Pod włoskiem niebem/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod włoskiem niebem
Podtytuł Fantazja
Wydawca Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Data wydania 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

VI.

Jan całą noc przepędził w marzeniach. Przed oczyma jego czarowny obraz Pepity w ramkach kamiennego okna, ozielenionych latoroślą winną, błyszczał jak drogi kamień z czarnej wydobyty ziemi. Wyobraźnia jego szlifowała drogi dar losu i przyglądała się jaśniejącym rozetom czarodziejskiego skarbu. Z gałązką jaśminu w ręku siedział w oknie. Bał się zasnąć, aby sen nie przegrodził zapomnieniem, nie okradł mu rysów drogich.
— Gdy jutro wstanę, myślał, czyliż tak żywo znajdę utkwiony jej obraz przed duszą moją? Czyż nie przeleją się po nim marzenia starego, spłowiałego życia i nie naniosą nań mułów, nie skalają mi go?
I w ulicy już dawno wszystko spało, już Milanese sklepik swój przymknął, fontanna tylko nieuspana mruczała, i czasami krok opóźnionego ozwał się tylko na kamieniach, a Jan nie spał jeszcze. Gdzie mu tam sen, przy takiem serca biciu, duszy rozkołysaniu? Już nareszcie myśl, pragnienie, żądza, wzięły na się ciało, oblekły w postać i obiecywały przyszłość, rzeczywistość! Lecz będzież to spodziewane, będzież to serce gorące, miłość olbrzymia, wielki ów pożar pożądany? Z tych oczu czarnych i płomiennych, czy patrzy uczucie czy szyderski chłód? Może to tylko wesoła zalotnica, może zimna małpeczka, może... I Jan obawiał się puścić serca za daleko i wstrzymywał się wędzidłem silnej woli. A tym czasem przed oczyma stała mu Pepita. Pepita w okienku latoroślą winną strojna, w kraśnych koralach, w złocistych zausznicach, z koralowemi także usty, z słoniowemi ząbkami, i słyszał głosik jej szepczący: — Dobra noc. — Co mu tam niebezpieczeństwo! Wiedział że się narażał na sztylet czyjś, na zemstę Transteveranina, ale ofiara życia za godzinę miłości czemże jest? Tak mówił w sobie i miał słuszność. Ofiara życia niczem przy rozkoszy uczucia nadziemskiej szczęśliwości. Ale ile tu warunków! ile razy serce zastygnie myślą: — Miłość-że to szczera, wieczysta, czy burza chwilowa, czy namiętność cielesna, czy zwodnicza przedaż, czy bezmyślne obłąkanie? I noc schodziła, a wschód się wyjaśniał, rumienił, promienił, złocił, zapalał, gorzał, roztaczał ogromnem morzem jasności, a on oka nie przymknął. Trzymał zawiędłą już gałąź jaśminu i marzył. Roma spała po bezsennej także nocy. Cisza głęboka, uroczysta nad nią, i słońce tylko zdawało się starego pilnować grodu. W dalekich gdzieś klasztorach dzwonki brzęczały na jutrznię, pastuszek zaspany gnał krowy ciężko idące i wąchające ziela po ruinach, odarte sługi stare nabierały wodę po fontannach wyciągając ręce. Gdzieniegdzie odsunęła się okiennica, przymknęły drzwi, gdzieniegdzie wymknął się ostrożnie po za się oglądający kochanek, za nim główka niewieścia wyjrzała trwożliwie rozpuszczone zgarniając włosy, trąc ciężkie od snu powieki i otwierając na pół spalone pocałunkami usta. Znów cicho, znów głucho, fontanna kroplisto spada powoli, drzwi skrzypnęły, rzemieślnik wstał i różaniec obracając w rękach mruczy pacierz bez myśli. Jan usnął ze dniem. Czarodziejska noc skończyła się, rozczarowany dzień zaświtał i siadł na oczach, usta jego jeszcze dotykały jaśminowej gałązki. Spał w oknie siedząc, a w pół wychylony na ulicę nie poczuł rannego chłodu, — tak mu w sercu było gorąco.
Tymczasem zbudziło się miasto i ruszyło żyć. Coraz gęściej a gęściej szli tędy wieśniacy z willi sąsiednich, braciszkowie kwestarze, dziewczęta — i stare kobiety w czerni spieszące do kościołów.
Żywo, żywo biegła dziewczynka ulicą, okryta czarną jedwabną wytartą zasłoną, z pod której patrzał owal białej twarzy i dwoje oczu cudnych blaskiem.
To Pepita — sama jedna.
Wesoło w pół-dziecię pogląda po pustych balkonach, po oknach, na rogi ulic, na przechodniów; nagle stanęła. — I patrzy, patrzy, a lekko jak różyczka zafarbowała się twarz jej, zadrgały powieki.
— To on — rzekła w duszy — o! to on, to mój znajomy wieczorny. Nawet spi jeszcze z gałązką moją przy ustach. Povero! Poveretto!!
I na końcu drobnych paluszków zbliżyła się ku otwartemu oknu, wstrzymując oddech, a serce jej biło, biło — aż się mała pierś dziewicza rozkołysała namiętnie wzruszona. — Obejrzała się długo, czy nikt nie patrzy. Nikogo — pusto — nikogo! Nawet Milanese okna jeszcze swego sklepiku nie otworzył. Więc się lekko jak ptaszyna spięła na kamienny gzyms domostwa i na czoło blade Jana przyłożyła usta różowe, gorące, młode jeszcze a już tak płomienne!
I nagle ożyło czoło, otwarły się oczy, krzyk dziwny wydobył z piersi. — Spojrzał, poznał ją, wyciągnął ręce, ale śmiejąca Pepita już była daleko, już nikła na zakręcie uliczki żegnając się przed drewnianą Madonną.
Pojmujecie rozkosz tego przebudzenia pocałunkiem, to wstrząśnienie serca na widok marzonej kochanki, której czarne oczy zjawiają się nagle nad tobą? Gdyby ją nie ujrzał odbiegającą szybko, Jan by to za sen był wziął uroczy, za marzenie rozkoszne. — Wybiegł za nią, ale napróżno — wiatr tylko tak odchodzi jak odleciała dziewczyna. Natomiast Milanese w białej szlafmycy, krótkich spodniach, kolorowych pończochach i ledwie nasuniętych na nogi trzewikach, z wybladłą żółto-pargaminową, długą, pooraną i małemi oczyma tylko połyskującą twarzą — spotkał go oko w oko.
— Buon giorno! Dobrze się wam dzień zaczął, — rzekł szydersko do Jana, odmykając rygle okiennic i ścierając pył z wystawy sklepiku. — Bodaj to całą noc czuwać, żeby się podobnego daru doczekać! A! młodym to tylko rosną takie kwiaty!
Jan już się cofnął, ale na ostatnie słowa Milanesego kilka osób nadeszło. — Młoda kobieta z dziecięciem, wzór Madonny wczorajszy, młode dziewczę Annunciata, Charita i Antonio.
— Co tam za kwiaty? Signor Bartolo? — Ba! ba! — mruczał Milanese — kwiaty miłości. — Cha! cha! — zaśmiała się Annunciata długo poglądając na Antonia. — Bartolo śnił o miłości w objęciach żony?
— O! nie ja, to nie ja!
— A któż?
— Mój sąsiad, Tedesco-Juan, spał w oknie, musiał całą noc po kraju miłości wędrować, i jeszcze na dzień dobry przyleciał motylek, co go obdarzył pocałunkiem.
— Jaki motylek?
— Dziewczyna! rozumie się dziewczyna! Ale nie z naszej ulicy. Widziałem ze stroju — Transteveranka.
— Otóż widzicie dla czego — przerwała Annunciata — nie chciał Pepity naszej na wzór Bachantki, ani naszej Madonny.
— Poszukał sobie za Tybrem synogarlicy — rzekł Milanese. — E sempre bene, byleby nie skończyło się krwawo. — Zawsześ bojaźliwy choć Rzymianin — odpowiedziała Annunciata szczerząc ząbki — boisz się sztyletu, boisz złodzieja, boisz żony, boisz córki.
Bartolo potrząsł głową. — Nikogo się nie lękam, ale umiem być ostrożny. To też zachowałem się, mimo srogich niebezpieczeństw, cało na ciele i na honorze.
— Myślisz? parsknęła śmiechem Annunciata, i potrząsła głową i odchodząc zaśpiewała. — E sempre bene! — Bartolo Milanese wyjmując posążek Fauna z za desek i oczyszczając go rękawem koszuli, wzgardliwe na nią rzucił wejrzenie. Wszyscy się rozeszli.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.