Pod włoskiem niebem/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod włoskiem niebem
Podtytuł Fantazja
Wydawca Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Data wydania 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII.

Na rogu jednej z uliczek Transtevere jest nisza Madony. Stary to dom jeszcze, bo w nowych prędzej znajdziesz karjatydy z nagiemi piersi, termy, maski i maskarony, niż miejsce dla posągu świętego, dla ołtarzyka, coby w każdej chwili przychodniom rzucał myśl pobożną, sąsiadom stał niewygodnym świadkiem.
Spękała się ściana starego domu, ale rysa w murze zatrzymała nad posągiem, jakby zniszczenie szanować świętość umiało. — Wszyscy to za cud uznawali. W wyżłobieniu prostem, nieco nad ziemią wzniesionem, był posążek kamienny Matki Bożej z dziecięciem. Przed nią na mosiężnym łańcuchu, przez dawnych właścicieli fundowana, gorejąca co noc lampa. W niszy woskowe, drewniane wota i wieńce zeschłych kwiatów i bukiety, i robione kwiaty i wstęgi i czem tylko pobożność ludu ozdobić umiała swą świętość. — Sam posąg dźwigał także ozdoby na sobie. — Na szyi paciorki błyszczące, w ręku dziecka krzyżyk mosiężny, jakby przeczucie męczeństwa, wąż nawet u stóp dziewicy na głowie miał papierowe rożki zapewne na śmiech przyczepione. Dwie srebrne, złocone, sadzone szkłami korony, spoczywały na główkach matki i syna. — I nie dziw, Madona miała w całem Transtevere największą wziętość, przed nią najwięcej się świec paliło, a gdy powódź zalewała domostwa, do niej Transteveranie biegli o pomoc prosić. — Co wieczora prawie, a szczególnie w soboty, braciszek kapucyn z bliskiego konwentu przychodził z pobożnymi odśpiewywać loretańską litanię.
Właśnie na taki obraz natrafiamy.
U niszy klęczący braciszek, za nim z odkrytemi głowy ogorzali Transteveranie i kobiety z dziećmi na rękach i dziewczęta i chłopcy. Z pobliskich domostw wychylone głowy, złożone do modlitwy ręce i cisza w koło przerywana pieśnią tylko. — I nabożeństwu nie szkodzą wejrzenia miłosne płonące gdzieniegdzie i ku sobie skierowane, ani krew na żelazach nie zaschła, ani Bóg wie jakie myśli, przeplatające modlitwę. — Dziwny lud! powiecie. — Dziwny zaprawdę, lecz woleliżbyście, żeby nie mając umiarkowania w namiętnościach, nie miał i wiary? Nie lepiejże, że ma choć jedno? A że wiara nie potrafiła zgłuszyć w nim wybuchów pasji, czyż to wina wiary, czy wina ludu? czy wina natury starej i nałogów odwiecznych? U tego ludu odzywa się jeszcze w piersi pogańska cześć ciała i ubóstwienie rozkoszy nasycenia. — Wszyscy klęczą z odkrytemi głowy — na lewo Pepita, na prawo Jan, — Pepita patrzy na niego z wpół uśmiechem, on na nią. — I w tłumie powoli on zbliża się do niej i zagłuszona śpiewy wysnuwa się rozmowa urywana. — Twoje imię? — pyta Transteveranka.
— Juan.
— Juan! Juanito! piękne imię. Dziś wieczór Paolo w mieście, przyjdź pod okno od Tybru.
— O! przyjdę. Paolo twój brat — ?
— Nie brat mój, krewny.
— Kochanek?
— Co za myśl! Nigdy. Ja nie mam kochanka — zarumieniła się.
Wszyscy ruszyli z miejsc, bo się skończyła Antyfona, a poczęła kwesta przy odgłosie dzwonka, każdy dawał co mógł, co miał. I Jan rzucił pieniądz. — Nie wiedział że i rozmowy jego i wejrzeń na Pepitę był ktoś niedaleki świadkiem. Nie Paolo, ale Lazar, który z daleka nie spuszczał z oka Pepity, ilekroć się z domu wychyliła. — Nie słyszał on słów rozmowy, ale widział ust poruszenia i domyślał reszty. — Gdy Jan posunął się ulicą, Lazar narzuciwszy kapelusz na oczy, puścił się w trop za nim. Pepita to postrzegła.
Lazar mio, caro! — zawołała — Lazarino.
Przyjaciel niechętnie dźwięcznym głoskiem zwabiony odwrócił się. — Ona z uśmiechem wzywała go palcem ku sobie. Ciężki był wybór, ale nieuchronny. Lazar raz jeszcze obejrzał się na Jana i zawrócił.
— Czego odemnie chcesz? — spytał szybko, myśląc że jeszcze dogoni nieznajomego — mów Pepita, bo nie mam czasu? — Do prawdy? — szydersko odpowiedziało dziewczę — Lazar nie ma czasu dla Pepity? A więc idź, nie zatrzymuję, idź, lecz pomnij...
— A szatanko, mów, czego chcesz odemnie?
— Nic, nic, Lazaro, wszak czasu nie masz. — I zwodziła go tak przedłużając umyślnie rozmowę, aby Juan miał czas ujść im z przed oczów. — No mówże, mów, a prędko mój aniele — dodał zbliżając się — czego chcesz odemnie. Czy żebym Paola wybił? czy żebym ci przyniósł kwiatów lub wstążek?
— Nic, nic, wszak Lazar czasu nie ma. — A Lazar oglądał się niespokojnie ku oddalającemu Janowi i Pepita także. Trwało to chwilę, już go widać nie było — Pepita rozśmiała się wesoło.
— Idź Lazar, idź, nic nie mam do ciebie, jam cię tylko zwiodła, abyś nie szedł za nim. Wszak za nim iść chciałeś, nieprawdaż?
Lazar zgrzytnął zębami z gniewu i pięść jej pokazał. — E, Pepita! zawołał, pamiętaj żebyś nie wpadła na zemstę Lazara.
Dziewczyna choć z przymusem się rozśmiała.
— Za cóż się będziesz mścił? — spytała.
— Za moją miłość napróżną...
— Mścij że się na sobie, ale nie na mnie. Cóżem winna? Ja ci mówię ciągle, że nie kocham ciebie.
— Ja ciągle powtarzam, że cię kocham.
— Tem gorzej!
— A ty dajesz się ułowić wdzięcznym słówkom heretyka, tedesco z białym włosem i szklannemi oczyma. Myślisz, żem waszej rozmowy w czasie nabożeństwa nie słyszał?...
Dziewczyna pobladła, zgryzła koniec chustki w białych ząbkach, pokręciła głową: — Doprawdy? spytała, — słyszałeś całą rozmowę. — I spojrzała tak w oczy Lazara, że ten mimowolnie się zmięszał. — Powiedz mi cóż słyszałeś?
— Powiem to Paolowi.
— Zapewne, to najlepiej. — To mówiąc obróciła się, zmierzyła go hardym wzrokiem i odeszła.
Lazar puścił gniewne wejrzenie w ulicę, ale Jana już nie było, wyrwało mu się przekleństwo, zacisnął zęby, podumał i wrócił. — A wieczór i noc szybko padały na Rzym, chwilę jeszcze ostatniemi blaski świeciły chmury, świeciły wieże, potem ciemniały, gasły, i szata nocy pociągnęła się lazurowa po niebiosach, czarna po ziemi, na niebie złotym piaskiem gwiazd potrząśniona, na ziemi świecąca wodami i ogniskami, jak bramowaniem ognistem. — I Rzym z siesty się obudził, przeszedł do wieczornego życia, do śmiechu, śpiewu, przechadzki, miłosnych gwarów i gitary.
A w oknie winną latoroślą osłonionem nie było nikogo, Lazar próżno w nie poglądał. Bo Pepita oddychała powietrzem wilgotnem nad-tybrowem.
Tam u żółtego rzeki brzegu stał Juan w płaszcz owinięty, a ona wychylona ku niemu, rozmawiała po cichu.
Jaka to była rozmowa?
W naszym języku słów może brak na nią. A potem słowyż to pisać kochanków rozmowy? Tam więcej uczuć i myśli, w drgnieniu spólnem serca, w wejrzeniu głębokiem, w jednem westchnieniu, niż w całych stosach ksiąg naszych. Biedne, biedne blade wyroby nasze, tem tylko czem się za brzegi wyleje czara uczucia, karmi się książka; ten zbytek co nie ujmuje uczuciu nieskończonemu, ta cząstka niepostrzeżona zbiera się, suszy i składa w karty poetów — pisarzy. Lecz cóż to przy żywem zjawisku? Cień blady, część czegoś odłamana, której brak tego czem żyła, brak barwy, głosu, żywota. — Wyobraźnia czytelnika, sercem dorabiać musi co braknie poecie — biada, gdy się trafi na zimne serca. — Wówczas poeta niepojęty i obraz fałszywy.
Rozmowa z Pepitą? spytacie — A! była to odwieczna kochanków rozmowa. — Znacie wszakże Shakespearowską Romea i Julji rozmowę? Wszyscy znajdują ją śmieszną — ona jest dziwnie prawdziwa, ale to głos płomiennego uczucia, który na zimno śmieszny się wydaje: — Królowo, gwiazdo, aniele, słońce moje. — To wiele dla was, dla kochanka mało, on bóstwem ją uczciwszy, czuje, że jeszcze nie powiedział wszystkiego.
A z jej ust w początku coś płynie słodkiego, cichego, wstydliwego, póki zewnątrz zapał jego, wewnątrz bijące coraz mocniej serce, nie zafarbują wyrazów ogniem. — Naówczas nastrojona jednym tonem płynie wielka pieśń miłości, cudowna — a dla was, dla nas, dla świata — śmieszna. Jak śmieszny pijany, jak niepojęty szalony! Bo wszystko w świecie jest urągowiskiem, jest dziwną sprzecznością, jest walką dwóch żywiołów, dwóch pierwiastków, chłodu i gorąca, szyderstwa i uczucia.
— Paolo powróci jutro, kiedy się zobaczym?
— A! Juanito, alboż wiem; przejdź ulicą, gdy na winnej latorośli w oknie zobaczysz schnącą chustkę białą, to znak, że widzieć się nie możemy. Unikaj Lazara.
— Kto Lazaro?
— Mój sąsiad, inamorato, prześladuje mnie miłością swoją, ale ja go nie kocham. — I dziewczę uśmiechnęło się dziwnie.
— On po litanji gonił za tobą, dodała, ja go wstrzymałam. Szczęściem nie dostrzegł ciebie i nie podsłuchał rozmowy, choć się z tem chwalił.
Śmiech dał się słyszeć tuż blisko — Pepita skostniała od strachu — Jan uczuł na barkach ciężką rękę, która go z urwistego brzegu w Tybr silnie popchnęła. Chciał się zatrzymać i pochwycić niewidomego nieprzyjaciela, ale straciwszy równowagę, potoczył się i padł do rzeki. — Szczęściem woda tu była nie głęboka — pęd jej nie szybki, po mieliznie Jan zamoczył się tylko, ale przelękniona Pepita krzyknęła, i miotając przekleństwy na Lazara, — on to był bowiem, — zawołała przytomna zawsze Janowi.
— Juanito, na prawo i rzuć się na tego zbójcę.
— Zbójca sam się na niego rzuci. — To mówiąc Lazar, już był nad wodą.
Jan dobył sztyletu i oba rzucili się na siebie z wściekłością. Pepita znikła z okna.
Nad wodą Tybrową, dwaj zapaśnicy zawinąwszy płaszcze na ręce, miotali się w próżnych ku sobie wysiłkach. Jan wyuczył się bić sztyletem, a myśl że Pepita nań patrzy, że czarno-oka ma być tej walki wygraną, dodawała mu siły i zręczności. Jeszcze rozmarzony rozmową, co go w siódme niebo uniosła, byłby na olbrzyma się porwał. Lazar był silny, ale w tej chwili niższy duchem od przeciwnika swojego; jedno zemsta i gniew nim władały. A tam była miłość i gniew i zemsta i zajadłość i uczucie szczęścia, tyle siły wlewające w człowieka. Dwa razy Lazar przeszył na ręku Jana grubo nawinięty płaszcz, dwa razy żelazo zimne drasnęło go po skórze; raz znowu dobył się sztylet aż do piersi jego, ale nie głęboko. Lazar kilkakroć ranny wściekle przeklinał i coraz popychał w wodę przeciwnika.
W tej chwili Pepita ukazała się na brzegu z rozwianym włosem, zapalonem okiem i żelazem w ręku. Lazar tyłem był ku niej zwrócony, i nim ją obaczył, już poczuł uderzenie z tyłu, którem go raniła w krzyże. Zachwiał się, Jan zwrócił i popchnął go ku wodzie nowem uderzeniem.
Lazar dwa razy tylko zawołał: — Pepita! Pepita — pochylił się i upadł w Tybr. Plusnęły fale.
W tej chwili Jan ulitował się nieprzyjaciela, rzucił się go ratować; ale pochylony nad nim, wnet w silne schwycony ramiona sam upaść musiał. Nowa tedy walka na którą płacząc z załamanemi rękoma patrzała Pepita. Ciemna noc nie dozwalała dojrzeć co się tam działo na fali Tybrowej; ale zwabieni krzyki sąsiedzi już biegli do brzegu, biegł Paolo z nimi. Jeden z nich powstał tylko, na to czekała dziewczyna, zwróciła się pobiegła.
— Juanito mój żyje, — zawołała — Lazar z wodą popłynął.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.