem był suchar suchy, który pragnienie bardziéj jeszcze powiększał, i że mimo wszelkiéj naszéj oszczędności nie mieliśmy ich tylko jak na półtora dnia, kiedyśmy postrzegli wnijście przesmyku Carogrodu. Jużeśmy weń weszli, wody Euksynu ciągną nas powoli między brzegiem Europy i Azyi. Niebezpieczeństwa, utrudzenia, nudy, wszystko już zapomniane.

11. Z Bujukdere.
Przybyliśmy wczoraj do Bujukdere, wsi nader przyjemnéj złożonéj z domów samych Franków. Dragoman u którego mieszkam, chce żebym się tu zatrzymał przez dni kilka nim pojadę do Carogrodu; ale wątpię bardzo żebym miał tę cierpliwość.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Potocki.