Podróż do Rzymu w roku 1622

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
II.
Podróż do Rzymu w roku 1622.

Ibis Hyperboreos non segnis, epistola, campos...


Pójdziesz tedy, me pismo, pod niebo północne,
Gdzie Wisła grunt ojczysty podmywa i porze.
Nie wstydź się, że się chwieją twe kroki niemocne,
I że goniec strudzony pośpieszyć nie może.
Niełacno przeskakiwać stopami szermierzy,
Gdzie śnieżne garby Alpów aż pod niebem sterczą;
Niełacno się z Alpami Ceraunia zmierzy,
Alpy z gór Pirenejskich śmieją się szyderczo.
Często wąwóz skalisty i otchłań głęboka,
Lub zatrzyma cię śniegów niezłomna przeszkoda,

Póki zimno północne i słodszy dla oka
Widok pól macierzystych serca ci nie doda.
A tam zielona niwa rozściełać się pocznie,
I góra w sinej barwie coraz dalej znika;
Wnijdziesz w kraj nadwiślański, a tam już widocznie
Miękcej będzie na trawie stopom wędrownika.
Mimo zamków i grodów dzielnego Lechity,
Gdzie się po mokrej ziemi kręta Narew plącze,
Przyjdziesz odwiedzie Muzy pobyt znakomity,
W Pułtusku Apollina świątynie uchrończe.
Donieś tam towarzyszom o mojej podróży,
Żeśmy na włoskiej ziemi stanęli przyjemnie.
Pozdrów serdecznie Ojców, niech im szczęście służy,
I powiedz Nikolemu trzy słowa ode mnie.
Klęski naszej podróży, trudy niewymowne
Rozpowiedz szczegółowie w prawdziwej postaci.
Najprzód, w mieście Poznańskiem alumny wędrowne
Oddały pożegnanie pozostałej braci.
W braterskiem uściśnieniu, z mokremi powieki,
Ruszyliśmy w wędrówkę, rozżaleni srodze.
Wkrótce klarowne fale czarnej Odry-rzeki,
I granice marchijskie stanęły na drodze,
Aż w krainy saksońskie przyszliśmy nareszcie,
A Lipsk dachem gościnnym okrył nas w podróży.
Przykra wszakże gościna, bo w tamecznem mieście
Lutrowem się kacerstwem cały naród burzy.
Tu gmachy starożytne, marmurowe ściany,
Kościoły murowane ręką pracowitą.
Westchnęliśmy ujrzawszy dom Boży skalany,
Dziwili się bogactwom, co tak źle użyto.
Ledwo pierwszej jutrzenki błysnęło ognisko,
Ledwo oblała ziemię słoneczna pozłota,
Rzuciliśmy niewierne lipskie rumowisko.
A cały dzień pochmurny, i deszcze, i słota.
Biada mi! bo nazajutrz na pogodnem niebie
Jasne słońce paliło ognistą spiekotą;
Zda się, płomień gorący czułem koło siebie,

Zda się, węgle żarzyste moje czoło gniotą.
Gorączka ssała piersi, jak zabójcza żmija,
Czułem, jak biedne członki febrą odrętwiały.
Przyczyną tej spiekoty są góry i skały,
Od których promień słońca mocniej się odbija.
Bo jak twierdzi prostota, że w tutejszej stronie
Straszny skwarami lipiec, lecz gorętszy sierpień,
Wrzesień zaś zabój czerni waporami zionie,
Stąd idzie śmierć gwałtowna i tysiące cierpień.
Trudno zbadać przyczynę, bo przyczyn tysiące,
Czy zaraza z powietrza, czy z późnego żniwa?
Czy w stronie nadalpejskiej rozigrane słońce
Prostopadłej promieniem ostrym połyskiwa?
Z łona skalnych czeluści, tuż przy samej drodze,
Nieraz potok gwałtowny toczy się po ziemi;
Tam w warczącej kaskadzie me gorąco chłodzę
I czerpię zimny kryształ rękoma chciwemi.
Powoli — orzeźwiony kroplami wilgoci,
Począłem raźniej stawić niedołężne kroki.
Kroki stawić począłem, bo się wóz nie koci,
Bo konie pod ciężkiemi ustały tłomoki.
Nieraz, gdy koła grzęzły na błotnistej drodze
Lub z trudem przebywały kałuże czarniawe,
Tysiąc zwrotów, manowców, tysiąc dróg znachodzę,
Aby snadniej wyminąć bagnistą przeprawę.
Przebywszy ostre góry i głębokie wody,
I garby skał wiszących, gdzie się obłok kurzy,
Noweśmy napotkali trudy i przeszkody,
Które los nieżyczliwy stawił nam w podróży.
Oto las starożytny, gdzie truchleć potrzeba,
Pełny wiązów i dębów porosłych rozwlekle,
Stary wierzchołek lasu aż utonął w niebie,
A w lesie dziko, ciemno i straszno, jak w piekle.
Mimo ostrych wąwozów i wzgórków gromady,
Przegradzał rzniętą ścieżkę wielki odłam skały;
Stare pnie i kamienie, jakby sidła zdrady,
Przerażonym podróżnym drogę tamowały.

Przecież dążym odważnie, a żaden nie pyta,
Że zbójcy na rumakach tuż za nami jadą;
Zbrojny iskrzącym mieczem, lasowy bandyta
Otoczył nasze przejście i stanął gromadą.
Spojrzałem — noże z pochew zabłysnęły wszędzie,
Biegłe ręce zbójeckie rwą się do oręża.
Owdzie strzelec, uzbrój on w śmiertelne narzędzie,
Mierzy paszczę rusznicy i oko wytęża.
Wystrzelił, buchnął ogień z dymem i łoskotem,
Gwiznął ołów, wyrwany z piekielnej czeluści, —
I włos mi się najeżył, i zlałem się potem,
Pierś zaparta z przestrachu ledwo oddech puści.
I przyskoczyli zbójcy z wejrzeniem ognistem,
Barbarzyńskiemi słowy ich groźba zawrzała,
I dobyli sztyletów, i przeciągłym świstem
Dają jakieś poznaki, sygnały czy hasła.
Chciałem się bronie ręką, ale ręka mdława;
Patrzą wokoło siebie — i wóz bez obrony.
Wtem Nikolaj tajemne znaki mi podawa,
Widzę już oręż zbójcy ku niemu zwrócony.
Uderza moje uszy jego jęk i łkanie,
Drgnąłem — jakby me oczy zalał strumień krwawy,
Mniemałem już usłyszeć ostatnie konanie;
Dzięki jednak Niebiosom, to był krzyk obawy.
Wyrwałem się, skoczyłem — a tu obok puszcza, —
Zda mi się chyżej wiatru biegłem na bezdroże.
Kryjówka w gęstych liściach ledwo dzień przepuszcza,
Ciemny chróst moją ścieżkę ukrył w Imię Boże!
A tymczasem bandyta pastwił się zwycięski,
Nasze srebro ubogie, ów metal zwodniczy,
Źródło na całym świecie nieszczęścia i klęski,
Wszystek poszedł opłacać haracz rozbójniczy.
Tam stali towarzysze smutnie okupieni,
Rozmyślając nad dolą dalekiej podróży.
O wy, dęby szerokie! o stosy kamieni,
Których cień i kryjówka za mój uchroń służy!
Ozcmuście (ja was, pomnę, żałowałem w drodze,

Że musicie zwierzętom za jaskinie służyć),
Czemu, gdyśmy, ratunku wołali tak srodze,
Nie chciałyście nam echa waszego przedłużyć?
Pomnicie, kiedym krzyczał, jak marzący we śnie,
Kiedy mię przerażała towarzyszów strata:
Co tu jęków! co płaczu! ryczałem boleśnie,
Jako błędny Eneasz po zgonie Achata.
To drżę, to w trwożne serce znowu ducha biorę,
Badam, czy żyję jeszcze? — strach dał mi przestrogę,
Że jeszcze nie umarłem — stawiać kroki spore,
Przez gęstwiny i pola uciekam, jak mogę.
Biegłem, gdzie zwaliskami kończyło się pole,
Widok mię chat wieśniaczych ośmielił po trosze,
Wpadłem tu, jak posłaniec mej własnej niedole,
I płacząc, o schronienie i ratunek proszę.
Przyjęli mię wieśniacy; gdy strachu już niema,
Czułem, jak idzie para i pot z mego czoła,
Jak się chwieją kolana, jak się pierś wydyma,
A język odrętwiały słowa rzec nie zdoła.
Współbolały nade mną poczciwe wieśniaki,
Podzielały mój przestrach i moje rozpacze.
Opowiadałem traf mój przez gesta i znaki,
(Bo się mową tutejszą niełacno tłomaczę).
Ciżba przygód ciekawa zewsząd mię otacza, —
Łzy moje wywołały łzy w całej drużynie,
Widzę rosę na oczach każdego słuchacza,
Widzę, jak bujna kropla na twarzy ich płynie.
Potem ucztę wieśniaczą zastawili przy mnie:
Zsiadłe mleko i wodę z poblizkiej krynicy.
Zasiadłem, czerpam wodę, rzeźwię się na zimnie,
Lecz mi łza do napoju siąknie ze źrenicy.
Od łez woda zdrojowa zagorzkła w puharze,
Nie mogło brać posiłku bolejące łono.
Więc po skromnej wieczerzy dobrzy gospodarze
Sianem mi potrząsnęli pościółkę zieloną.
Ległem — a trwożne myśli biły się do głowy,
Mdłe członki nie zdołały wypocząć do rana.

O! jakże to okropny niepokój światowy!
Jak się długą wydała moja noc niespana!
Ileż myśli! a wszystkie tęskne i ponure.
Nim północ zaiskrzyła gwiazdy polarnemi,
Księżyc jeno rogaty, wypłynąwszy w górę,
Jako strażnik wartował przy uśpionej ziemi.
Wzdycham i kornie błagam porankowe słońce,
Błagam jutrznię, niech prędzej swoje blaski zsyła,
Wysłuchała jutrzenka modlitwy gorącej
I różowe oblicze z wody wynurzyła.
Wstaję, i błagam słońca, niech prędzej wypływa,
I modlę się Niebiosom w porannej zaciszy.
Wysłuchały Niebiosa — oto list przybywa,
Pisan ręką jednego z braci towarzyszy.
Krótkie były wyrazy w tym uroczym liście:
Nie odpisuj, lecz do nas śpiesz za naszym posłem.
Więc wybiegłem przez lasy — i wnet uroczyście
Poranne powitanie do Ojców przyniosłem,
I po wspólnym pokarmie sen wstąpił na lice.
Na chróścianej pościeli jak słodko się marzy!
Rankiem oku naszemu Bamberga wieżyce
Stanęły, jak zbawienie, jak port dla żeglarzy.
Tam była nasza przystań, Pieryd pałace,
Tam dziatwy Jezusowej zacisze klasztorne;
Gościnny dach przysłonił znużenia i prace,
Tam był słodki spoczynek i jadło wyborne.
Potem na Ratysbonę szukaliśmy śladu,
Kędy się bystry Dunaj wywija i kręci;
Dalej miejsce, gdzie dąży młodzież z Ingolstadu,
I Mnichów, strojny w mury i zamek książęci.
Przez Hallę, kędy kraju nadrzecznego smuga,
Droga nas prowadziła chropawa i śliska,
Gdzie wiekuje na górach zimowa szaruga,
A słoneczne oblicze surowiej połyska;
Gdzie Bryksenu, Bolsanu rosną winogrady,
Gdzie na gruntach trydenckich szczęsny rolnik orze,
Kędy droga, niepewna dla zbójeckiej zdrady,

Rzecznem chyba korytom odbywać się może.
Myśmy na drzewnej tratwie przepłynąwszy fale,
Już italskiem powietrzem napoili płuca,
Kiedy zorza wieczorna złoci się wspaniale,
Kiedy słońce kraśnieje i ziemię porzuca.
Złote książęce dachy, mantuańskie wieże
Koroną jasnych murów zabłysnęły zdala.
Weszliśmy, a gdzie tylko spojrzenie dostrzeże,
Mnogi naród po forum snuje się, jak fala.
Tam gmachy, wyłożone w marmur różnowzory,
Kościoły, bogatemi kopułami strojne,
Owdzie naród, tam żyją zacne senatory,
Owdzie z pięknym krużgankiem pałace dostojne.
Niemniej dziwi pielgrzyma Bononia bogata,
Niemniej Seneńskie miasto sławą starożytną.
Wszędy cuda! lecz w środku łacińskiego świata
Piękne mury florenckie najcudowniej kwitną:
Jak gromada fiołków wśród trawy zielonej,
Najpierwsze uwielbienie od przechodnia bierze.
Dalej środkiem pagórków, strojnych w winogrony,
Przyszło nam po Etruskiem żeglować jezierze.
Choć niebo w listopadzie zamglone i dżdżyste,
Na flamińskim gościńcu kłębi się kurzawa.
We sto kolumn podparte dachy uroczyste,
Owo cyrk zapaśniczy przed oczyma stawa, —
Owo Rzym się ukazał... O witaj mi, Rzymie!
Cześć wzgórkom palatyńskim! cześć świata ozdobie!
Domu gościnny ludów, schronienie pielgrzymie,
Matko prawdziwej wiary, pozdrowienie tobie!
Ile mórz, ile krajów w dalekim lazurze
Z wierzchołków Kapitolu naliczyćby możno!
Tam króluje pochyłe kwirynalskie wzgórze,
Owdzie gmach Watykanu z podstawą wielmożną,
Jak ojciec ze swych wieżyc patrzy się po globie,
Gdzie mu ziemskie mocarstwa uchylają czoła,
I Niebiosa, i ziemi połowice obie
Ochotnie wypełniają, co jeno zawoła.

Jakże jasna korona jego majestatu!
Jakże nań oczy ziemskie wytężyły oko!
Czołem z pod firmamentu rozkazywa światu,
A tyarą nad chmury błyszczy się wysoko.
Wielki przestwór i wielkie prace jego głowy,
W nim skupione i ziemskie, i niebieskie dzieła.
Oto, jak wielkim celom święty gród Piotrowy
Twa ręka, Konstantynie, z rozwalili podjęła!
Tyle wieków już liczy jego chrzestna karta,
Lecz go praca nad światem dotąd nie unuży.
To dźwignia kuli ziemskiej, na Niebie oparta,
Gmach, kędy ramię Boże za kolumnę służy.
Gdy w milczącej zadumie oglądam te mury,
Dążąc ulicą między gęste winogrady,
Już ciemniało, na ziemię padał mrok ponury,
A na niebie, ślad słońca, ledwie płomyk blady.
Oto dom Farnezyjski, wieczernik dla gości,
Zwana imieniem Jezus ta mieścina Boża.
Oto ranek — my w Rzymie, w krainie światłości.
W krainie muz łacińskich, w stolicy Grzegorza.
Tutaj Apollinowi cała rzesza służy,
Tutaj igrzysk parnaskich Pieryda słucha....
Lecz ten dom, ten spoczynek, kres naszej podróży,
Był kresem niespodzianej boleści dla ducha.
Nikolaj, co w ojczyźnie jeszcze cierpiał siła,
Był męczony od febry przez całe bezdroże;
Gdy mu wnętrze gorączka sroga przepaliła,
Legł tutaj niespodzianie na śmiertelne łoże.
Ach! dlaczegoż, dlaczego taką wieść mam głosić!
Blada śmierć już zastygła na braterskiej twarzy.
Ani zioła z Korcyry ulżyły mu dosyć,
Ani środki leczebne meońskich lekarzy.
Widzieliśmy, widzieli, drodzy towarzysze!
Jak smutnie nas pożegnał towarzysz umarły...
Czy go łzami opłaczę, czy wierszem opiszę,
Kiedy łkania bolesne: mój oddech zaparły?
Ja łzami na twą pamięć oblicze zaleję,

Lecz pieśnią mało twojej usłużę pamięci.
Ozy opłakać twą pamięć? czy losów koleje?
Czy dzieła pobożności i szlachetnych chęci?
Czy dolę krótkowieezną i zagasłe marnie
Wielkie skarby umysłu a zapał ochoczy?
Nad czem płakać? wszystkiego serce nie ogarnie...
Łzy bezpłodne! przestańcie zalewać mi oczy!
Albo raczej, strumienie i szerokie rzeki,
Co niesiecie do morza haracz znakomity,
Wielki Tybrze, co płynąc w ocean daleki,
Otaczasz święte miasto starego Kwiryty,
Puść memi źrenicami wszystkie twoje fale,
Niech się we łzy przemieni nurt pełny wesela,
Niech łoskot twojej wody wtórzy moje żale
Na smutne pożegnanie zwłokom przyjaciela.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Maciej Kazimierz Sarbiewski i tłumacza: Ludwik Kondratowicz.