Pod włoskiem niebem/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod włoskiem niebem
Podtytuł Fantazja
Wydawca Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Data wydania 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

V.

Jednej nadziei do życia za mało, zwłaszcza gdy prócz niej nic nie zajmuje, nie nęci człowieka. Jan to uczuł — życie mu ciężyć zaczynało. I klimat Rzymu przywalił go, ucisnął. — Jakiś nieopisany wstręt do ruchu, do pracy, pragnienie spokoju, trzymało go w bezczynności gnuśnej, w pół sennej. Tymczasem wszyscy bogaci uciekali ze stolicy. — Papież wyniósł się z Watykanu na Monte Cavallo, magnaci, bankiery, cudzoziemcy rozjechali po willach, rozsypali nad brzegami morza, poszli szukać chłodu w zakątkach Italji. Nawet artyści młodzi po większej części zbiegli na przedmieścia i wille, bo modele ich, barczyste Antynousy i Herkule, wdzięczne dziewczęta z czarnemi oczyma nie chciały służyć za wzory, wolały spoczywać, na gitarze brząkać, a gdy noc przyszła, na wschodkach domostwa zasiadać, lub po pustych placach Rzymu nieskończone odbywać przechadzki, pod cudowną osłoną przezroczystych niebios, pod skrzydłem wiatru chłodnego. — I pusto było w Rzymie. — Słońce samo w nim mieszkało — i ubodzy. Po placach nie widać powozów ni liberyj kardynalskich, nie słychać turkotu karet poselskich i bankierskich; po ruinach nie spotkasz tego ludu artystów, co z duszą rozpłomienioną i ołówkiem, chwyta na papier Rzym ze wszystkich stron jego, od strony przeszłości, od teraźniejszości, od poezji i prozy. — Cicho, głucho — kilka krów i kóz pasie się na Campo Vaccino, gitary brzęczą jakby je wiatr poruszał, brzmi piosnka ale półgłosem, nawet Pulcinello uznał, że gorąco i spać się położył. — Sklepiki rzemieślników i antykwarjuszów w pół tylko — jakby senne, jedno otworzyły okno; a stare figurynki bronzowe zielonawej barwy drzemią na półkach zapylone, czekając na Anglików. Cicerone nie łapią po ulicach nikogo, odpoczywają także i chłodzą się opowiadając przeszłoroczne wyprawy. W garkuchniach ledwie znajdziesz maccaroni pływające w oliwie, i nie ma go komu podać, a chcącemu zjeść dziwią się jak osobliwemu zjawisku. W tej porze bowiem Włosi żyją wodą, owocami i snem; i nie pojmują jak drudzy jeść mogą. — Pomimo opustoszenia, Rzym w tej porze według mnie, największe może na podróżnym czyni wrażenie. Nic nie wadzi widokowi jego poważnych ruin, nic nie rozrywa uwagi — ten wiatr spiekły, przechadzający się po stolicy, to głuche milczenie, są nowym wdziękiem dla Romy. — Karnawał ze swemi confetti, ze swym szałem, z wozami, z wrzawą, przykre czyni tu wrażenie, jakby stypa u łoża konającego, stypa szalonych. Nawet Bazylika św. Piotra bez Anglików, coby w niej śniadali, rozpierali się i gospodarzyli, daleko uroczystsza. Nawet milczenie ulic zmarłemu grodowi do twarzy. — Jan spoczywał — czasem tylko, gdy spoczynek go znużył, brał ołówek do ręki, papier i szedł rysować. Przypomniał sobie, że w duszy był artystą, w Rzymie to przypomnieć najłatwiej, a ktoby nim nie był, zostać. Ale nie ruiny przenosił na papier, żywe życie raczej, ile go mógł w tej obumarłej porze złapać. — Książkę białą zapełniały twarze kobiece, twarze ogorzałe dziewcząt Rzymianek, dojrzałych pań i niedorosłych w pół dzieci, co już przeczuciem namiętnego życia uśmiechały się na świat. — A obok nich na straży stawali czarnowłosy mężowie i bracia w swych malowniczych ubiorach, z groźnemi, to śmiesznie pokornemi rysy. — Jednego z tych cudnych wieczorów, w których Rzym wychodzi ze skorupy, aby pociągnąć powietrza i nasycić się nocą włoską, kiedy ze wszystkich okien i ganków brzmią gitary, słychać śpiewy, śmieszki i rozmowy, kiedy u fontan dziewczęta z dzbankami długo kołem stoją poopierane o marmurowe brzegi; jednego z takich wieczorów Jan wyszedł zamyślony w miasto. Po drodze sąsiedzi domu, w którym stał, wskazywali go sobie palcami.
— Tedesco! Niemiec — mówiły dziewczęta — malarz, ale podobno chory czy szalony, bo chodzi ponury... Pepita stręczyła mu się na wzór do Bachantki, nie chciał przyjąć, nawet nie spojrzał. A Pepita ma piersi Bachantki, usta Bachantki, kiedy się przepasze bluszczem i na wznak położy z tyrsem w dłoni, rzekłbyś, że marmur ożył.
— Cóż robi?
— Nic nie robi.
— Czy ma kochankę?
— O! nie ma, Pepita szpiegowała go, zawsze sam jeden, tylko się czasem włóczy po nocy.
U otwartego w pół sklepiku Bartola Milanese, który się zabawiał przedażą figurek bronzowych, medalów fabrykowanych i połamanych marmurów, ozwał się śmiech szyderski. — Wszystkie kobiety obróciły się ku niemu. Sam to bowiem Milanese siedział sparty o krawędź drzwi swoich, i wysłuchawszy rozmowy, śmiechem na nią odpowiedział.
— Co ci Milanese? — spytała młoda kobieta z dziecięciem. — Per Baccho! śmieję się z waszych domysłów! — odparł brzęczącym głoskiem chudy, połamany staruszek. — To nie jest artysta. — Przepraszam — przerwała młoda dziewczyna — widziałam go rysującego. — Co? kogo? — zapytał Milanese. — Per Dio, wiem co, ale na cóżbym ci się miała spowiadać, Milanese, wysłuchaj lepiej spowiedzi swojej żony i córki. — O! szatanka! — brzęknął stary — a cóż w tem za tajemnica? — Widziałam go rysującego.
— Toć i ja go widziałem.
— A mówisz, że nie artysta?
— Nie. Uważałem go w pierwszych dniach przybycia. Artystę wówczas poznać można, wy wiecie, lata jak szalony, nie je i nie spi, boi się żeby mu Rzym nie uciekł.
— A on?... Patrzał tylko na kobiety.
Kobiety spojrzały po sobie, a potem za oddalającym się Janem, którego czarny płaszcz jeszcze migał na ścianach pałaców białych.
— I dla tego — dodał Milanese — zamknąłem żonę, żeby nie patrzała w tę stronę ku jego oknu, a córce kupiłem bronzowe kolce.
Gdy tu się toczy rozmowa, Jan zamyślony zapuszcza się w głąb miasta. — Czem dla Europy Włochy, we Włoszech mieszkańcy Rzymu, dumni ze swego pochodzenia od ludu wypieszczonego przez Cezarów, i karmionego, bawionego przez świat cały — tem w Rzymie są Transteveranie, mieszkańcy drugiego brzegu Tybru. — Jest to jakby oddzielny, w pół dziki naród, dziwnie namiętny, ognisty, równie łatwy do boju, zwady i krwi rozlewu, jak reszta teraźniejszych Rzymian do korzystania z dobroduszności podróżnych, do oszukaństwa wszelkiego rodzaju. Rzekłbyś, spojrzawszy na twarze dzikie, na brwi czarne, oczy ogniste, czoła poorane i sztylety zawsze rdzą krwawą okryte, że to osobny naród, jakieś potomki barbarzyńców, co Romę jak robaki stoczyły; — tak niepodobni do reszty Rzymian podłych, uniżonych i szalbierzy. Transteveranów boją się nawet ich współziomkowie, albowiem nie ma dnia bezkrwawnego na drugim brzegu Tybru, nie ma kłótni bez rozlewu krwi, i policja papiezka lęka się zbyt daleko zapuszczać za płowy Tybr. Przypadkiem to czy umyślnie do Transteveranów Jan zabłądził, nie wiem. Ale tu inny pozór miało miasto. Uliczka, którą szedł, nie rozlegała się śmiechy i żarcikami Pulcinellowemi, głucho przebrzmiewały gitary, prawie nie widno było kobiet, mężczyźni z chmurnem wejrzeniom siedzieli na progach domostw — gdzie niegdzie na rogu płonęła drżąca lampa przed kamienną we wstążki, paciorki, eks-vota i kwiaty strojną Madoną. — W oddaleniu podniesiony głos skłóconych, brzmiał czasami gwałtowny, to stłumiony, wyrywał krzykiem i ucichał; to płacz kobiecy przeleciał, to kwilenie dziecka, to śmiech ściskający serce. A wszyscy Transteveranie, jakby gotowali się do boju, stali zbrojni, z rycerską postawą, marsem na czole. Gdy Jan przechodził, powiedli za nim oczyma, bo mimo stroju miejscowego, poznali w nim obcego po jasnych włosach, po chodzie, po sposobie noszenia sukni, po czemś nieschwyconem co zdradza. On na to nie zważał. Z za okien i okienek nie jedna głowa kobieca wyjrzała i długo za nim wzrokiem powiodła. Dwóch czy trzech ludzi coś szeptać między sobą poczęli, poglądając na obcego, zdawali się zgadywać, czy pod płaszczem był zbrojny, poprawili noże za pasem. On szedł dalej. Nad Tybru brzegiem stał stary dom pochylony nieco i dziką winną okryty macicą. Od dołu ciężkie arkady, pogruchotane trzęsieniem ziemi, zsiadły się dziwacznie, rzekłbyś, że popadają. — Niektóre z nich zabite były i gruzem zarzucone, u innych drobne świeciły okienka w świeżym wybite murze. Wyżej kilka nieregularnych otworów wychodziły na Tybr i z drugiej strony w uliczkę. — Jeszcze wyżej w trójgraniastej facjatce wygiętej, jak gdyby upaść miała, długie czerniało okienko. Cały przód domu okrywała dzika latorośl winna, przez której ciemne gałęzie, poodzierany mur i białe reszty tynku wyglądały. W oknie pierwszego piętra siedziała kobieta. Księżyc wprost na twarz jej świecił. O! piękna była i nie darmo Jan zadrżał i zatrzymał się przeciw niej.
Było to szesnastoletnie może dziewczę. Dwoje ogromnych czarnych oczu, przyćmionych długiemi rzęsy, co na białym aż kładły się spać policzku, świeciły niewiem łzą czy wewnętrznym ogniem. Czarny kruczy włos śklniący, niedbale spuszczony opasywał owal jej twarzy, jak winna macica stroiła jej domek. Nos zda się pożyczyła u greckiego posągu, tak marmurowe miał kształty, tak czyste wycięcia, a otwarte jak u arabskiego konia nozdrza różowo przyświecały. — Rumiane usta choć wąskie, były wydatne, malarz by może szczuplejszych zażądał, snycerz drobniejsze wargi wykształtował, ale kochanek o innych nie mógł pomyśleć. Wpół otwarte ukazywały białe ząbki — perełki. Szyja przy hebanowych włosach, świeciła jasno, choć miała tę barwę bistrową, ludowi włoskiemu właściwą, jakby rozgrzaną słońcem. Dwoje zaledwie urodzonych, jeszcze nie wykształconych piersi wzdymały białą suknię. Ubrana była jak włoszka, ciężkie korale przecinały białą jej szyję krwawą swą wstęgą: kwiatek we włosach, ogromne kolce bronzowe u uszu. — Gałęzią jaśminu bawiła się. — Lecz któż opisze urok tej twarzy świecącej oczyma, świecącej ząbkami, oprawnej w ramy okienka, po nad którem zwiesza się winna latorośl kapryśnemi sploty? Na to trzeba by pędzla Leopolda Roberta, najwierniejszego Włoch tłumacza. Jan stanął, podniósł oczy na nią. Ona nie umknęła, nie spuściła gorącego wejrzenia z wpatrującego się mężczyzny. Z dziecinną prawie ciekawością i pół-uśmiechem przyglądała się nieznajomemu. Trwało to chwilę — jedną chwilę, gdy ostry głos z dolnego piętra ozwał się chropawo:
— Idźcie w swą drogę, panie młody! dobrej nocy, w swoją drogę! — Na dźwięk tego głosu, dziewczę wychyliło się przez pół z okna, i ukazało drobną kibić, cobyś mógł objąć ją w reku — a po chwilce rozśmiało się srebrzystym głosikiem, białe pokazując ząbki. —
— Paolo! Paolo! — zawołała — jaka cię tam mucha ukąsiła?
— Jeszcze nie ukąsiła, ale pod nosem brzęczy — rzekł głos z niższego okna — a wara, żebym na nią ręki nie podniósł. — Dziewczyna rozśmiała się znowu i przytknąwszy do ust gałązkę jaśminu, niby niechcący rzuciła ją w ulicę, pod nogi Janowi. Jan schylił się, porwał ją i podziękowawszy ręki skinieniem szybko się oddalał. Dzikie przekleństwo zabrzmiało na dole, wesoły uśmiech w górnem okienku; drzwi otwarły się i barczysty mężczyzna, w koszuli, głowa chustką jedwabną zawiązana, aksamitne spodnie, pałka w ręku na prędce schwycona — wybiegł na próg. Czarne oczy pod nawisłą brwią mu latały, usta się trzęsły, żylasta ręka potrąciła kijem. Wyjrzał ku oddalającemu się Janowi i zawołał:
— Dobrej nocy! nie powracajcie tędy, mogłoby wam co niemiłego się przytrafić.
Jan rozgniewany wstrzymał się i zwrócił.
— Czego chcesz? — spytał.
— Dobrej nocy! — szydersko powtórzył Paolo. — Za Tybrem nie zdrowe powietrze, wracajcie do domu.
— Ulica wolna każdemu.
— Ulica, ale nie okna — odparł Transteveranin.
— I okna!
— O! przeklęty heretyk, śmie sprzeczać się ze mną. Dziewczyna wychyliła się znowu i ręką białą wskazała Janowi, aby uszedł. — Odwróciwszy się raz jeszcze, Jan usłuchał, ale wejrzeniem długiem podziękował dziewczynce — i do ust przyłożył gałązkę jaśminową. Tymczasem Paolo nieruchomy w progu stał i łajał. Przekonawszy się, że nieznajomy co mu pokój zakłócił odszedł, Paolo postawił kij, sparł się o mur i począł robić wyrzuty dziewczynie.
— A! łotrzyca, — wołał grożąc jej palcem. — Patrz, jak poczyna! Na tom ja ciebie chował Pepita? na to?
— A na cóż Paolo?
— Pewnie nie dla pierwszego włóczęgi, co pod oknami przechadzać się będzie i wpatrywać w dziewczęta.
— A dla kogoż Paolo? Jużci nie dla siebie?
— Niech mnie Bóg broni! Wszakżeśmy krewni, byłby grzech śmiertelny. Wolałbym zabić Luchina, niż pokochać Pepitę?
— O! masz słuszność. Co to za szczęście żeśmy krewni!
— Złośnica!
— Powiedzże Paolo, dla kogo?
— Tysiąc razy słyszałaś, a jeszcze chcesz żebym ci powtórzył.
— Powtórz że mi raz jeszcze.
— Ty wiesz Pepita, że starzy bogaci dobrze płacą za takie kwiatki jak ty. Znam dwóch, ale o tem mówić nie potrzeba.
— Chowałeś mnie więc na przedaż?
— O! nie, złośliwy łotrzyku. Co to ty nazywasz przedażą? Będziesz panią, i biedny Paolo przy tobie zażyje wczasu, bo ty o nim nie zapomnisz.
— Mogłabym zapomnieć!
— Prawdziwie?
— Najprawdziwiej! Nadto pamiętam biedne lata dzieciństwa i policzki Paola! — Paolo zaciął wargi.
— To ci się chyba śniło!
— O! — odpowiedziała dziewczyna wzruszając ramiony. — Ale nie cieszcie się przedażą, póki nie weźmiecie pieniędzy.
— Zamknij okno i idź spać Pepita.
— Wstydź się Paolo; noc tak piękna! wszyscy się bawią, wszystkim wolno odetchnąć powietrzem, a mnie...
— Już późno — sucho odrzekł strażnik.
— Mnie się spać niechce. — Paolo mruczał coś jeszcze, gdy z przeciwnej strony ulicy męski głos ozwał się silny, brzmiący, groźny.
— Paolo, ostrożnie! pamiętaj o grzbiecie.
— A! to Lazar — zawołała wesoło Pepita — chodź, chodź na moją obronę. — Paolo drzwi zamknął i usunął się w głąb domu, dziewczyna się śmiała. Z przeciwnej strony ulicy, pokrytej cieniem rzuconym od domostw, wybiegła postać nowa, młody Lazar, prawdziwy typ Transteveranina, ogorzały, wyrazu twarzy męskiego, strojny w aksamit i błyskotki, zbrojny jakby się w podróż wybierał.
— Gdzie ten łotr Paolo, żebym mu pogruchotał kości.
— Poszedł spać! — rzekła Pepita ze śmiechem — słyszałeś co mi powiedział? Wiesz na co mnie choduje?
— O! wiem, słyszałem! Znać zaraz że nie nasz, że się z tamtej strony Tybru rodził, wszystkiem, nawet dziewczyną chce kupczyć. Ale powoli, powoli.
— Wiesz dla czego każe mi się spać położyć?
— Cóżeś mu zawiniła?
— Przechodził tędy nieznajomy, niemiec pewnie, bo ma złociste włosy i niebieskie wejrzenie.
— Pepita! Pepita! — przerwał Lazar — nie opisuj go tak, w sercu mi krew wre.
— Malarz jakiś, hołysz, co szuka wzoru i kochanki — dodał z niższego okna Paolo. Pepita ucichła, oparła się na dłoni, zamilkła.
— I cóż? — spytał Lazar.
— Popatrzał na mnie, wszak nie zjadł mnie wzrokiem? — A tyś mu rzuciła kwiatek do ust — dodał Paolo. Lazar brwi namarszczył straszliwie.
— Prawdaż to, Pepita?
— Prawda! bo mi się podobał. — I mnie to mówisz? — Czemuż tobie bym powiedzieć nie miała? — Ja cię kocham. — Ja cię lubię, ale nie kocham ciebie Lazar, ty wiesz. — Ale musisz mnie kochać. — Pepita potrząsła głową z uśmiechem. Była chwila milczenia, Lazar chmurny usunął się znowu w cień i słychać było jak odchodził mrucząc coś niezrozumiałego. Paolo wyścibił głowę, popatrzał i skrył nazad. W ulicy głuche znowu milczenie. Zdaleka tylko dźwięki różne dochodziły. Pepita została w oknie. Czarne jej oko biegło w tę stronę, w którą odszedł Jan. Godzina może upłynęła, księżyc się za dachy przeciwległych domostw schował i oświecał już tylko wierzchołek facjaty; Pepita w mroku, białą migając sukienką, siedziała jeszcze, jakby kogoś oczekiwała. Chłodny powiew wiatru szeleścił liśćmi winnej latorośli, której jeden zabłąkany splot położył się na czole dziewczęcia. Ciche stąpanie dało się słyszeć od rogu ulicy, gdzie stała Madonna, a lampa blade światełko rzucała na ulicę. W promieniu jej mignął przechodzień. To Jan. Pepita poprawiła włosy. Spojrzeli znowu na siebie i cicho zamienione „Dobranoc“ szepnęło jak szelest liści, jak powiew wiatru po dachach. Paolo spać już musiał.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.