Pod smaganiem samumu/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pod smaganiem samumu
Podtytuł Podróż po Afryce północnej. Algierja i Tunisja
Data wydania 1926
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia, Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań — Lwów
Ilustrator Ernest Czerper / Drukarnia św. Wojciecha
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


F. ANTONI OSSENDOWSKI
POD SMAGANIEM
SAMUMU

PODRÓŻ PO AFRYCE
PÓŁNOCNEJ
*
Ossendowski - Pod smaganiem samumu p007.jpg
ALGIERJA I TUNISJA
1 - 9 - 2 - 6
POZNAŃ — LWÓW

NAKŁADEM WYDAWNICTWA POLSKIEGO
OKŁADKĘ RYSOWAŁ E. CZERPER
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
RYCINY WYKONANO W DRUKARNI ŚW WOJCIECHA W POZNANIU

DRUKARNIA CONCORDIA, SP. AKC. W POZNANIU



OD AUTORA.


Gdy teraz oglądam się poza siebie i widzę drogę swoją, odbytą po Algerji i Tunisji, a szczególnie, gdy dla napisania tego drugiego tomu mojej północno-afrykańskiej podróży[1] przewertowałem swoje notatki, robione na miejscu — po hotelach, biurach urzędowych, w fondukach, kawiarniach maurytańskich, na rynkach, śród żebraków i potomków korsarzy, w pałacach, domach i barłogach Berberów, Kabylów i Arabów, przed meczetami, na polowaniu, w stepach, na szczytach Atlasu i Dżurdżura, na kolanie w samochodzie, śród ruin rzymskich i fenickich, lub w Saharze, — rozumiem, że bez pomocy i rady całego szeregu ludzi nie mógłbym był zebrać tych spostrzeżeń, wiadomości i wrażeń.
Takie przekonanie skłania mnie do spełnienia przyjemnego obowiązku wyrażenia mojej serdecznej wdzięczności za gościnność, uprzejmość i przyjacielską pomoc pp. Generał-gubernatorowi Algerji, senatorowi Stegg, generalnemu sekretarzowi p. Dubieuf, ministrowi Francji w Tunisie p. de Castillon Saint Victor, administratorowi gminy Maillot p. Charles Courtin oraz nielicznej kolonji polskiej, z p. konsulem A. A. Rozée na czele.

Warszawa, lipiec-październik 1925 r.

F. ANTONI OSSENDOWSKI.

ROZDZIAŁ I.
STOLICA PIRATÓW.

Cuando llégue vencido, y vi la tierra
Tan nombrada en el mundo, qu’en seno
Tantos Piratas cubre, acoge y cierra,
No pude al llanto detener el freno
Que a mi despecho, sin saber lo que era
Me vi el marchito rostro da agua lleno.

Cervantes.

Cześć ci, grodzie waleczny, coś glebę swoją, krwią niewiernych zlewając, na kamień zamienił! — pisał uczony i natchniony Zahrat-en-Nayera, porwany potęgą i pięknością Algieru.
Ze skalnej piersi i od podnóża góry aż do jej szczytu wyrósł przed wiekami El-Dżezair, który w mowie przybyszów zmienił się w Algier.
Gęsta mgła legiend, baśni i opowiadań dawnych kronikarzy otacza to srebrzyste miasto, dumnie wznoszące się, niby kopiec, na cześć nieznanych bohaterów, kopiec olśniewająco biały, rozpalony w ogniu słońca, przeglądający się w falach lazurowego morza.
— Ikosium — imię moje! — woła Algier niemym głosem napisu na starym domku przy ulicy Bab-Azun. — Ikosium — gród Cezarei!
— El-Dżezair Beni Mezranna — tak się zowie to miejsce, wsławione w pamięci śmiertelnych! — szepczą dawne klechdy arabskie.

— Argel — miasto bandytów morza i katów okrutnych! — twierdzą kronikarze hiszpańscy.[2]
ALGIER. KOBIETY NA SPACERZE

I zdać się może, że nieznany ludek koczowniczy Beni Mezranna, co przywędrował hen! — z nad Nilu, rzymskie kohorty, załogi potężnych korsarzy; dumni hiszpańscy hidalgowie i setki innych wojowników, zaborców, ciemięzców — walkę toczyć ze sobą zaczynają, spierając się o imię miasta, co tarasami wspina się aż na sam szczyt góry, gdzie tkwią jeszcze ponure mury starej tureckiej twierdzy Kasby, a gdzie powiewały flagi potężnych „beglierbejów,“ namiestników sułtana, panującego nad „wiernymi“ w Stambule, i bandery potężniejszych nieraz od nich wodzów korsarskich.
Dla pisarza jest to tylko Argel...
A więc ulicą Colonel Combe przebiegam miasto i dochodzę do groty, przed którą wznosi się popiersie pisarza, należącego do całego świata.
Sławne to imię — Miguel de Saavedra Cervantes!
Słynny i waleczny bojownik w bitwie pod Lepanta, Korfu, Nawarynem i Tunisem, niewolnik, dręczony w ciągu prawie pięciu lat przez Arnauta Mami i Hassana baszę w Algierze, nieśmiertelny autor „Don-Kiszota z Lamanczy!“
To on od roku 1575-go do 1580-go wlókł za sobą kajdany Turków i korsarzy, gnił w lochach pałacu „beglierbeja,“ cztery razy uciekał i znowu wpadał w ręce krwawych władców Argelu, aż został wykupiony i powrócił do kraju, aby swoje imię i genjusz swego narodu rozsławić na cały świat.
Wpatruję się w oblicze wielkiego autora „Don Kiszota“ i słyszę jego cichą opowieść:
„W rzadkie chwile wolności, chwile pełne niepokoju i myśli o powrocie do ukochanej ojczyzny, zwiedzałem Argel, tę bezładną, piętrzącą się kupę pałaców, domów, chałup i ohydnych barłogów, ściśniętych obręczą wysokich murów, otaczających całą górę. Widziałem wąskie, kręcone, połamane uliczki, pnące się śród załamań skał; prześlizgałem się ciemnemi przejściami pod zwisającemi balkonami i werandami domów. Podziwiałem potężne, warowne pałace i domy starszyzny tureckiej, janczarów, renegatów, bejów, „raisów“[3]; na wysokich tarasach śpiewały piękne niewolnice haremów, a w lochach — jęczeli niewolnicy wszystkich ludów chrześcijańskich; przebiegałem nieskończenie długą ulicą Suk od wschodniej bramy do zachodniej, słuchałem mowy francuskiej, hiszpańskiej, włoskiej, greckiej, albańskiej, tureckiej, arabskiej, żydowskiej, gwary Kabylów i koczowników dalekiej pustyni...“
— Żegnam cię, don Miguel Saavedra Cervantes, wiem już, czego mam szukać tu w białym Algierze, w tym Argelu, gdzie spędziłeś pięć męczeńskich lat!
Tak myślałem, pozostawiając poza sobą grotę Cervantesa i kierując się ku sercu miasta.

Ku sercu! Serce to — to stare miasto arabskie, a właściwie miasto mięszanej w najdziwaczniejszy sposób ludności, osiadłej tu za panowania Turków. Szerokim wieńcem otoczyły je zewsząd nowe dzielnice francuskie, nadające całemu Algierowi zewnętrznie wygląd Paryża, nieco odnowionego i odświeżonego. Stąd „europeizacja“ już przekrada się dalej — wgłąb starego miasta, gdzie tu i owdzie strzelają ponad budowle dawnego El-Dżezairu wysokie, współczesne kamienice. Ale tego, na szczęście, nie dużo, więc podróżnik może jeszcze odczuć dawno minione czasy.
ALGIER. KOBIETY PRZY WEJŚCIU DO MECZETU

Ulica Kasba, dawna — Suk, którą nieraz kroczył Cervantes, przecina całą dzielnicę. Podobna jest ona do labiryntu lub do sieci niezliczonych wąskich, nieraz ślepych, zakrzywionych, załamujących się fantastycznie uliczek i zaułków. Część ich wspina się na szczyt góry schodami o stopniach, wykładanych okrągłemi kamieniami, lub potrzaskanemi płytami, na zboczach chodnika w naturalnych wyżłobieniach biegnie woda — czysta ze źródeł i fontann, i brudna — z ścieków domowych.
Wystające nad ulicami okratowane werandy nieraz dotykają balkonów przeciwległych domów, tworząc ciemne przejścia, do tuneli podobne.
Często można widzieć głęboką framugę w grubym murze domu, gdzie do marmurowej lub granitowej muszli z pluskiem i łagodnym szmerem pada niemilknąca nigdy struga fontanny.
Prawie ślepe mury, rzadko posiadające kilka drobnych, żelaznemi kratami bronionych okienek, nie zdradzają przepychu i obszarów siedzib kupców, starszyzny lub wyższych mułłów. Czasami uderzy w oczy białością swoją marmurowa framuga drzwi z ciemnych desek cyprysowych, nabijanych żelaznemi guzami lub ozdobionych rzeźbą z bronzu.

To stare „dar,“ które niegdyś należały do korsarzy, agów i baszów tureckich, do kupców, do renegatów, wysoko cenionych przez Sułtanów i służących im za doradców w sprawach wojny i rządzenia krajem. Oddawna jednak domy te przeszły w inne ręce, a te złożyły tu towary, urządziły biura, a nawet wstawiły maszyny tkackie, które turkoczą i szczękają w salach i patio, gdzie niegdyś hucznie bawili się odważni i możni dowódcy eskadr korsarskich lub gdzie pod razami dozorców jęczeli niewolnicy chrześcijańscy, ci nieznani męczennicy, co umierali z imieniem Chrystusa na ustach, bo w Nim tylko była jedyna ich nadzieja.
ALGIER. W STAREJ DZIELNICY

Konsulowie państw europejskich, mnisi i poselstwa — trudnili się wykupem jeńców z zamożnych i znanych rodzin, a któż myślał i któż cierpiał nad losem biedaków, ludzi z pospólstwa, zwykłych żołnierzy i prostych marynarzy z fregat i galer, zdobytych na Morzu Śródziemnem przez odważnych piratów?
Pnąc się wyżej, uliczki wbiegają na szczyt góry; tu stała niegdyś twierdza berberyjska, zdobyli ją Turcy, znacznie rozszerzyli i wzmocnili, gdyż przechowywali tu główny skarbiec całej tureckiej północy Afryki.
W tem zbiorowisku budowli starego miasta z Kasbą na szczycie, w tej sieci skrzyżowanych uliczek, odnaleźć można stare zabytki przeszłości.
Tłum kobiet, idących z myślą błagalną o płodność, doprowadzi do starego meczetu marabuta Mohammeda esz-Szerifa, gdzie znajduje się grobowiec tego świętego, zmarłego 1541-go roku, i cudotwórcza fontanna. Woda z niej przechowuje się w domu każdej algierskiej mężatki muzułmańskiej.
Dalej wznosi się meczet Dżama Safir, który zbudował renegat holenderski Safar ben Abdallah, wprowadzając nowe motywy architektoniczne, wznosząc ośmiograniastą kopułę i upiększając wnętrze świątyni perską majoliką.
W pobliżu meczetu, w cieniu trzech wiekowych drzew oliwnych, rosnących na małym cmentarzu muzułmańskim, kryją się grobowce dwóch księżniczek, a na ich mogile wykonują najpewniejsze wróżby i najskuteczniejsze zaklęcia. Spotkać tu można zawsze ślepych żebraków i żebraczki, a te wróżą, rzucając kości lub kamienie i z ich układu na ziemi czytają losy ludzi, lubiących zaglądać w mgłę nieznanej i tajemniczej przyszłości.
W dzień, gdy słońce praży, rojnie bywa w starej dzielnicy i zgiełkliwie, bo wszystkie niezliczone sklepiki, stragany przekupniów i drobne warsztaty są czynne, a tłumy Arabów, Berberów i Kabylów suną uliczkami i zaułkami, wnosząc ruch i życie. W nocy, gdy na skrzyżowaniu uliczek zapalają się rzadkie latarnie, tłum znika, chowa się po domach. Wtedy nieliczni przechodnie wydają się innymi. Zmieniają oni nawet swoją powierzchowność, bo zrzucają z siebie pół-europejskie ubranie i obuwie i otulają się w tradycyjne burnusy, wciskając kapiszony na czerwone fezy z czarnemi, spadającemi na ramię kitami. W nocy mieszkańcy starej dzielnicy śmielej i zuchwalej zaglądają w oczy przechodzącemu białemu człowiekowi i czasem warkną jakieś słowo, pełne pogardy i obelgi.
Hałaśliwie muzyka gra w niewidzialnych wnętrzach domów; przy otwartych drzwiach stoją postacie wystrojonych kobiet, umalowanych, dumnych z barwnych sukien, patrzących za przechodzącymi wzrokiem nieruchomym, ciężkim; palą papierosy i kif.
Roi się od ludzi po kawiarniach, ciemnych, cuchnących i zakopconych. Tu grają w karty i kości, słuchają grajków i bardów, rozmawiają o wszystkiem, co zajmuje umysły mieszkańców Algieru, Algierji, całej muzułmańskiej Afryki.
Tu z dobrym znawcą mowy arabskiej można usiąść w kącie i, popijając aromatyczną kawę, bez końca słuchać opowiadań o korsarzach, stanowiących legiendę i dumę Algieru.
Pierwszy rzut oka na to miasto ze strony najbardziej charakterystycznej pomógł mi uczynić uprzejmy i gościnny honorowy Konsul Polski, pan Arsène Antoine Rozée, Francuz, rozkochany w Algierji, znający ją i rozumiejący głęboko.
Przebiegliśmy z nim całe miasto i w dzień i w nocy, a to wskazało mi dalsze drogi. Wziąwszy więc przewodnika, poszedłem do kawiarni w dzielnicy arabskiej, aby posłuchać bardów.
Stary Berber, pobrzękując na darbuce[4], przeciągłym głosem skandując słowa, mówił:
„Gdy wyjdziesz z miasta na brzeg morza, idź, o, mumenie, ku przylądkowi Matfu. Znajdziesz tam miejsce, przez starych ludzi nazywane Hamza. Miejsce to krwią nasiąkło, a z tej krwi zrodziły się dżinny zemsty. Na Hamza ujrzysz Arbał, który był niegdyś potężną twierdzą, gdzie w środku stał meczet. Teraz pozostały tu ruiny, tylko ruiny, porosłe aloesami i figami berberyjskiemi, lecz w środku dawnego meczetu wznosi się jeszcze kolumna z czerwonego kamienia. Fortecę tę i meczet wzniósł odważny i możny Husseim Talem, wódz piratów, posiadający eskadrę ze stu łodzi zbrojnych i żaglami, jak skrzydłami, opatrzonych.
„Postrachem było dla niewiernych imię Husseima, sławnego rais’a, a gdy jego bandera z toporem powiewała nad morzem, żadna galera hiszpańska i włoska nie śmiała wynurzyć się z portu.
„Husseim pewnego razu, płynąc z El-Dżezair ku Gibraltarowi, stoczył walkę z okrętem francuskim, zdobył go, mężczyzn uczynił niewolnikami, którzy zmuszeni byli wiosłować na jego łodziach, gdzie było dwadzieścia ławek dla czterech wioślarzy w rząd. Wziął też do niewoli kobietę, młodą i piękną, i pojął ją za żonę. Husseim nazywał ją Anaja i kochał nad życie i nad sławę swoją. Dla niej zapominał walki i rabunku na morzu, spełniał każde jej życzenie i, jak pies, patrzył w jej oczy.
„Nagle Anaja zaczęła chorować i najsławniejsi lekarze nie mogli nic poradzić; więdła i chudła piękna żona Husseima, aż jakiś kahin[5] poradził mu wznieść na cześć Ałłaha meczet i odbyć podróż do Mekki, by ubłagać zdrowie dla żony. Zbudował możny rais wspaniały meczet, który opierał się na kolumnach z białego, jak śnieg górski, marmuru i pojechał do Mekki. W drodze dogonił go sługa i doniósł, że Anaja porzuciła dom i zbiegła.
„Lotem wichru powrócił korsarz do El-Dżezair i pchnął na wszystkie strony trzy tysiące swoich piratów, aby szukali i znaleźli Anaję.
„Spotkano ją w przebraniu męskiem w pobliżu Tenes, poznano i przywieziono do Husseima. Rais nie powiedział nic do żony, skinął tylko na sługi, a ci przywiedli kobietę do meczetu i, przywiązawszy do środkowej kolumny, zostawili ją, zamknąwszy meczet. W nocy sam Husseim otworzył podziemia i wpuścił do meczetu lwa.
„Nazajutrz rano znaleziono tylko kości Anai.
„Potem Husseim spalił meczet. Wszystko runęło i znikło, pozostała tylko kolumna, zbroczona krwią kobiety, a barwę swoją przechowała do dziś!...
„Tu przychodził modlić się, płakać i myśleć potężny, straszliwy, surowy Husseim Talem, przezwany „toporem morskim“, a, gdy umierał, włożył do środka kolumny kamienną bryłę, wydrążoną w środku i pełną złota, jako ofiarę dżinnom nienawiści i zemsty, mającym tu siedzibę...
„Tak to bywa, mumeni! Żona może stać się słońcem życia, — ale może być i czarnym jadem, zatruwającym chwile zgonu![6]...
Po kawiarniach maurytańskich słyszałem dziesiątki starych opowieści z dawnej przeszłości Algieru — słynnego gniazda korsarzy, a z tych kawiarni, siecią poplątanych uliczek zbiegałem do obecnego miasta, urządzonego przez Francuzów tak malowniczo i z takim przepychem. Ożywione, zatłoczone elegancką publicznością ulice, zalane elektrycznością, uniwersytet, wspaniałe hotele, restauracje i kawiarnie, bogate filje największych paryskich sklepów, tramwaje, bulwary, teatry, muzyka, kluby, pałace poczty i telegrafu...
Obszerne place, szerokie ulice, wspaniałe gmachy, parki — wszystko to z biegiem czasu, od chwili zdobycia Algieru przez Francuzów w roku 1830-ym, wyparło stąd życie tubylcze, wtłoczywszy je do starej dzielnicy, do labiryntu uliczek i zaułków, pnących się ku Kasbie.
Pozostały jednak i tu, w tym nowym Paryżu, oazy przeszłości.
Na pierwszem więc miejscu dwa wielkie meczety: Dżama el Dżedid i Dżama el Kebir. Z każdym z nich jest związane podanie. Pierwszy, przypominający meczety bizantyjskie, budował na rozkaz tureckiego baszy niewolnik-chrześcijanin i nadał mu formę krzyża, za co w nagrodę zginął na palu. Drugi jest poświęcony muzułmańskiemu kultowi malekitów, został wzniesiony na ruinach chrześcijańskiej świątyni starożytnego Icosium w X-ym wieku i przypomina architekturą swoją meczety, pozostałe w Kordobie, gdyż, widocznie, dotknęły go ręce architektów maurytańskich.
Są to olbrzymie gmachy, z łatwością mieszczące tysiące pobożnych, a gdzie się przechowują stare, pisane i ozdobione ręcznie przez grafików andaluzyjskich Korany, nieraz stanowiące skarby sztuki maurytańskiej.
Pałace Generał-Gubernatora i Arcybiskupi przedstawiają wzory wspaniałych siedzib maurytańskich z wieku XVIII-go, wzniesionych podczas tureckiego panowania, obfitujących w marmurowe kolumny, rzeźbione, cedrowe drzwi, pułapy, balustrady, pełne pięknych barw i złota, majoliki arabskiej i mozaikowych, różnokolorowych okien. Te wzory sztuki, kwitnącej w Algierze po wszystkie czasy jego burzliwego istnienia, można oglądać i studjować w starannie utrzymanem muzeum starożytności i sztuki muzułmańskiej.
Osobliwością stolicy francuskiej tej kolonji jest niezawodnie ogród botaniczny, urządzony przez pp. Hardy i Rivière. Podziwiać tu można wspaniałe aleje platanów, palm, fikusów, Chamaerops excelsa, trzciny bambusowej, palmy dracaena, latanji, stawy z roślinami wodnemi, pełne złotych rybek i małych karpiów, zarośla eukaliptusów i araukaryj, które dla klimatu Algieru zapomniały o swoich ojczyznach — Australji i Ameryce Południowej, rozrastając się tu szybko i wspaniale.
Dokoła miasta tu i owdzie rozsiane są stare pamiątki dawnych dziejów, dawnych ludzi, — cmentarz muzułmański z kubbą Sidi Abd er Rahman Bu Kobrin, dziwnego świętego, który, podług wierzeń Kabylów, jednocześnie jest pogrzebany w dwóch mogiłach, co zmusiło Turków oba domniemane prochy złożyć tu w jednym grobie, aby uniknąć gromadzenia pielgrzymów w dwóch miejscach; grota Cervantesa, studnia słynnego dowódcy korsarskiego rais’a Murada, posiadającego sławę postrachu Sardynji i czarownika; ruiny starego miasteczka fenickiego — Rusgunia i jeszcze jedna rzecz — całkiem już współczesna — wąwóz „Dzikiej kobiety.“
Narazie można pomyśleć, że jakaś dzika kobieta, naprzykład góralka z Kabylji, odznaczyła się tu szaloną odwagą lub dokonała krwawej zemsty. Tymczasem jest to całkiem co innego. Wkrótce po zajęciu Algierji przez Francuzów w tym wąwozie założyła restauracyjkę młoda i powabna Francuzeczka-markietanka. Fabrykowała sama „absynt“[7] i szerzyła straszliwe pijaństwo śród żołnierzy załogi. Walka z nią władz była bardzo zażarta, bo „dzika kobieta“ miała cięty język i dowcip ostry, jak jej zęby, gdy broniła swego „absyntu“ przed rekwirującymi go urzędnikami.
Owa markietanka może ustami swego cienia pozagrobowego powtórzyć za Horacjuszem, że pozostała w pamięci ludzkiej na zawsze.
Piękny jest Algier i malowniczy, biały gród, pnący się od wybrzeża do szczytu Kasby i odrzucający długie, ukośne skrzydło swego nowego przedmieścia Mustafa! Wszystko to się przegląda w lazurowych falach ożywionego, ciągle się rozszerzającego portu, odgrodzonego ścianą gór wielkiej Kabylji.
Przybyliśmy tu z oazy Figuig[8], przeciąwszy terytorja wysokich płaskowyżów i całą zachodnią Algierję przez Tlemsen, Bel Abbes, Oran, Orleansville i świętą dla muzułman Miliana, gdzie przechowuje się grobowiec tajemniczego proroka i uczonego Sidi Ahmed ben Jussefa, wielkiego satyryka, nieraz zdradzającego myśl cyniczną.
Maur andaluzyjski, wielki „alem“, czarownik ben Jussef, używał swej siły nadprzyrodzonej i wiedzy tajemnej wyłącznie dla dobra ubogich i krzywdzonych. Jego krytyczny i ascetyczny umysł zmusił go do piętnowania nieczystego i grzesznego życia miast, pogrążonych w rozpuście i zbytkach. Czynił to w sposób dobitny, a jego powiedzenia i określenia przylgnęły, jak smoła, do nazw niektórych miast.
O mieście Czerczel powiedział:
— Brzydkie miasto Czerczel! chociaż ulice posiadasz szerokie i place obszerne, jesteś jednak zaludnione przez skąpców i brutali. Podróżnikowi, o ile nie jest marynarzem lub kowalem[9], nic innego nie pozostaje, jak tylko z pośpiechem oddalić się od twoich murów.
Milianie, gdzie spędził dużo czasu, przypiął inną łatkę:
— Miliana... Miliana... tam przewodzą nad wszystkiem i nad wszystkimi kobiety, tam mężczyźni są niewolnikami.
Nie wiem, czy to prawda, a jednak, gdy przebiegałem te małe miasteczka, wydało mi się, że mężczyźni są leniwi i ospali, kobiety zaś pełne energji i ożywienia. Jeżeli tak, wtedy rozumiem, dlaczego Miliańczycy dostali się pod żółte i czerwone pantofelki Milianek...
Ponieważ Ben Jussef pochlebił paniom z Miliana, przeto zrobiły mu reklamę i sławę na cały Mahreb. W innych miastach złośliwego proroka nie lubiano, stąd, gdy przybywał tam, narażał się na drwiny i prześladowania. Szczególnie przykre zajścia miał w Tenes, za co puścił w obieg takie o niem zdanie:
— Tenes, jesteś zbudowany na gnoisku, twoja woda — krew, twoje powietrze — jad. Na Allaha! Ben Jussef nie spędzi nawet jednej nocy w twych murach!
Podczas naszej podróży z południa, z progu Sahary, do Algieru, widzieliśmy obrazy szybkiego rozwoju kolonij — rolnictwo, plantacje wina, oliwek, drzew owocowych, tytoniu, a nawet pierwsze próby z bawełną, którą spostrzegłem około Orleansville, gdzie już 600 hektarów ziemi oddano pod kulturę tej rośliny.
Nawet pobieżny rzut oka pozwala widzieć tu olbrzymi wysiłek energji ludzkiej. Najlepiej tego dowodzi statystyka, którą zebrałem w Algerji.
Cała kolonja liczy 57,6 miljonów hektarów, z których 20,8 miljonów przypada na urodzajną północ i 36,8 na jałowe południe.
Olbrzymia przestrzeń jest słabo zaludniona, bo statystyka francuska podaje zaledwie 5 miljonów tubylców i 830 000 białych mieszkańców. A jednak na północy tubylcy pod wpływem europejczyków coraz bardziej nawykają do rolnictwa, uprawianego już na 5,2 miljonów hektarów; poza tem europejscy koloniści posiadają 2,2 miljony hektarów ziemi rolnej. Na południu pod uprawą pozostaje zaledwie 103 000 hektarów, lecz na to składają się przyczyny klimatyczne i geologiczne.
W całej Algierji pod uprawą pozostaje około 7,5 miljonów hektarów. Co daje tu rola? Wina[10] — 7,04 miljonów hektarów, około 22 miljony hektolitrów zboża różnego gatunku. Poza tem oliwki, owoce, tytoń, jarzyny i trawa „alfa,“ poszukiwana w przemyśle fabrycznym. Znacznem bogactwem Algierji są lasy, rosnące na trzech miljonach hektarów: sosna, dąb zwykły i dąb korkowy, cedr, tuja i kilka innych gatunków drzew liściastych. Na stepowych obszarach i na łąkach zalesionych gór spotykałem duże i liczne stada owiec i bydła rogatego. Skrzyżowanie tubylczych owiec z merynosami dało tu dobre wyniki.
Wielkiem bogactwem Algierji są pokłady mineralne, a także źródła gorące i mineralizowane. Najbardziej słynne są Hammam-Rhira i Hammam-Meluan w departamencie Algeru i Hammam-Meskutin — w departamencie Konstantyny. W tych dwóch departamentach wykryto około 170 źródeł mineralnych, a śród nich alkaliczne, sodowe, siarczane, słone, żelaziste i kwaso-węglowe. Jednakże największym skarbem ekonomicznym kolonji są nader bogate i liczne pokłady fosforytów, przerabianych na nawozy sztuczne. Słynie z nich szczególnie departament Konstantyny. Prócz fosforytów Francuzi eksploatują rudę żelazną, ołów, miedź, cynk, antymon, rtęć, chromowe rudy, sól kamienną, pokłady onyksu, marmuru. Górnicy zajęci są w dobie obecnej poważnemi pracami nad poszukiwaniem nafty, na co istnieją niepłonne, zdaje się, nadzieje około Tliuanet w departamencie Oranu.[11]
Niezawodnie, że z chwilą wejścia w normalne i pokojowe łożysko burzliwego obecnie i wstrząśniętego do rdzenia politycznego życia Europy, rozpoczną się nowe prace nad rozszerzeniem terenów rolnych drogą sztucznej irygacji, — powstaną obok nowych plantacyj — przedsiębiorstwa górnicze, fabryki i warsztaty, które obecnie są dopiero zapoczątkowaniem europejskiego przemysłu w Algierji.
Jedna okoliczność rzuciła mi się w oczy podczas mojej podróży po Algierji. A mianowicie, że stopniowy, lecz ciągły rozwój rolnictwa i chociaż niewielki tymczasem przemysł algierski zdążyły już wytworzyć kadry proletarjatu tubylczego, czego nie daje się zauważyć w Marokku, za wyjątkiem chyba Kazablanki. Można naturalnie uważać meskinów[12] za proletarjat, lecz organizacja, którą oni tworzą, przynależność ich do bractw religijnych z Aissaua na czele, i wreszcie stosunek oficjalnego Islamu do żebraków — zbijają te przypuszczenia. Meskini marokańscy, jak zresztą i wszędzie w krajach muzułmańskich, stanowią osobną klasę społeczeństwa, a wcale nie są elementem zdeklasowanym, jakim jest proletarjat europejski. Ludzie bezrolni, bezdomni i muzułmanie-przybysze też nie stanowią w Marokku proletarjatu, gdyż albo wynajmują się na długoterminowych robotników albo też zaprzedają się na niewolników, a wtedy bez śladu i socjalnej różnicy znikają w masie ludności tubylczej, znajdując sobie miejsce w hierarchji społecznej.
W Algierji jest inaczej. Europeizacja tej kolonji, zastosowanie zachodnich systemów ekonomicznych i gospodarczych, rozwój „urbanizmu“, który wytworzył takie miasta, jak Algier z 250 000, Konstantyna z 82 000 i Oran z 155 000 mieszkańców, zażądały robotnika krótkoterminowego, najczęściej nawet dorywczego, zrodziły konkurencję pracy i przyciągnęły zewsząd tłumy poszukujących zarobku.
W Algierze spotkać można na każdym kroku przedstawicieli „lumpen-proletarjatu“ — w mieście, około fabryk, w porcie, na kolei. Ci proletarjusze, przyjąwszy niektóre obyczaje swoich europejskich kolegów, zdeklasowali sami siebie, oderwawszy się na skutek bierności i obojętności do kultu i tradycyj od bractw, sekt, meczetów i społeczeństwa. Nikt już nie przyjmie ich ani do bractwa, zgromadzonego dokoła marabuta w jego „zauja“[13], ani do sekty Aissaua, Heddaua, lub innej, ani włączy ich w poczet domowych niewolników; nawet meskini, ci najwięksi na święcie cynicy, nie uznają ich za godnych wejścia do organizacji żebraczej, dziwacznej a potężnej.
Wytwarza tych zdeklasowanych osobników — „urbanizm“ i najlepszym dowodem tego jest Kazablanka, jedyne pod tym względem miejsce w Marokku, a za nią duże miasta Algierji, szczególnie te właśnie miasta, które dają dużo sposobności do odszczepieństwa społecznego i religijnego.
Spędziwszy kilka dni w Algierze, wyruszyłem na zwiedzenie kraju. Automobilem zrobiłem wielki zygzak, przecinający całą Algierję. Ze stolicy, od brzegu Morza Śródziemnego, przejechałem do Sahary, skąd przez oazę Biskra, Timgad, Batna przejechałem do Konstantyny, a z tego miasta do portu Bône na Morzu Śródziemnem i dalej już do Tunisji.
Dziwne i niezapomniane wspomnienie pozostawił po sobie Algier nocny, Algier, zalany niebieskawem światłem elektrycznem pod nisko zwisającym namiotem nieba ciemnego, prawie czarnego, z połyskującemi na niem bliskiemi, lecz zagadkowemi gwiazdami.
Ulice, biegnące śród wysokich, pięknych gmachów francuskiej dzielnicy, nie śpią nigdy. Tłumy ludzi suną chodnikami, turkoczą koła tramwajów, ryczą i błyskają latarniami samochody, migają i wołają do siebie lampki szyldów nad restauracjami i kabaretami. Gwar, śmiech, muzyka i śpiewy...
W gęstym cieniu drzew parków majaczą postacie ludzkie. Niesie się cichy zgrzyt żwiru, poszept drzew, padają ciche jak westchnienia, słowa, drażniący śmiech lub odgłosy pocałunków. Śmigają w ciemnem powietrzu nietoperze, grają cykady na wierzchołkach rozłożystych platanów, sączą woń kwiaty na klombach, zroszonych dzwoniącą bez przerwy fontanną.
Do woni tuberoz i werbeny wlewa się aromat morza, aromat wiecznego ruchu, przestrzeni, zgonu wodorostów i drobnych żyjątek, wyrzuconych z głębin wodnych na obcy im i złowrogi brzeg.
Na wybrzeżu obejmuje mnie łagodny powiew wiatru, orzeźwiający i pełen nieuchwytnych aromatów, plusk fal, wbiegających na piasek, zgrzyt łańcuchów i bloków na ładujących się w porcie okrętach, przyćmione, zgłuszone mrokiem nocy głosy ludzkie, dalekie, basowe huczenie syreny, rzadki krzyk strwożonej mewy, śpiącej na pływającej beczce kotwicznej. Horyzont tonie w zwojach czarnego płaszcza nocy, lecz nagle rozdziera go, rozpruwa długiem ostrzem swych promieni latarnia morska, miga przez jedno mgnienie oka i pogrąża się w bezdeń mroku.
Zagłębiam się w labirynt uliczek i zaułków starej Kasby. Obstępują mnie ze wszystkich stron wysokie, ciemne, ślepe domy. Wieje od nich mroczna tajemnica, dochodzą stłumione jęki, westchnienia i cichy szept zaklętej w nich duszy przeszłości. Coś mówią, o czemś opowiadają mury głosem ledwie dosłyszalnym, tajemniczym, chwilami brzmiącym triumfem i zachwytem, chwilami brzemiennym łzami, skargą...

Rzadko błyśnie gdzieś wysoko, pod zwisającym okapem dachu, małe, wąskie okienko zakratowane, a wtedy wydaje się, że to zaklęta dusza całą mocą namiętnego pragnienia chce się wyrwać na wolność i biec ulicami, krzyczeć niememi ustami o tem, co widziały jej oczy, co słyszały uszy za temi grubemi murami.
ULICZKA W ALGIERZE, GDZIE PRZECHOWAŁY SIĘ DOMY PIRATÓW

W ciemnych kątach, w mroku przejść pod balkonami, w załamaniach ulic i domów, czają się nieuchwytne, szare, chybkie cienie. Majaczą, kryjąc się przed okiem przechodnia, miotają się, czołgają, przebiegają z jednej strony ulicy na drugą i znikają w czarnych szczelinach murów, w szparach starych, cedrowych drzwi.
Z pluskiem pada skrząca się struga wody do basenu fontanny, dzwonią mknące ku morzu potoki wody w rynsztokach.
Domy stają się uśpione i milczące. Czasem mignie marmurowa, pożółkła framuga wspaniałych drzwi, zabłyśnie w świetle latarni ulicznej majolikowa rama okna i misterne sploty żelaznego okratowania okna, co jak martwe oko wyziera białawą, nieżywą plamą.
Nigdzie nie odezwie się człowiek, nigdzie pies nie zaszczeka.
Prześlizgnie się czasem tajemniczy mieszkaniec podziemi i ruin — zagadkowy, milczący szczur, mignie czatujący na zdobycz bezdomny kot, cyknie miotający się w szalonym pościgu za ćmą nietoperz...
Lecz znikają te domy milczące i ciemne, dawna siedziba korsarzy, bejów i janczarów, przytułek namiętnej i skwarnej miłości, piekło poniewierki i męczeństwa tysięcy umierających tu w beznadziejności niewolników...
Coraz częściej spotykam ludzi: milczących, dążących w pośpiechu mężczyzn, szczelnie owinięte w burnusy kobiety, poprzedzane przez sługę z latarką w ręku...
Wszyscy dążą tam, gdzie uliczki pną się w górę prawie pionowo, przebiegają zaułkami o długich, połamanych stopniach kamiennych, o głębokich, ciemnych niszach w murach, ze śpiącymi w nich żebrakami i nocnymi stróżami.
Tu gwarno i hałaśliwie.
Przez otwarte naoścież drzwi i przez zakratowane okna padają na nierówny bruk smugi i plamy światła. Zapachy potraw, zaprawionych czosnkiem, cebulą, oliwą i czerwonym pieprzem, aromat kawy i mięty, dym benzoesu, tytoniu, kifu, mirry i nardu tworzą podniecającą, denerwującą woń.
Jaskrawe, barwne stroje kobiet półnagich, ich zamglone, nieprzytomne spojrzenia, głosy ostre, wołające ku sobie nieznanego kochanka, pożądliwe ruchy ramion i obnażonych piersi; brutalne zaproszenia i bezczelne oczy młodych Arabów; jękliwe śmiechy starych, potwornych wiedźm, rozdziawiających czarne paszcze, pełne zgniłych słów i zgniłych zębów; milczące, chyłkiem skradające się postacie mężczyzn, wchodzących i wychodzących z tych zgiełkliwych, ohydnych domów; tłumy młodzieńców w mistycznym zachwycie zapatrzonych w okno z siedzącą w niem nagą dziewczyną, rozczesującą falę gęstych, czarnych włosów; tupot tańczących nóg; przeraźliwe krzyki kobiet; wycie bawiącego się tłumu; brzęk naczyń; warkot bębnów i tamburynów; zawodzenie klarnetu; brzdąkanie gitary; szlochająca skarga arabskich skrzypiec... wszystko połączyło się w jeden wzrokowy i słuchowy akord, fałszywy, pogmatwany, a mimo to — podniecający.
Zdaleka dobiega ryk odchodzącego parowca towarowego, turkot pociągu, niemilknący gwar europejskiej dzielnicy, a tuż obok tego Babilonu, Sodomy i Gomory — cichy, śpiewny głos pobożnego mumena powtarza raz po raz mistyczne imiona Allaha Akbar, Allaha Muhaimin...
W kawiarniach usługujący chłopcy hałaśliwie czyszczą mosiężne naczynia do kawy, śmieją się i baraszkują; goście śpiewają, klaszczą w dłonie; gracze szczękają wyrzucanemi na stół kośćmi; muzykanci wydobywają tęskne melodje ze swoich jęczących, monotonnych instrumentów; jakiś spóźniony żebrak basowym głosem mruczy opowieść o uali Bu Medjan; drze się w niebogłosy nadpęknięty gramofon i wymyśla komuś ochrypłym głosem opasły właściciel zajazdu...
Tu, w dzielnicy Kasba wszystkie światła i niegasnąca przez całą noc łuna, kołysząca się nad miastem białych ludzi, toną w mroku wąskich uliczek i załamanych, krzyżujących się zaułków; w tej dzielnicy wszystkie odgłosy życia pochłania groźna cisza mogiły, gdzie spoczywają ubiegłe stulecia, dawno minione dzieje, przebrzmiała rozkosz i zamarłe na wieki skargi...
Mrok i cisza zwyciężają.
Zamykają się okna i drzwi domów, gasną w nich światła, odchodzą ludzie, znikając w głębi kamienic, lub rozpraszając się w labiryncie ulic...
Nikogo nie można tu wtedy spotkać. Znikają nawet szczury, nietoperze i koty, ciszej i bardziej tajemniczo dzwoni fontanna, nie pluska woda w rynsztokach i żaden dźwięk nie dolatuje tu więcej...
Nadchodzi jednak godzina, gdy do mroku na Kasbie wleją się potoki szarego przedświtu. Wtedy zjawią się pierwsze żywe istoty — żebracy i żebraczki. Wypełzną jak żarłoczne, zgłodniałe szczury ze swych kryjówek i legowisk i, jak szczury, bez dźwięku i szmeru sunąć zaczną na cmentarze, ku meczetom, ku grobowcom marabutów, na rynki, do portu, na wszystkie placówki, gdzie brać żebracza od wieków nawykła skamłać o jałmużnę w imię Allaha i miłych Jego sercu świątobliwych i mądrych uali, talebów i sahir’ów[14].
W kilka minut potem przesuną się po nich jak widziadła wynędzniałe postacie poganiaczy wielbłądów, robotników portowych i fabrycznych, i ludzi, których jedyną bronią, jest umiejętność nieumierania z głodu...
Gdy ten potok ludzki przepłynie, znowu zapadnie cisza martwa i skupiona.
Lecz na wschodzie niebo rumienić się zaczyna... mija kilka chwil, tajemniczych chwil walki światła z mrokiem, dnia z nocą, życia ze śmiercią...
Nagle ciemność wsiąka w mury, w kamienie bruku ulicznego, wpełza do każdej szczeliny, ukrywa się pod gzymsami i dachami, wlewa się do kanałów podziemnych, a czarne niebo na wschodzie pęka i przez jego rozdartą szatę tryska kaskada różowych i złotych promieni...
— La Illah Illa Allah u Mahommet rassul Allah — Allah Akbar... — płynie, drżąc w powietrzu, poranne nawoływanie muezzina ze szczytu minaretu, skąd nawołuje wiernych do obcowania z Bogiem — Sprawiedliwym lecz Groźnym Sędzią, który wywyższa i poniża, obdarza i karę wymierza.
W domach — ruch, odgłosy życia, mruczenie modlitwy porannej, słowa rozkazów, pożegnania, skarg, ciche szlochanie, jęk cierpienia, śmiech...
Dzielnica na Kasbie budzi się szybko i odrazu zaczyna żyć.
Tak będzie trwało do chwili, aż na zachodzie zgaśnie słońce, a muezzin po raz ostatni wykrzyknie jękliwie i rozpaczliwie:
— Allah Akba — a-ar!...
Wtedy znowu popłyną zewsząd strugi i potoki mroku, zjawą się cienie dawnych dziejów i zapomnianych ludzi; wtedy cisza przytłoczy swym ciężarem prąd życia i wszystko utopi w swej bezdennej, martwej otchłani, zazdrośnie walcząc o swoje panowanie aż do pierwszych błysków zorzy, aż do godziny przedświtu...



ROZDZIAŁ II.
KU SAHARZE.

O godzinie piątej rano, dnia 22-go października, wyruszyłem z Algieru na południe. Było jeszcze ciemno i zimno.
Umieściłem w samochodzie małą walizkę podróżną, tę samą, która już objechała kawał świata i widziała Chiny, Japonję, Hawaje, Sajgon, wyspy południowego Pacyfiku i Amerykę Północną, a w której grzebały ciągle szukające i nigdy nic u prawdziwego podróżnika nie znajdujące ręce urzędników komory celnej czterech kontynentów i wszystkich poważnych i niepoważnych państw. Karabin Winchester kal. 44, kodak i lornetka Zeiss’a stanowiły resztę bagażu, który w razie potrzeby z łatwością mógłbym sam nieść.
Ruszyliśmy w drogę. Pierwszym dużym etapem powinna była być oaza Bu-Saada.
Samochód mknął, mijając mniejsze i większe osady i wsie berberyjskie, gdzie do tubylczej ludności wpłynął element żydowski, oddawna naturalizowany i od muzułman z trudem odróżniany, chyba, że zdradzą go czarne „beretta“[15] i kędzierzawe, krucze loczki na skroniach; wtargnęli tu też przybysze i władcy z Europy. Od północy ciągną się pola uprawne z jęczmieniem, pszenicą i prosem, sady owocowe i gaje oliwne, winnice, plantacje tytoniu, dalej — na południu, gdzie sięgają odnogi wysokich płaskowyżów i przechodzą w stepy — stada owiec i kóz, dalej — pod tchnieniem Sahary, pod brzemieniem zalatujących tu chmur piasku z pustyni — odłogiem leżą martwe przestrzenie jałowe, ponure, a na nich, jak piękne bukiety, — oazy palm daktylowych.
Przeciąwszy zaraz za Algierem równinę Bufarik, a na niej wspaniałe pola, ogrody i sady, i minąwszy dużą wieś Arba, słynną ze swych ogrodów pomarańczowych, plantacyj wina i tytoniu, ożywianych rzeką Dżemaa, samochód zaczyna sunąć górzystą miejscowością i lasami. Droga nieraz zawisa nad głębokiemi przepaściami, odgrodzona od nich niewysokiem podmurowaniem.
Cały ten rejon nosi nazwę — Tell, ciągnie się zaś prawie od granicy marokańskiej do granicy Tunisji, z zachodu na wschód, mając swoje rubieże na północy — przy brzegu Morza Śródziemnego, a na południe — na terytorjum wysokich płaskowyżów. Tell przecinają grzbiety Małego Atlasu, bardzo malownicze i pełne wdzięku. W dolinach małych rzeczek lub strumyków rozrzucone są wioski tubylcze, otoczone topolami i kwadratami małych pól, gdzie na ściernisku pasą się znaczne stada baranów. Tu i owdzie widnieją małe chatki tubylcze, kryte równemi warstwami wiązanek suchej, twardej trawy. W sadach owocowych snują się biblijne postacie ludzkie o białych, a nieraz skończenie pięknych twarzach.
W pobliżu osady Sakamody wjeżdżamy w pięknie zabarwione skały kredowe, gdzie Francuzi eksploatują pokłady rudy cynkowej; przebywamy głębokie, nieraz bardzo dzikie wąwozy, ciągle wspinając się do góry, aż dochodzimy do wysokości 920 metrów, gdzie się zatrzymujemy, aby napoić nasz samochód wodą ze słynnego źródła, a siebie — dość marną kawą. Jest to Ain El Berd, co oznacza „Zimne Źródło“.
Krajobraz gwałtownie się zmienia. Ciągną się coraz dalej i dalej zupełnie nagie doliny, jałowe skały; śród nich zbiegamy nadół, aż, zrobiwszy zakręt na wielkim wirażu szosy, widzimy rozległy, zupełnie okrągły „cyrk“, leżący śród nagich gór. Nad tą kotliną grubą płachtą wisiały białe, niby z grubych nici tkane chmury, czy mgła poranna; powoli unosiły się lekkie warstwy płachty, znikały i odsłaniały horyzont, aż pokazały to, co ukrywały na dnie kotliny.
Tam biegła rzeka, czerniły się nieduże zarośla tamaryndowe i błyskały białemi ścianami domki osad. Pędzą ku nam i mijają nas w biegu naszej maszyny, rozmyte przez wody wiosenne, góry kredowe i piasczyste, karawany wielbłądów, idących z południa, z Sahary, z worami, pełnemi daktyli, tego „zboża i złota“ pustyni.
Droga zbiega coraz niżej.
Osada Tablat, rzeka Isser, płynąca kilku łożyskami, a utworzona przez połączenie uedów[16] El Had i Zarnat, gaje oliwne i figowe, schludne, a noszące wszystkie ślady wpływów europejskich, berberyjskie domki o starannie oszklonych oknach i strzechach, krytych glinianemi dachówkami, duży las cedrowy, gdzie ogarnia nas i upaja powietrze, przesycone żywicą, a przypominające mimowoli mroczne sale pałaców i meczetów, gdzie stare belki i deski pułapów, przez wieki sączą nieśmiertelną woń cedrowej smoły — wszystko to miga przed memi oczami wówczas, kiedy auto mknie jak szalone, rycząc i wrzeszcząc na krętych wirażach i rozpędzając owce i wielbłądy, w popłochu zbiegające do wąwozów lub wdrapujące się na zbocza gór.
Nagle coś zrywa mnie z mego miejsca, rzucam się do szofera i krzyczę:
— Stać! Stać!
Zatrzymał się gwałtownie, aż maszyna jęknęła.
— Co się stało? — pyta zdziwiony i zaniepokojony szofer.
— Tam... tam... — odpowiadam, patrząc na dużą polanę górską, widną jak na dłoni przez wierzchołki cedrów.
Spostrzegłem bowiem rzecz, której przepuścić żaden myśliwy nie może.
Ujrzałem jeźdźca Berbera na dobrym cisawym koniu. Jechał spokojnie, lecz nagle zerwał z ramienia karabin, uderzył konia strzemionami i pomknął, aż poły burnusu wzniosły się ponad głowę jeźdźca.
Nic innego, tylko zoczył coś, co było warte pościgu, miarki prochu i kuli.
Podszepnęło mi to moje myśliwskie serce. Porwałem lornetkę i wparłem ją w polanę, w gąszcz krzaków i wysokiej trawy, szukając i wypatrując dokoła.
— Aha! Jest!
Czarny odyniec przedzierał się przez polanę, jeszcze się plątał ryjem w trawie i haszczach, lecz rwał ciągle naprzód do lasu. Biegł w moją stronę. W jednej chwili wyciągnąłem karabin i z magazynu przesunąłem kulę do lufy.
A może wypadnie na drogę? O, gdyby!...
Dzik znikł mi z oczu za cedrami, za nim przemknął ścigający go Berber.
Stanąłem na skraju lasu i czekałem...
Nagle, niedaleko ode mnie, w lesie buchnął strzał. Jeden tylko, taki samotny i taki cichy...
— Berber spudłował! — wołała moja namiętna dusza. — No, teraz odyniec mój!
Patrzę, przebijam las wzrokiem, palcem pieszczę cyngiel karabinu...
Mijają minuty... Dzik nie wychodzi i nie zjawia się jeździec.
Więc biegnę w las i szukam. Odbiegłem około kilometra od drogi i spotkałem Berbera. Szedł i, idąc, nabijał karabin o długiej lufie, nacinanej srebrem.
Zapominając o etykiecie wschodniej, pytam gorączkowo:
— Halluf et Raba?[17]
Uśmiecha się łagodnie i, przykładając ręce do ust, odpowiada:
— Salamu alejkum![18]
— Alejkum es salam... — mówię, trochę zmieszany, lecz myśliwskie serce nie dopuszcza zwłoki, więc znowu pytam:
— Halluf?
Berber skinął ręką poza siebie.
Zobaczyłem konia. Szedł o kilkadziesiąt kroków za swym panem, ostrożnie stąpając po pochyłem zboczu góry, pokrytej śliską warstwą opadłego igliwia, omijając kamienie i krzaki. Przerzucony przez siodło, wsiał dzik.
Obejrzałem go, miał kulę za uchem. Dobry, pewny strzał!
Tylko chyba Berber lub Tuareg, z siodła, w biegu konia potrafi tak dokładnie umieścić kulę i to nie z jakiegoś Winchestera lub Mauzera, a z karabinu, wyrabianego przez zwykłych „heddad“ — kowali-rusznikarzy!
Poczęstowałem Berbera papierosem, wsiadłem do samochodu i pojechałem dalej.
Szofer stanął w Aumale, przed hotelem.
— Przejechaliśmy 125 kilometrów! — oznajmił — Tu musimy zjeść obiad.
— Zjemy! — odparłem — A ile pozostaje nam do Bu-Saada?
— Drugie tyle, — odparł, majstrując w maszynie.
Poszedłem do restauracji, aby się umyć, oczyścić z kurzu i zamówić obiad.
W oczekiwaniu szofera wyszedłem na miasto; przechodząc około jednego z budynków, ujrzałem napis „Muzeum.“
— W tem małem, nic ciekawego nie przedstawiającem Aumale, istnieje muzeum? To zabawne! — myślałem, wchodząc do budynku.
Nie pożałowałem tego, gdyż dowiedziałem się dużo ciekawych rzeczy.
Aumale — to nowa francuska nazwa miasteczka, które jednak znane było bardzo dawno, gdyż jeszcze Rzymianie w swoim kolonizacyjno-wojennym marszu przez Afrykę Północną założyli tu silną twierdzę i składy handlowe. Była to Auzia, istniejąca w ciągu pierwszych stuleci naszej ery. Berberowie, a później Arabowie azjatyccy do szczętu zburzyli dzieło Rzymu, lecz ani oni, ani wieki, które przemknęły nad Auzia, nie zdołały zniszczyć ciosanych na rozkaz „cives romani“[19] głazów i zatrzeć wyrytych na nich napisów łacińskich. Te właśnie głazy i napisy Francuzi z pietyzmem złożyli w Muzeum Aumalskiem wraz z różnemi drobnemi przedmiotami, wykopanemi na miejscu dawnej kolonji rzymskiej.
Berberowie nazywają Aumale — Sur Ghozlan, czyli muzy Ghozlana. Ów Ghozlan jest mitologicznym Achillem tubylczym. Był to odważny i potężny bohater, odpierający najeźdźców z południa, skąd szli czarni wojownicy, żądni mordu i łupu. Jednak w legendach, śpiewanych i opowiadanych o Ghozlanie, najwięcej się wysławia szybkość jego biegu. Mknął jak wicher i doganiał gazele w biegu.
Gdy powróciłem do restauracji, obiad czekał już na mnie.
Zaglądam w tej chwili do swego notatnika podróżniczego i czytam w nim:
„Marny obiad na gorzkiej oliwie, dobre czerwone wino, przerażająca chmara much, czarnych, złych, natrętnych i skłonnych do samobójstwa, bo rzucały się do zupy, wina, musztardy, sosu i kawy i wlatywały do ust, starając się trafić na zęby. Piękna gra na fortepianie.“
W restauracji, oprócz mnie i mego szofera, było kilku oficerów miejscowej załogi i dwie panie, ubrane skromnie i ciemno.
Rozmawiały z sobą po rosyjsku, a miały, tak dobrze mi znane od chwili upadku caratu, tragiczny wyraz oczu i gorzkie zmarszczki koło ust, z czego zawsze można poznać Rosjan na emigracji, gdzie nie tyle ciężkie warunki ekonomiczne, ile jeszcze bardziej ciężkie przeżycia moralne i zawiedzione nadzieje, żłobią coraz głębiej te tragiczne ślady.
Skinąłem na usługującego chłopca i zapytałem:
— Te panie są Rosjanki?
— Tak! Deux princesses russes, Monsieur! — odparł z uwielbieniem w głosie.
— Co tu robią?
— Są nauczycielkami muzyki, jeżdżą z miasta do miasta — objaśnił chłopak.
Nie wiem, czy były to „princesses“, co zresztą nie zmieniłoby sytuacji, — lecz dramat niezawodny wyzierał z oczu, twarzy i skromnych, zbyt skromnych tualet tych dwóch kobiet, rzuconych ręką bezmyślnej i zbrodniczej rosyjskiej rewolucji na rozpaloną ziemię Afryki.
Jedna z pań powstała i przeszła do sąsiedniego pokoju, gdzie stał fortepian. Wkrótce rozległa się muzyka, prawdziwa, nie restauracyjna i dancingowa. Po Czopinie nastąpił Czajkowski, po Czajkowskim — Skriabin, Rachmaninow, Rimskij-Korsakow...
Siedziałem przy stole dłużej niż należało, nie zwracając żadnej uwagi na muchy i swąd przypalonej oliwy, zalatujący od kuchni.
Słyszałem łzy, rozpacz i ból w grze nieznanej kobiety, pochodzącej z tragicznego kraju kontrastów i nielogiczności dziejowej. Czułem dramat, chciałem się zaznajomić z temi paniami. Łatwoby mi to przyszło, lecz pomyślałem sobie, że, być może, uciekły tu, do Algierji, aby już nic im nie przypominało ich dalekiej ojczyzny, aby żadne echo przeszłości i przeżytego dramatu nie dochodziło do serc ich, zbolałych i przeczulonych.
Pojechałem dalej, unosząc ze sobą wspomnienie o pięknej grze tęsknej Rosjanki, mającej takie tragiczne oczy i twarz męczeńską.
Samochód zaczyna się znowu wspinać na wysokość 1040 metrów wschodniemi spadkami grzbietu Djebel Dira, skąd doliną rzeki wybiega na płaszczyznę, monotonną, pokrytą kwadratami uprawnych pól, i staje w osadzie Sidi Aissa. W centrum płaszczyzny leży olbrzymie jezioro Szott-El-Hodna. Ludność berberyjsko-żydowska mieści się w brudnych domach, zjadana przez muchy — straszną plagę tych miejscowości, gdzie grasują stale choroby oczu. Dalej za osadą rozciąga się równina, gdzie widziałem drgającą na horyzoncie fatamorganę; jak zwykle — drzewa, rosnące na brzegu wielkiego jeziora, pokrytego wysepkami.
Równina bardzo szybko przechodzi w pustynię — nagą, kamienistą, gdzie roi się od jaszczurek — Agam i szarańczy. Śród kamiennych odłamków mignął mi raz duży waran[20], a gdy zacząłem go ścigać, — natrafiłem na piaszczysty brzeg wyschłego potoku. Spostrzegłem tu dwie jaszczurki, ciemno zabarwione, z czarnemi poprzecznemi paskami i białemi brzuszkami. Były długie na 15 centymetrów i posiadały krótkie, słabo rozwinięte kończyny.
Narazie zaczęły uciekać dość szybko, lecz widząc, że je ścigam, w mgnieniu oka zaryły się w piasek i znikły. Tylko poruszająca się powierzchnia piasku świadczyła, że zwierzątka szybko posuwają się naprzód. Zdobyłem jeden taki egzemplarz i, wypatroszywszy go, umieściłem na słońcu. W Biskrze powiedzieli mi znawcy fauny algierskiej, że jest to scynk apteczny (scincus officinalis), którego Arabowie bardzo słusznie nazywają „rybą piaskową“ i nielitościwie prześladują. Objaśnia się to tem, że od niepamiętnych czasów medycyna arabska uważała wszystkie części ciała tej jaszczurki za nadzwyczaj skuteczne lekarstwo na różne choroby. Arabowie i Berberowie poławiają te zwierzątka, suszą je na słońcu i mielą na proszek, chętnie kupowany przez chorych i hakimów. Tubylcy twierdzą, że scynk tępi skorpjony, nie wiem jednak, czy to jest faktem dowiedzionym, natomiast około Bu-Saada spotkałem scynka, napadającego na zwykłą zieloną jaszczurkę — Lacerta ocellata. Czy był to napad, czy tylko walka o zdobycz — wyjaśnić nie zdołałem, ponieważ scynk natychmiast dał nura do piasku, a zielona jaszczurka znikła śród kamieni.
Za tą pustynią, raczej pierwszym jej zwiastunem, zaczyna się dość falista miejscowość, gdzie około Ain Kerman zjawiają się znaczne skały, przechodzące w pokaźny masyw górski — Djebel Sellat, ze szczytami podobnemi do stołów. Miejscowość pozostaje wciąż naga i jałowa i zaledwie w jednem miejscu wzrok z przyjemnością i ulgą spocząć może na małej oazie Ed-Dis, gdzie tubylcy sprowadzili sobie wodę z gór, zapomocą głęboko podziemnych kanałów, podobnych do „foggara“, o których wspominałem, opisując Figuig[21].
W pobliżu oazy, na kamienistym gruncie, spotkałem kilka okazów skorpjonów o rozrośniętych kleszczach (Sc. palmatus).
Za tą małą, nikłą wysepką roślinności i kilkunastu domkami, należącemi do rodzin tubylczych, pustynia ciągnie się dalej, aż przechodzi w piaski, tworzące w niektórych miejscach diuny, czyli wały piasków ruchomych, grożących zasypaniem pięknej oazie Bu-Saada. Francuska administracja oddawna już wystąpiła do walki z piaskiem i zdołała zatrzymać go, wzmocniwszy spadki sypkich pagórków gęstemi zaroślami krzaków tamaryndowych.
Było już ciemno, kiedy wjechaliśmy do Bu-Saada; długo kręciliśmy się w wąskich uliczkach, aż samochód stanął przed hotelem, poleconym mi przez moich algierskich znajomych.
Zrobiwszy tualetę i posiliwszy się w bardzo dobrej restauracji hotelowej, nie bacząc na spóźnioną godzinę, wyszedłem z domu i zacząłem się błąkać po miasteczku, aż wreszcie trafiłem na dobrą drogę, przecinającą las palm daktylowych (Phoenix dactylifera) i dotarłem do wysokiego brzegu rzeki.
Na dole, odbijając się w wodzie, płonęły dwa ogniska. Jakieś postacie poruszały się koło nich, zbliżały się do wody i nachylały się nad płytkim prądem rzeki.
Podszedłem i ujrzałem trzy kobiety — dwie stare i jedną młodą, o krótkich, gęstych i kędzierzawych włosach i dużych, czarnych, rozmarzonych oczach. Wszystkie miały smagłą cerę, taką, jaką spotyka się tylko tu, gdzie gorący wiatr smaga bez litości, a promienie słońca, nie liczące się ze swoją zabójczą siłą, zbyt pochopnie starają się pieścić nieosłonioną twarz i dłonie. Jednak nie były to Berberki, ani nomadki Sahary. Gdym podszedł do ogniska, podniosły głowę i śmiało, lecz ze zdumieniem, przyglądały mi się, nie kryjąc twarzy i nie unikając mego wzroku.
— Co tu robicie? — zapytałem po francusku, nie spodziewając się zresztą odpowiedzi.
— Przyszłyśmy do starej Raszel — niespodziewanie czystą francuszczyzną odpowiedziała młodsza z kobiet, — przyszłyśmy po poradę, bo dziś pełnia księżyca...
Usiadłem przy ognisku i rozpocząłem rozmowę, gdyż wszystkie trzy mówiły biegle po francusku. Były to Żydówki z tych rodzin, które od niepamiętnych czasów, z pewnością jeszcze przed Islamem i przed erą chrześcijańską, przybyły do Afryki i, posuwając się coraz bardziej na południe, dotarły aż do koczowisk Tuaregów i osad szczepów, mieszkających na Nigerze i na północy jeziora Czad.
Wyznają one naukę Mojżesza, lecz jest ona tak pomieszana z magją i sekciarstwem muzułmańskiem, że, doprawdy, kult starego naturalizowanego społeczeństwa izraelickiego w Algierji i Marokku należałoby uważać za religję odrębną od nauk Mojżesza i Mahommeta.
Zauważyłem, że młoda Żydówka trzyma w ręku szmatkę, zawiązaną węzłem.
— Co to jest? — zapytałem.
— W tym węzełku są moje włosy... — odparła rumieniąc się.
Patrzyłem na nią pytająco, więc ciągnęła dalej:
— Zbieram wypadające włosy, a później odnoszę do Raszeli, która zawiązuje je w taką szmatkę i po zaklęciach, które czyni przy pełni księżyca i płonącego ogniska, wrzuca do wody.
— Po co? — dopytywałem.
— Jest to oczyszczające „azima“ — zaklęcie, po którem włosy prędzej rosnąć zaczynają i nigdy głowa nie boli, — objaśniła.[22]
W ten sposób poznałem się z Sarrą bent Ihudi, a od niej dowiedziałem się dużo ciekawych szczegółów z magji, uprawianej przez Żydów i Berberów i poczyniłem inne pożyteczne znajomości, szczególnie zaś w starej Bu-Saada, gdzie w półzrujnowanej chałupie mieszkała „kahina“, prawdziwa czarownica i wróżbitka berberyjska.
Płaciłem i Żydówce i Berberce. Pierwszej — za pomoc, drugiej — za wróżby. Z pewnością sędziwa „kahina“ śmiała się w duchu, widząc takiego przekonanego klienta, pełnego zabobonów i „głębokiej wiary“ w jej nadprzyrodzoną siłę, lecz nie ubolewam nad tem zbytnio, gdyż słuchając wróżb starowiny, prosiłem o inne zaklęcia, wypytywałem o to, co mnie interesowało, radziłem się jej i... zapisywałem później do mego notatnika.
Przed podróżą swoją naczytałem się o kultach, magji i przesądach tubylców Afryki Północnej u profesora E. Doutté, M. Morand, A. Certeux, Moulieras, Klein’a i innych autorów, więc wiedziałem, o co mam pytać, i badałem, czy stara kahina zna się na rzeczy, czy też — nie. Otóż twierdzę, że moja sędziwa czarownica była studnią, skarbem muzułmańskiej wiedzy magicznej!
Dowiedziałem się o całym szeregu recept, stosowanych w magji afrykańskiej.
Gdy przychodzi do czarownicy smętna, blada kobieta berberyjska, a tak zrozpaczona, że zapomniała nawet podczernić sobie oczy i brwi, wzmocnić rumieńce na twarzy i czerwoną henną wymalować paznokcie i dłonie, — kahina spogląda na nią z politowaniem i szepce:
— Mąż oziębły jest dla ciebie, mra[23], — widzę to! Jest na to rada. Weź trochę włosów z głowy i brody męża, szczyptę ziemi ze śladu jego prawej stopy i trochę kurzu z wewnętrznej strony jego prawego babusza[24], zaszyj to wszystko do małego woreczka i noś na piersi. Bądź pewna — miłość męża powróci i będziesz szczęśliwa!...
Sarra mówiła mi, że taki talizman ma niezawodny skutek i że często, po zastosowaniu go, klientka przychodzi, pięknie wystrojona i szczęśliwa, i rozkapryszonym głosem żąda od kahiny, aby dała jej coś, co zmusiłoby jej męża do powolności względem wszystkich jej zachcianek.
— Jest i na to rada! — mruczy wtedy czarownica. — Przynieś mi włosy i odcinki paznokci twego męża!
A gdy kobieta spełni jej polecenie, kahina przyrządzi pigułkę z włosów i paznokci męża i ze śliny, łez i siarki usznej żony, a ta podczas jedzenia, pokryjomu, zmusi mężczyznę do przełknięcia czarodziejskiego środka.
Od tej chwili kobieta „wejdzie do duszy“ męża i opanuje ją nieograniczenie.
Nieraz do starej czarownicy przychodzą młode dziewczęta. Serca ich płoną miłością dla tych, których dojrzały przez „ltam“ ich tęskniące do nieznanego szczęścia oczy.
Takie to piękne, pobudzające do marzeń!
Lecz rodzice chcą wydać, a więc i wydadzą swe córki za otyłego, dziobatego handlarza daktylami. Trzeba wyrzucić, wyrwać z serca miłość, co przyleciała jak skrzydlaty ptak przed zakratowane okno więzienia, trzeba zgasić płomień żądzy, bo inaczej ciężkiem będzie życie w haremie kupca.
Płaczą dziewczyny, ręce załamują, żalą się na swój los i błagają czarownicę o pomoc, a ona pisze na ich dłoniach węglem lub kredą niezrozumiałe, a więc „straszne“ słowa: „Jakmusz, Bekmusz, Abhamusz“ i każe powtarzać za sobą:
— O Allahu! wyrwij miłość z serca Barki, córki Mohammeda, do Abd ben Gur, tak, jak zostaną za chwilę zmazane słowa, wypisane na jej dłoniach!
Kahina ściera starannie napis z rąk klientki, szepce zaklęcia, wzywając Allaha i nieznanych Jakmusza, Bekmusza i Abhamusza[25].
Gdy w domu, w polu, czy przy stadach niepowodzenie zaczyna ścigać Berbera-pastucha, ten długo się waha, lecz niechybnie przyjdzie po radę do kahiny. Ona zaś, na skrawku skóry wydrapie magiczne znaki czterech duchów: Asiaila, Daniaila, Herkayila i Rudiaila — potężnych królów Północy, Wschodu, Południa i Zachodu, i każe nosić ten amulet w zwojach turbanu.
Takich rzeczy dowiedziałem się, zawdzięczając prostemu przypadkowi, pierwszego zaraz wieczora pobytu w Bu-Saada.
Nazajutrz, od wczesnego poranku, miałem doskonałego przewodnika; z nim obszedłem całe miasto otaczające oazę, złożoną z dziesięciu tysięcy palm. Gdy przed wyjściem z hotelu rzuciłem okiem z balkonu mego pokoju, ujrzałem na prawo ciemny las palm, brzemiennych w złociste okiście dojrzewających daktyli. Śród drzew bielały kopuły i ostre narożne wieżyczki kubb; wyżej, na żółtej, kamienistej równinie — stara, umierająca, waląca się w gruzy Bu-Saada, prawie opuszczona przez mieszkańców; na uboczu, tuż za starą dzielnicą — cmentarz muzułmański. Dla tego cmentarza, w dawnej Bu-Saada pozostały jeszcze niektóre rodziny, ponieważ nie chcą one porzucić ziemi z prochami i grobowcami przodków.
Na horyzoncie na prawo — rzeźbi się na tle nieba linja gór, porwana, poszarpana, pocięta kłami złośliwych duchów powietrznych, małych istotek o ciele z piasku, zalatujących tu z pustyni, z wielkiego Ergu, gdzie wiatr wichrzy żółte grzywy piaszczystych fal Sahary i gdzie panuje niepodzielnie i przeraża najodważniejsze serca niemiłosierny król pustyni — Samum.
Te góry — Uennugha, Maadid i Baten — stanowią ostatnie uskoki grzbietów Sahari i Uled-Nail. Zapewne, tam właśnie, w tych szczelinach gór, w chaosie kruszących się skał, przez całą noc dzisiejszą drwiąco i złowrogo śmiała się hiena, a przed świtem — jękliwie wyły szakale...
Idziemy miastem, właściwie — dzielnicą francuską. Bardzo malownicze domki i wille, tonące w zieleni ogrodów, bulwary, obszerny plac ze sklepami i tłumem Berberów i nomadów, przybywających z pustyni na święta do meczetów i kubb.
Pustynia zdaje się być tuż, tuż, bo przed sobą widzę niezmierzoną, łączącą się z horyzontem płaszczyznę zaraz na lewo od gór czerwono-żółtych.
Na placu spotykam znakomitość miejscową, a obecnie wszechświatową.

Jest nią mały, zdaje się, dziesięcioletni chłopak berberyjski. Jakiś amerykański kinematograficzny operator dojrzał go i zakontraktował dla filmów arabsko-saharskich. To zabawne, nad wiek poważne i dumne arabiątko jest obecnie bogatym „Sidi“[26]. — Przeszło obok w cienkim burnusie, w czerwonym fezie z długą czarną kitą jedwabną i przyglądało mi się uważnie, czy poznam go... z filmu. Nie poznałem oczywiście, lecz pokazał mi go miejscowy urzędnik, uprzejmie do mnie wydelegowany przez administratora Bu-Saada, uprzedzonego o mojem tu przybyciu.
OAZA BU SAADA. KUBBA

Umówiwszy się z urzędnikiem na godziny popołudniowe, poszliśmy z przewodnikiem dalej.
Dzielnica tubylcza tarasami wspina się na górę, uwieńczoną czerwonemi murami koszar spahisów[27]. Tu widzę nieduże domy, jak zwykle o ślepych ścianach, z nisko opuszczonemi w ziemię drzwiami. Budowle są podobne do tych, jakie widzieliśmy w południowem Marokku, gdzie już stosowaną jest architektura, przyjęta w całej Saharze. Z poza murów wyglądają z oddali otwarte werandy i galerje, płaskie tarasy na dachach z grupami kobiet i dzieci. Trzy meczety o skromnych, czworokątnych minaretach, małe, ciasne i stare, bieleją swemi ścianami śród szaro-żółtych domków dzielnicy.
Uliczki wąskie i kręte, albo zalane złotem słońcem, albo tonące w gęstym cieniu, ciemno-szafirowym i łagodnym, zbiegają ku murom, za któremi rozplanowano dzielnicę francuską i lepiące się przy niej nowe przedmieście tubylcze. W małych sklepikach i warsztatach, należących przeważnie do Żydów, oglądałem wyroby miejscowe, przez nomadów używane. Bardzo interesujące są tu klejnoty, ciężkie, barbarzyńskie, ze srebra kutego wyrabiane. Szczególnie zastanawiają bransoletki na ręce i nogi, szerokie, z czterema tępemi kolcami, coś nakształt obręczy kajdanów lub kastetów dla zapaśników na pięści. Takie klejnoty są w użyciu śród Murzynek wschodniej Afryki Środkowej i, z pewnością, stamtąd przywędrowały aż tu, gdyż Arabowie naszych czasów biorą stamtąd niewolnice.
Po zwiedzeniu miasta przewodnik wyprowadził mnie na rzekę Bu-Saada, na tę samą, gdzie już poprzedniego wieczora nawiązałem znajomość z Sarrą i Raszel. Rzeka, prawie wyschnięta, sączy się płytkim potokiem śród kamieni, pokrywających całe łożysko. Wysokie ściany lasu palmowego, pierzastych liści, tamaryndów i drzew pistacjowych otaczają brzegi i zwisają nad białemi kamieniami wysłanem korytem i wąską wstęgą rzeki. W gąszczu drzew bieleje i połyskuje na słońcu ściana Kubby, gdzie spędzała kilka dni w miesiącu zmarła przed paru laty kobieta-marabut[28] Lalla Zineb, pochodząca w prostej linji od córki Proroka Mahommeta, a znana w całej Algierji i Tunisji z miłosierdzia i nadprzyrodzonej siły.
Lalla Zineb należała do rodziny El-Hamel-Bel-Hadż, oddawna tu osiadłej, prawdopodobnie od chwili wtargnięcia Islamu do Afryki Północnej. Rodzina ta stanowi oazę śród ludności, mieszanej i różnorodnej. Tu, w Bu-Saada, spotkać można tubylców z różnych szczepów arabskich, koczujących w Saharze, a także Berberów i zagadkowych mieszańców ze szczepów Mzab, Uled-Nail, Sidi Ibrahim, Ali ben Ahmed, Uled Kraled, Sidi Amer, Uled Zekri i innych, wyznawców różnych sekt i naśladowców fałszywych proroków. Tu do Islamu wpływały rozkładające i osłabiające go potoki, opadały go naleciałości pogańskich kultów, magji i odszczepieństwa, posuniętego tak dalece, że niektórzy Berberowie, nie wzdrygając się, używają nawet mięsa wieprzowego i innych nieczystych, podług Koranu, zwierząt.
Rodzina El Hamel bel Hadż, w której żyłach płynie krew Fatmy, córki wielkiego Proroka, od wieków broni czystości kultu i tradycyj Hadith.
Za tę wierność przepisom „Świętej Księgi“ ucierpiała nawet.
Zdarzyło się to w roku 1849, gdy były roznosiciel wody w Algierze przybył do oazy Zaatcza, należącej do szczepu Ziban[29] i ogłosił się szeryfem, czyli potomkiem Proroka i kierownikiem Islamu, buntując ludność przeciwko Francuzom. Żyjący wtedy marabut, z rodu El Hamel bel Hadż, podtrzymał powstanie w imię obrony Islamu. Francuzi zdusili ruch, zburzyli do szczętu Zaatcza, zajęli swemi wojskami Bu-Saada, i zawiesili marabuta w jego czynnościach, na skutek czego, do jego „zauja“ przez dłuższy czas nie przybywali pielgrzymi z pustyni i z wysokich płaskowyżów.
Obecnie jest to jeden z najbardziej lojalnych rodów marabutów, gdyż ci dostojnicy Islamu naogół są w ukrytej, a bardzo czynnej opozycji względem ludzi białych, pobudzając przeciwko nim namiętności pobożnych, należących do kierowanych przez nich zrzeszeń religijnych.
Po obiedzie, w towarzystwie pomocnika administratora i komisarza policji, udałem się na zwiedzenie najbardziej charakterystycznej osobliwości Bu-Saada. Całą ulicę, ciągnącą się pomiędzy dzielnicą tubylczą a francuską, stanowią domy i fonduki, przepełnione tancerkami i śpiewaczkami, staremi i młodemi, należącemi do najpotężniejszego tu szczepu Uled-Nail.
Jest to dziwny szczep — i pod względem pochodzenia i pod względem tradycyj i kultu.
Piękni mężczyźni, o dumnych twarzach z orlemi, cienkiemi nosami, o torsach do posągów podobnych; kobiety o białej cerze, z lekkim oliwkowym odcieniem, o zagadkowych, rozmarzonych oczach i szlachetnych rysach, są — pasożytami.
Mężczyźni są kowalami, golarzami, znachorami, wróżbiarzami; kobiety — tancerkami, śpiewaczkami i czarownicami. Mężczyźni pozostawaliby z pewnością żebrakami i nędzarzami przez całe życie, gdyby nie kobiety, zarabiające swoją sztuką nieraz duże pieniądze, dopomagając ojcom i braciom i wnosząc wiano swoim mężom, wcale nie pogardzającym lekkomyślnem i rozpustnem życiem córek, sióstr i żon. Kobiety Uled-Nail podróżują po całej muzułmańskiej Afryce, a ich tańce znane są po wszystkich miastach i uważane za szczyt miejscowej sztuki choreograficznej.
Wokoło samych tancerek utworzyła się legenda, co prawda, w znacznym stopniu przez nie same ożywiana i podtrzymywana. Słyną one także jako czarownice i wróżbitki, przynoszące szczęście w życiu. Będąc kobietami przystępnemi, nie przystają nigdy na małżeństwo z mężczyznami innych szczepów. Wszystko to uczyniło z tancerek Uled-Nail bardzo poszukiwane kobiety na całej północy kontynentu, zrodziło mnóstwo nieraz bardzo głębokich dramatów, wypadków krwawej zemsty i innych szalonych czynów, dokonywanych przez rozkochanych w nich Arabów, Berberów i Kabylów.
Osobiście znam jednego poważnego Kaida, który za umiłowaną tancerkę Uled-Nail proponował jej matce wykup — wiano w kwocie 50 000 franków, piękną willę z sadem owocowym i żyzną rolą i testament, oddający jej po jego śmierci cały znaczny majątek.
Rodzina i sama tancerka odmówiły Kaidowi, chociaż tancerka ta była zwykłą „kapłanką miłości,“ lecz jednocześnie była obiecana na żonę młodzieńcowi z jej szczepu.
Moi nowi znajomi przyprowadzili mnie do obszernego budynku, przypominającego fonduk[30], z rozległem „patio“[31] i z galerją, łączącą się z wewnętrznemi izbami.
Była to siedziba najlepszych tancerek i śpiewaczek, a było ich tu około pięćdziesięciu, nie licząc matek, babek, sióstr i dzieci.
Wprowadzono nas na taras, mieszczący się na dachu domu, a skąd roztaczał się obszerny widok na równinę Hodna, góry i całe miasto.
Ściany tarasu pokryto kobiercami; kobiercami zasłano ubitą z gliny podłogę i przyniesiono dla nas krzesła.
Tancerek jeszcze nie było, gdyż przebierały się i stroiły w swoich pokojach. Wreszcie zaczęły się zjawiać jedna po drugiej, witając gości spokojnym i poważnym ruchem głowy.
Posłano do nas na taras najlepsze i najładniejsze Uled-Nail.
Gdy około piętnastu kobiet usiadło na kobiercu w malowniczych i swobodnych pozach, zjawili się muzykanci, jeden z kobzą, drugi z bębenkiem. Natychmiast zaczęli wygrywać rytmiczną, lecz przeciągłą i jednostajną melodję, ciągle się powtarzającą, i nakoniec dali znak rozpoczęcia tańców.
Pierwsza wystąpiła właścicielka całej trupy, w której jednocześnie popisywała się jej córka. Tancerka była już niemłoda, lecz posiadała piękną, o regularnych i szlachetnych rysach, poważną twarz, z lekko nakreślonemi znakami tatuowania.
— Gdzie widziałem podobne twarze? — myślałem, przygotowując swój kodak.
Nie mogłem narazie przypomnieć sobie, lecz powoli zaczęły wstawać mi przed oczami rysy posągów i płaskorzeźb, przedstawiających rzymskie matrony, a wystawionych w muzeach całego świata.
Czyżby było coś zadziwiającego w tem, że waleczni Rzymianie, dochodzący prawie do granicy wielkiej pustyni, pozostawili we krwi Uled-Nail swoje cechy fizyczne, a szczep ten, odosobniony i żyjący w ciasnych granicach plemiennych, cechy te przechował dłużej, niż inni Berberowie z dawnych Mauretania Tingitana[32] i Mauretania Caesarea[33].
A że Rzymianie znali pustynię, lub conajmniej wysokie płaskowyża Afryki, o tem świadczy Wergiljusz, w taki sposób opisujący pasterza-nomada:

Saepe diem noctemque et totum ex ordine mensem
Pascitur, itque pecus longa in deserta sine ullis
Hospitiis, tantum campi jacet![34]

Tancerka Uled-Nail miała na sobie zupełnie teatralny strój. Głowę jej zdobiła złota korona z pawiemi piórami i złotemi łańcuchami, spadającemi na ramiona, olbrzymie kolczyki złote, ciężkie z dużemi, barwnemi kamieniami czy szkłami, szerokie bransolety na rękach i nogach, kolja ze złotych 20-frankowych monet i inne klejnoty połyskiwały i brzęczały w uszach na szyi i piersi. Fioletowa, powłóczysta, jedwabna suknia i różowa woalka — „ltam“, suto haftowana złotem, dopełniała stroju tancerki.

Zaczęło się od „harraki“ czyli od tańca brzucha. Wstrętny to taniec, szczególnie, gdy tańczy go kobieta otyła i niemłoda. Europejczycy widzą w tym tańcu element rozpusty, a dowiedziawszy się o tem, wschodnie baletnice starają się przypodobać białym, lubującym się w nieskromności, i posuwają „harraki“ do ostatecznych granic wyuzdania. Jednak, na swoich ucztach i zebraniach muzułman, taniec ten jest wykonywany zupełnie inaczej, daleko skromniej i posiada dużo ruchów, pełnych symbolicznego znaczenia.
Pamiętam, że w Petersburgu widziałem w teatrze arabską tancerkę i wykonany przez nią „harraki.“ Byłem zgorszony, czułem ostry niesmak i prawie wstyd, widząc najohydniejsze ruchy i pozy.
Zupełnie przypadkowo spotkałem tę artystkę w prywatnym domu jednego z amatorów baletu. Znowu widziałem taniec, ale było to zupełnie co innego! Żadnego cynizmu, żadnego wyuzdania!
Wtedy Arabka objaśniła nam znaczenie tego tańca. Niezawodnie jest on pozostałością wiosennych kultów Demetry lub Adonisa[35], przeżytek pogańskich czasów.
Arabka mówiła, że ruchy taneczne mają przedstawiać tęsknotę rozstania wiernej żony z ukochanym mężem, namiętne oczekiwanie jego powrotu, szał miłości i wreszcie spotkanie. Lecz pod określeniem owej wiernej żony i powracającego męża należy, zdaje się, rozumieć ziemię, oczekującą przyjścia wiosennego słońca po mrocznej porze zimy.
Jednak tancerka Uled-Nail, chociaż odtańczyła „harraki“ bardzo spokojnie, nie pozostawiła po sobie estetycznego wrażenia. Ani jej masywna figura, ani twarz, dumna i obojętna, nie były stosowne do tego tańca.
Natomiast inne tańce wykonała z prawdziwym talentem.
Pierwszym był taniec pożegnania i powitania, czyli „taniec chustki“.
Smutną rozłąkę, czułe lecz beznadziejne pożegnanie, tęsknotę opuszczonej kobiety, a po krótkiej pauzie, w ciągu której, robiąc drobne kroki i zataczając duże koło, tancerka nacechowała ciągłość tęsknego nastroju, bolesnego i jednostajnego, z godziny na godzinę, z dnia na dzień.
Uled-Nail, stopniowo zmieniając wyraz twarzy, charakter i rytm ruchów, — przedstawiła odradzającą się nadzieję, oczekiwanie rychłego przybycia męża, szaloną radość spotkania i wreszcie — modlitwę dziękczynną, zanoszoną przed oblicze Allaha-Pocieszyciela. Powiewanie chustką, powolne i słabnące, lub gwałtowne i triumfujące, wzmacniały wyrazistość sceny mimiczno-choreograficznej.
Inne tancerki klaskaniem w dłonie i różnemi wykrzyknikami dodawały barwności obrazowi.
Na ostatku Uled-Nail wykonała taniec szabli.
To już był cały poemat rycerski, wspomnienia dawnych dziejów.
Tancerka niosła na wyciągniętych rękach kij, zastępujący szablę. Niosła szablę z lubością, lecz z głębokiem poszanowaniem, wyrażanem mimiką i rytmem kroków tanecznych.
Zmieniła je wkrótce, przechodząc do szybkiego wirującego taktu, — tańczyła triumfalnie, z twarzą dumną i płonącą odwagą, wymachiwała szablą, oglądała jej ostrze, wznosiła go ku niebu; ruchami swemi opowiadała historję broni, przypominała boje, w których brała udział ta szabla przodków, ta stara, wypróbowana klinga, gdzie, być może, nie zatarł się jeszcze złoty napis: — „Nie wyjmuj mnie z pochwy bez powodu, nie wkładaj bez honoru!“
Wreszcie tancerka skłoniła się przed niewidzialnym mężem i ruchem niewolnicy oddała mu broń. Wojownik odjechał na krwawą wyprawę; tancerka twarz zasłoniła jedwabnym „Ltamem“ i cicho krążyła, jak tęskny ptak nocny, w niepokoju, trosce i smutku.
Znowu się zmienił takt. Tancerka miotała się w radosnych rzutach i skokach, gdyż mąż przez niewolnika przysłał jej swoją szablę, szablę zwycięzcy. Sam ma przybyć dopiero jutro, razem z innymi wojownikami swego szczepu.
Kobieta wykonała triumfalny hymn dumy kobiecej i namiętnej z radości powrotu ukochanego. Oglądała z lubością szablę, szukała na niej śladów krwi wrogów, a później twarz przytuliła do rękojeści, bo ją ujmowała w bitwie droga, mocna dłoń wojownika i męża...
Po starej Uled-Nail tańczyły młode, jej uczennice. Śród nich było kilka bardzo przystojnych.
Szczególnie słynie z piękności i talentu, będąc marzeniem mężczyzn z Bu-Saada, a nawet i mieszkańców dalszych osad i oaz, tancerka Ajszusz bent Tahar, szesnastoletnia dziewczyna o regularnej, złocisto-smagłej twarzy i wielkich, trochę ponurych lecz płomiennych oczach.
Opowiadano mi, że całe hufce bogatych Berberów i Arabów dobijają się o rękę tancerki, lecz, będąc dostępną dla wszystkich, z obcym nie chce związać swego życia, bo mężem jej nie będzie nikt inny, tylko jakiś nicpoń z jej szczepu.

Ajszusz nosi na szyi, piersi, rękach i nogach conajmniej dwadzieścia kilogramów złota i srebra, w postaci różnych klejnotów; rzadko się uśmiecha, nawykła do hołdów i zachwytu, jest dumna i kapryśna i pewna siebie.
TANCERKI „OULED NAIL“

Taką charakterystykę tej dziewczyny dał mi komisarz policji, więc myślę, że jest to prawdziwa ocena tancerki, przed którą pan komisarz z pewnością nieraz musiał bronić zbyt zapalonych spahisów i obywateli francuskich, uczęszczających na tańce Uled-Nail w fonduku Bu-Saada.
Młode tancerki — Ajszusz bent Tahar, Fatma, Barka, Kadra i Fatum wykonały kilka tańców solowych i grupowych, śpiewając przytem i klaszcząc w dłonie.
Przyglądając się im, przypomniałem sobie widziane w Granadzie tańce hiszpańskich cyganek — gitan. Niewątpliwie, że wojownicy afrykańscy przynieśli ze sobą na Półwysep Pirenejski tańce swoich kobiet. Jednak te powolne, wyraziste, rozmarzone ruchy skwarnej, nurzącej ciało i duch Afryki zmieniły się w wesołej, ruchliwej Hiszpanji — w wir szalony, ognisty.
Jest to kwestja klimatu i temperamentu!
Po wyjściu z fonduku Uled-Nail rozstałem się z urzędnikami i moim przewodnikiem.

Wstąpiłem sam do maurytańskiej kawiarni, napiłem się dobrej kawy i zacząłem się przyglądać publiczności. Byli tu sami tubylcy; popijali kawę, herbatę z miętą, spożywali daktyle i figi, grali w warcaby i kości; dwóch grajków dudniło na krótkich, straszliwie zachrypniętych klarnetach.
ARABSKA KAWIARNIA W OAZIE ALGERYJSKIEJ

W kącie dojrzałem jakiegoś obszarpańca z koszykami owiniętemi w płótno. W takich koszykach, tacy właśnie obszarpańcy noszą zwykle jadowite węże.
Skinąłem na niego. Uśmiechnął się i podszedł do mnie. Natychmiast cała gromada ludzi otoczyła mnie kołem. Zbliżył się też i właściciel kawiarni, mówiący po francusku. Zamówiłem za franka przedstawienie. Myślałem, że ujrzę zwykłego, widzianego nieraz w Marokku zaklinacza węży, lecz oczekiwała mnie niespodzianka.
Berber wypuścił na podłogę dużego warana, mającego na szyi zaciskającą się obrożę z rzemienia, którego koniec zaklinacz trzymał w ręku. Szarpiąc za rzemień i krzycząc, zaczął draźnić jaszczurkę. Waran miotał się, z siłą uderzając potężnym ogonem po ziemi, aż wreszcie rozjuszony, zaczął syczeć i skakać, ciskając się na swego dręczyciela. Wtedy zaklinacz z drugiego kosza wyrzucił na ziemię wiperę[36]. Ujrzawszy żmiję, waran odrazu się uspokoił i zaczaił, nie spuszczając oczu ze straszliwego przeciwnika. Wipera też zrozumiała grożące jej niebezpieczeństwo; szybkim ruchem uniosła głowę i, rozwarłszy paszczę z trującemi kłami, zaczęła powoli podnosić się coraz wyżej, zwijając swoje grube ciało i przygotowując się do skoku.
Waran jednak nie czekał i pierwszy przeszedł do ataku. W oka mgnieniu jaszczurka zwróciła się całem ciałem i z siłą nadzwyczajną smagnęła węża ogonem, niby biczem. Wipera bezsilna opadła na ziemię i potoczyła się ku widzom, którzy w popłochu cofali się, depcząc sobie po nogach. Waran w jednej chwili był już przy swoim wrogu i, schwyciwszy go swoim długim pyskiem za głowę, miał zamiar rozpocząć albo miażdżenie czaszki, albo wprost łykanie węża żywcem, zaklinacz jednak szarpnął zwycięzcę za rzemień, zdusił mu gardło, odebrał wiperę, a później wrzucił oboje do ich koszyków. Przedstawienie było skończone, zapłaciłem obszarpańcowi franka i zapisałem do notatnika, że twierdzenie Arabów, iż „uran,“ jak oni nazywają warany, napada na wipery, — jest istotnie prawdziwe. Arabowie twierdzą, że waran ze szczególną namiętnością ściga rogate wipery (Cerastes Vipera) i wyszukuje dla swojej nory właśnie takie miejsca, w których ten gatunek węży stale przebywa.
W ciągu mego pobytu w Bu-Saada, miałem sposobność być obecnym przy dwóch nocnych ceremonjach muzułmańskich, które zasługują na to, aby je opisać.
Na placu przed meczetem zauważyłem duże zgromadzenie tubylców. Migały tu i owdzie ręczne latarnie z palącym się w nich łojem lub oliwą, płonęło też kilka pochodni. Tłum otaczał cały plac, pośrodku zaś stało twarzami do siebie czternastu Berberów.
Siedmiu z nich w białych burnusach, przepasanych powrozami, z gołemi głowami, bosemi nogami i natchnionemi, wychudzonemi twarzami, śpiewało sakramentalną modlitwę:

Bismi Llachi Rahmani r-Rahim
Hua Llahu elladhi la ilaha illa hua[37]!

Innych siedmiu zapamiętale dęło w trąby i biło w tamburyny.
Po chwili muzykanci zaczęli się cofać drobnemi krokami, a śpiewający Berberowie postępować za nimi. Później role się zmieniły, — cofali się śpiewacy, sunęli naprzód grajkowie. Przypominało to znaną figurę z kontredansa. Chodzenie to tam i zpowrotem powtarzało się długo. Mój przewodnik twierdził, że 99 razy, stosownie do 99-ciu imion Allaha.
Istotnie, zmieniając kierunek ruchu, śpiewający wymieniali poszczególne imiona.
Słyszałem: Rahim, Malik el Mulk, Muhaimin, Adl, Muhyi, Nur...[38].
Dreptanie to skończyło się wtedy, gdy odśpiewali wszystko i gdy zjawił się słynny marabut Sidi Mohammed Belkacem el Hamel bel Hadż, stryj i następca świętej Lalla Zineb. Marabut otyły, o poważnej, wypieszczonej twarzy i długiej, kruczej, już siwiejącej brodzie, powiedział kilka słów i dotknął pulchną dłonią kornie schylonych przed nim głów śpiewających i grających tubylców. Uczyniwszy to, skierował się do meczetu, za nim podążyli pobożni „mumeni“[39].
Czekałem, aż marabut wyjdzie z meczetu, gdyż przewodnik zamierzał znajomić mnie z nim.
Wkrótce „święty“ zjawił się w otoczeniu mułłów[40] i „talebów“[41], a wtedy mój przewodnik, całując go w połę burnusa, zaczął coś do niego mówić.
Marabut uprzejmie skinął głową, a wtedy przewodnik ujął go za rękę i poprowadził w moją stronę. Podszedłem na jego spotkanie i pozdrowiłem go. Marabut dotknął ręką swej piersi, ust i czoła i dopiero wtedy uścisnął mi dłoń.
Poinformowany przez mego cicerone, zapytał, o czem piszę książki, wyraził zadowolenie, że mam zamiar opisać Bu-Saada, ono malownicze miasto, noszące nazwę „miejsca szczęścia“ i prosił, abym odwiedził jego „zauja“[42] w El Hamel, gdzie jednak nie będzie mnie mógł przyjąć osobiście, gdyż z powodu zbliżających się świąt Bajramu, jest zmuszony spędzić w Bu-Saada kilka dni.
Zapytałem go, co oznaczała widziana przeze mnie ceremonja? Objaśnił, że siedmiu mumenów odbyło pieszą pielgrzymkę do Wysokiego Atlasu, do grobowca świętego Sidi Brahim, i wybierają się obecnie w podróż do Mekki i do grobu Proroka, jako „hadż“[43]. Siedmiu grajków towarzyszy wszędzie pielgrzymom, muzyką swoją oznajmiając ludności o zbliżaniu się „hadżów,“ dążących do kolebki Islamu.
Pożegnałem uprzejmego marabuta i poszedłem w stronę drugiego meczetu, gdzie też działo się coś niezwykłego, gdyż przed wejściem do świątyni buchało wielkim płomieniem ciągle przez tłum podsycane ognisko.
W czerwonych blaskach płonącej słomy, tłoczyły się postacie Berberów, — kilku z nich siedziało przed ogniskiem i suszyło bębny i tamburyny. Ludzie wchodzili i wychodzili z meczetu, widocznie na coś czekając.
— Wejdźmy tam! — zaproponował mój przewodnik, ruchem głowy wskazując na meczet.
— Czy tu nie działają przepisy „horm“[44] — zapytałem oględnie?
— Tu patrzą na to przez palce, — odparł.
Weszliśmy.
Wielka sala, skąpo oświetlona, była przepełniona modlącymi się.
Zauważyłem, że „horm“ nie działa tu i w innym kierunku, a mianowicie — kobiety zwykle nie są dopuszczane razem z mężczyznami do przybytku Allaha. Tymczasem tu w tłumie pobożnych zauważyłem dużo zawoalowanych postaci niewieścich.
Jak już zaznaczyłem, w Bu-Saada i wszędzie na pograniczu Sahary, Islam pod wpływem licznych sekt i herezji w znacznym stopniu uległ zmianom.
Na lewo ode mnie, w kącie, ulokowali się muzykanci, mający w rękach klarnety i piszczałki. Gdy się do nich przyłączyli ci, którzy zdążyli już wysuszyć swoje bębny i tamburyny, — orkiestra zagrała. Były to zwykłe, przeciągłe, nieskomplikowane, posiadające bardzo wyraźny rytm, melodje. W głębi meczetu imam[45] coś czytał na głos, monotonnie i jękliwie. Modlący się wzdychali, szeptali słowa modlitwy, lub półgłosem powtarzali za kapłanem wersety świętej księgi. Z minaretu dochodziły falsetowe pienia muezzina[46].
Już chciałem wyjść na powietrze z zaduchu i gorąca, panującego w meczecie, gdy nagle tłum zaczął się szybko rozstępować. Przeciskając się przez ciżbę stojących i klęczących, szła kobieta, z głową owiniętą w brudny burnus. Stanęła przed muzykantami, odrzuciła tkaninę, zasłaniającą jej twarz, potoczyła dokoła błędnym wzrokiem i zaczęła tańczyć.
Właściwie nie był to taniec. Kobieta podskakiwała, wyrzucając naprzód brzuch i kolana i przechylając się torsem wtył. Była podobna do grubej ryby, stojącej na ogonie i kiwającej się z biegiem prądu, lub — biorąc przykład taneczny, lub raczej dancingowy, — do tłustej kobiety, tańczącej cake-walk.
Do tancerki wkrótce przyłączyła się inna, skacząca z jednej nogi na drugą; później wystąpiła trzecia, drobnemi krokami krążąca po opróżnionej dla nich przestrzeni.
Kobiety skakały, kiwały się i słaniały coraz szybciej i nieprzytomniej. Z twarzy pospadały im zasłony, rozpięły się i rozwiewały burnusy, głośno szurgały miękkie podeszwy. Od czasu do czasu do tańczących podchodził muezzin i zarzucał im na głowę zasłony, lub poły burnusów, a wtedy na chwilę znikały czerwone, spocone, naprężone twarze, nabrzmiałe wargi, ponuro i nieruchomo patrzące oczy.
Po chwili zasłony z coraz szybciej poruszających się tancerek znowu opadały i połyskiwały na nowo rozszerzone, nieruchome oczy.
Cisza panowała w meczecie.
Słyszałem ciężki świszczący oddech tancerek oraz szmer i klaskanie ich pantofli.
Jedna po drugiej zaczęły blednąć i padać, lecz, leżąc już na ziemi, nogami i całem ciałem wykonywały jeszcze te same ruchy brzydkie, zapamiętałe i obłędne.
Na ich miejsce występowały inne tancerki.
Tańce te stanowią pewną formę „riada“, czyli umartwienie ciała, po którem mężczyzna lub kobieta wpada w ekstazę, otrzymując czasem dar jasnowidzenia. Takie same tańce, doprowadzające do szału, są wykonywane przez derwiszów i to samo uprawiają sekciarze w kościele prawosławnym, znani pod nazwą „skoczków“ (pryguny).
Opowiadano mi, że nieraz po takich tańcach, odbywających się pod gołem niebem, następuje tak zwana „leilat el ghott“, co znaczy „noc pomyłek“ — kiedy zebrani tłumnie mężczyźni i kobiety oddają się masowej rozpuście.
Prof. E. Doutté wspomina szczep Zkara[47], gdzie przechowuje się ten bądź co bądź dziwny zwyczaj. Mówiono mi, że tubylcy Ghenanema, mieszkający na rzece Saura, także uprawiają „leilat el ghott.“
Myślę, że pochodzenie tego zwyczaju ma podłoże mistyczno-religijne, ponieważ niektóre rytualne orgje greckie i obserwowane wśród tubylców Indji, a bardzo zbliżone do „nocy pomyłek“ — miały właśnie odcień wyraźnie mistyczny.
W każdym razie jednak, są to ostatnie echa ery pogańskiej i z tego punktu widzenia zasługują na poważne studja nad ich genezą.
Podczas tych orgij heretyków muzułmańskich, podobno wszyscy uczestnicy wydają tremolujące, pół-obłąkane okrzyki: „lu-u-u-u-ha!“, co, jak objaśniają niektórzy, jest skróconym frazesem:
— La Illah Illa Allah! Hua!
Temi słowy zaczyna i kończy swój dzień każdy muzułmanin i od nich rozpoczyna swoje modły o wschodzie i zachodzie słońca.
Stanowiłoby to nowy dowód religijnego podkładu orgij, podobnych do „leilat el ghott.“
Cały następny dzień spędziłem w dzielnicy tubylczej, gdzie przyglądałem się tłumowi. Kupcy i przekupnie sprzedawali rozmaite towary i wiktuały, przybywający z okolic pastuchy-koczownicy kupowali je, lub zamieniali za wełnę, skóry i żywe zwierzęta. Śród kupujących przechodził jakiś mułła, czy marabut, gdyż ludzie całowali go po rękach, a on czynił znak błogosławieństwa. Zatrzymawszy się przy jednym z kupców, mułła zaczął mu się badawczo przyglądać, aż wreszcie wykrzyknął jakieś słowo, wymachując rękami i tupiąc nogami.
— Heddad ben Heddad![48] — wołał rozjuszony mułła, a tłum odpowiadał mu pomrukiem i krzykami.
Kupiec o ponurej, złośliwej twarzy, krzywiąc pogardliwie usta, odcinał się wszystkim, a czynił to, widocznie, tak dowcipnie, że ten i ów z Berberów zaśmiał się, a po nich śmiał się cały tłum, przed chwilą wrogo do kupca usposobiony.
— Kim jest ten człowiek? — zapytałem przechodzącego Spahisa.
— To handlarz z Mzab! — odpowiedział, uśmiechając się.
W Algierze dopiero objaśniono mi, co to miało znaczyć.
Mzab jest to „oaza ludzka“ na kamienistej pustyni Czebka, położonej na południo-zachód od oazy Tuggurt na drodze pomiędzy Laghuat a Uargla.
Warunki geologiczne i klimatyczne wykluczają, zdawałoby się, wszelką możliwość istnienia tu ludzi, a tembardziej rozwoju życia społecznego.
Jednak stało się inaczej. W zaraniu Islamu, ścigany przez ortodoksalistów protestantyzm muzułmański, uprawiany przez Chorejszytów, rozprószył się po świecie i ukrył się na brzegach Omana i Zanzibara, w górach Nefusa, na wyspie Dżerba i... w Mzab, tem najmniej do życia odpowiedniem miejscu.
Tu właśnie zatrzymali się heretycy, których cała herezja składała się z żądania oczyszczenia Koranu i Hadith od naleciałości, tudzież żądania wprowadzenia surowych reguł religijnych i życiowych. Nie cudem, lecz wielką pomysłowością, wytrwałością i energją zdobyli sobie ci uchodźcy wodę, oczyścili od kamieni i piasku ziemię i założyli nawet małe role, hodować zaczęli owce, kozy i wielbłądy.
W granicach Mzab powstały miasta Ghardaia, Melika, Beni Sgen, Bu Nura, Guerara i Berrian, w których, oprócz ich założycieli, z biegiem czasu usadowiły się stare rodziny żydowskie i Arabowie szczepów okolicznych. To jednak nie przeszkodziło pierwotnej ludności w przechowaniu swej etnicznej i religijnej odrębności i w odgrodzeniu się od reszty świata pustynią i górami, a od najbliższych sąsiadów murami domów i różnicą przesądów i reguł.[49]
Dziwny to szczep — Mzab! Mozabici nie łączą się węzłami małżeństwa, przyjaźni a nawet znajomości zażyłej z nikim, kto nie pochodzi z Mzab. Wszyscy cudzoziemcy, Berberowie, Arabowie innych plemion i sekt oraz nieznajomi przybysze są tu w największej pogardzie, dzieci od nich uciekają, dorośli nie odpowiadają na ich pytania, a jeżeli odpowiedzą, to z złośliwością i drwinami. Do domu Mozabity nikt obcy nie ma prawa wstępu, a przez święte miasto Beni Sgen w nocy cudzoziemcowi nie wolno przechodzić. Kobiety są tak ukrywane przed obcem okiem, że zaledwie czasem można dojrzeć zawiniętą z głową, ukradkiem przemykającą się postać niewieścią, która sunie w milczeniu, gdyż zakazaną jej jest rozmowa na ulicy, a szczególnie z mężczyzną.
Mozabici przechowali przedhistoryczny kult szczytów górskich, uznają krwawe ofiary na mogiłach zmarłych, kładą do grobu potrzebne nieboszczykowi przedmioty i naczynia; mięsa używają rzadko, żywiąc się przeważnie jarzynami i daktylami.
Mzab stanowi państwo w państwie i kościół w kościele. Mieszkańcy jego nie uznają i nienawidzą ludzi z innych ras i nawet szczepów; za czystych i wiernych uważają wyłącznie współwyznawców swojej sekty, ludzi zrodzonych w Mzab.
To otoczyło ich samych nienawiścią i pogardą Berberów i Arabów.
Lecz Mozabici nie znają chwiejności przekonań i trwają w przepisach swego kultu i swoich tradycyj.
Każde dziecko powinno być wydane na świat na ziemi Mzab, każdy zmarły powinien być pogrzebany w ziemi Mzab. Ponieważ mieszkańcy tego dziwnego kraju są zdolnymi kupcami i często prowadzą handel w odległych od ojczyzny miastach, nieraz widzieć można jak ziomkowie wiozą do Mzab trupa zmarłego towarzysza lub krewnego.
Jedną z najbardziej dziwnych cech, odróżniających tubylca Mzab od innych szczepów berberyjskich, stanowi zupełny brak wojowniczości, nawet wstręt do militaryzmu, do wojny, do przelewu krwi. Ten energiczny, pomysłowy szczep, jak wskazuje jego historja, w wypadkach grożącego niebezpieczeństwa ze strony sąsiadów, emigruje, ucieka, lecz nigdy nie chwyta za broń.
Kapitan Raymond Peyronnet[50], studjując kult, sztukę i psychologję Mozabitów, dochodzi do ciekawych wniosków, mianowicie że mieszkańcy Mzab przechowali w swych tradycjach pozostałości kultów Baala i Tanit i motywy dekoracyjne dawnych śródziemno-morskich cywilizacyj. Idąc dalej drogą folklorystycznych i etnicznych porównań, autor dochodzi do twierdzenia, że w Mzab spotykamy ostatnie latorośle dawnych Fenicjan z Kartaginy, zberberyzowanych znacznie, lecz przechowujących we krwi i mózgu ślady swojego starożytnego pochodzenia i tradycyj.
Myślę, że gdyby przełamać ścianę pogardy do innych, cechującą Mozabitów, możnaby zebrać najstarsze ich legendy i w nich znaleźć nowe dowody nie-berberyjskiego rdzenia tego szczepu.
W Afryce Północnej, gdzie naogół nie spotykamy już pierwotnych, przed Berberami tu żyjących mieszkańców, możnaby i w innych szczepach, np. Mlaina i Tuaregów, tą drogą dojść do podobnych wyników. I kto wie, czy nie odnaleźlibyśmy w Afryce Północnej śladów dawnych mieszkańców ziemi Chanaańskiej, a może — innych praojców, jeszcze bardziej pogrążonych w otchłani zamierzchłych czasów, nie zapisanych w żadnych kronikach i na żadnych głazach zburzonych przez czas i ludzi, gmachów i grobowców.
Kupiec Mozabita, kłócący się z mułłą muzułmańskim, przypadkowo odsłonił przede mną jedną z licznych tajemniczych stron Afryki, pełnej zagadek i niedomówionych opowieści, — opowieści bez początku lub bez zakończenia...
Nazajutrz wyruszyłem w stronę Biskry.
„Miejsce szczęścia“, jak nazywają tubylcy Bu-Saada, pozostało za mną.
Samochód, pozostawiwszy główną drogę, sunął w stronę El Hamel — siedziby szeryfów Belkacem, malowniczemi i dzikiemi wąwozami. Z sieci wąwozów wyjeżdżamy na marną drogę, idącą brzegiem rzeki Bu-Saada; w jednem miejscu znika ona w porowatych warstwach ziemi i wypływa dalej już u stóp niewysokiej góry Gobr el Usif, z laskiem palmowym u jej stóp.
Na szczycie góry, okrążona murami, stoi „zauja“ — biały, kopulasty meczet prostokątny, dom szeryfa i kilka zabudowań dla pielgrzymów.
W meczecie oglądamy grobowce marabutów — potomków Mahommeda, a śród nich — świętej Lalla Zineb. Sarkofagi z drzewa cedrowego, rzeźbionego, malowanego i miejscami pozłacanego, z narzuconemi na nie ofiarnemi pokrowcami, haftowanemi złotem i srebrem; połyskujące wszędzie świeczniki i lampy tworzą wyniosły nastrój.
Przed meczetem tłum pielgrzymów z różnych szczepów, przeważnie jednak, jak mi objaśnił mokkadem[51], ze szczepów Uled-Nail, Uled Feradż i Zajan.
W otoczeniu tłumu ciekawych, oglądam dom gościnny dla pielgrzymów.
Długa szopa z malutkiemi celkami, z umeblowaniem, składającem się z pryczy dla noclegu, piecyka do gotowania strawy, drewnianej deski z wersetami z Koranu i przepisami dla mieszkańców, oraz długiego, cienkiego kija, którym muezzini strofują towarzyszące pielgrzymom dzieci, gdy zbyt małą zwracają uwagę na miejsce ostatniego spoczynku świętobliwych marabutów i szeryfów, pochodzących od Fatmy, córki wielkiego Proroka.
Pożegnawszy gościnnego mokkadema, który usilnie zapraszał mnie na obiad, odjechałem.
Za „Zauja“ bezpośrednio zaczyna się górzysta miejscowość z gęstemi zaroślami tui i lasem sosnowym. Jedziemy doliną potoku, wijącego się wąwozami śród gór grzbietu Haadit. Droga wyprowadziła nas na płaszczyznę, porosłą trawą alfa[52], z łożyskami wyschłych „uedów“[53] i z pasmami wrywających się od południa piasków.
Tu miałem dwa spotkania.
Najpierw dogoniłem dwóch myśliwych — Berberów, uzbrojonych w dubeltówki. Powracali z polowania i nieśli w worku kilkanaście sztuk czerwonych, algierskich kuropatw (Caccabis petrosa)[54]. Dwa znaczne stadka tych pięknych ptaków widziałem po drodze, przecinając zarośla tui w pobliżu El Hamel.
O kilka kilometrów dalej, na wielkiej piaszczystej wydmie ujrzałem Araba z koszykiem na ramieniu i długą tyką w ręku. Zatrzymałem samochód i podszedłem do tubylca. Z pomocą szofera, mówiącego po arabsku, dowiedziałem się, że człowiek ten jest zaklinaczem węży i wyruszył na poszukiwanie wiper.
Poszedłem z nim. Wkrótce zaczął uważnie oglądać piasek i oznajmił, że niedawno przepełzła tu rogata wipera. Istotnie na piasku można było zauważyć

lekkie wklęśnięcie od czołgającego się ciała żmii. Ruszyliśmy więc tym śladem i o jakie sto kroków dalej spostrzegliśmy niedużego węża o ciemno-żółtem zabarwieniu i brunatnych plamach po bokach. Z trudem i tylko zbliska można było dojrzeć na piasku żmiję; tak ściśle dobranem zabarwieniem „protekcyjnem“ uposażyła natura tego jadowitego płaza. Nad małemi oczkami węża sterczały rożki. Była to rogata wipera (Cerastes wipera, czyli Cerastes cornutus).
MÓJ AUTOMOBIL NA TRZĘSAWISKU

Zaklinacz przycisnął węża tyką do ziemi, a później, schwycił go za szyję tuż poza głową i wrzucił do swego kosza, starannie obwiązawszy go płachtą. Poławiacz węży powlókł się dalej, ja zaś wróciłem do samochodu i ruszyłem w drogę.
Przejeżdżając wyschłe łożysko, niespodzianie trafiliśmy na błotniste miejsce, ukryte pod kamieniami i żwirem. Koła samochodu ugrzęzły w błocie po osie, trzeba było wydobyć z samochodu wszelkie dywaniki, maty i szmaty, podłożyć je pod koła, nasypać grubą warstwą kamieni i piasku, aby auto mogło przebyć trzęsawisko.

Pomknęliśmy dalej przez miejscowość stepową do szczepów Hanamed, Zian i innych i po paru godzinach wjechaliśmy znowu na pustynię, przeciętą grzbietami Dżebel Kahila i Dżebel Deba. Droga robi tu kręte wiraże, przeciska się przez dzikie wąwozy, gdzie jeszcze niedawno grasowały bandy koczujących zbójów, napadających na karawany i samotnych podróżników. Teraz tu spokojnie i w jednym z wąwozów zbudowano nawet schronisko dla podróżnych, gdzie stara, chuda jak wysuszona ryba, Berberka-stróżka może przynieść wody dla maszyny i przyrządzić kawę.
DOLINA RZECZNA BU SAADA

Pozostawiwszy za sobą góry, przecinamy kamieniste płaskowyże, zawalone odłamkami skał i zryte głębokiemi „kanjonami“, rozmytemi przez wodę. Przebywamy kamienistą przełęcz grzbietu Ksum, i znowu ogarnia nas pustynia, żółto-szara, beznadziejna, nosząca ślady głębokiej erozji[55], z bielejącemi łożyskami wyschłych potoków, z rzadkiemi kupkami ciemnych tamaryndów lub samotnemi drzewami pistacjowemi.
Państwo skorpionów, skolopendr i węży! Na tej monotonnej pustyni wznosi się kilka oddzielnych szczytów, pozostałych od zburzonego i na piasek przez wiatry startego grzbietu górskiego.
Szczyty te mają zupełnie równe wierzchołki, podobne do olbrzymich stołów, a spadki, zwrócone w stronę panujących wichrów, mają już formę półokrągłą, wklęśniętą, przypominającą olbrzymią podkowę. To sirokko[56], ciskający miljardy pocisków, ściął, oszlifował i wyrównał te szczyty, a zbocza ich wyżłobił, niby sierpem uderzył.
Długo ciągnie się pustynia, gdzie śmierć zwyciężyła życie, a gdzie niwelujący wszystko żywioł, upora się z resztkami wznoszącego się tu niegdyś grzbietu górskiego.
Wreszcie zaczynają się zjawiać gęstsze zarośla tamaryndów i rododendronów, a wkrótce młode palmy daktylowe, widocznie niedawno posadzone, bo tylko pierzaste korony ich wyglądają z głębokich rowów, z nalaną w nich wodą.
Jedna po drugiej, czarnemi ścianami, stają z obydwóch stron drogi oazy, z wieżami strażniczemi po rogach, ze studniami o długich, skrzypiących żałośnie „żórawiach“.
Wreszcie wjeżdżamy do dużej osady, stojącej na skraju lasu palmowego. To — Tolga, zaludniona Berberami szczepów Sedi Sliman i Ziban, kilkunastu francuskimi kolonistami, urzędnikami i kupcami. Przed osadą przejeżdżamy obok plantacji kwitnącej rycyny. Wszędzie mnóstwo studni z „żórawiami“ i studni artezyjskich, dających około 25 000 litrów wody na minutę, jak mnie poinformował właściciel hotelu, gdzie nie mogłem dostać ani gorącej kawy, ani zimnego piwa.
Poco pić takie rzeczy, gdy tu dokoła tyle wody!? — tak z pewnością myślał ten miły pan.
W okolicach Tolga położone są błotniste stawy El Bahir; tubylcy zrzadka łapią w nich pewien gatunek sumów — Clarias lazera, rybę tę w Afryce znaleziono tylko w południowym Nilu i w jeziorze Czad, lecz nie wykryto jej w żadnym basenie północnej strefy Afryki.
Za Tolga znowu nuży wzrok pustynia, aż zaczynają się góry, do połowy zasypane kurhanami piasków, które przyniósł Samum z Sahary. Gdzieniegdzie tkwią czarne namioty nomadów i suną, jak klucz żórawi, wielbłądy.
Auto okrąża góry i nagle na skraju pustyni, przed wysokiemi barwnemi szczytami, widzę ciemną ścianę olbrzymiej oazy, a nad nią strzelający do nieba biały minaret, białe mury...
To — Biskra!
Perła Sahary, perła w oprawie złota pustyni i emalji z barwnych skał Bu-Rzel i Zab.
Podjeżdżam do Babilonu Sahary...



ROZDZIAŁ III.
W BABILONIE SAHARY.

Ton amour est rude pour le coeur:
Il a dissous la moelle au dedans de mes os,
Il a bu mon sang et ma chair.

Pieśń berberyjska[57].

Biskra!... Wymarzone miejsce dla ludzi, usiłujących odzyskać utracone zdrowie. Olbrzymia oaza, las palmowy, dobra woda, czyste powietrze, wygodne hotele, cisza, a dokoła pustynia, gdzie żadnej bakterji niema w powietrzu, gdzie najcięższe rany bez żadnych zabiegów lekarskich zabliźniają się ze zdumiewającą szybkością....
Miasteczko to, złożone z dzielnicy francuskiej, tubylczej i starej Biskry, zwiedzić można samochodem w parę godzin, a nawet mniej, bo przecież podróżnik nie zechce oglądać gmachu bardzo ładnego magistratu, klubów, hotelów i domów europejskich. Wszystko to jest bardzo ładne, nieraz nawet imponujące, lecz nie dla zwiedzenia tego przybywa podróżnik aż tu, do Sahary. Z europejskich wytworów rzuci mu się w oczy i pociągnie do siebie chyba tylko pomnik kardynała Lavigerie, olbrzymia figura w szatach biskupich, z krzyżem dziwnej nieco formy w ręku. Odlany z bronzu, monument potężną sylwetą odcina się od lazurowego, gorącego tła nieba i zdaje się mówić o wielkiej sile nauki Chrystusa, nauki o miłości ludzi.

Świątobliwy, a energiczny kardynał, jak wiadomo, założył bractwo „Białych Braci Sahary“ i pierwszym przepisem zakonu stały się słowa Lavigerie:
BISKRA. WIELKA MODLITWA
— Bądźcie wyrozumiali i miłosierni, bądźcie pracowici, sprawiedliwi i cnotliwi, abyście życiem swojem pociągali do siebie serca i myśli Berberów i Tuaregów, a nie spieszcie się z nawracaniem kogoś na łono Kościoła Katolickiego, przywiązujcie do siebie serca ludności, a reszta przyjdzie sama!

Tak mówił Kardynał i tak postępują Biali Bracia, rozrzuceni po całej Saharze. Imię kardynała jest w wielkiem poszanowaniu śród ludności chrześcijańskiej, lecz i tubylcy przechowali o nim wdzięczną pamięć, a niektórzy nawet, uważają go za marabuta.
Poza pomnikiem Lavigerie z przyjemnością można spędzić parę godzin w parku, otaczającym willę Benevent, należącą do hrabiego Landon de Longeville, który zebrał i kultywuje na 10—12-u hektarach ziemi prawie wszystkie drzewa kontynentu afrykańskiego. Jest to niby muzeum dendrologiczne Afryki, muzeum, utrzymane z wielkim nakładem wiedzy, energji i środków materjalnych.
Naprzeciwko parku, na brzegu płytkiej o porze suchej i małej rzeki Biskra bieleje nieduża kubba, gdzie spoczywają prochy marabuta Sidi Zerzur, poważanego przez Berberów Ziban, do których należą wszystkie okoliczne obszary.
Piastował on niegdyś godność sędziego, a wyroki jego słynęły jako sprawiedliwe i mądre; z tego powodu jeszcze teraz sędziowie tubylczy radzą się cienia Zerzur, przyprowadzając oskarżonego do kubby i proponując mu złożyć przysięgę swojej niewinności na grobie marabuta.
Jak mi opowiadano, oskarżony dzięki temu nigdy nie skłamie, bo wie, że gdyby przysiągł fałszywie, spotka go od Sidi Zerzura większa i cięższa kara, niż ta, którą mogliby obmyśleć dla niego sędziowie ziemscy. To też z kubby oskarżony albo powraca na wolność, albo idzie na sąd Kadiego[58].
Przed laty, mieszkańcy Biskry byli bardzo zatrwożeni głuchym rykiem lwa, słyszanym przez przechodniów nocnych; nad ranem, kobiety, udające się zwykle nad rzekę dla płukania bielizny i mycia statków domowych, przybiegły przerażone i opowiedziały, że na progu kubby Sidi Zerzura leży ogromny lew.
Istotnie, duży lew, o wspaniałej grzywie leżał w cieniu kubby, nie zdradzając żadnych wojowniczych instynktów. Przed wieczorem skierował się ku miastu; ludność ukryła się w strachu po domach, lecz nikt nie ośmielił się strzelić do drapieżnika, gdyż odrazu poszła gadka, że duch świętego marabuta wcielił się we lwa. Zwierz przez otwartą bramę fonduku wszedł na podwórze, gdzie stały wielbłądy, muły i konie, i najspokojniej w świecie położył się na słomie.
Od tego dnia ludność nosiła do kubby pożywienie dla lwa, który już rzadko zjawiał się w mieście. Wszyscy nazywali tego lwa „marabutem“, był niewidomy, a gdy zakończył życie, wyprawiono mu wspaniały pogrzeb. Stało się to przed dziesięciu laty, a kamień, położony na grobie lwa-marabuta znikł dopiero niedawno, gdy wezbrana rzeka porwała go.
Był to prawdopodobnie ostatni lew, żyjący w Algierji, niegdyś słynnej z wielkiej ilości tych królewskich drapieżników. Berberowie ścigali lwy, chociaż nazywali to wspaniałe zwierzę z pietyzmem i szacunkiem — Sid, co oznacza pana lub władcę.
W Biskrze, o ile wiem, zmarł też ostatni myśliwy na lwy, były prefekt tego miasta.
Lew, nazywany przez Berberów i Arabów „Sid“ — co oznacza — Wielmożny Pan, jest otoczony mistycznem poszanowaniem, chociaż szacunek dla króla zwierząt wcale nie przeszkadzał odważnym myśliwym berberyjskim tępić go starannie na Północy Afryki.
Jednakże spotkania ze lwem dały koczownikom możność do poznania go i wytworzyły liczne legendy o nim i dziwne opowiadania o jego charakterze.
Znaczną część tych opowiadań i podań zebrał w Algierji Aleksander Dumas[59]; obecnie zaś chyba tylko najstarsi Berberowie potrafią opowiedzieć coś interesującego o lwach. Z ich zniknięciem z gór i pustyni rozwiały się legendy o grzywiastym królu zwierząt.
Berberyjscy i arabscy myśliwi uważali lwa za najbardziej niebezpiecznego i szlachetnego przeciwnika. Łowy na lwa były łowami królewskiemi tak samo, jak były uważane za czasów królów asyryjskich i babilońskich i za panowania egipskich faraonów.
Ludziom niskiego pochodzenia nie wolno było polować na lwy pod groźbą ciężkiej kary, a czasem nawet śmierci.
Dawni mieszkańcy Północnej Afryki nazywali lwa — Janem, synem Jana, co po arabsku brzmi — Johan ben Johan.
Ludzkie imię nadano mu dlatego, że lew, w mniemaniu Arabów, posiadał najwznioślejsze cechy charakteru człowieka najszlachetniejszego; że był on najodważniejszym śród zwierząt, wspaniałomyślnym, rozumiejącym mowę ludzi wszystkich narodów i szczepów, poważającym odważnych, szanującym kobiety i ścigającym bez litości ludzi tchórzliwych i nikczemnych.
Dumas opowiadał, że Arab, spotkawszy lwa na swej drodze, zatrzymywał drżącego, wylęknionego rumaka i zwracał się do zwierza z takiemi słowy:
— Toś ty, wielmożny Janie, synu Jana? Zamierzasz nastraszyć mnie — Alego, syna Dżilali? Tyś szlachetny, lecz i w moich żyłach płynie szlachetna krew, tyś śmiały, lecz i ja wyssałem z mlekiem mojej matki odwagę. Pozwól więc mi przejść moją drogę jak bratu, ponieważ jestem człowiekiem gorącym, człowiekiem czarnych dni[60].
Powiedziawszy to, Arab wyjmował z pochwy szablę, wbijał ostrogi w boki konia i mknął wprost na lwa; zdziwione zwierzę ustępowało z drogi.
Biada jednak Arabowi, jeżeli się ulęknie, lub zboczy z drogi, wtedy jest zgubiony. Lew wykonuje skok w jego stronę i rozrywa go.
Przy spotkaniu się z człowiekiem, lew bada swego przeciwnika, patrząc mu w oczy i bacznie śledząc wyraz jego twarzy. Jeżeli zwierz dojrzy na twarzy człowieka przerażenie, zrzuca go z konia lub wielbłąda i odciąga od drogi z rykiem straszliwym, zwiastującym niechybną śmierć. Po chwili piana zaczyna mu ściekać z paszczy, kładzie się na ziemię, czołga się, zataczając koła i łamiąc smaganiem ogona trawę i krzaki.
Czasami nagle znika. Wtedy ofiara, powracając do przytomności, podnosi się i ucieka, lecz nie zdąży ubiec stu kroków, gdy ujrzy przed sobą lwa, stojącego mu na drodze. Drapieżnik zbliża się, opiera na ramieniu człowieka przednie łapy i zaczyna lizać mu twarz krwawym swoim językiem. Jeżeli człowiek pod ciężarem zwierza upadnie, lub zemdleje z przerażenia, wtedy lew idzie do pobliskiego źródła i zaczyna pić, będąc spokojnym, że ofiara już mu się nie wymknie i że znajdzie ją na tem samem miejscu. Powróciwszy, przez pewien czas liże leżącego człowieka, a później zaczyna go szarpać. Nie pożera jednak nigdy całego ciała, pozostawiając zawsze nogi i ręce. Arabowie nieraz znajdywali niedojedzone szczątki człowieka, złożone przez lwa śród kamieni, lub w gąszczu krzaków.
Niektórzy uczeni[61] dowodzą, że Arabowie opowiadający o procesie pożerania ofiary przez lwy, nigdy nie byli naocznymi świadkami tej straszliwej uczty, przechowali te opisy niezawodnie z czasów rzymskich, gdy na arenach cyrków, czynnych w Afryce, dzikie zwierzęta pożerały rzuconych im na pastwę męczenników.
Nieraz się zdarzało, że zmęczonego lub omdlałego Araba, czekającego na powrót lwa uratował nadjeżdżający myśliwy lub karawana.
Mogło to jednak mieć miejsce wyłącznie wtedy, kiedy myśliwy znał charakter i obyczaje zwierzęcia.
Taki człowiek powinien był wiedzieć, że jeżeli zacznie uciekać razem z uratowanym tchórzem — zginą obaj. Wobec tego czekał na powrót straszliwego drapieżnika. Lew, ujrzawszy nagle dwóch ludzi, zatrzymywał się zdumiony. Wtedy odważny Arab szedł ku niemu, mówiąc:
— Ten, który tam leży, wielmożny Janie, synu Jana, jest tchórzem, jest tchórzem i nikczemnikiem, lecz ja, Dżafar, syn Rasa, nie ulęknę się ciebie. Jednak błagam cię o litość nad tym nieszczęśliwym tchórzem, bo nie jest on godnym, abyś miał go późreć. Ja zaś zwiążę mu ręce i uczynię z niego niewolnika!
W odpowiedzi na to lew wydawał głuchy ryk.
— O! bądź spokojny! — mówił wtedy odważny myśliwy. — On będzie surowo ukarany!
Z temi słowy myśliwy związywał sznurem ręce poturbowanego przez lwa człowieka; lew zaś, bacznie się przyjrzawszy temu, oddalał się.
Istnieją opowiadania o legendarnych myśliwych, którzy udawali strach przed lwem, a gdy on kładł im łapy na ramiona, wbijali mu nóż w serce, lub rozpruwali brzuch.
Jeżeli lew nagle zjawiał się przed myśliwymi i, ujrzawszy licznych wrogów, zaczynał uciekać, jedynym sposobem zatrzymania go było rzucenie mu obelżywych słów:
— Aha, nikczemniku, nędzniku! uciekasz, a tymczasem żądasz, aby cię uważano za zwierzę najodważniejsze! Teraz zmykasz jak kobieta! Od tej chwili nie będziemy cię nazywali „sid“, lecz — niewolnikiem!
Usłyszawszy te słowa, lew stawał i oczekiwał ataku.
Tylko bardzo zgłodniały lew napadał na kobiety, ponieważ, jak twierdzili Arabowie, zwierzę miało lęk przed niewiastami. Podobno Arabki w dawnych czasach, gdy lwy były dość pospolite w tym kraju, widząc że drapieżnik porwał im jagnię lub dziecko, biegły za nim, chwytały go za ogon i biły kijami[62].
Dumas opisuje polowanie na lwy tak, jak je uprawiali Arabowie.
Lew przebywa zwykle w gąszczu niekłujących krzaków, ponieważ obawia się pokaleczyć swoją „twarz“ — pełną wyrazu i potężną, podobną do oblicza Jowisza Olimpijskiego[63].
Myśliwi otaczają kryjówkę zwierza i zaczynają krzyczeć, płosząc zaczajonego w krzakach lwa.
Pierwszy, kto go spostrzega, wskazuje nań palcem i woła:
— Rahe hena! Jego tu niema!
Jeżeli myśliwy omyli się i krzyknie:
— Ra-hena! co znaczy — on jest tu! — wtedy lew, rozumiejący mowę ludzką, wypada i zabija denuncjanta.
Gdy zwierz został wykryty, strzelcy odchodzą na sześćdziesiąt kroków, aby uniknąć pierwszych trzech olbrzymich skoków lwa i dają salwę do swej ofiary.
Jeżeli chybiony lub ranny lew wychodzi z krzaków, wszyscy kładą się na ziemię i czołgają się, cofając się o nowe sześćdziesiąt kroków i znowu strzelają do niego.
Jeżeli lew zamierza ratować się ucieczką, myśliwi obelżywemi słowami zmuszają go do walki, chociaż wiedzą, że kilku z nich niezawodnie padnie pod ciosami potężnego drapieżnika.
Arabowie i Berberowie jeszcze w połowie XIX-go wieku twierdzili z całą stanowczością[64], że lew przestrzega co do pożywienia cztery roczne okresy: W ciągu pierwszego kwartału żywi się... demonami; w ciągu drugiego — ludzkiem mięsem, trzeciego — gliną; w ciągu czwartego — zwierzętami.
Pastuchy-tubylcy zauważyli, że lew, porwawszy konia lub wielbłąda, zarzuca sobie zdobycz na grzbiet i przesadza z nią nieraz dość wysokie ogrodzenia; tymczasem, zabiwszy barana, wlecze go za sobą.
Arabowie objaśniają to legendą, która głosi, że pewnego razu lew w gronie innych zwierząt chełpił się swoją siłą i mówił, że podniesie na sobie każde zwierzę; byka, jeżeli pozwoli Allah, konia, jeżeli pozwoli Allah, a gdy doszedł do barana, uważając takie zadanie za łatwe do wykonania, nie wymienił imienia Allaha. Rozgniewany Bóg uczynił tak, że lew nie może zarzucić sobie barana na grzbiet i musi go wlec za sobą, stając się przytem nieraz łupem myśliwych.
Przy końcu panowania tureckiego w Algierji, słynął za niezmordowanego i najodważniejszego myśliwego na lwy niejaki Hussein[65]. Polował on, robiąc zasadzki i skrytki z kamieni, przykrytych gałęziami lub trawą lub na konarach drzew. Broń Husseina stanowiły karabin, dwa pistolety i jatagan. W ciągu jedenastu lat odważny strzelec zabił ogromną ilość drapieżników, lecz skończył swoje życie, padłszy w potyczce ze lwem.
Ze śmiercią myśliwego jest związane tajemnicze opowiadanie. Hussein spotykał kilkakrotnie olbrzymiego lwa, którego nazywał Sidi Dżelich ben Dżelad i nigdy nie strzelał do niego. Lew też nie atakował myśliwego. Wzajemny szacunek utrwalił się po pewnym wypadku, gdy Hussein szedł bez broni i spotkał Dżelicha. Myśliwy zbliżył się do niego wtedy i rzekł:
— Sidi Dżelich ben Dżelad! Jesteś szlachetny i odważny, lecz i ja jestem taki!
Lew, zdumiony odwagą człowieka, zeszedł mu z drogi.
Jednak jeden z bejów Algieru rozkazał Husseinowi zdobyć skórę Dżelicha.
Myśliwy nie śmiał nie usłuchać rozkazu tureckiego dostojnika i zginął w walce ze lwem. Po śmierci Husseina Dżelich ben Dżelad znikł bez śladu.
Prawdopodobnie, w kilkanaście lat później, spotkał się ze sławnymi myśliwymi francuskimi, Gérard’em lub Bombonel’em i zginął, bo oni wytępili wszystkie lwy w Algierji.
Brudna, ciemna i hałaśliwa dzielnica tubylcza, w dzień bynajmniej nic interesującego nie przedstawia, za wyjątkiem rynku, gdzie nieraz gromadzi się olbrzymią ilość towarów pustyni: daktyli i wełny.
Las palmowy, otaczający Biskrę, stanowi bogactwo tubylców. Rosnąca tu palma (Phoenix dactilifera), należy do najbardziej wydajnych i posiada cały szereg odmian, dostarczających daktyli różnych gatunków i nazw handlowych; degletennur, ghars, kentibhis, degla beida i inne. Ponieważ palma daktylowa potrzebuje dla swego istnienia i rozwoju obfitego polewania, tubylcy urządzili bardzo dobrze pomyślaną kanalizację, ulepszając ją obecnie i rozszerzając zakładaniem coraz to nowych studni artezyjskich. Naokoło Biskry, ciągnie się u stóp grzbietu górskiego cały szereg drobnych oaz palmowych. Cały prawie urodzaj daktyli bywa zakupiony zawczasu przez francuskie firmy eksportowe, a znane w tej branży domy handlowe w Marsylji posiadają tu swoje stałe składy i przedstawicielstwa.
Wszystkie oazy podzielone są niewysokiemi murami z ubitej gliny na oddzielne posiadłości; wejście na nie ludziom obcym jest surowo wzbronione pod groźbą znacznej kary pieniężnej. Ogólny system kanalizacyjny uwzględnia wszystkie działki oazy, niezależnie od tego, czy są to duże posiadłości, czy też drobne.

Zwiedzałem pieszo Biskrę, zaglądając do wszystkich zakątków dzielnicy tubylczej i położonych dalej drobnych wiosek berberyjskich, stanowiących starą Biskrę.
W OAZIE BISKRA

Typowe dla Sahary niskie domki, prawie szopy, zbudowane z szarej, obfitującej w wapno gliny, kryte najczęściej wiązankami liści palmowych, tworzą starą Biskrę. Każda najdrobniejsza posiadłość, podług tradycji i obyczajów, powinna być otoczona murem, w czem wyraża się posunięte do najwyższego stopnia poszanowanie cudzej własności. Wszystkie te drobne wioski, meczety o prostokątnych, niewysokich minaretach, na pozór opuszczone kubby, stoją w cieniu lasu palmowego.
Śród ciemno-zielonych, pierzastych liści palm, zwisają olbrzymie okiście daktyli złotych i koralowych, po części dojrzałych, po części dojrzewających; chmary wojowniczych, czarnych szpaków, ostrożnych i płochliwych drozdów i dzikich gołębi o różowych piersiach (turtur sahariensis) — ożywiają gąszcz lasu.
Na brzegach małych rowów z mknącą w nich wodą, wylegują się na słońcu małe żółwie (Emys leprosa). Pomiędzy murami, ciągnącemi się wzdłuż drogi, przechodzą karawany wielbłądów i sznury mułów i osłów, naładowanych worami z daktylami. Wszędzie oko chwyta malownicze zakątki, a na ścieżkach i wąskich przejściach pomiędzy palmami, na szaro-złocistej ziemi, odbijającej palące promienie słońca, ciągną się długie, szafirowe cienie od nagich konarów palm. Tu i owdzie spotyka się Berberów, którzy, podwinąwszy poły burnusa po pas, wdrapują się aż pod same korony drzew i ostremi nożami, podobnemi do sierpów, ścinają okiście. Na dole cała rodzina natychmiast zrywa daktyle z gałązek okiści i składa owoce na wielki stos, przykryty matami z liści palmowych.

Tuż stoją i leniwe szczypią trawę osły, oczekujące, aż włożą na nie ciężkie worki z daktylami i, okładane grubym kijem, pogonią w stronę nowego miasta, na rynek, gdzie prawie o każdej porze dnia i nocy można sprzedać cudzoziemcom dowolną ilość tego — „złota i chleba pustyni.“
OAZA BISKRA. WIDOK ULICY
Cisza i spokój panują w oazie i zdarza się spędzać tu całe dnie, nie spotkawszy nikogo, z wyjątkiem dozorców, strzegących drzew palmowych i kierujących biegnącą kanałami wodę na tę lub inną działkę oazy. W dobie dojrzewania daktyli, podróżnik nie będzie mógł długo wytrzymać w cieniu palm, chociażby to był najbardziej malowniczy w całej oazie zakątek. Bo oto spadnie na niego mniej niż lekka pajęczyna dostrzegalna jesienna, szara chmura drobnych muszek, które natychmiast zaczną wciskać mu się do oczu i uszu, trafiając do krtani i oblepiając twarz i ręce.

Pierwszego dnia mego pobytu w Biskrze zwiedziłem całą oazę, zakończywszy swój dzień podróżniczy dość marnym podwieczorkiem w kawiarni Robinsona.
Uczyniłem to, o ile przez kurtuazję dla moich amerykańskich krytyków, którzy nazywają mnie zawsze Robinsonem XX-go stulecia, o tyle tem więcej dla położonych w pobliżu tej kawiarni ruin starej fortecy tureckiej. Pozostałe po niej, poszczerbione zębem czasu, upadające mury, róg czworokątnego bastjonu i zwaliska dobrze niegdyś przez niewolników chrześcijańskich ociosanych cyklopicznych głazów. Turcy nie lubili w obcych krajach budować twierdz prowizorycznych, nietrwałych i, posiłkując się rękoma niewolników, wznosili czy to w Europie, czy w Azji, czy też w Afryce, potężne fortece, których resztki, znacznie już przyprószone piaskiem, naniesionym przez „samum“, leżały przede mną.
Powracając z tej dość dalekiej wycieczki, zrobiłem jedno spostrzeżenie, którego nigdy potem ani przedtem nie uczyniłem; otóż w całem Mahrebie pospolitym talizmanem szczęścia jest tak zwana „fatma“ czyli zwrócona palcami do góry dłoń; w oazie zaś Biskra takim talizmanem jest — podkowa.
Ludzie miejscowi objaśniali mi to zjawisko niejednakowo: jedni mówili, że Berberowie Ziban przejęli to od kawalerzystów francuskich i znajdujących się na służbie Francji Spahisów; drudzy zaś dowodzili, że jest to stary zwyczaj przechowany z tych jeszcze czasów, kiedy nietylko Berberowie Sahary Północnej, ale nawet Tuaregowie posiadali wytrzymałą na pragnienie rasę końską; obecnie znikła ona prawie zupełnie i została zastąpiona przez wielbłądy zwykłe — dla wożenia ciężarów i „mehari“ — dla szybkiej jazdy.
Wieczór spędziłem w dzielnicy berberyjskiej.
Niezwykłe ożywienie, prawie zgiełk, panowały na wąskich uliczkach i zaułkach, załamujących się śród niskich, jednopiętrowych domków, odkrytych kawiarni i fonduków. Przechodząc jedną ulicą, zauważyłem, że wszystkie domy były zamieszkałe przez kobiety tubylcze. Żadna nie miała twarzy zasłoniętej, ani burnusa na sobie, ukrywającego kształty, natomiast wszystkie były bardzo wyraźnie tatuowane, nietylko na twarzy i na dłoniach, lecz nawet na szyjach, gdzie tatuowanie tworzyło bardzo misterny rysunek kolji.
Kobiety chodziły po oświetlonej ulicy grupami, siedziały na progach swoich izb, śpiewały, paliły papierosy i „kif“ i wyzywającym, lecz pogardliwym wzrokiem przyglądały się przechodniom; wszystkie miały twarze umalowane, czarne, szerokie brwi były połączone farbą w jeden łuk.
Podczernione oczy, wykarminowane usta, dłonie i stopy zabarwione na czerwono henną i nieraz tą farbą na rudo wymalowane włosy, spotykałem u tych kobiet na każdym kroku.
Cała galerja szat — od najprostszych granatowych koszul nomadek Sahary, do teatralnych, prawie królewskich szat tancerek ze szczepu Uled-Nail, ruchome muzeum afrykańskich klejnotów, noszonych przez różne plemiona — z najodleglejszych epok, a zdradzających wyraźne ślady sztuki fenicyjskiej, bizantyjskiej i pierwotnych wzorów murzyńskich; zbiorowisko typów, i być może ras, — mieszanina języków i gwar, — wszystko to można było oglądać w tej dzielnicy, pociągającej ku sobie bogatych rolników berberyjskich, kupców arabskich — z północy i majętnych, a walecznych pastuchów z wysokich płaskowyżów lub z południa Tunisji, a także południowych, dzikich koczowników, z obwodu Tuggurt.
Z wnętrza domów dochodziły dźwięki skrzypiec i gitar arabskich, głuche warczenia bębenków, jękliwe zawodzenia fletów, przeraźliwe, przeciągłe krzyki, szarganie i tupot tańczących nóg.
Widziałem to wszystko już w Bu-Saada i w dzielnicy Mulej Abdallah w Fezie, więc szybko minąłem to miejsce.
Na końcu ulicy podszedł do mnie obszarpany tubylec i łamaną francuszczyzną zaproponował mi pokazanie czegoś niezwykłego, za co żądał skromnej zapłaty — 50 centymów, jednego papierosa i jedną filiżankę kawy.
Mimowoli przypomniałem sobie Paryż nocny, gdzie do turysty-cudzoziemca zwykle zbliżają się ciemne indywidua i proponują swoje usługi w roli „Cicerone“.
Istnieje tylko różnica w rozmiarach wynagrodzenia. Paryski „obszarpaniec“ żąda niezmiennie pięćdziesięciu franków i całkowitego utrzymanie podczas wyprawy, a że prowadzi zawsze do najdroższych, bandyckich miejsc, więc utrzymanie takiego nicponia kosztuje turystów — sporo.
Poszedłem za obszarpańcem. Długo błąkaliśmy się po dzielnicy tubylczej, aż doprowadził mnie do małego domku, ze szczelnie zamkniętemi drzwiami i oknami, chociaż przez szpary w okiennicach można było dojrzeć światło wewnątrz.
Mój przewodnik zapukał do drzwi trzy razy, bardzo przytem tajemniczo patrząc mi w oczy; rozumiał dobrze, że na taki prosty kawał złapać się nie dam, lecz próbował. Gdy mu o tem wręcz powiedziałem, zaśmiał się cynicznie i, niby przepraszając, dotknął ręką moich kolan. Otworzono nam drzwi i wpuszczono do środka.
Była to dość duża izba, zawieszona jedwabnemi tkaninami i wysłana kobiercami. Mały stolik i dwie drewniane ławki tworzyły całe jej umeblowanie. Naprzeciwko drzwi na ścianie, wisiał haftowany na kawałku aksamitu werset z Koranu.
Gospodarz — wysoki, o szerokich barach, czarnej, długiej brodzie i zupełnie białej twarzy Arab, uczyniwszy znak „salamu“, usadowił nas przy stoliku i otrzymawszy obstalunek na kawę, wyszedł do izby sąsiedniej. Zacząłem rozglądać się dokoła.
W przeciwległym kącie pokoju siedziało czterech tubylców. Mieli na sobie długie, białe koszule, przepasane powrozami, na piersiach sznury z muzułmańskiemi szkaplerzami i talizmanami. Uderzyły mnie głęboko osadzone, mocno podkute oczy tych ludzi, siwiejące, powichrzone brody i przeraźliwie chude, gołe nogi. Trzech trzymało w rękach instrumenty — darbukę, klarnet i tamburyn. Czwarty, siedzący na przedzie, miał ręce złożone na piersiach jak do modlitwy i patrzył przed siebie obojętnym, nieruchomym wzrokiem.
Arab po chwili powrócił z dwoma filiżankami kawy i przez mego przewodnika oznajmił, że gotów jest pokazać cudzoziemskiemu Sidi taniec derwisza, jeżeli zapłacę mu za to piętnaście franków. Zgodziłem się na propozycję.
Arab wydobył z pudełka, wiszącego na pasie, małą torebkę, wyjął z niej szczyptę jakiegoś proszku i podszedłszy do siedzącego na pierwszym planie człowieka, wpakował mu palce do obydwóch nozdrzy, drugą ręką ściskając derwiszowi głowę. Derwisz chrapliwie wciągnął podaną mu dawkę jakiegoś narkotyku, który prawdopodobnie, sądząc z tego, com widział w swoim czasie w Indjach, musiał być haszyszem, czy też specjalnie w tym celu spreparowanym „kifem“.
Nie myślę, żeby ta część przedstawienia była zwykłą „sztuką,“ gdyż blada twarz derwisza natychmiast zsiniała i pokryła się kroplami potu, wargi mu nabrzękły, a oczy nabrały niezwykłego blasku. W kilka minut później, derwisz zaczął drżeć na całem ciele, każdy staw, każdy mięsień, skóra, a nawet włosy, poruszały się na nim i ruchy te stawały się coraz bardziej szybkie i drobne. Wydawało mi się, że człowiek ten powinien zaraz rozsypać się w proch, że krew mu tryśnie z twarzy, a oczy wypadną z orbit, lecz w tej właśnie chwili podszedł do niego Arab i dwoma czarnemi płachtami owinął mu twarz i głowę, poczem dał znak muzykantom. Derwisze natychmiast zaczęli grać przeciągłą melodję, szybko przechodzącą w coraz bardziej ożywiony rytm.
Wciąż drżąc na całem ciele, derwisz zerwał się z ziemi i, śpiewając i wykrzykując jakieś niezrozumiałe słowa, rozpoczął szalony taniec. Gdy zbliżał się do mnie, zauważyłem, że całem ciałem czyni tak szybkie i tak drobne ruchy, iż trudno było zauważyć dokładnie kontury jego sylwetki; poły jego białej koszuli narazie tylko rozwiewające się w miarę coraz szybszego rytmu, zaczęły łopotać na nim tak zupełnie, jak na silnym wietrze łopoce flaga, zawieszona na szczycie masztu. Gdy derwisz trzeci raz przesuwał się koło mnie, silny prąd powietrza uderzył mnie w twarz, a dwie małe naftowe lampki, wiszące nade mną na ścianie, buchnęły czerwonym płomieniem i zgasły.
Derwisz wyczerpany runął na ziemię.
Arab i jeden z muzykantów zbliżyli się do leżącego, zdjęli z niego płachtę i uderzyli go dziewięć razy grubemi kijami w drżące plecy. Derwisz porwał się znowu i powtórzył taniec.
W wirze ruchów i skoków Arab zatrzymał derwisza i podał mu kilka długich szpilek, które ten, natychmiast przewlókł sobie przez oba policzki, szyję, gardło i język, nie przerywając tańca ani na chwilę. Wreszcie dopadł do ściany i oparł się o nią, chrapliwie oddychając i oblewając się potem. Wyciągnął z ciała szpilki i pokazał nam, że ani jedna kropla krwi nie wystąpiła z ran, od których też nie pozostało najmniejszej blizny. Przedstawienie jednak nie było jeszcze skończone.
Arab, podawszy derwiszowi szklankę zimnej wody, którą tancerz chciwie wychylił, obnażył mu lewe ramię, uderzając po niem ręką.
Z przeraźliwym dzikim krzykiem derwisz jął rwać i szarpać zębami swoje ramię, aż ujrzałem głęboką ranę i strugę krwi. Po chwili derwisz wyciągnął rękę, naprężył mięśnie, dłonią prawej ręki zmazał krew i — rana znikła.
Następnie derwisz przypiekał sobie ciało rozpalonem żelazem i płonącą smołą zupełnie bezkarnie, gdyż żadnych śladów na ciele nie pozostało. Wreszcie, trzymając w zębach, zresztą bardzo marnych, kawałek do białości rozpalonego żelaza, wykonał jeszcze jakiś taniec, poczem blady i zdyszany, usiadł przed muzykantami.
Przedstawienie było skończone. Przypomniało mi ono takie same widowiska, które widziałem w meczetach krymskich, gdzie występują tak zwani „kręcący się derwisze“, a także wśród baszkirskich muzułman na Środkowym Uralu.
Mój przewodnik, chociaż otrzymał ode mnie swoje honorarjum, kilka papierosów i dwie filiżanki kawy, nie chciał mnie opuścić tak prędko i namówił na nową porcję kawy w kawiarni maurytańskiej, gdzie występowały tancerki Uled-Nail. Tańczyły one znacznie gorzej od tancerek w Bu-Saada, ale za to usłyszałem tu dwie śpiewaczki o bardzo dobrych głosach, które wykonywały znane mi motywy, ponieważ były to pieśni cygańskie i ludowe rosyjskie. Zdziwiony takim repertuarem kobiet ze szczepu Uled-Nail, posłałem swego „Cicerone“ do właściciela kawiarni na wywiad.
Powrócił za chwilę, uśmiechając się chytrze.
— Gospodarz powiedział — szepnął mi do ucha — że te śpiewaczki nie są „zupełnie“ Uled-Nail; właściciel kawiarni znalazł je w Konstantynie w jakimś zajeździe umierające z głodu, i przywiózł tu, bo umiały ładnie śpiewać. Ta mała, czarna o takich tęsknych oczach jest Żydówką, a tamta z jasnemi włosami i groźną twarzą — Rosjanką...
Znowu rzeczywistość odkryła przede mną jedną z kart tragicznego losu ludzi rosyjskich.
Opuściłem kawiarnię. Jakieś fatum mnie prześladuje! Zawsze spotykam odgłosy dramatu i coraz bardziej i głębiej utwierdzam się w przekonaniu, że, gdzie jest człowiek, tam jak cień za nim sunie męka jego.
Różne myśli nie opuszczały mnie przez cały czas, gdym powracał do hotelu, pożegnawszy nareszcie swego przewodnika.
Ta ulica przepełniona kobietami, te barłogi i spelunki, te szczelnie zamknięte domki, gdzie się odbywają barbarzyńskie orgje, które przetrwały wieki, są ogniskami pociągającemi ku sobie setki szukających rozrywki i wytchnienia, ubogich, ciemnych nomadów; tu panują choroby wszelkiego rodzaju, sztuczne podniecenie i obłędne ekstazy. Wydawało mi się, że gorący samum przyniósł z rozpalonej pustyni nieznane zarazki i rzucił je w krew i mózg tubylców, przepełniających miejsca rozrywek tego Babilonu Sahary.
Zrozumiałem teraz, dlaczego Berberowie północnej Sahary i Tuaregowie, przecinający na swoich „mehari“ serce Sahary, a tak wytrwali na męki głodu, pragnienia i znużenia, wymierają szybko, spalani przez te płomienne zarazki, ciągnące ich i niszczące w wertepach większych osad z Biskrą na czele.
Zrozumiałem też, dlaczego nomady spostrzegłszy, że wicher zaczyna szarpać i podnosić szaro-żółte grzywy piaszczystych pagórków, zawiązują sobie usta płachtami i szepcą słowna modlitwy; widzą bowiem, w tych trąbach piasku, w tych widmach chwiejnych a chyżych, czeredy i hufce „pląsających dżinnów.“
Te „dżinny“ zakraść się mogą do duszy i serca koczownika, zabić go nieznanemi chorobami lub obłędem, a ten rzuci go w stronę, gdzie jeździec nie spotka żadnej studni lub źródła, przez samą naturę Sahary zatrute na wieki; może go też porwać szaleństwo żądzy płomiennej, tęsknoty miłosnej, życzenie rozrywki, zapomnienia, a wtedy skieruje swego mehari tam — na północ, gdzie podnoszą się ściany ciemnych palm, gdzie bieleją meczety i mury osad z labiryntem uliczek i zaułków, z ruchem i zgiełkiem, odgłosami muzyki i śpiewów i z niemilknącym nigdy pomrukiem dżinnów, wołających ku sobie zdradliwemi głosami kobiet i jękiem darbuki.
Tu, w tej sieci wąskich, załamanych ulic, w mroku i zaduchu, przesyconych upajającą i przejmującą wonią nardu i benzoesu, przybytków miłości i rozrywki — koczownik, pastuch, rolnik i kupiec — Arab, Berber i Tuareg trwoni wszystko, co zapracował w ciągu długich miesięcy ciężkiej pracy, narażeniem życia i wielkiego wysiłku woli, otrzymując wzamian fałszywe uczucia, kupowane pieszczoty i najstraszliwsze choroby. Ciągle odurzany szałem skwarnej, zwierzęcej miłości, upajany dymem kifu i haszyszu, podniecany hazardem wszelkiego rodzaju i monotonnym, a zakradającym się do mózgu rytmem muzyki, tubylec nieraz wychodzi z tych barłogów na ulicę nędzarzem, pozbawionym myśli i siły.
Nieznany poeta nomadów pustyni powiedział:
„Twoja miłość jest nużącą dla serca, bo wypija szpik moich kości, moją krew i pożera mięśnie moje!“
Ułożył tą piosenkę poeta i rzucił ją wśród szczepów pustyni, wyszedłszy ze złowieszczych nor Biskry, z głową pełną podniecających dźwięków muzyki, odgłosów dzikich tańców i gorącego szeptu półobłąkanych, okrutnych w miłości tancerek Uled-Nail i roznamiętnionych zawsze, żyjących dla miłości i dla mężczyzny, niewiast z czarnych „duarów“[66] pustyni.



ROZDZIAŁ IV.
W PAŃSTWIE SAMUMU.

Z Biskry odbyłem podróż na południe, w głąb Sahary.
Natychmiast za oazami, przylegającemi do Biskry, rozpoczyna się kamienista pustynia, martwa i monotonna. Jest to państwo śmierci. Z żyjących istot spotkać tu można tylko skorpiona, skolopendrę i jadowitą wiperę. Nawet ptaki nie zalatują tu, chyba tylko jastrzębie i orły, gdy ujrzą trupa wielbłąda lub muła. Olbrzymie, niezmierzone przestrzenie są pokryte warstwą większych i drobniejszych kamieni, które niegdyś tworzyły łańcuchy górskie, obecnie zburzone do szczętu.
Niby żebra potwornego szkieletu, tkwią w różnych miejscach jeszcze opierające się śmierci większe głazy i skaliste pagórki, poszarpane, popękane i osypujące się przy silniejszych podmuchach wiatru, — bieleją w różnych miejscach długie, zygzakowate wstęgi niegłębokich wąwozów, napełnionych chaotycznemi zwałami okrągłych, obtoczonych kamieni.
Wąwozy te ciągną się, niby olbrzymie węże, w różnych kierunkach. Są to łożyska wyschłych rzek, co umarły tak dawno, że nietylko najstarsi koczownicy, lecz nawet legendy, nie pamiętają czasów, gdy temi łożyskami biegła ożywcza woda. Ziemia wypiła, a płomienne słońce wyprażyło te rzeki do ostatniej kropli, pozostawiając tylko białe kamienie martwego łożyska.
Śmierć szaleje wciąż na tych przestworach, prowadząc dalej i głębiej ponure dzieło zniszczenia. Rozszczepia i rozsadza kamienie i skały, tworzy z nich drobny żwir i miele go na piasek, wyganiając z kryjówek skorpiony i skolopendry i pozostawiając tylko pole rogatym wiperom, gnieżdżącym się w norach, wyrywanych w piasku.
Piasek, ten płaszcz pustyni, — swemi zwojami dosięga już północnych obszarów Sahary, bo około Biskry nawet widzimy znaczne nagromadzenie tego lotnego materjału, tworzącego tuż za oazą niewielkie diuny[67] i z każdym rokiem przysypującego coraz wyżej i wyżej sąsiedni zachodni grzbiet górski. W niektórych miejscach Sahary czernieją nieznacznie kotliny błotniste, pokryte białą warstwą soli sodowych lub wapiennych[68]. Niewielka ilość wody, w pewnych okresach zbierającej się na powierzchni tych bagien, nie nadaje się zupełnie do picia, i tylko małe stadka gazeli[69] przychodzą tu na wodopój w najbardziej skwarne okresy. W środkowej Saharze i nawet na południu, w tak zwanej „pustyni lęku i pragnienia“, podróżnik może spotkać takie bagna. Karawany jednak starannie omijają te źródła, ponieważ uważają je za zatrute, gdyż oprócz zwykłej soli i różnych soli wapiennych, posiadają one nieraz znaczną ilość saletry, powodującej ciężkie zaburzenia żołądkowe.
Gdy się widzi, jak przez martwe, beznadziejne przestrzenie pustyni sunie karawana wielbłądów, dążących z dalekich oaz południowych na główne rynki północy, natenczas dziwnym podlega się wrażeniom!
Podróżnikowi wydaje się, że te zwierzęta i idący obok nich ludzie idą, przejęci lękiem i niby zakłopotaniem, ogarnięci myślą o swem brutalnem wtargnięciu w cudze posiadłości, gdzie cichy szmer rogowych stóp wielbłądów i odgłosy ludzkiej mowy są zniewagą dla wielkiej ciszy, zawsze zaczajonej i pełnej zgrozy. Równomiernie kroczące wielbłądy, wyciągając naprzód długie szyje i wpierając w daleki horyzont męczeński, naprężony wzrok, mimowoli wydają się uosobieniem... pędu.
Idą krokiem równym i posuwistym, powolnym i ciężkim, a jednak w tych wyciągniętych, wyprężonych szyjach i małych, patrzących w dal głowach wyczuwa się dążenie nieprzeparte i niezłomna wola osiągnięcia celu, a ta wola pędzi przed karawaną, udziela się innym i wytwarza wrażenie pędu.
Dawni mieszkańcy Sahary, wielbłądy, czują, że przecinają posiadłości potężnego władcy. Drzemie on leniwie i władnie, śród niezamąconej ciszy, ugłaskany przez kaskadę spływających z nieba promieni słonecznych, lecz lada chwila może powstać w potędze swojej i w szaleństwie. Wtedy dyszeć zaczyna płomiennem tchnieniem, tamującem oddech wszystkiego, co żyje, i rzuca lęk do serca i mózgu; zaczyna wyć i gwizdać przeciągle, a wtedy wydać się może, że to korowody niewidzialnych istot, smaganych nielitościwym biczem, mkną z przejmującym jękiem przerażenia; po chwili przyniesie w połach swego żółtego płaszcza całe połacie piasku, wyrzuci go w powietrze wysoko, aż słońce przyćmi i niebo szarą płachtą pokryje; toczyć zacznie drobne kamienie, a te szczękać będą i tęskny szmer wydawać, zwichrzy, zakręci wierzchołki pagórków, podniesie słupy piasku i w zgiełku, chaosie, przerażającym ruchu i kotłowaniu szaleć zacznie, śmiać się, wyć, ryczeć, jęczeć i gwizdać.
Ockną się i porwą straszliwe i złośliwe duchy i widma, czające się i drzemiące przy zapomnianych mogiłach, przy szkieletach ludzi i zwierząt, przy samotnych skałach i w głębokich wąwozach.
Trudno jest wtedy nie stracić drogi, a jeszcze trudniej dążyć naprzód. Karawany się zatrzymują, ukrywają się gdzieś za skałami lub pod urwistemi krawędziami rzecznych łożysk i czekają cierpliwie, przejęte trwogą i tęsknotą, aż się uciszy i legnie zmożony wybuchem szału potężny władca pustyni — płomienny Samum.
Ślady Samumu spotkać można odrazu na południu od Biskry. Połamane drzewa w oazach, przyniesione zdaleka diuny, zalegające zaledwie o ośm kilometrów od Biskry, przysypane piaskiem mury w mniejszych oazach i wreszcie ginące Hammara Salahin, gorące, lecznicze źródło wody słonej, ulice oraz płaskie tarasy domków berberyjskich w oazie Sidi Okba, żółte od piasku.
Sidi Okba, stara siedziba Berberów Ziban, jest bogatem, chociaż małem miasteczkiem, otoczonem lasem palmowym, pełnem ruchu i gwaru. Obecnie zmieniły się czasy, a z niemi razem zmieniły się i obyczaje. Teraz mieszkają tu wyłącznie handlarze, a jeszcze tak niedawno oaza słynęła jako gniazdo najbardziej walecznych Berberów, pamiętających dawne sławne dzieje. Sidi Okba razem z Biskrą stanowiły stolicę szczepu Ziban, mającego największe wpływy na południu Algierji.
Gdy Rzymianie w swoim potężnym ruchu przez Afrykę Północną, gdzie tworzyli olbrzymią maurytańską kolonję, doszli do pustyni, — spotkali się tu z oporem szczepu Ziban. Z wielkim trudem i stratami zdobyli wreszcie Biskrę, którą nazywali Bescera i, pozostawiwszy tu niewielką załogę, ruszyli dalej.
Jednak na poddanie się Biskry nie przystali wojownicy Sidi Okba. Napadli na Rzymian i wyrżnęli załogę cudzoziemską. Prokonsul rzymski zmuszony był posłać tu część „legji Augusta.“ Później, po upadku Rzymu, Zibanie panowali niepodzielnie w tym kraju, aż wtargnęli Arabowie, niosący ze sobą Islam. Na czele ich szedł krwawy Sidi Okba, przezwany „mieczem Koranu“; ten wojownik Proroka dotarł aż do Atlantyku i pochód swój zwycięski zatrzymał dopiero wtedy, gdy fale oceanu doszły do szyi jego rumaka.
Mieszkańcy Sidi Okba przyłączyli się do wodza berberyjskiego Koseila i rozpoczęli powstanie. Sidi Okba był zmuszony zawrócić z drogi i ogniem i mieczem na nowo zatwierdzić prawo proroka i władzę jego potomków.
Wielki wódz arabski zmarł w okolicach tej oazy i prochy jego zostały złożone w jednym z jej meczetów, nazwanego jego imieniem.
W kilka lat później w oazie zjawiła się czarownica-„kahina“, która nawróciła przymusowych muzułman na judaizm i, podniósłszy rokosz, w ciągu kilku lat prowadziła walkę z szeryfami arabskimi. Jeden z wodzów arabskich, imieniem Hassan, początkowo rozbity przez nią, zwalczył ją w jednej z bitew i, wziąwszy do niewoli, ściął.
W roku 1542 Turcy zdobyli całą Algierję, a oddział janczarów dotarł aż do Biskry i zatknął tu sztandar Kalifa. Wojownicy z Sidi Okba w rok później wyparli nowych władców i długo się opierali baszom tureckim, aż przybył na czele własnego potężnego oddziału wódz korsarzy algierskich Rais Salah, który sprawił krwawą łaźnię powstańcom i władzę sułtana ostatecznie zatwierdził.
W Sidi Okba starzy Berberowie przechowują w pamięci opowieści o tych groźnych czasach, gdy w okolicach Hammam Salahin Rais Salah stracił taką ilość powstańczych wodzów, że woda w źródle stała się czerwona od krwi. Podobno dlatego nazwano to źródło imieniem Salaha, i to jest takie zrozumiałe dla człowieka Wschodu, który na niższych szczeblach swojej cywilizacji uznaje, i szanuje siłę, nawet gdy ona była gwałtem.
Znawcy jednak języka arabskiego tłumaczą nazwę tego źródła inaczej, a mianowicie — „kąpiel świętych.“ Jednak i to tłumaczenie jest związane też z ową krwawą epoką, gdyż powstający przeciwko Turkom mieszkańcy Biskry i Sidi Okba walczyli pod zielonym sztandarem, znakiem świętej wojny, i przez miejscowych marabutów byli uważani za świętych. We krwi Berberów Ziban, widocznie, gnieździ się duch rokoszu, gdyż natychmiast po zajęciu Biskry przez Francuzów w roku 1844-ym w oazie wybuchnęło zbrojne powstanie, stłumione wreszcie przez wojska francuskie.
Zwiedziłem w Sidi Okba dwa meczety. Jeden — w środku miasteczka, gdzie mieści się grób wojownika Islamu — Sidi Okba, i drugi — na południowym końcu oazy.
Obie świątynie są małe i stare, o pokrzywionych, sczerniałych drewnianych słupach wewnątrz, podtrzymujących sklepienie, o prostych czworokątnych minaretach, z których odkrywa się rozległy widok na całą oazę, znaczną część pustyni i na płaskie dachy osady, leżącej na dole.
W meczecie z grobowcem Sidi Okba pokazywano mi starożytne drzwi cedrowe ze śladami dawnej inkrustacji, która niegdyć miała być srebrną, a wykonaną przez Rzymian dla jakiejś świątyni lub pałacu jednego z rzymskich dostojników.
Drugi meczet, w którego pobliżu znajduje się kubba, otoczona cmentarzem ze sterczącemi na grobach kamieniami, należy wyłącznie do nomadów, przybywających z pustyni do Sidi Okba, i utrzymywany jest przez heretyczną sektę Heddaua.
Gmachy meczetów i wszystkie budynki w oazie są nader skromne i ubogie, zbudowane z ubitej gliny i pozbawione wszelkich architektonicznych ozdób, jak zresztą wszystkie osady i gmachy w Saharze. Najciekawszem miejscem w osadzie jest jej rynek, dokąd przybywają tubylcy z południa, dostarczając z dalekich oaz daktyle, a z pastwisk — wełnę, skóry i barany. Tu można spotkać tubylców z różnych szczepów, koczujących w pustyni, przedstawicieli przeróżnych sekt i bractw religijnych i zaznajomić się z życiem i obyczajami Sahary. Handlarze berberyjscy, arabscy i żydowscy prowadzą dość obszerny handel zbożem, mięsem, tkaninami i klejnotami z miedzi i srebra.
Podróżnika ździwi tu wielka ilość jatek, gdzie wiszą kawały mięsa baraniego i wielbłądziego, tak oblepionego muchami, że wydaje się czarnem.
Ta plaga oaz saharyjskich daje się we znaki ludności wyłącznie w okresie dojrzewania daktyli, ponieważ słodki, mdły zapach owoców i obfitość zawartego w nich cukru przyciągają owady.
Arabowie twierdzą, że przedtem, zanim zjawiły się liczne drogi, prowadzące od północy z jej miastami, zanieczyszczonemi przez muchy, — tych owadów po oazach nie znano.
Przynieśli je z sobą ludzie z Algieru i Konstantyny do Biskry, a stąd muchy, podróżując na grzbietach ludzi i zwierząt karawanowych, szybko się rozpowszechniły daleko na południe.
Na rynku muezzin pokazał mi różnych znachorów, wróżbitów, czarowników i kilka innych typów, zasługujących na wzmiankę. Wskazał mi jakiegoś sztukmistrza, który odznaczał się nadzwyczajną zręcznością ciskania nożami do rozstawionych dokoła małych deseczek. Pochodził z Wysokiego Atlasu, ze szczepu Suss. Człowiek ten w ciągu szeregu lat poszukiwał swojej żony, porwanej mu przez handlarza niewolników w tym czasie, gdy on przebywał na robotach w jednym z portów marokkańskich. Człowiek ten był prawie obłąkany, bezustannie przerzucał się z miejsca na miejsce, przebiegając całą Algierję i Tunisję, a wypytując o swoją „Aziza“[70].
Inny znowu wskazany przez muezzina człowiek miał na sobie straszliwie znoszony brunatny burnus i... dziurawe i zdeptane lakierki.
— Jest to, sidi, — zaczął opowiadanie muezzin, — znany powszechnie Mahmed-el-Kef, poszukiwacz skarbów. Jeżeli cudzoziemiec życzy sobie, możemy usiąść tu w kawiarni, a opowiem mu coś zabawnego.

Był wielki upał, więc spędzić trochę czasu w cieniu przy filiżance aromatycznej kawy, najlepszej, jaką gdziekolwiekbądź piłem, było rzeczą nie do pogardzenia, tembardziej, że mogłem w dodatku usłyszeć coś ciekawego.
SAHARA. SAMUM (SIROKKO)
— Znam Mahmeda od trzydziestu lat i opowiem panu to, co się mu przydarzyło wtedy, gdy byliśmy jeszcze młodzi.

Popijając gorący napój, muezzin ciągnął:
— W Biskrze, Algierze, Konstantynie, Mazaganie, Tunisie, Kairze i w setkach innych miast Afryki Północnej mieszkańcy dobrze znają Mahmed-el-Kefa. Gdy po dłuższej nieobecności zjawił się w którem z tych miast — kupcy, roznosiciele wody, właściciele zajazdów i kawiarni, nawet żebracy przy meczetach, przyglądali się bacznie jego nogom.
„Dobrze się dzieje Mahmedowi!“ — mówili czasem z westchnieniem zazdrości.
„Nie powiodło się widocznie El-Kefowi,“ — domyślali się innym razem.
— Jedno i drugie było rezultatem uważnego zbadania nóg zawsze wesołego i pewnego siebie chłopaka. Chłopaka, — bo nie więcej niż 18 wiosen liczył sobie wtedy Mahmed-el-Kef.
Pochodził z małej wioski, z okolic Lambezy, a od ośmiu lat swego życia sam na siebie pracował. Obrał zaś sobie nie zupełnie przeciętny fach. Pewnego dnia, bowiem, spożywszy w domu rodzicielskim wieczorem „kus-kus“[71], rzucił niedbale:
„Jutro pójdę w świat, taka jest wola Allaha! Chcę być... poszukiwaczem skarbów“...
Powiedziawszy to, rzucił się na posłanie.
Po chwili milczenia ojciec Mahmeda, dobrze oczytany w nauce Proroka, zauważył:
„Głupiś! Bez zaklęć nie dostaniesz skarbów.“
„Stary Gunib-Dhar dał mi skuteczne talizmany“, — już sennym głosem odezwał się „poszukiwacz skarbów“.
„In cza Allah! Taka wola Boga!“ — westchnęła matka.
Gdy starzy przed świtem się obudzili, aby nie przepuścić porannej modlitwy, na którą lada chwilę muezzini powinni byli zwoływać wiernych, — Mahmeda już nie było w domu rodziców.
Marokko, Algerja, Tunisja, góry Atlasu, nawet północna Sahara, nabite są skarbami ukrytemi tak, jak worek bogatego kupca daktylami i wełną. Ludzie wierzą w to, gdyż wiedzą, że przez te płonące pod słońcem góry, stepy i pustynie sunęły jedna po drugiej fale Fenicjan, Rzymian, Greków, Turków, Hiszpanów, Portugalczyków i Francuzów. Wszyscy oni przecież byli cudzoziemcami, a, jak każdy cudzoziemiec, zwiedzający kraj wyznawców Proroka, powinni byli być bogaci. Te właśnie skarby dawnych kolonistów, handlarzy, zdobywców, są ukryte pod ruinami ich dawnych twierdz, mogił, grodów, w jaskiniach, po górskich wąwozach, wśród kamieni, w łożyskach wyschłych „uedów“ i w cedrowych lasach pięknej Kabilji lub śród dębów Mamory.
Po te ukryte, starodawne skarby postanowił sięgnąć Mahmed, a że był chłopak śmiały, więc wiedział, że gdy zajdzie potrzeba, to i djabłu rogatemu potrafi zajrzeć w oczy. Rozpoczął swoją karjerę od pobliskiego Timgadu, gdzie stały obszerne ruiny rzymskiego grodu.
Przyszedłszy do Timgad, stawił się w biurze kustosza muzeum, otrzymał papier, pozwalający mu podjąć w gruzach poszukiwania, — i wziął się do pracy.
Mahmed miał dobry węch i rozpoczął szperanie w bardzo mądrze obranem miejscu. Wkrótce też znalazł garnczek starych, srebrnych monet, które nieźle sprzedał jakiejś zwiedzającej Timgad grupie amerykańskich turystów, a w parę dni później — łopatka jego natrafiła na coś twardego, zaczął więc kopać dalej i odkopał marmurową głowę posągu. Sprzedać, a nawet odkopać tego skarbu Mahmed nie mógł, więc zgłosił się do muzeum i powiadomił o swem odkryciu. Był to starożytny posąg, a więc znalazca dostał całe dwieście franków.
Wtedy po raz pierwszy ujrzano Mahmeda w wesołym Algierze. Miał na sobie czysty, biały burnus, czerwony fez z taką sutą kitą, jakiej nie posiadał z pewnością wielki Wezyr, i na nogach... francuskie lakierki.
Od tej pory wszyscy wiedzieli, że lakierki są oznaką powodzenia w życiu poszukiwacza skarbów, a bose nogi lub arabskie „babusze“ ponuro świadczyły o pasmie zawodu życiowego...
Mahmed miał duszę artystyczną, wyrobioną pod wpływem czarujących podań, legend, bajek i tchnących głęboką starożytnością przesądów, w które chłopak wierzył i nie wierzył. Wierzył, bo to go podniecało i upiększało jego pracę, nie wierzył, bo z doświadczenia wiedział, że tam, gdzie legenda przestrzegała przed djabłem, smokiem lub jadowitym wężem, poszukiwacz skarbów śmiało właził w paszczę djabłu i potworom, lecz znajdywał tam tylko sowy, żaby lub jaszczurki.
Franki nie były celem życia Mahmeda, był spokojny o to, że na starość uciuła sobie tyle grosza, aby nabyć dom, kawał roli z drzewami oliwkowemi i krzakami wina i do tego koniecznie gdzieś w pobliżu Moulay Idriss albo Moulay Brahim, żeby na pielgrzymkę świętą daleko nie chodzić.
Młodość Mahmed chciał jednak spędzić wesoło i barwnie, więc dużo podróżował po kraju, a raz nawet zapuścił się do Hiszpanji. Jednak w kraju ojczystym znalazł młody Arab największą dla siebie i najsilniejszą przynętę.
Były to tancerki z południowych plemion. Śpiewały i tańczyły po kawiarniach, i tu Mahmed rzucał hojną dłonią franki, zarobione na walce z djabłami o ukryte skarby. Porywały go bohaterskie lub miłosne tańce kobiet i ich smętne zawsze pieśni, i wpatrzony w wir ruchów, marzył Mahmed o wielkich bohaterach, piratach i emirach.
Spędzał on bezczynnie całe tygodnie śród tancerek, derwiszów, grajków, zaklinaczy wężów i powracał do miasta zwykle w mocno zniszczonych arabskich „babuszach“, pantoflach o ostrych, zakrzywionych nosach, a nawet boso...
Właśnie w tak podupadłym stanie Mahmed pewnego razu zjawił się w Algierze. Na rynku odrazu go powitano uprzejmie i zaproszono do jednego z zajazdów, — brudnej, ciemnej spelunki, wykutej w skale, gdzie jednak nic nie płacił, ale zato dużo jadł, pił herbatę z miętą i kawę z fusami, a jeszcze więcej gadał, ponieważ za gościnność odwdzięczał się swemi opowiadaniami. Siedząc wieczorem przed misą z jadłem, skończył właśnie jedną ze swoich powieści, i, ziewając, rzekł:
„Chcę tu u was poszukać skarbów. Tyle tu tych grubych murów, jaskiń nadbrzeżnych, gdzie Turcy wiekami z pewnością coś dla mnie złożyli.“
Wszyscy obecni głośno śmiać się zaczęli, a jeden odezwał się:
„Trudno ci to pójdzie, przyjacielu! Policjanci, posłani przez kadiego, nie pozwolą ci włazić w szczeliny murów i do jaskiń, bo sami tam łażą i w dzień i po nocy.“
„Co tam robią?“ — spytał z zaciekawieniem Mahmed.
„Jakiemuś bogaczowi z Konstantyny wykradziono córkę. Narobił stary krzyku i zerwał na nogi całą policję. Szukają jej w Czerczeł i Bizercie, szukają też tu, ponieważ stary się obawia, że mu córkę zawiozą morzem do Turcji, czy jeszcze w jakie inne miejsce.“
„Dziewczyna — to nie skarb! — zawołał Mahmed. — Nie jestem specjalistą od tego.“
Wszyscy znowu śmiać się zaczęli, a chłopak spoważniał i coś obmyślać zaczął.
Nazajutrz od rana był już w ruchu.
Obleciał całe miasto, zajrzał wszędzie, posłuchał o czem bają ludzie, przeszedł na estokadę, którą Francuzi daleko w morze wysunęli, przyglądał się ponurym, czarnym skałom, wcinającym się w morze już po za obrębem miasta. Bałwany wściekle biły w te skały, wyrzucając wysoko w powietrze swe białe, powichrzone grzywy.
Mahmed usiadł i zaczął patrzeć na tę walkę morza z ziemią.
„Weźmiemy Luteł jutro i odwieziemy tam... widzisz?“ — rozległ się nagle głos za plecami chłopca.
Mahmed podniósł się szybko i przechylił się przez skałę.
Zobaczył na dole dwóch obszarpanych Arabów, łapiących na wędkę ryby. Jeden z nich wskazywał na długi przylądek, który wystawał daleko za miastem.
„Nikt nie domyśli się, aby tam jej szukać!“ — dodał z ochrypłym śmiechem.
„Żeby tylko Abalej dobrze jej ustrzegła do jutra!“ — zauważył drugi.
„No! Na cmentarzu tyle bab teraz, że nikt jej tam od innych nie odróżni, chociażby był to sam Sidi ben Jakub!“ — zaśmiał się pierwszy.
Mahmed nie słuchał dalej.
Leciał już przez port, ledwie nie przewrócił taczki z ziemią, za co popychający ją francuski robotnik cisnął w niego kawałkiem cegły.
Za miastem, na stokach niewysokich pagórków, był rozrzucony cmentarz, otoczony wysoką, zębatą ścianą. W cieniu drzew siedziały biało ubrane kobiety. Jedne z nich modliły się na mogiłach, inne, a takich było znacznie więcej, tworzyły grupy i zabawiały się rozmowami i plotkami, jak to zawsze bywa u kobiet arabskich w piątki, — w te dnie cmentarne. Mahmed, namyśliwszy się przez chwilę, kupił kilka pomarańczy i granatów i pod pozorem sprzedaży owoców sunął przez cmentarz, zaglądając do wszystkich zakątków.
Spostrzegawczy i chytry chłopak wkrótce wywiad swój zakończył bardzo pomyślnie. Dojrzał kilka starszych kobiet, owiniętych w łachmany. Otaczały one postać niewieścią w czystym białym burnusie, który nie mógł jednak całkowicie ukryć kształtów młodej kobiety.
„Dobra, droga tkanina, — kombinował Mahmed. — A ta zasłona na twarzy, to jedwab...“
Kręcąc się naokoło, dojrzał, że stare żebraczki nie pozwalały młodej kobiecie wstawać, głośno mówić i oddalać się.
„To — Luteł, córka bogacza z Mazagan!“ — zawyrokował Mahmed i zaczął śledzić.
Tłum przed zachodem słońca ruszył z cmentarza, za nim poszły do miasta stare wiedźmy, uprowadzając młodą kobietę. Chłopak nie spuszczał z niej oka. Wkrótce przekonał się, że ukryto ją w domu z fontanną przy jednym z murów. Mahmed obszedł dokoła cały budynek, zajrzał nawet do środka. Mieściły się tu małe sklepiki przekupniów, ich składy, a na podwórzu stały muły i osły. Z jednej strony domu znajdował się zajazd, z którego doszły go dźwięki bębenka i piszczałki, oraz okrzyki tancerek. Nie wpuszczono go jednak do wnętrza, jak mu powiedziano, z braku miejsca.
„Jedno miejsce ja wam uwolnię!“ — pomyślał Mahmed i wyszedł znowu na ulicę.
Po pewnym czasie kilkanaście kobiet zjawiło się na płaskim tarasie domu i rozpoczęło pogawędkę, przerywaną śmiechem i żarcikami.
Mahmed poznał w jednej z owiniętych w burnus postaci — Luteł. Długo się jej przyglądał, aż zwróciła na niego uwagę. Zrobiwszy jej znak oczami, poszedł do fontanny, stanął na jej zrębie i, niby do któregoś z pijących Arabów, rzekł:
„Gdy się ściemni, wypadnij na ulicę, a dalej — już moja robota, bo tak kazał twój ojciec...“
Postać niewieścia, siedząca tuż nad nim, drgnęła, a jeden z Arabów, schylony nad strugą wody, zapytał go:
„Do kogo mówisz, przyjacielu?“
„Do nikogo! — odparł wesoło. — Przypomniała mi się stara gadka z Biskry, od muezzina Khar Bu-Akbara zasłyszana!“
Powiedziawszy to, pobiegł w stronę swego zajazdu. Znalazł tu kilku znajomych chłopaków i zaczął coś im tłumaczyć. Gdy już muezzini skończyli swoje nawoływania i pienia z minaretów, gromadka młodych Arabów podeszła do domu z fontanną. Na czele jej kroczył Mahmed. Oddawszy szeptem jakieś rozkazy, stanął przy bramie domu.
Czekali dość długo, lecz, gdy na dobre się ściemniło, na podwórzu rozległ się przeraźliwy krzyk kobiety, potem inne, jeszcze bardziej wrzaskliwe, tupot nóg, nawoływania, przekleństwa.
Mahmed pchnął bramę, rozwarła się i w tej chwili wypadła z niej kobieta w cienkim białym burnusie. Towarzysze Mahmeda zaczęli szerzyć popłoch i zgiełk, a wtedy, gdy ich herszt zamięszał się śród mułów i osłów, stojących na placu, i uprowadzał białą postać w stronę portu, wpadali na ścigające baby, szarpali je i wypytywali o wypadek, skacząc i hałasując, jak gdyby nastąpiło już święto Bajramu.
Mahmed tymczasem szybko uprowadzał Luteł, kierując się ku morzu i szepcąc jej do ucha:
„Z rozkazu ojca twego, śliczna Luteł, porwałem cię z rąk tych starych wiedźm.“
Dobiegli do miejsca, gdzie Francuzi budują port, a gdzie o kilka stai od brzegu bujały na nadbiegających falach małe czółenka wioślarzy-sportsmenów. Na estokadzie przechadzała się jeszcze publiczność, przyglądająca się wychodzącemu z chmur księżycowi, który już przebijał sobie srebrną drogę przez ocean.
Szybko się rozebrawszy, Mahmed odwiązał jedno z czółenek, przybił do brzegu i wsadziwszy do niego dziewczynę, wypłynął na morze, wiosłując ze wszystkich sił. Zmierzał teraz ku trzeciemu przylądkowi za miastem. Długo walczył tu chłopak z odrzucającemi go od brzegu bałwanami, aż wreszcie wylądował. Odnalazł kilka głębokich jaskiń, podobnych do kurytarzy, idących daleko pod ziemię. Było to jedyne miejsce, wymarzone dla poszukiwacza skarbów. Wybrawszy najpewniejszą skrytkę, umieścił tu dziewczynę i rzekł:
„Dwa, a może i trzy dni tu spędzisz, bo zbóje ścigają nas. Siedź więc cicho, jak sowa w dziuple, i na żadne wołania nie odzywaj się, chyba, że powiedzą ci: „Mahmed el-Kef“, to znaczy — ja! A teraz popłynę po jedzenie, bo czuję głód, a i ty, piękna Luteł, z pewnością zjesz coś dobrego?“
„In cza Allah!“ — odparła dziewczyna tradycyjnym frazesem.
„Yok! Bardzo elegancko mówisz! — zaśmiał się Mahmed. — A więc niech Allah ma cię w swej opiece! Przed północą będę z powrotem. Allah jaunek!“
Chłopak spełnił, co przyrzekł. Powrócił przed północą. Przywiózł z sobą koszyk z zimnem mięsiwem, butelkę herbaty i owoce.
Gdy spożyli kolację przy blaskach małej świeczki, Mahmed zapalił papierosa i rzekł do dziewczyny:
„Na Si bu Medina! Muszę ci odkryć prawdę. Jesteś porwana powtórnie. Złodziej okradł złodzieja.“
Mówiąc to, wybuchnął głośnym śmiechem, ale, gdy dziewczyna zaczęła głośno szlochać, rzekł poważnym głosem:
„Nie płacz i nie rozpaczaj, dziewczyno! Jest różnica między złodziejami. Tamci sprzedaliby ciebie innym i nigdybyś już nie ujrzała progu domu twego ojca. Ja zaś oddam cię jemu, jeżeli on mi dobrze zapłaci za ocalenie swojej pięknej córki. Rozumiesz?...“
„Rozumiem! — zawołała radośnie dziewczyna. — Dam ci list do ojca. On — bogaty i niczego dla mnie nie pożałuje!“
„List? — zapytał Mahmed i zamyślił się — O nie, to będzie źle!... Zamiast franków twój ojciec odda mnie w ręce kadiego, który kijami zmusi mnie do oddania ciebie, a później będę się wałęsał po sądach i więzieniach. Nie! Stanie się inaczej. Twój ojciec sam napisze do nas.“
„Nie wie przecie, gdzie jestem!“ — zawołała z wybuchem rozpaczy.
„List dojdzie“... — uśmiechnął się Mahmed, gryząc jabłko.
Umilkli. Po chwili chłopak podniósł głowę i oczy mu błysnęły.
„Nie widziałem cię jeszcze, Luteł — rzekł, — i nie wiem, czy jesteś piękna? Tu nas nikt nie widzi, więc odrzuć zasłonę, niech ujrzę gwiazdy twoich oczu, granaty ust, śnieg zębów i czarne łuki brwi!“
Zaczął prosić, ręce składając, jak do modlitwy, pokorny i żądający zarazem. Długo się broniła Luteł, ale, ulegając błaganiom tego śmiesznego żebraka, odrzuciła zasłonę i ukazała oblicze swoje w całym blasku piękności i młodości.
Mahmed oczy dłonią przysłonił, jak gdyby padły nan oślepiające promienie słońca, i szeptać zaczął:
„Cud! Cud!... Dobra wróżka z jaskini Karham! Zaczarowana książniczka z Udaid! Piękna! Piękna śród pięknych! Zatańcz, zaśpiewaj, — Luteł, cudna Luteł, spełnij prośbę swego wybawcy... przez wdzięczność, tylko przez wdzięczność!“
Dziewczyna, rozbawiona i pochlebiona zachwytem mężczyzny i jego pokorą, a może nie uważając nawet za mężczyznę tego obdartego chłopaka, śpiewała i tańczyła przy świetle małej świeczki, pod sklepieniami jaskini, przy dźwiękach spienionych fal, bijących w skały. Mahmed siedział nieruchomy, jak posąg, patrzał, słuchał i marzył tak samo, jak marzy w brudnych kawiarniach, gdzie opłacane centymami śpiewały i tańczyły półdzikie dziewczyny z plemienia Uled-Nail.
Gdy Luteł skończyła, chłopak długo się nie odzywał. Potem wstał, przeszedł się po jaskini, przyrządził z suchych wodorostów łoże i rzekł:
„Teraz oddaj się snu, piękna dziewczyno! Nie trwóż się i nic złego o mnie nie myśl! Za trzy dni będziesz już u swego ojca. Zapłaciłaś mi za ocalenie. To było piękniejsze i droższe od wszelkich franków i skarbów, lepsze nawet od tego boga z marmuru w Timgadzie. O, lepsze i piękniejsze!... Ja będę ochraniał twój sen. Siądę przy wejściu do jaskini i lwu gardło przegryzłbym, gdyby śmiał tu przyjść. Bądź spokojna, Luteł! Lwów już dawno tu niema...“
Nazajutrz Mahmed w towarzystwie szczelnie otulonej w burnus kobiety szedł przez rynek. Tu ujrzał tłum, gromadzący się przed jakiemś obwieszczeniem na dużym czerwonym plakacie.
„Kupiec Ali-ben-Selim-Rusten z Konstantyny ofiaruje 10 000 franków temu, kto zwróci mu porwaną córkę Luteł!“ — krzyczano w tłumie.
Mahmed uśmiechnął się nieznacznie.
„List wszakże doszedł do mnie!“ — mruknął do siebie.
W trzy dni potem Luteł i Mahmed stanęli przed bramą wspaniałego pałacu Ali-ben-Selima. W godzinę po wejściu do domu bogacza poszukiwacz skarbów szedł już główną, handlową ulicą miasta i przyglądał się połyskującym na wystawach lakierkom francuskim. Wkrótce z dumną miną wchodził do największego sklepu.
„Chcę nabyć lakierki na guzikach!“ — oznajmił spokojnym, pewnym siebie głosem.
— Było to dawno, sidi, teraz obaj z Mahmedem jesteśmy już starzy. Od tego wypadku w Algierze dużo wody upłynęło i dużo przeróżnych dziwnych przygód miał w swem życiu mój przyjaciel Mahmed. Muszę pożegnać teraz sidi. Niech Allah ma go w swojej opiece!
Tak zakończył swoje opowiadanie sędziwy muezzin, ja zaś, wyszedłszy na rynek, odszukałem poszukiwacza skarbów i zajrzałem mu w twarz. Twarz ta była blada i wynędzniała, lecz zwracała na siebie uwagę niezwykłą energją wyrazu, uporem, czającym się w mocno zaciśniętych wargach, namiętnością i odwagą, wyzierającemi z oczu, i polotem fantazji, która nałożyła swoje piętno na wysokiem, gładkiem czole.

Ogarnąłem wzrokiem całą jego postać. Ubranie miał na sobie ubogie i znoszone; dziurawe, popękane lakierki, takie napozór śmieszne i niestosowne, teraz jednak nabrały dla mnie innego znaczenia, gdyż świadczyły o okresie ciężkich życiowych niepowodzeń tego poety i fantasty w jego nieco niezwykłym, a bardzo romantycznym zawodzie.
OAZA TUGGURT. KUBBA
Od Biskry na południe, aż do Tuggurtu istnieje kolej, która przebiega 216 kilometrów przez pustynię. Prawie równolegle z koleją przechodzi droga karawanowa, zdatna dla ruchu samochodowego. Cała ta przestrzeń przedstawia jednostajną kamienistą pustynię, w niektórych miejscach pofałdowaną niewysokiemi pagórkami i urozmaiconą jedynie kilku słonemi jeziorami oraz szeregiem oaz większych i mniejszych. Dalej za Tuggurtem zaczynają się przestrzenie, pokryte piaszczystemi diunami, gdzie ze szczególną zgrozą przejawia się siła samumu i zabójcze działanie słońca. Opowiadanie, istniejące jeszcze za naszych czasów, o karawanach, zasypanych przez piasek, są jednak zupełnie fantastyczne i nigdy nie zdarzają się w rzeczywistości. Jeżeli w pustyni podróżnik znajduje czasami szczątki zmarłych ludzi, to przyczyny należy szukać nie w samumie, lecz w jakiejkolwiekbądź chorobie, lub w tem, że podróżnik, straciwszy kierunek, nie mógł dotrzeć do studni lub do oazy i zginął z pragnienia, palony promieniami niemiłosiernego słońca. Słońce jest tu istotnie nielitościwe, nagrzewa ono powierzchnię piasku, nieraz do 70 Celsjusza. Psy, towarzyszące przewodnikom karawan, nie mogą wtedy biec przez piasek, prażący im nogi, i Berberowie wsadzają je na grzbiety wielbłądów, które zdają się nie czuć palącej ziemi, gdyż posiadają grube rogowe podeszwy.
KARAWANA W PUSTYNI

Słynne pieczenie jajka w piasku, opowiadanie profesorów geografji starej daty, którem starano się dać przerażający obraz pustyni, nie jest rzeczą niemożliwą. Najlepiej jednak świadczy o stopniu skwaru w pustyni opowiadanie profesora uniwersytetu algierskiego, pana E. F. Gautier[72], że podczas bitwy przy Metarfa, odbywającej się w diunach, żołnierze tubylcy nie byli w możności wytrzymać w pozie leżącej podczas tyraljerki i walczyli, nie bacząc na zakaz oficerów, stojąc i gęsto padając.
W diunach Gurari latem człowiek dobrze obuty, ujrzawszy gazele, może bez strzału zdobyć wszystkie. Powinien je tylko ścigać, a gazele z popalonemi nogami nareszcie staną.
Po takich wielkich upałach dziennych następują jednak bardzo zimne noce.
Interesujące jest życie roślin w Saharze, która posiada swoją charakterystyczną florę. Rośliny saharyjskie dają przykład instynktu samozachowawczego i zdolności do zastosowania się do warunków bytu. Główne zadanie miejscowych roślin stanowi walka z nadzwyczajną suszą gleby i atmosfery. Rośliny, pozbawione liści, albo posiadające je w formie atroficznej — w postaci cienkich kolców, — zbierają cały swój chlorofil w mięsistych gałęziach, służących im jako zbiornik wody. Bardzo słabo rozwijając się na zewnątrz, rośliny saharyjskie z gwałtowną szybkością i siłą rosną pod ziemią, rozrzucając na olbrzymiej przestrzeni system swoich korzeni, dochodzących do wielkiej głębokości, gdzie poszukują wody podskórnej.
Podróżnik po Saharze nieraz jest bardzo ździwiony, gdy przewodnik karawany zatrzymuje wielbłądy na południowy wypoczynek w miejscowości, całkiem pozbawionej materjału palnego. Europejczyk z tęsknotą myśli o tem, że będzie zmuszony zjeść zimne zapasy i pić ciepłą, szybko się w drodze psującą wodę. Jednak Berber wie, co robi. Podchodzi on do wyglądającej z ziemi, nie wyżej ponad pięć cali łodygi jakiejś zaschłej rośliny i zaczyna wyciągać ją, grzebiąc się w piasku. Okaże się zawsze, iż ta mała, nikła łodyga jest połączona z długiemi i grubemi korzeniami, których woda wystarczy całkiem na przyrządzenie kawy i rozgrzanie konserw.
W niektórych miejscach, najczęściej w kotlinach położonych, gdzie istnieją dogodne warunki dla nagromadzenia wody podskórnej, rośnie tak zwany „aszeb,“ stanowiący rzadkie w pustyni pastwiska. Nasiona roślin, tworzących „aszeb“, roznoszone przez wiatr, nieraz przez długie miesiące leżą gdzieś w szczelinach skał lub pod kamieniami, zachowując swoje siły życiowe. Wystarczy jednej burzy, niosącej z sobą trochę deszczu, a nasiona natychmiast zaczynają rozwijać się z nadzwyczajną szybkością, zapuszczając coraz głębiej i dalej swoje łaknące wody korzenie. W ten sposób podczas długich okresów suszy, pastwiska „aszeb“ znikają, lecz wiatr przenosi nasiona w inne miejsca, a na nich zjawiają się nowe „koczujące“ pastwiska.
Niemniej dobrze zastosowaną jest do warunków klimatycznych fauna Sahary. Przedewszystkiem istoty ze świata zwierzęcego są pokryte skórą lub pancerzami, chroniącemi je od parowania wody, a niektóre owady jak naprzykład duże czarne żuki (Aphodius fossor), tak często spotykane na drogach karawanowych, gdzie żywią się nawozem wielbłądzim, jak przypuszczają niektórzy entomologowie, posiadają zdolność do tworzenia syntezy wody z elementów atmosfery[73]. Wszystkie prawie owady Sahary mają przyrządy anatomiczne, pozwalające im w poszukiwaniu wody docierać do znacznej głębokości gleby. Co się tyczy zwierząt ssących, to te, jak naprzykład antylopa Adax i inne, posiadają zdolności gromadzenia znacznej ilości wody w swoich wnętrznościach, jak to czyni zawsze wielbłąd. Myśliwy berberyjski, ścigający antylopę Adax, doskonale wie, że oprócz mięsa i skóry znajdzie w antylopie sporo wody, zielonkawej i ciepłej, lecz zdatnej do przyrządzenia strawy.
Jednakże wszystkie te zwierzęta ssące potrzebują źródeł wody, a ponieważ człowiek w swoim marszu przez kontynent afrykański zagarnął te źródła, przeto widzimy, że zwierzęta coraz bardziej posuwają się na południe ku rzece Niger i ku jezioru Czad, w miejsca niezaludnione.
Słynnego „lwa pustyni“ już nigdy nie spotyka się w Saharze, gdyż wyemigrował poza rzekę Niger; to samo można powiedzieć o strusiach, antylopach i nawet gazelach i zającach. Pospolity zając algierski, znany w dwóch odmianach, a mianowicie: Lepus aegypticus i Cuniculus algirus, tak wspaniale zastosowany do zabarwienia pustyni, — już rzadko się spotyka w saharyjskich obwodach Algierji. Prawie zupełnie znikły w pustyni szakale i hieny, a nawet szarańcza mnoży się już wyłącznie w stepach Sudanu. Po lwach przerwała się „dynastja“ słynnych z krwiożerczości niedźwiedzi, o których, opisując lwy, słonie i olbrzymie węże, opowiadał Herodot.
Juwenal (sat. V) też wspomina o niedźwiedziu północno-afrykańskim, mówiąc:

„...quod cominus ursos
„Figebat numidos.“

Virgiljusz w Eneidzie (ks. IV, 36—37) dał też świadectwo o tym księciu pustyni i gór:

„...occurit Acestes,
„Horridus, in jaculis et pelle Libystidis ursae.“

Zdaje się, że obecnie już porzucona jest całkowicie myśl o tem, że Sahara niegdyś była dnem morskiem, gdyż nigdzie w Saharze nie znaleziono ani kości, ani muszli wykopaliskowych istot morskich. Tylko w jeziorze Czad wykryty został jeden mięczak pochodzenia morskiego, lecz ten fakt objaśnić można tem, że jezioro Czad stanowiło krańcowy zachodni koniec wielkiej zatoki, która wcinała się w kontynent niegdyś od strony morza. Jednakże nie ulega wątpliwości, że Sahara w zamierzchłej przeszłości przedstawiała kwitnący kraj, o czem świadczą okazy flory wykopaliskowej, liczne wskazówki starożytnych autorów o dość bogatym świecie zwierzęcym i legendy tubylcze. Świadczą też o tem liczne wyschłe łożyska niegdyś istniejących rzek, po brzegach których musiały rosnąć lasy i mnożyć się zwierzęta.
Badania Sahary trwają stosunkowo od niedawna, jednak poczyniono już cały szereg bardzo ważnych odkryć, dowodzących łączności rzecznego systemu Sahary z takimż systemem Afryki Środkowej.
Przy pierwszym rzucie oka na mapę Sahary zjawia się myśl, iż wszystkie rzeki pustyni były niegdyś dopływami Nigeru, Nilu lub jeziora Czad. Jeszcze niedawno istniało przypuszczenie, że naprzykład rzeka Zusfana, przepływająca przez oazę Figuig, w południowym Marokku[74], stanowiła dopływ Nigeru.
Badania profesora E. Gautier dowiodły, że rzeka ta, płynąc na południe, ginie bez śladu w piaskach Wielkiego Ergu.
Jakie są dowody tej łączności znikłych obecnie rzek saharyjskich z tropikalną Afryką?
W okolicach Biskry i w oazach Ued Rir, a więc w basenie dawnej rzeki Igharghar znaleziono w źródłach podziemnych tropikalne ryby z gatunku Chromys.
Ryby te w niektórych miejscach Sahary były wyrzucane przez wodę, bijącą ze sztucznie założonych studni artezyjskich. Nie podlega żadnej wątpliwości, że pozostały one z dawnych czasów w podziemnych basenach, znajdujących się na Saharze. Istnieje także przypuszczenie, że te baseny także i za naszych czasów są połączone drogami podziemnemi z rzecznemi systemami środkowej Afryki.
„Scientific American“ (Sierpień 1925 roku, strona 110—111) umieścił artykuł p. Roberta L. Duffus, cytującego najnowsze badania tego zjawiska przez d-ra Jacques Pellegrin. Ten francuski uczony badał wyrzucone przez studnie artezyjskie ryby z okolic Tuggurtu i wykrył śród nich Barbus Figuensis, Hemichromys bimaculatus i Zilapia zilli.
Ten fakt, że ryby, zjawiające się z podziemnych basenów, nie są pozbawione organów wzrokowych i anatomicznie i fizjologicznie nie różnią się od ryb tegoż gatunku, przebywających w rzekach środkowej Afryki (a także w Syrji, Palestynie i w Zambezie), dowodzi, że połączenie głębokich basenów wodnych Sahary z rzecznym systemem centrum Kontynentu powinno istnieć.
Opisując swój pobyt w oazie Tolga, wspominałem o sumie (Clarias Lazera), którego spotkano też podobno w tym samym basenie rzeki Igharghar, chociaż za ojczyznę jego uczeni uważają spokojne, błotniste laguny południowego Nilu.
W rejonie Biskry znaleziono także słynną „żmiję Kleopatry“, czyli Kobrę Hindusów, która jest wężem strefy równikowej.
W małym stawku, położonym w łożysku rzeki Mihero, wykryty został ostatni okaz krokodyla saharyjskiego, znacznie już zdegenerowanego, lecz posiadającego charakterystyczne cechy anatomiczne swego pierwowzoru środkowo-afrykańskiego.
Wszystko to skłoniło paleontologów i zoologów do twierdzenia, że za Atlasem istniała tak zwana „fauna Zambeze“, której charakterystycznym przedstawicielem jest osławiony przez historyków rzymskich — słoń kartagiński[75].
W obecnych czasach myśliwy, przecinający Saharę, niewiele dozna tu rozkoszy. Nieliczne stadka gazeli zrzadka tylko majaczą na horyzoncie, gdzieś w pobliżu oazy mignie zając, gdzieś od umierających skał dochodzi chichot hieny lub wycie szakala. Jako o wypadku wyjątkowym myśliwy usłyszy o zjawieniu się geparda (Felis jubata), który z nadzwyczajną szybkością przenosi się z miejsca na miejsce, ścigając gazele; w północnych częściach można spotkać w łożyskach rzek, gdzie rosną drzewa pistacjowe i zarośla oleandrów — fenneków (Canis Zerda) lub lisa, czyhającego na ptactwo.
Przetrząsnąłem wszystkie dostępne mi baseny wodne w nadziei wykrycia jeszcze jednego samotnika krokodyla, lecz — bez powodzenia.
Pomiędzy Biskrą a El-Kantara, w rejonie stepowym, wybiegły na mnie niespodziewanie trzy gazele (Gazella dorcas), z których jedną zdobyłem, strzeliwszy do niej z Winchesteru na odległość czterystu kroków. Bardzo piękne rogi samca zdobią teraz mój gabinet.
Sahara przedstawia jeszcze cały szereg zagadek i pod względem przyrodniczym i pod względem etnograficznym.
Przeróżne szczepy koczownicze dzielą się tu na dwie zasadnicze grupy, różniące się pomiędzy sobą językiem, ubraniem, uzbrojeniem, obyczajami, odcieniami kultu muzułmańskiego i nieraz wzajemną ku sobie nienawiścią.
Każda z tych grup posiada swoje koczowiska w różnych częściach Sahary. Dawni przybysze Arabowie z najbardziej potężnym szczepem Czaambas zajmują wschodnią część pustyni i stanowią główny kontyngens tubylczych wojsk francuskich, które podbiły całą algierską Saharę.
Wyznają oni najczęściej ortodoksalny Islam i posiłkują się językiem arabskim. Ich wrogami są zajmujący resztę pustyni Berberowie-Tuaregowie. Strój tych koczowników stanowią szerokie szaty czarnego lub granatowego koloru i zarówno kobiety, jak i mężczyźni noszą na twarzy „ltam“, pozostawiający odkryte tylko oczy. Ta zasłona ma chronić ich dusze od wtargnięcia w nie złych duchów obłędu, tych straszliwych mieszkańców pustyni. Nie jest jeszcze wyjaśnioną kwestja, skąd przybyli do Afryki dalecy przodkowie Tuaregów; faktem jest tylko, że był to wojowniczy szczep, który podbił pierwotnych mieszkańców Sahary — negrów.
Ci koczownicy przechowali do XX-go stulecia głębokie ślady cywilizacji pierwotnej ludzkości. Tak, jak w zaraniu życia ludzkości, Tuaregowie drążą i wygładzają kamienie, robiąc z nich bransolety — zwyczaj, przejęty z pewnością od Egipcjan, i posługują się siekierami o rękojeściach typu neolitycznego[76].
Śród Tuaregów można spotkać jeszcze zastosowanie tabu[77], który ma ścisły związek z totemizmem[78], naprzykład nie używają oni jako pożywienia mięsa barana, nazywając go „swoim wujem“. W społeczeństwie Tuaregów przechowały się do dnia dzisiejszego ślady matrjarchatu, — głową rodziny jest nie ojciec, lecz wuj, wszelkie prawa dziedzictwa są związane z kądzielą. Tuaregowie należą do różnych sekt i herezyj muzułmańskich, lecz posiadają jednocześnie w swoim kulcie pozostałości pogaństwa; trudnią się wyłącznie pasterstwem, polowaniem i rzemiosłem wojowników, pod tym względem mając dużo wspólnych cech ze szczepami kaukaskiemi, do których też podobni są z powierzchowności. Gdy spotykałem Tuaregów przypominałem sobie zawsze „auły“[79] kaukaskie, należące do szczepów Osetynów, Dagestańców, Kabardyńców i szczególnie Imeretynów, gdzie mężczyźni są taksamo zapalonymi jeźdźcami, wojownikami, myśliwymi i bandytami.
P. komendant Cauvet w „Bulletin de la Société de Géographie d’Alger“, NN. 100 i 101 — umieścił bardzo interesujące studjum nad kaukaskiem pochodzeniem Tuaregów, starając się dowieść, że genetyczne pokrewieństwo pomiędzy nimi a ludami europejskiemi jest daleko głębsze, niż pomiędzy Berberami a europejczykami, ponieważ element krwi semickiej, płynącej w żyłach Tuaregów, jest prawdopodobnie znacznie słabszy, niż u Berberów i Arabów. Lingwistyczne badania, przeprowadzone w tym kierunku, dały pewne rezultaty.
Niezawodnie, że język, którym się posługują Tuaregowie, stanowi pierwotny język autochtonów berberyjskich. Jest to tak zwany „tamaszek“, posiadający dużo pierwiastków fenickich[80]. Mówiący językiem „tamaszek“ Tuaregowie używają dużo słów fenickich, jak naprzykład kobr — grób, malaka — panować, barraka — błogosławić, ben — syn, baka — płakać, kataba — pisać i cały szereg innych[81]. Więc pod tym względem poszukiwania kaukaskiego pochodzenia tych koczowników nie dały żadnych wyników.
Natomiast specjalne poszukiwania nazw, imion i słów, używanych przez szczepy, zaludniające Kaukaz, dały dużo poważnych powodów dla obstawania przy tej hipotezie.
P. Cauvet wynalazł cały szereg geograficznych imion kaukaskich, bardzo słabo zmienionych przez Tuaregów, czyli, jak oni siebie nazywają, Targui. Imiona te są używane przez Tuaregów dla nazwy szczepów lub miejscowości.
Z listy nazw szczepów Tuaregów, noszących imiona kaukaskie, a przytoczonych przez wymienionego autora[82], wybieram kilka najbardziej przekonywujących.
Sandata (miasto nad dopływem rzeki Manycz) zmieniło się w mowie Tuaregów na Yzandaten, Sarmaci (mieszkańcy z nad brzegów Manycza) — na Iszaramaten; Tarki (miasto przy ujściu Tereka) — na Tarka; Derbent — na Tarbent; Diggor (szczep Osetynów) — na Diggera; Lekh (szczep lezgiński) — na Lekh; Darghoa (inny szczep lezgiński) — na Dargho; Tmutarakan (miasto) — na Tetmotarek; półwysep Taman — na Taman-russet; Kaukaz (grzbiet górski) — na Ikazkazen; Kutais (miasto) — na Ikutissen; Gillei (starożytny nekropol w pobliżu Tyflisu) — na Gillai; Iber (stara nazwa Gruzinów i Imeretynów) — na Ibbaren.
Bardzo interesujące byłyby poszukiwania dawnych podań tego szczepu w celu wynalezienia w nich wspomnień o dawno porzuconych miejscowościach ojczystych i długiej tułaczce, odbytej z Kolchidy, jak się nazywał Kaukaz, do Ea czyli Tripoli, dokąd przybyli najpierw ci emigranci, i do Fazanji, czyli teraźniejszego Fezzanu, o których wspominają starożytni historycy.
Istnieje u Tuaregów jeden zwyczaj, na który wskazuje p. H. Basset[83], a który wydaje mi się bardzo znamiennym dowodem folklorystycznej łączności pomiędzy tym szczepem a mieszkańcami Kaukazu. Jest to tak zwany „Ahal“, czyli zgromadzenie nieżonatych mężczyzn, a także nie mających żadnych obowiązków rodzinnych kobiet, a więc wdów, rozwódek i dziewczyn. Na takich zgromadzeniach odbywa się miłosne współzawodnictwo, które jednak zasadniczo różni się od brutalnych przejawów tego rodzaju zjawisk. Konkurenci podczas „ahal“ walczą wyłącznie swoim talentem poetyckim, lub zdolnościami satyrycznemi, a także muzyką i tańcami.
Francuscy autorzy[84] jednogłośnie twierdzą, że każdy Tuareg jest poetą, składa mniej lub więcej barwne wiersze o przebytej niedawno podróży, o stoczonej walce podczas bandyckiego najazdu na przejeżdżającą karawanę lub o swojej ukochanej.
Wszystko służy jako temat dla poezji Tuaregów, a czasami poezja ta bywa barwna i wyrazista. Naprzykład poeta-koczownik, opisując jakąś piękną kobietę pustyni, śpiewa o niej:[85]

— Szczęśliwy ten, czyja ręka dotknąć może
Jej skroni, jej policzków, jej oblicza
Ciemnego w cieniu rzęs!
Czego żądać, o czem marzyć może człowiek,
Gdy widzi piękność jej?...

Inny znowu śpiewa:

— Jest rzeczą wszystkim znaną,
Iż miłości burza zabić może.
Na Boga! w takim razie nie dożyję jeszcze do wieczora
I słońce nie zaświeci dla mnie nigdy więcej!
O dziewczyno! Twoja miłość zbyt zgubna jest dla mego serca —
Wysysa ona szpik z mych kości,
Wypija moją krew, zabija siłę moich mięśni,
Niby Sahara płomienna i nielitościwa.

A gdy młody Tuareg został odrzucony lub zapomniany, wierszami żalić się zaczyna przed swoim wiernym „mehari“, bystronogim wielbłądem, przysięgając mu, że już nigdy nie włoży nań siodła ani uzdy, gdyż „zgasło słońce jego dnia“, „chmurami się powlekły księżyc i gwiazdy nocne.“
Przytoczyłem tych kilka urywków z poezji Tuaregów, wybrawszy te, które dla mnie, dobrze znającego ludowe pieśni kaukaskie, są powtórzeniem tych ostatnich.
Czy zostały one zrodzone tu, w rozpalonej słońcem pustyni, czy przywędrowały do Sahary nieznanemi dotąd drogami z dalekiego Kaukazu, krainy wolnych ludzi i wojowników?
Ahal, jako turnieje miłosne, są obyczajem narodowym wielu szczepów kaukaskich. Należy też zaznaczyć, że pociąg i zdolność do układania poezji i satyr są właściwością mieszkańców Kaukazu, zarówno, jak ich dowcip bezpośredni, a szczery.
Sahara jeszcze przez długie lata będzie pociągała ku sobie uwagę uczonych w różnych dziedzinach wiedzy i niezawodnie teraz, gdy przez całą Saharę ciągnie się ślad kół automobilów Renault i czołgów Citroyen, badania pustyni szybko będą skończone. Wtedy wraz z gazelami, gepardami i fennekami znikną złe dżinny pustyni; ekonomiczna wspólnota interesów zmusi Arabów wyciągnąć rękę do Tuaregów, a groza i lęk, wzbudzane przez straszliwy samum, przejdzie do legend i do ponurej poezji Sahary.
Przebiegając wzrokiem szczegółową mapę Sahary, tuż na granicy Tanezruft, czyli „pustyni lęku i pragnienia“, spostrzegam ostatnią placówkę cywilizacji chrześcijańskiej i aryjskiej — mały fort francuski, noszący nazwę „fortu Motylińskiego“.
Ten rodak nasz dokonał szeregu bardzo poważnych badań etnograficznych na południu Sahary i w pustyni zakończył swoje życie. W wyświetleniu zagadki Sahary, tej wielkiej płaszczyzny śmierci, a gdzie niegdyś wrzało życie dążących przez nią szczepów, brał udział Polak.



ROZDZIAŁ V.
TAM, GDZIE SIĘ BŁĄKAJĄ CIENIE DAWNYCH WŁADCÓW.
Exegi monementum aere per ennius.

Ze swojej wycieczki po Saharze powróciłem do Biskry, roześmianej, śpiewającej, rozbrzmiewającej muzyką i odgłosami tańców, handlującej i hałaśliwej, i, spędziwszy tu noc, wczesnym rankiem ruszyłem dalej, mając na najbliższym etapie — miasto Konstantynę.
Droga przechodzi przez grzbiet Bu-Rzel, za którym zaczyna się dość duża równina o charakterze stepowym, przecięta licznemi śladami burzącej działalności potoków wód atmosferycznych. Jest to równina El-Utaya, gdzie zabiłem gazelę, o której pisałem przedtem. Droga przecina cały szereg grzbietów górskich, przechodzi malowniczemi wąwozami, aż nareszcie dobiega do „Ust Sahary“, jak Arabowie nazywają wąskie łożysko rzeki El-Kantara, otoczone ze wszech stron skalistemi górami.
Przed wejściem do czeluści tego wąwozu ciągnie się na znacznej przestrzeni wielka oaza El-Kantara; przebywszy wąwóz, wjeżdżamy do małej mięszanej osady, noszącej tę samą nazwę, z kilku domkami francuskiemi i tubylczemi. Oaza i duża tubylcza osada El-Kantara były znane oddawna Rzymianom. Mieli oni tu swoją fortecę Calceus Herculis, nazwa, związana mitem, że Herkules uderzeniem nogi przebił przejście przez otaczające góry.
Rzymianie założyli tu przed wiekami posterunek wojenny, broniony przez słynnych łuczników azjatyckich, których część obsługiwała zawsze cyrki, zaganiając strzałami dzikie zwierzęta do ich klatek po skończonem widowisku. Od czasów rzymskich pozostał tu stary most, już znacznie zmieniony, gdyż pracowała nad nim niejedna nielitościwa ręka architektów późniejszych.
Osada tubylcza, składająca się z kilku drobnych wiosek, przylega bezpośrednio do oazy, do wspaniałego lasu palm daktylowych, rosnącego tuż u stóp górskiego grzbietu, tylko w jednem miejscu przerwanym wąwozem z płynącą w nim rzeką El-Kantara, a prowadzącym dalej na północ.
Arabowie twierdzą, że na szczytach tego górskiego grzbietu mieści się „cmentarz chmur, brzemiennych deszczem“.
E. Reclus w swojej „Geografji“ powtarza gadkę ludową, że północna część górskiego grzbietu El-Kantara jest czarna, koloru deszczowych chmur, przeciwległe zaś spadki są różowe — barwy dobrej pogody.
Przy tem naturalnem wyjściu z północnych obszarów Algierji na Saharę Francuzi tak, jak niegdyś Rzymianie, mają swój posterunek wojenny.
Droga wiedzie dalej przez miejscowości uprawne, gdzie spotkać można doskonałe plantacje Francuzów i Hiszpanów i całe skały soli kamiennej, — w niektórych miejscach w glebie, obfitującej w glinę i sole wapienne, dają się zauważyć potężne ślady działania wody. Głębokie wąwozy, zupełnie prawie ciemne na dnie, zbiegają z płaszczyzny ku łożyskom rzeki Tilatu i innych.

Wydać się może, że jakiś olbrzym uderzeniem miecza rozsadził pierś ziemi. W tych głębokich wąwozach na dnie panuje mrok i wilgoć i niedaleko od osady Mac-Mahon spotkałem w nich dość rzadkich mieszkańców tych szerokości — żaby i gniazdo sowie, pełne jaj.
AUTOR NA FORUM TIMGADU

Wreszcie samochód mój zatrzymał się przed garażem znacznego miasta — Batna, ważnego punktu administracyjnego i wojennego, na południu obwodu Konstantyny.
Zaopatrzywszy się w benzynę i wodę, porzucamy główną drogę, prowadzącą na północ, i skręcamy na mniejszą. Powinna nas doprowadzić do ruin dużego rzymskiego grodu Timgad.
Spotykamy po drodze osadę Lambez. Jest to miejsce, gdzie przez dwa prawie stulecia pozostawały sztab i główne siły legji Augusta, broniącej Afryki Północnej. Tu od niedawna odnaleziono ślady rzymskiego obozu, cały szereg dróg kołowych, kierujących się do wielkiego gmachu, otoczonego ruinami domów i resztkami kolumn, które wznoszą się ponad ziemią, jak pomniki cmentarne. Nad tem miejscem dawnych dziejów góruje potężny gmach — jest to Pretorium. Właściwie jest to jedyny dobrze przechowany gmach, reszta runęła oddawna, pozostawiwszy po sobie tylko fundamenta i oddzielne głazy domów, szpitala, świątyń i termów, czyli publicznych kąpieli. Dalej, na północnej stronie, pozostały ślady amfiteatru i resztki cmentarza.
Cichym poszeptem dawno minionych czasów mówi do duszy podróżnika ten cmentarz historyczny, świadczący o minionej potędze wiecznego Rzymu i o śmiałych zamiarach dumnych cezarów, władców współczesnego świata... Tuż obok, oddzielony od Pretorium zaledwie drogą i ogrodami, wznosi się za wysokim murem olbrzymi gmach o małych zakratowanych oknach, — jest to najbardziej zaludnione i surowe więzienie wojenne w Algierji.
Poco umieszczono je tu, w pobliżu ruin rzymskich?

Droga dalej przebiega obok ruin triumfalnego łuku rzymskiego, zbudowanego za czasów Marka Aureljusza, i tu się zaczyna mała osada francuska Markuna, dawna rzymska Werekunda.
EL-KANTARA. „USTA SAHARY“
Małe, schludne domki francuskie toną w zieleni sadów owocowych, a tu i owdzie, w gąszczu krzaków i drzew, widnieją liczne resztki gmachów tego przedmieścia rzymskiej Lambezy.

Na polach okolicznych, na spadkach i szczytach gór, — wszędzie rozrzucone w nieładzie głazy, ciosane rękoma niewolników, pracujących „ad gloriam Romae“, resztki cegły i dachówek, naczyń glinianych i szklanych, odłamki marmurowych kolumn i tak bez końca, aż do wielkiej kotliny, na dnie której zdumionym oczom podróżnika ukazuje się nagle dawny Thamugadi, — obecny Timgad. Jest to duże miasto, otoczone ze wszech stron górami; w jednem tylko miejscu rozchodzą się one, tworząc kurytarz, gdzie biegnie droga na Lambezę i Batnę, w tym samym kierunku, w jakim biegła za Rzymian.
Zdaleka już rozpoznać można dwie wysokie, wysmukłe kolumny, strzelające ku obojętnemu lazurowemu niebu.
Jest to Kapitol, tron Jowisza, ojca bogów i ludzi, opiekuna kraju, dokąd imię jego zanieśli zakuci w miedź wojownicy Rzymu.
Zatrzymujemy się przy muzeum, lecz, niestety, dyrektora niema w Timgad, z tego powodu zmuszony jestem posługiwać się objaśnieniami Araba-dozorcy i pięknem dziełem p. Alberta Ballu[86].
Każdy krok, każdy rzut oka świadczą, że idę płytami, któremi jechały bojowe wozy Rzymian lub długie, o ciężkich, okutych żelazem kołach, furgony, dostarczające tu z okolic potrzebne pożywienie i materjały; bo oto widzę dwa głębokie wyżłobienia, ciągnące się wzdłuż wykładanych grubemi płytami ulic, przecinających miasto, — podnoszę się szerokiemi stopniami do sali świątyni zwycięstwa; pozostały po niej stopnie, potężne fundamenta, trochę murów i piękne kolumny; widzę łaźnie publiczne, bazylikę, ruiny olbrzymiego teatru, wspaniały Kapitol. Stoję w cieniu triumfalnego łuku Trajana i nareszcie wychodzę na Forum, do tego serca miasta, gdzie płynęło całe życie miasta i jego mieszkańców, łaknących zawsze rozrywki, wesołości i nowin.
Ktoś, rozumiejący dobrze duszę tego grodu, na jednym z głazów Forum wyrzeźbił słowa znamienne:
„Venari — lavari — ludere — ridere — occ est vivere“[87].
Szukajmy objaśnienia tego napisu!
Świadczy on o tem, że był uczyniony w dobie zupełnego spokoju, gdy trzecia legja Augusta stłumiła wszelkie wybuchy niepodległości szczepów barbarzyńskich i, przeraziwszy ich potęgą swego oręża, pędziła spokojny żywot nietylko w Timgad, lecz z pewnością nawet w takich wyłącznie wojennych miastach, jakiem był Lambez.
Gdy obchodziłem całą równinę, gdzie Rzymianie zbudowali to miasto, nigdzie nie mogłem znaleźć śladu wody.
Berberowie z okolicznych wiosek zmuszeni są zdaleka sprowadzać sobie wodę, tymczasem w Timgad widzimy aż dwie termy publiczne, kilka fontann i całą sieć kanałów podziemnych, któremi biegła woda wzdłuż wszystkich ulic, mając główne arterje swoje na obydwóch Cardo i Decumanus Maximus[88].
Wiemy doskonale, że do obecnych czasów jednem z najbardziej dręczonych przez skwar miejsc pozostaje Batna i cały jej obwód, ogarniający też i Timgad, więc zrozumiałem jest, że Rzymianie skierowali całą swoją energję na sprowadzenie wody z okolicznych gór i nieraz z dalekich źródeł.
W trzeciej legji rzymskiej służyli nietylko Rzymianie z Italji, lecz także „cives romani“, pochodzący z północnych kresów olbrzymiego Imperium. Cóż mogło być bardziej przyjemnem w dnie szalonego skwaru, jak udanie się do kąpieli publicznych i zanurzenie się w basenie z przepływającą świeżą i orzeźwiającą wodą?
Oderwani tu, na krańcach afrykańskich kolonij, od wszystkiego tego, czem żył Rzym, mieszkańcy Timgad szukali rozrywek w granicach swego miasta i w jego okolicach.
Otaczające miasto ze wszystkich stron góry obfitowały w dzikie zwierzęta: lwy, pantery, gepardy, hieny i szakale. Polowanie na nie stanowiło niezawodnie najbardziej porywającą rozrywkę rzymskich wojowników.
Poza tem pozostawał hazard, on się wyrażał w wyścigach konnych i w różnych grach, których ślady, jak naprzykład wykreślona tablica, przypominająca nasze warcaby lub szachy, pozostały na forum miasta. A gdy z biegiem czasu aż tu, do Timgad, dotarły krzyki i wycie ulicznej tłuszczy rzymskiej: „panem et circenses!“[89] — wtedy wzniesiono tu olbrzymi gmach teatru i wypuszczono na arenę najpierw aktorów i tancerzy, a później — gladjatorów-getulów z Sahary, jeźdźców numidyjskich, a wkońcu — dzikie zwierzęta, którym na pastwę rzucano niepokornych niewolników, odważnych wodzów powstańczych i chrześcijan.
Nareszcie — śmiech...
Śmiech — to najlepszy pomocnik zapomnienia.
Od Timgad niegdyś prowadziła droga do El-Kantara. Do tej „bramy pustyni“ ciągnęły koczowiska nomadów z południa, zachodu i wschodu, aby za srebro rzymskie sprzedać swoje skromne towary, spróbować szczęścia w grodach i obozach zdobywców i zajrzeć im w oczy.
Wraz z koczownikami przybywały ich niewiasty.
Dumne i śmiałe góralki Atlasu, skwarne, roznamiętnione córy pustyni i ciche, łagodne niewolnice z pastwisk wysokich płaskowyżów, — wszystkie ciągnęły tu za mężami, ojcami i braćmi, ciekawe widoku cudzoziemców, a żywiące ukrytą nadzieję, że być może, los dopomoże im porzucić nazawsze brudne, czarne od dymu namioty, gdzie życie pędziły w ciężkiej pracy i poniewierce.
Niejedna z nich znalazła tu swój los i stała się żoną obywatela rzymskiego, odgrywając nieraz wybitną rolę nietylko w grodzie, lecz nawet w całej prowincji, i, za dekretem Cezara, korzystała z praw obywatelki Rzymu. Inne kupowano przez nudzących się w Timgad wojowników, lub dostawały się do domów, których opiekunką była Afrodyta.
„Kobieta jest czarą wesołości i szczęścia“ — powiadają poeci wszystkich czasów i ludów...
Kobieta, nawet bronzowa i czarna, przynosiła mieszkańcom i wojownikom Timgad — szczęście i wesołość.
Gdy zwiedziłem i obejrzałem wszystkie największe i najlepiej zachowane gmachy, odprawiłem przewodnika i zacząłem sam błąkać się po tem mieście martwem, a tak pociągającem dla człowieka, pamiętającego wspaniałe dzieje Rzymu.
Wąskiemi i zarosłemi trawą i ostami uliczkami mijałem zburzone fasady prywatnych domów i pałacyków z pozostałemi po nich odłamkami kolumn, zwaliska sklepów, potrzaskane baseny fontann, — burzycielskie dzieło rąk mściwych górali z Aures, którzy po upadku Rzymu zburzyli Timgad, grabiąc domy i gmachy państwowe i rozbijając posągi wielkich cezarów i zasłużonych obywateli miasta.
Na uboczu ujrzałem ruiny twierdzy bizantyjskiej, która powstała po zdobyciu przez Greków spuścizny wielkiego Rzymu, chociaż Bizancjum nie mogło się oprzeć falom tubylczych wojowników i nadążających z Azji hord arabskich.
Tu spotkałem młodzieńca, malującego akwarelą Timgad. Przywitaliśmy się.
Był to malarz holenderski Van Duynen; przybył tu z Indji holenderskich, aby słońce Afryki wypaliło z jego krwi zarazki febry, nabytej gdzieś na Jawie czy Sumatrze.
Zapaliliśmy papierosy. Milczeliśmy, bo on malował z zapałem, ja zaś robiłem swoje notatki, zapisując ważenia i myśli, napływające śród zwalisk i szeptów miasta, gdzie kwitł kult Olimpu rzymskiego i wspaniałych cezarów, a gdzie żyła jeszcze wielka dusza i bezgraniczna duma wielkiego Rzymu.
Nagle Van Duynen zaczął się cicho śmiać, mrużąc swoje blade o pożółkłych białkach oczy.
— Często tu bywam, znam tu każdy zakątek, każdy kamień ulic i gmachów, każdy posąg i każdy napis w muzeum; przeczytałem wszystkie dzieła o Timgad i, zdaje mi się, że znam to miasto tak, jak gdybym się w niem urodził. Nieraz, gdy błąkam się tu w noce księżycowe, widzę sunące owinięte w białe togi widma i poznaję w nich znajomych.
Milczałem, gdyż czułem, że ten blady, wycieńczony młodzieniec zaczyna najprawdziwszą improwizację, bo zrodzoną z nieuchwytnych szeptów ziemi i głazów, z ech życia, które płynęło tu niegdyś, a teraz w proch i kamień się obróciło.
“W połowie drugiego wieku, — zaczął Van Duynen, — przybył tu jeden ze sławnych w Rzymie dowódców kohorty pretorjanów — Marek Emiljusz. Pochodził ze starej rodziny patrycjuszowskiej, której mężowie nieraz nosili białą togę, oblamowaną szkarłatnym pasem.[90]
— Cały Timgad, a szczególnie dowódcy wojsk rzymskich, kwaterujących nietylko w Timgad, ale i w głównym obozie w Lambez, z trwogą i niecierpliwością oczekiwali przybycia Marka, przesławnego zwycięzcy nad powstałemi ludami północnych kresów Imperium, gdzie się odznaczał ścisłością wykonania rozkazów, otrzymanych z Rzymu, i surowością, która lękiem przejmowała dowódców legij i kohort, broniących rozległych granic państwa.
Mimo wielkich pełnomocnictw, Marek posiadał nieograniczone zaufanie Imperatora. Przez dłuższy czas był on dowódcą pierwszej kohorty pretorjanów, lecz życie w Rzymie sprzykrzyło mu się, gdyż nie znajdywał tu ujścia dla swojej czynnej i burzliwej natury. Cezar więc, przystając na jego prośby, stale wysyłał go w zagrożone miejsca kresowe, gdzie potrzebna była ręka twarda i stanowcza.
Marek Emiljusz słynął w rzymskich kołach pretorjańskich jako zawołany wojownik, posiadający zadziwiającą odwagę i siłę najlepszych galijskich gladjatorów, a także jako doświadczony wódz.
Tego właśnie wojownika i pretorjanina oczekiwał rzucony na pogranicze Sahary Timgad.
Z gór Aures pewnego poranku przycwałowali jeźdźcy, należący do legji Augusta i donieśli, że wysłaniec Imperatora w eskorcie kilkunastu konnych wkrótce przybędzie do miasta.
Istotnie nie minęły dwie godziny, gdy na drodze, prowadzącej od Lambez, z dachu wielkich termów dojrzano zbliżającą się grupę jeźdźców. Pretor Timgadu, sędziwy Aureljusz Serpens i prefekt miasta, Klaudjusz Sertius, na czele straży honorowej, pomknęli na spotkanie przybywającym.
W pół godziny później na zatłoczone mieszkańcami forum, gdzie byli zebrani najwybitniejsi obywatele miasta, wjechał na rosłym, bułanym koniu Marek Emiljusz.
Ździwienie odmalowało się na twarzach tłumu na widok tego przesławnego pretorjanina, gdyż wszystkie istniejące legendy o jego surowości były tu oddawna powtarzane z ust do ust.
Teraz ujrzano młodzieńca, napozór nie starszego nad 25 lat, o pięknej, prawie niewieściej twarzy, powleczonej złocistym odcieniem, pozostawionym przez słońce afrykańskie, o oczach czarnych, a przejrzystych, jak ciemny onyx, o drobnych wypieszczonych dłoniach, ozdobionych pięknemi pierścieniami na palcach i złotemi łańcuchami — bransoletami, zwykle noszonemi przez starszyznę pretorjańską. Ubranie miał na sobie zakurzone i zniszczone długą drogą. Siedział niedbale na wysokiem siodle i, gryząc laseczkę aromatycznego drzewa santalowego, słuchał mowy witającego go w imieniu obywateli prefekta, bystrym i badawczym wzrokiem przebiegając od twarzy do twarzy, od budynku do budynku.
Prefekt tymczasem zakończył swą mowę takiemi słowy:
— Szlachetny Marku Emiljuszu! Witamy cię w murach naszego grodu, który z honorem i sławą podtrzymuje wielkie imię Rzymu i boskiego Cezara. Witamy cię wszyscy z otwartem sercem i nadzieją, żeś przywiózł nam łaskawy dekret Imperatora, który przychylił ucha do pokornej prośby naszej, aby żony nasze, pochodzące z narodów i szczepów, podbitych mieczem Rzymu, zechciał uznać za obywatelki rzymskie. Niech żyje szlachetny pretorjanin i znakomity wojownik Marek Emiljusz, nasz dostojny i drogi gość!
Marek uśmiechnął się i skinął ręką, dając znać, aby się uciszyły krzyki tłumu. Wreszcie podniósł się na strzemionach i rzekł dźwięcznym, młodzieńczym głosem:
— Dziękuję wam, obywatele, za pozdrowienie i za uznanie moich zasług, które zaiste są niczem w porównaniu z tem, czego dokonaliście wy, cives Romani[91], tu śród barbarzyńców, na tej obcej i niegościnnej ziemi. Wdzięczność wyrażam wam w imieniu boskiego Cezara! Omyliliście się tylko w tem, że jestem waszym gościem! W Lambez, w pretorji pokazałem dowódcy legji Augusta i trybunom wojennym dokument z pieczęcią cesarską, mianujący mnie „dux superior“. Od tej chwili jestem wodzem i rządcą całej Maurytanji Cesarea.
Odrzuciwszy się na łęk siodła, Marek zwrócił się do otaczających go wojowników i rzekł:
— Zapraszam was, towarzysze milites[92], na natychmiastową naradę.
Nic więcej nie powiedział „dux superior“, lecz wszyscy zrozumieli, że stało się coś bardzo ważnego, skoro z Rzymu przysłano takiego pełnomocnika z nieograniczonemi prawami, co się zdarzało tylko w wypadkach wyjątkowych.
— Dobre to, czy złe? — pytano się wzajemnie.
Na to nie było żadnej odpowiedzi, gdyż nikt nie mógł wyczytać z twarzy młodego wodza ukrytych myśli.
Tylko kobiety porobiły szereg spostrzeżeń i podzieliły się z niemi ze swymi mężami i ojcami. Dostrzegły one drobną sieć zmarszczek koło oczu i na skroniach Marka, co świadczyło, że nie był taki młody, jak się na pozór wydawał. Dojrzały też, że gdy w mowie przechodził na niski ton, głos jego stawał się syczącym i zimnym, co zmuszało niedowierzać jego przejrzystym, prawie pacholęcym oczom. Gdy milczał, mocno zaciskał wargi, a wtedy koło uszu poruszały się guzy naprężonych mięśni.
— Ten wódz umie rozkazywać i zmuszać do posłuszeństwa. Jego słowo zawsze jest rozkazem! — mówiły kobiety.
Tego jednak było mało, aby uspokoić trwogę, zakradającą się w serca obywateli Timgadu. Dla trwogi tej zaś było dużo przyczyn.
Rzym, zagarnąwszy po wojnach punickich Maurytanję cesarską, Maurytanję Tingitana i ziemie nubijskie, z nadzwyczajną szybkością i energją zaczął się posuwać od wybrzeża Morza Śródziemnego na południe, dochodząc aż do północnej Sahary, do Bescery i Wysokiego Atlasu. Podbiwszy i ujarzmiwszy liczne plemiona berberyjskie, które, zawdzięczając swojej organizacji społecznej, mogły przedstawiać pewne niebezpieczeństwo dla dzieła Rzymu w Afryce, Senat zatrzymał swoje legjony na granicy tych obszarów, gdzie słabe i bezładne przerzucały się z miejsca na miejsce drobne szczepy nomadów pustyni. Oprócz rzadkich napadów i rozbójniczych działalności ze strony tych szczepów nic nie groziło rzymskiej potędze.
Prawda, że prokonsulowie otrzymywali nieraz wiadomości, że pewna część Kartagińczyków, po upadku swojej wspaniałej stolicy, zbiegła na południe, a więc od ich potomków można było się spodziewać pewnych wrogich czynów, jednak nikt o nich nie słyszał, gdyż znikli bez śladu na niezmierzonych obszarach Sahary. Nic więc nie zmuszało legjonów rzymskich do przejścia linji Bescery, gdzie niedawno podbite szczepy Ziban i Uled-Nail były ostatniemi, które się sprzeciwiały zwycięskiemu marszowi Rzymian.
Gdy zapanował spokój, należało, broniąc granic olbrzymiej kolonji, wyzyskać zdobyte obszary.
Rzymianie rzucili całą falę kolonistów do Afryki, nadając im przeróżne przywileje: wyznaczali olbrzymie środki pieniężne na rozwój rolnictwa, sztucznej kanalizacji, na budowę akweduktów, dróg kołowych, poczty, składów handlowych. A gdy ten wysiłek dał obfity plon, ponieważ kolonja afrykańska dostarczać zaczęła Rzymowi wielkiej ilości zboża różnego gatunku, owoców, ryb, drzewa, oliwy i wina, a także bardzo poszukiwane dla cyrków tak zwane „africanae“, czyli dzikie drapieżne zwierzęta, — dochody z tych kolonij Rzym przeznaczył na budowę miast i portów. Około trzydziestu portów na wybrzeżu morskiem, cała sieć większych i mniejszych, nieraz bardzo pięknych, jak Tebassa, Timgad, Cezarea, Lixus, Volubilis, Kartagina, Bizerta, Konstantyna, Cuicul i setki innych miast i miasteczek, osad i obozów warownych powstały na ziemi afrykańskiej. Dowódcom oddziałów, urzędnikom cywilnym i szeregowym legjonistom, rząd nadawał własność ziemską, rozszerzając coraz bardziej i bardziej arenę rolniczą i obowiązując zato swoich obywateli do spędzenia w tej kolonji szeregu lat.
Ziemia, a szczególnie tak urodzajna i obfitująca we wszelkie rodzaje drzew owocowych i pożytecznych roślin, zawsze przywiązuje do siebie ludzi, wynagradzając ich wysiłek, przy roli uczyniony. Nic więc dziwnego, że całe zastępy „cives romani“ pozostawały tu przez szereg długich lat, a nawet coraz częściej na całe życie. Z biegiem czasu wytworzyły się już pokolenia, zrodzone w afrykańskich kolonjach, a te pokolenia dały pod wpływem wielkiej szkoły energji, jaką była Afryka, wybitnych ludzi, których podziwiał wspaniały Rzym. Byli śród nich znakomici wodzowie i administratorowie, adwokaci, uczeni i poeci, jak naprzykład Apuleusz.
Ponieważ do Afryki Północnej Rzymianie przybywali bez kobiet, więc wkrótce stały się zjawiskiem dość pospolitem związki małżeńskie z kobietami tubylczemi. Zjawisko to przybrało nareszcie formy masowe. Rzym jednak nie uznawał tych małżeństw za prawne; kobietom „barbarzyńskim“ i zrodzonym z nich dzieciom Imperator lub Senat tylko w drodze wyjątku nadawali prawo obywatelskie.
Coraz głośniej i natarczywiej zaczęły się rozlegać głosy, żądające uprawnienia małżeństw mięszanych, lecz głosy te przez czas długi nie znajdowały posłuchu i prawie nigdy nie dochodziły do podium tronu Cezara. W pewnych okresach żądania te przybierały formę ostrego protestu i właśnie w takim to czasie przybył Marek Emiljusz do Timgad. Stało się to wtedy, gdy w Rzymie otrzymano pismo, żądające uznania żon pochodzenia „barbarzyńskiego“ za obywatelki rzymskie, a podpisane przez całą starszyznę wojskową warownego obozu w Lambez, składającego się z samych weteranów, oraz stwierdzone pieczęciami pretora i prefekta.
Marek zatrzymał się w domu prefekta i tu zaprosił na naradę dowódców rzymskich oddziałów.
— Obywatele — milites! — zwrócił się Marek do zebranych. — Jestem teraz waszym naczelnym wodzem, więc chcę przedstawić wam poglądy Rzymu na treść żądania, które zostało, ku wielkiemu niezadowoleniu boskiego Cezara, podpisane waszemi imionami i stwierdzone waszemi sygnetami bojowemi. Imperator i senat wiedzą dokładnie, że, chociaż barbarzyńcy są obecnie ujarzmieni, i coraz bardziej garną się pod skrzydła Rzymu, rozumiejąc, że od tego zależy ich dobrobyt, to przecież dusze ich pozostają dla nas obce i wrogie. Przy pierwszej wieści i niepowodzeniu wojennem naszych legjonów śród barbarzyńców niezawodnie zjawią się ludzie, którzy będą usiłowali podnieść przeciwko nam wojownicze plemiona i zburzyć wielkie i piękne dzieło Rzymu, dzieło, nad którem pracowały wasze głowy i wasze dłonie. Gdyby nawet to nie miało miejsca, — w każdym jednak razie krew barbarzyńców upodliła krew potomków rzymskich obywateli i wytworzyła społeczeństwo, które nie może być uważane za równouprawnione, gdyż senat i cesarz nie dowierzają mu całkowicie. Szczenię wiernego psa i zdradliwej wilczycy może zawsze ugryźć rękę pana. Pamiętajcie o tem, towarzysze, i cofnijcie podpisy wasze z niebezpiecznego i nierozsądnego żądania. Dixi!
Zapanowało ciężkie milczenie. Pierwszy się odezwał dowódca legji Augusta Maxymiljan Stella. Oparł rękę na głowni miecza i mruknął:
— Jam — żołnierz! Wola Imperatora i twoja, dux superior, jest rozkazem. Cofam swoją pieczęć z podania.
— I my! I my! — zawołało kilku centurjonów.
Tylko jeden z centurjonów, przysłany tu przed trzydziestu laty, siwy, o zupełnie czarnej, spalonej na węgiel twarzy, pokrytej centkami i bliznami od strzał jeźdźców nubijskich, dawny niewolnik germański, — wystąpił naprzód i rzekł ponurym głosem:
— Mam żonę ze szczepu berberyjskiego, ze szlachetnego rodu Dżerga. Zrodziła mi pięciu synów, a wszyscy są wojownikami, którzy przelewali swoją krew za Rzym. Oni nie są upodleni i sławy Rzymu bronić będą do ostatniego tchu! Żądam dla nich obywatelstwa rzymskiego i od tego nie odstąpię!
Marek zmarszczył brwi i, mrużąc oczy, rzekł niskim, syczącym głosem:
— Rozkazuję ci, centurjonie, cofnąć swój podpis...
— Mam jedno tylko słowo! — odparł stary centurjon.
Tego samego dnia, z rozkazu Marka, centurjon był odstawiony do Lambez i ścięty. Twarda ręka młodego wodza legła na Timgad i wszystkie miasta, gdzie była rozkwaterowana legja Augusta.
Dla Marka szybko zbudowano nowy dom przy Decumanus Maximus, gdzie groźny pretorjanin wiódł zamknięty tryb życia, bywając i przyjmując u siebie tylko tych dowódców i obywateli, którzy nie byli spokrewnieni z żadnym z rodów tubylczych. Dux superior miał wszędzie oczy i uszy, wiedział wszystko, o czem mówiono po domach, gdzie Rzymianie, posiadający żony Berberki i Numidyjki, złorzeczyli Cezarowi za to, iż posłał im tego dumnego i okrutnego wielkorządcę; dowiadywał się, gdzie się przygotowują do związku małżeńskiego z kobietą tubylczą, i nikt nie wiedział, w jaki sposób ta kobieta znikała nagle bez śladu i nigdy już potem o niej nie słyszano w Timgad.
Marek pozmieniał wszystkich dowódców poszczególnych oddziałów i centuryj, odesławszy ich do Rzymu lub Kartaginy a zażądawszy od Rzymu przysłania mu nowych ludzi, żonatych z Rzymiankami. W bardzo krótkim czasie cały skład dowództwa obozu legji i oddziałów, kwaterujących po miastach, zmienił się do gruntu i przedstawiał zgromadzenie „cives Romani“ pochodzenia wyłącznie italijskiego.
Wtedy zmienił tryb swego życia Marek Emiljusz.
Ciągłe przyjęcia i uczty, huczne polowania, urządzane przez wodza, przedstawienia teatralne były podziwiane przez ludność Timgad. Z nadzwyczajnem zamiłowaniem oddawał się młody pretorjanin łowom na lwy i pantery, grasujące w okolicznych górach, oddzielających Timgad od Bescery.
Mieszkańcy Timgad budzili się nieraz w przerażeniu, słysząc głuchy ryk i wycie drapieżników, trzymanych w ciemnych lochach domu Marka.
Pewnego dnia jakaś banda szaleńców wynurzyła się z pustyni i, ominąwszy wszystkie drogi, prowadzące do Timgad, zmyliła czujność posterunków strażniczych i przekradła się do Timgad. Banda w nocy dokonała napadu i podpaliła kilka składów ze zbożem i stojące na uboczu domy. Marek posłał oddział jeźdźców słynnej kohorty Severa. Po trzech dniach pościgu Rzymianie dopadli koczowników w chwili, gdy ci, nie oczekując niebezpieczeństwa, rozbijali namioty na dnie głębokiej kotliny. Żołnierze wycięli w pień Berberów, a ich wodza Ua wzięli do niewoli.
Wtedy dux superior urządził dla mieszkańców Timgad i starszyzny okolicznych szczepów nieznane tu przedtem widowisko.
Pewnego poranku teatr był zatłoczony widzami od dołu do góry. Sam Marek w otoczeniu starszych dowódców i urzędników siedział na urządzonem dla niego podniesieniu. Teatr w Timgad nigdy nie był cyrkiem i jego arena była miejscem przedstawień dramatycznych.
Tym razem wszystko zostało zmienione.
Scena, zaczynając od pierwszych, najniższych ławek amfiteatru, aż do stojącej naprzeciwko nich kolumnady, była otoczona płotem z cienkich, lecz mocnych pali z zawieszoną na nich siecią z powrozów. Na dany przez pretorjanina znak, żołnierze wprowadzili na scenę wziętego do niewoli Ua, zdjęli powrozy z jego rąk i pozostawili samego na arenie. Po chwili rzucono mu dzidę cienką i długą, jaką do dnia dzisiejszego używają w pustyni Tuaregowie.
Koczownik stał zdumiony, oglądając się dokoła.
Nagle z otworu, prowadzącego do lochów teatralnych, wynurzyła się głowa lwa, żółtemi, jarzącemi się oczyma obejrzała arenę i znikła. Każdy z widzów zrozumiał, co się ma stać tu, gdzie przedtem słyszano tylko natchnione słowa poetów rzymskich i greckich, śpiewy chóralne i zachwycano się pięknemi ruchami tancerzy i tancerek. Zrozumiał to i jeniec. Jednym skokiem był już przy leżącej na piasku włóczni, porwał ją i stanął w pozie obronnej.
Wypędzony z lochów batami i rozpalonem żelazem lew wypadł na arenę i, ujrzawszy człowieka, przylgnął do ziemi, stulił uszy i, bijąc się ogonem po bokach, przygotował się do skoku. Wreszcie runął na przeciwnika. Ten odskoczył na bok i wbił swoją dzidę w pierś drapieżnika. Lew z wściekłym rykiem jednem uderzeniem potężnej łapy zdruzgotał drzewce włóczni, a drugim ciosem obalił Ua na ziemię. Po chwili skrwawione ciało Berbera leżało bezwładne i martwe, lew stał na arenie, majestatyczny i groźny, przygotowany do walki.
Wtedy na swojem podium podniósł się Marek. W ręku miał łuk i sięgał po strzałę, którą mu podawał jeden z centurjonów. Trzy strzały wypuścił pretorjanin i wszystkie trzy utkwiły w piersi i bokach lwa, aż padł, brocząc krwią, i ziemię drapał do ostatniej chwili zgonu.
Od tego dnia tylko zrzadka w teatrze Timgad widziano aktorów, muzyków i tancerzy, natomiast rozlegały się tu ryki dzikich zwierząt, ujadanie ścigających je psów, świst strzał, brzęk mieczów i krzyki walczących z drapieżnikami ludzi.
U siebie w atrium, lub w małej sali, ozdobionej marmurowym posągiem Cezara i białym onyksowym basenem z szemrzącą fontanną, siedząc w otoczeniu najbliższych przyjaciół, surowy i krwawy wódz grał na lutni i śpiewał wiersze o dawnych bitwach i ciężkich wyprawach do ziemi Gallów, Franków i Iberyjczyków. Gdy zaś późno w nocy przyjaciele opuszczali pałac, Marek klaskał w dłonie na niewolnika, rozkazywał podać sobie kubek wina cypryjskiego, przegotowanego z korzeniami aromatycznemi, siadał na marmurowej ławie ze stojącym nad nią posągiem Djany z jeleniem, i śpiewał cichym głosem rzewne, proste pieśni miłosne, lub, schyliwszy się nad stołem na długim zwitku papirusu zapisywał nowe wiersze zaczętego, a nieskończonego poematu, pod tytułem „Vanitas vitae“[93].
Wtedy nikt z tych, kto widywał wszechmocnego pretorjanina przed szeregami legjonów, w sądzie lub w teatrze, nie poznałby go. Wielkie znużenie i tęsknota malowały się na tej twarzy, a przejrzyste, nieznające litości oczy przysłaniała mgła smutku, rozchylone usta drgały, jak gdyby wstrzymywały zdławione łkanie, ciężkie westchnienia podnosiły pierś.
Już cały rok rządził krajem Marek Emiljusz, gdy nagle wpadł do miasta goniec, wysłany przez komendanta rzymskiej załogi miasta Auzia, z doniesieniem, że okoliczne szczepy, na skutek namowy Tuchurta, potomka jakiegoś wychodźcy z punickiej Kartaginy, oblegają miasto. Komendant pisał, że powstańcy przecięli wszystkie kanały i drogi i że Auzia nie będzie mogła bronić się dłużej nad osiem dni.
W godzinę później Marek na czele swoich wojsk wychodził już z miasta, spoglądając w stronę Lambez, skąd miała wystąpić druga kolumna, pod dowództwem pretora Serviljusza Regula.
Szybkim marszem, dając tylko pięć godzin wypoczynku swoim żołnierzom, pretorjanin na czas zdążył przyjść z odsieczą oblężonemu miastu. Jednak przeciwnik w ciągu dwóch dni stawiał opór i dopiero wtedy, gdy rzymski wódz skierował szarżę ciężkiej jazdy, Berberowie cofać się zaczęli w nieładzie, rozpraszając się na wszystkie strony na swoich rączych koniach. Rozpoczął się pościg. Na równinie odbywały się naraz setki pojedynków, gdy rzymski żołnierz — mieszkaniec Italji, Grecji, Galji lub Iberji — spotykał się z dzikim Berberem, a spotkanie to było ostatniem dla jednego lub drugiego.
Marek stał na wzgórzu i pałającemi oczyma przyglądał się temu widowisku, ściskając drobne pięści i chrapliwie wciągając powietrze. Nagle uderzył konia i, dobywszy miecza, pomknął w pole. Ujrzał bowiem, że jakiś Berber, pędzący na śmigłym, gniadym koniu, rąbiąc szablą, opędził się od grupy ścigających go rzymskich jeźdźców i, rozproszywszy ich, napadał na pojedyńczych ludzi, ścinając ich. Rzymianie zaczęli się cofać przed jeźdźcem — Marek zrozumiał, że berberyjski wojownik wymknie się z matni i zbiegnie. Marek miał dobrego rumaka, nieraz zdobywającego dla niego wieniec zwycięzcy na wyścigach w Kolizeum rzymskiem, więc pretorjanin szybko dogonił uciekającego Berbera.
Jeździec obejrzał się i, zobaczywszy samotnego prześladowcę, zmusił konia, aby stanął dęba i zawrócił młynkiem, poczem, wydawszy okrzyk bojowy, runął na Marka. Szczęknęła broń. Oczy ścierających się zwarły się z sobą i — nagle stała się rzecz dziwna. Berber wypuścił szablę z rąk, a dłoń swoją przycisnął do piersi. Rzymianin zaś w najwyższem zdziwieniu wyszeptał:
— Mirabile dictu![94]
Ujrzał bowiem Marek piękną twarz niewieścią o cienkim orlim nosie, latających nozdrzach, namiętnych ustach i pałających oczach. Fala kruczych włosów, wybijając się z pod skórzanego kołpaka, spadała na kark, cienkie, zgrabne nogi ściskały z siłą boki konia, pod skórzanym, miękkim pancerzem, ozdobionym mosiężnemi blachami, gwałtownie wznosiła się i opadała wysoka pierś niewieścia.
Długo patrzyli na siebie Rzymianin i kobieta wojowniczego szczepu.
Pierwszy oprzytomniał Marek, włożył miecz do pochwy i dotknął ramienia kobiety.
W tej chwili nadbiegli pędzący za wodzem jeźdźcy, otoczyli kobietę i wznieśli miecze. Kobieta porwała już za szablę, gdy Marek krzyknął:
— Precz! to — moja zdobycz! Biorę ją jako brankę honorową, bo odważne ma serce i dłoń wojownika!
Jeden z żołnierzy jednak chciał wyrwać kobiecie szablę, lecz wtedy ów drobny, wypieszczony i wydelikacony pretorjanin zdradził tę olbrzymią siłę, o której opowiadano legendy w legjonach, gdzie walczył przesławny Marek Emiljusz, pretorjanin i przyjaciel Cezara. Schwycił on żołnierza za pas, zerwał w mgnieniu oka z siodła, podniósł i cisnął na ziemię.
— Psie! Nie słuchasz rozkazu wodza?!
Berberka z zachwytem i uwielbieniem spojrzała na Rzymianina i, zawahawszy się przez chwilę, podała mu szablę. Łamaną łacińską mową, przekręcając słowa i plącząc je z berberyjskiemi, cichym głosem rzekła:
— Tyś pan mój, jam — niewolnica...
Gdy dux superior powrócił do Timgad, wszyscy oczekiwali nowego widowiska na arenie teatru, lecz nadzieje te zawiodły.
Pretorjanin zamknął się w swoim pałacu, nigdzie nie bywał, u siebie zaś przyjmował tylko najbliższych przyjaciół, od których najpierw urzędnicy magistratu, a później kupcy i wreszcie cała ludność dowiedziała się, że Marek urządza w swoim domu zebrania, na które zaprasza aktorów, śpiewaków i tancerzy, dających w malowniczem atrium pałacu swoje przedstawienia. Mówiono też, że sam ulubieniec Cezara występuje czasami z lutnią, śpiewając przed przyjaciółmi, i że między nimi na pierwszem miejscu znajdowała się wzięta przez niego do niewoli dziewczyna berberyjska, imieniem Gastar.
Później i te urywane wiadomości ustały.
Pretorjanin tylko zrzadka zjawiał się w koszarach legjonistów, lub w sali sądowej, pozatem zaś nigdzie nie bywał i nie przyjmował nikogo.
Trwało to kilka miesięcy, aż po mieście gruchnęła wieść, puszczona przez jakiegoś gadatliwego niewolnika, że w pałacu rozlega się czasami kwilenie dziecka.
Później opowiadano sobie, że na domowym ołtarzu, stojącym w atrium pałacu wielkorządcy, zjawiły się posągi nieznanych bogów.
Wszystko się wyjaśniło w sposób najzupełniej niespodziewany.
Z Rzymu przyjechał posłaniec z listem Cezara Antonina. Posłańcowi towarzyszył wyższy urzędnik, wysłany przez prokonsula. Tegoż samego dnia tłumy ludzi zgromadziły się na forum i opowiadały sobie najnowsze nowiny, że cesarz rozkazał Markowi Emiljuszowi natychmiast złożyć swoje pełnomocnictwa na ręce prokonsula i niezwłocznie udać się do Tebessy, aby objąć w tem mieście dowództwo nad kwaterującym tu oddziałem legjonistów.
Była to kara, wyraz jawnej niełaski boskiego Cezara. Nikt jednak nie wiedział, jaka była przyczyna takiego zdegradowania wczoraj jeszcze potężnego wielkorządcy.
Nie wiedzieli zaś dlatego, że nikt w całym Timgadzie nie widział pretorjanina, gdy on, siedząc u stóp Gastar, grał na lutni i wzrok swój miłosny zatapiał w jej płonących oczach, nikt nie słyszał, jakiemi pieszczotliwemi słowami, pełnemi uczucia i płomiennej namiętności, niewolnica berberyjska nazywała rzymskiego arystokratę. A gdyby nawet ktoś widział i słyszał, nigdyby nie zrozumiał potęgi i żaru miłości, która zmusiła patrycjusza do zapomnienia o wspaniałem życiu na dworze Imperatora, o ambicjach i marzeniach wojownika i wodza, o nawyknieniach i zachciankach człowieka, wychowanego w przepychu i w warunkach krwawych bitew lub śród rozrywek estetycznych, gdy sztuka, dowcip wieńczyły piękne uczty i zebrania arystokracji krwi i ducha.
Od chwili, gdy w tak dziwnych okolicznościach wzięta do niewoli Berberka weszła pod dach domu patrycjusza rzymskiego, wszystko się zmieniło: stało się to dlatego, że razem z nią do pałacu weszła miłość wszechpotężna, a ta żąda zawsze ukrycia i płonie najgoręcej wtedy, gdy przy ognisku domowem pozostają tylko dwie istoty, otoczone opieką i ogrzane promiennym uśmiechem najłaskawszej z bogiń i największej z czarownic — Wenus.
Tu, przy tem ognisku, przy dźwiękach szemrzącej w impluvium[95] fontanny, Marek, obejmując kolana pięknej kobiety, cichym głosem opowiadał jej swoje życie i dzielił się z swojemi myślami, przed spotkaniem się z Gastar przybierającemi coraz bardziej ponure barwy; snuł marzenia o przyszłem życiu z nią, jedyną i umiłowaną, gdy, po skończonym terminie pobytu w Afryce, przywiezie ją do Rzymu i będzie się chełpił nią na dworze cesarskim, gdzie będzie jaśniała, jak najpiękniejsza gwiazda wśród pięknych matron Rzymu; obiecywał jej wspaniałe, pełne przepychu i rozkoszy życie, gdy jego przyjaciel — boski Antonin nada jej prawa obywatelki Rzymu, czego mu nie odmówi, pomny na dawną przyjaźń i na jego zasługi bojowe.
Gastar słuchała obojętnie o oczekującem ją błyskotliwem życiu i płonęła tylko wtedy, cieszyła się i ręce przyciskała do serca, gdy on, druh i towarzysz cesarza, szalał przy niej, jak prosty młodzieniec, po raz pierwszy porwany szalonym prądem miłości; przy dźwiękach lutni tańczyła mu skwarne tańce pustyni, nuciła stare piosenki, słyszane w rodzimych namiotach, lub z twarzą, pełną przerażenia, opowiadała o straszliwej bogini Tanit, żądnej krwawych ofiar, a darzącej za to ludzi, ziemię i stada — płodnością; o bogu słońca Baalu Hammon, któremu kładziono na wyciągnięte ręce dzieci pierworodne, a on ręce te nagle opuszczał, wrzucając niewinne istoty do płonącego pieca; o Melkarcie, mocarnym i odważnym, i o dobrotliwym Eszmunie, pomagającym ludziom w chorobach ciała i duszy[96], wtedy razem szli przed ołtarz i, patrząc w oblicza straszliwych i dobrotliwych bogów, modły do nich zanosili z wiarą i nadzieją.
Gdy syn im się urodził, przynieśli go przed ołtarz i oddali pod opiekę bogowi słońca, błagając o jego łaskę dla dziecka miłości, składając u stóp posągu wiązankę białych kwiatów.
I nagle wszystko runęło w chwili, gdy przybył posłaniec z listem Cezara.
Pozostawszy z żoną, Marek rzekł:
— Gastar, umiłowana moja! Teraz nie wiem, co czeka mnie w życiu. Imperator gniewem zapłonął przeciwko mnie, odczytawszy mój list z prośbą o nadanie tobie praw obywatelki rzymskiej i dziedzicznej wolności patrycjuszowskiej — naszemu synowi. Nic ci już teraz obiecać nie mogę! Jutro, spełniając rozkaz Antonina, muszę jechać do Tebessy. Nie mogę żądać od ciebie, abyś towarzyszyła mi. Weź wszystko, co jest w tym domu i powracaj do namiotów ojca twego i myśl o mnie. Życie jest surowe i nielitościwe. Ono odrywa serce moje od twego serca...
Berberka wstała i, położywszy ręce na ramiona Marka, szepnęła:
— Tyś pan mój, jam niewolnica twoja...
Powiedziała te słowa z taką samą prostotą i ze wzruszeniem, jak wtedy, gdy poraz pierwszy w bitwie spotkały się ich oczy. Dopiero po chwili poprawiła się przypomniawszy sobie wzniosłe słowa rzymskiej matrony:
— Gdzie ty, Kaju, — tam ja — żona Kaja...
Nazajutrz Marek Emiljusz, niedawny „dux superior“ całej Maurytanji, zdążał na czele ładowanych wozów i karocy, w której była jego żona i dziecko, — ku Tebessie“...
Van Duynen umilkł, zapatrzony w dal. Cisza panowała dokoła. Z lekkim szmerem biegały po płytach kamieni chyże zielone i czerwone jaszczurki; w mroku ruin cykały nietoperze, oczekujące, aż słońce zupełnie zapadnie za dalekie góry; kwilił mały sokolik, wyglądający zdobyczy w trawie.
Przerwałem milczenie.
— Co się stało z patrycjuszem i wojowniczą Berberką? — zapytałem. — Rozumiem, że jest to opowieść z życia dawnej kolonji rzymskiej, o walce o „jus connubium“[97], któremu nie podlegali ani plebejusze, ani barbarzyńcy, aż zrównał wszystkich dekret Karakalli, jednak nie chcę teraz o tem pamiętać, chcę wiedzieć o losie tych dwojga ludzi!
„Snujmy dalej opowieść! — rzekł z uśmiechem malarz. — W Tebessie wybuchło wkrótce powstanie przeciwko prokonsulowi, powstanie, wzniecone przez tych, którzy żądali uprawnienia swoich żon. Na czele rokoszu stał dowódca załogi. Kto wie? Może nim był patrycjusz Marek Emiljusz... Gdy powstanie stłumiono, kilku rzymskich dowódców ratowało się ucieczką na południe, tam, gdzie w pustyni koczowały jeszcze niepodległe szczepy. Tu założyli oni nowe ognisko i dali początek nowym pokoleniom, w żyłach których płynęła szlachetna i odważna krew rzymska, a z czego do dnia dzisiejszego dumne są niektóre rody koczownicze. Może też w potomkach tych rodów płynie krew zapomnianego przyjaciela boskiego Antonina i jego żony Gastar, co zmieniła ostrze szabli na ognisko domowe i wymodliła u fenickiej bogini Tanit-Astarty szczęście i spokój?“...
Długo milczeliśmy. Gdy zmrok już zapadać zaczął, uścisnąłem dłoń romantycznego Holendra i, pożegnawszy go, odjechałem.
Na tle jeszcze szkarłatnego nieba czarnemi sylwetkami wznosiły się kolumny Kapitolu, a niżej u jego stóp leżały w gęstym cieniu ruiny Timgadu, poetyczne, pełne niedopowiedzianej myśli, lub niedokończonej pieśni o tem, co tu było, co minęło i co już nigdy nie powróci.



ROZDZIAŁ VI.
SZLAKIEM KRÓLÓW NUMIDYJSKICH.

Nazajutrz rano wyjechałem z Batny. Miałem przed sobą 120 kilometrów drogi do Konstantyny, jednego z najbardziej malowniczych i odznaczonych burzliwą historją miast Algierji. Samochód pędzi przez kraj, gdzie niegdyś prowadził swoje cywilizacyjne dzieło Rzym, więc już w El-Madher można widzieć resztki starożytnej rzymskiej Casa, a dalej na uboczu — w osadzie Zana ruiny Djany z dwoma łukami triumfalnemi i potężną bramą, prowadzącą na dziedziniec do szczętu zburzonej świątyni bogini; obok czernieją późniejsze ruiny świątyń i fortecy bizantyńskiej. Za rzeką Mahder zwiedzam Medrassen, gdzie wznosi się olbrzymi budynek w postaci wielkiego kopca, złożonego z olbrzymich cyklopowych kamieni i upiększony szeregiem doryjskich kolumn z punickiemi głowicami. Mieszcząca się w środku mała sala służyła niegdyś jako miejsce wystawiania ciała zmarłych władców numidyjskich, panujących tu w epoce, poprzedzającej przyjście Rzymian. Dokoła widnieją mogiły tubylcze i „tumulusy,“ czyli kupy kamieni ofiarnych.
Około Ain-Mlila droga przechodzi pomiędzy dwoma jeziorami, gdzie tubylcy i Francuzi eksploatują sól i gdzie w pobliżu płaskich, przechodzących w równinę Sbakh brzegów, żeruje stadko dzikich kaczek, a po czarnem, cuchnącem siarkowodorem bagnie śmigają kuligi różnych gatunków.
Przecinam obszerną błotnistą równinę, aż nareszcie dostrzegam nagie góry; za niemi zaczynają się pola uprawne i lasy. Odróżniam drzewa owocowe wszelkich gatunków — platany, eukaliptusy, kasztany, drzewa figowe, klony, lecz już nigdzie nie widzę palm. Zbyt zimno jest tu dla nich, gdyż w styczniu spadają tu nieraz śniegi.
Wynurzywszy się z poza gór i lasów, drogą, głęboko wciętą w spadkach gór, wyjeżdżam na brzeg głębokiego wąwozu z willami, fabrykami i koszarami, stojącemi z obydwóch stron drogi. Jest to już przedmieście Konstantyny, a na dnie wąwozu, oddzielającego mnie od miasta, czepiającego się skał, płynie rzeka Rummel.
W Paryżu jeden z moich przyjaciół ofiarował mi pracę członka francuskiej Akademji — pana Gaston Boissier[98] i książkę tę przestudjowałem.

Patrząc na położone przede mną miasto, o małych domkach, posiadających czarne lub czerwone dachy i okiennice, pomalowane jaskrawą niebieską farbą; na meczety; na wybiegające na krawędź wąwozu wysokie uliczki, szemrzące zewsząd potoki — wiedziałem, że mam przed sobą miasto, znienawidzone przez starożytnych Kartagińczyków, a nazywane przez nich Cirta. Miasto to, należące do władców numidyjskich, nieraz kładło tamę dążącym w głąb kraju Kartagińczykom. W te czasy, gdy Rzymianie postanowili zdobyć Kartaginę, będącą groźną rywalką dla morskiej floty Rzymu i dla imperjalistycznych zamiarów rzymskiego senatu, uważającego, że nastał moment historyczny dla zwycięskiej walki z potęgą Fenicjan afrykańskich, — w Cirta panował król Numidów — Syfax. Walczył on o swoją niepodległość, tak drogą dla każdego Berbera; a szczególnie zaciętą była walka z sąsiednim królem numidyjskim Masynissą, gdyż, jako prawdziwy Berber, Syfax nie znosił potężnego sąsiada. Ten zaś zaprzyjaźnił się podczas wojny w Hiszpanji, gdzie występował po stronie Rzymian, ze Scypionem i, gdy wódz rzymski planował swoją wojnę afrykańską, podjął się niepokoić Kartaginę. Na jego drodze stanął Syfax, sprzymierzeniec Kartaginy.
KONSTANTYNA. MOST DJABŁA W WĄWOZIE RZ. RUMMEL

Przed laty, ten król numidyjski był jeszcze wrogiem Fenicjan, lecz Kartagińczycy potrafili przyciągnąć na swoją stronę Syfaxa, oddawszy mu za żonę Sofonisbę, córkę swego króla Asdrubala. Ta młoda i piękna kobieta wywierała nieograniczony wpływ na dzikiego króla i zmusiła go do przymierza z Kartaginą. Masynissa tymczasem otrzymawszy duże posiłki pieniężne od Scypiona, rozpoczął walkę z Syfaxem, był przez niego kilkakrotnie zwyciężony, lecz za każdym razem potrafił zbiec na południe do Berberów Aures i do koczowników Sahary, zwerbować nową armję i oblegać nieprzystępną Cirtę, bronioną przez samą naturę. Istotnie, otaczające to miasto — głęboki wąwóz Rummelu i nieprzystępne pionowe skały, stanowiły naturalną twierdzę. Jednak po wielkich wysiłkach Masynissa zdobył Cirtę i nietyle siłą, ile na skutek rokoszu, który powstał wśród obrońców.
Zwycięski wódz zdążał do wspaniałego pałacu swego przeciwnika, lecz przy bramie zatrzymała go Sofonisba.
Młoda i piękna kobieta rzuciła się do stóp Masynissy, całowała jego ręce i ze łzami w głosie błagała, by nie oddawał jej w ręce Rzymian.
Dziki wojownik z całą namiętnością Berbera pokochał piękną królową i żeby ją ocalić, pojął ją za żonę, mniemając, że od tej chwili stanie się nietykalną dla Rzymian. Wkrótce Scypion, który już walczył na ziemi afrykańskiej, kazał przywieść do swego obozu wziętego do niewoli Syfaxa i zaczął oskarżać go o zdradę Rzymu.
Uwięziony król, palony żądzą i zazdrością, zawołał:
— Sofonisba zgubiła mnie... bacz, aby nie zgubiła innych!
Scypion rozumiał grożące od tej kobiety niebezpieczeństwo, więc rozkazał Masynissie przesłać do niego Sofonisbę.
Zrozpaczony Masynissa, pełen miłości dla swojej branki, a rozumiejący, że już nigdy jej więcej nie ujrzy, posłał Sofonisbie kubek zatrutego wina.
Odważna kobieta zginęła od trucizny.
Na jednej z fresek Pompei malarz przedstawił scenę, wyobrażającą Sofonisbę, która wychyla zatruty kubek, patrząc na surową twarz stojącego przed nią mężczyzny. Drugi mężczyzna w białym, numidyjskim djademie na głowie, schyla się nad nią, położywszy jej rękę na ramieniu. W pięknej kobiecie we wspaniałych królewskich szatach, historycy poznali Sofonisbę, córkę Asdrubala, w schylonej i stroskanej postaci mężczyzny — Masynissę, króla Numidów, a w surowym rzymskim wojowniku — sławnego Scypiona. Scena ta nie odpowiada rzeczywistości, gdyż ani rzymski wódz, ani Masynissa, jak twierdzą znawcy, nie byli obecni przy akcie przymusowego samobójstwa pięknej królowej Cirty.
Ten dramatyczny epizod nie był jedynym w historji Cirty, później nazwanej Konstantyną.
Za panowania licznych arabskich i berberyjskich dynastji, w epoce bizantyjskiej i tureckiej, w mieście tem gorzał fanatyzm religijny i polityczny, kwitły spiski, zamachy i rokosze, lała się krew po wszystkie wieki.
Przez wiadukt Sidi Raszed, przerzucony przez cieśninę Rummelu, wjeżdżam do miasta. Przecinam cały szereg uliczek arabskich i szerokich bulwarów, założonych już przez Francuzów, aż wjeżdżam na plac Nemours.
Gdzieś w pobliżu tego placu powinien być hotel, polecony mi przez moich znajomych, lecz samochód, który wspaniale szedł przez Saharę i wiózł mnie bez przerwy od Biskry do Konstantyny, nagle podejrzanie zaturkotał, zgrzytnął i stanął. Dalej iść nie chciał.
— Czy daleko do hotelu? — zapytałem szofera.
Biedak w milczeniu wskazał głową na wielki budynek z szyldem poszukiwanego hotelu. Pozostawiając swój samochód wśród gęstego tłumu gapiów, skierowałem się do hotelu, licząc kroki. Zdrajca — samochód zatrzymał się o 33 kroki od celu podróży.
Dzielnicę, bezpośrednio przylegającą do wąwozu rzeki, stanowią stare domki tubylcze z wznoszącemi się wśród nich większemi gmachami meczetów i minaretów; przecina ją labirynt uliczek tak nieraz wąskich, że trudno się rozminąć w nich ze spotkanym przechodniem, — uliczek pnących się do góry schodami, otoczonych jakiemiś staremi szopami o małych, zakratowanych oknach; zabudowania te służyły pewno niegdyś za forty obronne, lecz obecnie umieszczono w nich składy towarowe.
Wnętrza domów arabskich w Konstantynie mniej są ukrywane od oczu przechodniów niż gdzieindziej. Mniej się też kryją spotykane na ulicach kobiety, bo, chociaż owinięte są w czarne szerokie burnusy i mają na twarzy białe zasłony, lecz te „ltam“ konstantyńskie są cienkie i przezroczyste, a więc pozwalają dojrzeć nietylko oczy, lecz nawet rysy twarzy.
Im niżej zbiegają domki arabskie ku wąwozowi Rummelu, tem mniejszemi się one stają, a zaludniane są przez wyrobników, mieszczących się tu podług cechów. W samej dzielnicy — cechy szanowane: jubilerzy, krawcy, szewcy, piekarze, tkacze, a im bliżej wąwozu, tem częściej się spotykają: skórnicy, rzeźnicy, wyrobnicy, farbiarze wełny, bednarze, cyrulicy, roznosiciele wody i nareszcie pogardzani przez wszystkich Berberów — kowale.
Wszędzie kawiarnie i jadłodajnie, zatłoczone, ciemne od dymu, rozbrzmiewające muzyką, śpiewami i tupotem nóg tańczących kobiet, które o porze nocnej nieraz wykonywują tylko tu spotykany taniec Czirat, noszący wszystkie cechy orgjastycznych tańców pogańskich. Czy nie przechował się on w starej Cirta od czasów, kiedy wprowadziła go tu jaka kapłanka Tanit z Kartaginy?
Dzielnica tubylcza otacza dawną twierdzę czyli kasbę i łączy się bezpośrednio z Czara — dzielnicą żydowską.
Malownicze stroje Żydówek w żółtych, jaskrawych, jedwabnych zawojach na głowach, w barwnych chustkach, niedbale narzuconych na ramiona, piękne twarze, płonące, rozmarzone oczy i lubieżne usta — mimowoli wywołują w pamięci postaci Judyty, Salomei, i tragicznej królowej tego miasta Sofonisby, przynoszącej nieszczęście tym, którzy oddali jej swoje serce.
Widziałem tłumy Żydówek starych i młodych, dążących na położony za wąwozem nowy cmentarz izraelicki; obserwowałem je zatrzymujące się śród potrzaskanych i upadających, oddawna opuszczonych grobowców w gaju tui, naprzeciwko Czary. W tem miejscu przeważnie spotykałem sędziwe, zgrzybiałe Żydówki w czarnych zawojach na głowie i ciemnych, szerokich sukniach. Siedziały skulone i posępne nad mogiłami dawno zmarłych i przez wszystkich już zapomnianych; wydawało mi się wtedy, że to nielitościwe Parki, tajemnicze prządki życia ludzkiego, zebrały się tu w ustroniu, aby w zacisznem miejscu dokonać dzieła przeznaczenia.
Mężczyźni — izraelici, używający strojów przeważnie europejskich, zajmują się wyłącznie handlem, a ich hałaśliwy tłum znacznie się różni zachowaniem od poważnych, tragicznych Żydów marokańskich w biblijnych szatach i czarnych „berretach“ na głowie.
Na pograniczu dzielnicy arabskiej i żydowskiej wznosi się nowy, pięciopiętrowy budynek Medersa, a obok niego wielki „fonduk“, który jest właściwie hotelem dla nieżonatych.
Kilka meczetów Dżama El Kebir, Sidi Laghdar, Salah Bej i pałac Hadż Ahmed, zajęty obecnie przez wojenne dowództwo departamentu Konstantyny, zasługują na uwagę podróżnika, bo są to bądź co bądź pamiątki dawnych czasów. Jest tu jeszcze jeden stary meczet, tak zwany El Khezel, obecnie przerobiony na katedrę katolicką „Matki Boskiej siedmiu boleści“, a przechowujący wszystkie cechy meczetów muzułmańskich w stylu tureckim.
Meczety te po tem, com widział w starych świątyniach Marokka i Algieru, nie zwróciły na siebie mojej szczególnej uwagi, ponieważ nie są ani piękne, ani starożytne, gdyż Konstantyna w przeciągu swego życia historycznego podlegała nieraz częściowemu zburzeniu. Nie pozostało tu prawie nic od Fenicjan, Rzymian, Bizancjum i panowania dynastji arabsko-berberyjskich. Najstarsze zabytki architektoniczne, zdaje się, nie sięgają nawet pierwszej połowy tureckiego jarzma.
Miasto z każdym rokiem nabiera coraz więcej cech francuskich, zaczynając od ulic i placów, a kończąc na mostach Sidi Raszed, Sidi Messid i innych. Bardzo interesującej informacji udzielił mi mój przewodnik, pokazując mi mosty. Na dnie wąwozu Rummel, na skale wystającej z łożyska rzeki, stoi mały meczet słynnego w Algierji marabuta Sidi Raszed.
Istnieje podanie, że człowiek, odważający się targnąć na całość należącej do tego meczetu ziemi, dozna kieski.
Przed kilkunastu laty podobno jakiś amerykański przedsiębiorca zbudował tartak na skale, nabywszy część jej powierzchni od zarządu meczetu. W bardzo krótkim czasie Amerykanin zbankrutował i, jak mi opowiadano, skończył samobójstwem.
Francuski inżynier, budujący most — wiadukt, nic nie wiedząc o istnieniu tej legendy, miał zamiar postawić jeden ze słupów mostu na wyspie Sidi Raszed, kierując most po prostej linji z brzegu na brzeg wąwozu. Ktoś doniósł budowniczemu o istniejącem podaniu, i ten zmienił pierwotny plan mostu, zataczając nim łuk i omijając wyspę.
Naturalnie, że nie obawa klęski, jak naprzykład zawalenie się mostu, skłoniło inżyniera do zmiany planu budowy. Działały tu przyczyny polityczne, głębokie zrozumienie przez Francuzów psychologji i fanatyzmu muzułman, a tak prosty fakt przysporzył przyjaciół nowym panom kraju.
Inny most — Sidi Messid jest arcydziełem sztuki budowlanej. Jest to wiszący, żelazny most, długości 168 metrów, przerzucony nad najgłębszą częścią wąwozu Rummel na wysokości 175 metrów nad jego łożyskiem. Od strony miasta wydaje się cienkiem pasemkiem metalu, wiszącego na ledwie dostrzegalnych niciach stalowych. Na tym moście jednak mogą się rozminąć dwa samochody; rozlega się stąd wspaniały widok na cały wąwóz rzeki, część miasta, przeciwległe od niego przedmieścia i część żyznej równiny, dobiegającej do skał uwieńczonych mostem. Z tego miejsca dojrzeć można doskonale tak zwany „most djabła“, czyli skałę przebitą nawskroś wezbranym prądem Rummelu. U podnóża tego naturalnego łuku triumfalnego, można oglądać resztki dawnego, arabskiego czy tureckiego mostu.
W pionowych zboczach wąwozu Francuzi wykuli gzyms, którym turyści mogą przejść całą cieśninę rzeki i wyjść na szeroką drogę; obchodzi ona cały górski grzbiet, przebijając go nieraz długiemi tunelami o oknach, przerąbanych w stronę niezmierzonej płaszczyzny i wlewających w mrok tuneli olśniewające potoki słonecznych promieni.
Zaraz za mostem Sidi Raszed, pozostawiając na prawo stare miasto, wprost przed sobą i na lewo jak okiem sięgnąć, podróżnik widzi nową dzielnicę francuską z jej pięknemi gmachami rządowemi i magistrackiemi, prywatnemi hotelami, klubami, bulwarami i parkami, a dalej za niemi — wzgórze Konstantyny, zbiegające stromemi spadkami na dół ku dolinie, z żyznemi polami i wspaniale utrzymanemi sadami owocowemi.
W okolicach Konstantyny zwiedziłem cały szereg ruin rzymskich, które, do szczętu zburzone, wznoszą się w samem mieście.
W malowniczej, lesistej miejscowości, niedaleko brzegów rzeki Bu-Merzug, rzucają się w oczy olbrzymie arkady rzymskie, które podtrzymywały niegdyś słynny akwedukt, sprowadzający wodę do miasta z górskiego źródła, położonego o 35 kilometrów na północ od Konstantyny.
Ciepła, różowo-szara barwa arkad, pilastrów i gzymsów, pokrytych nieuchwytną patyną minionych wieków, tonie w morzu zieloności, wznosząc się jak olbrzymi pomnik dawnych mocarzy, walczących z barbarzyństwem ludów i z niegościnnością i surowością ziemi.
Dokoła Konstantyny, w różnych miejscach pozostają te ślady rzymskie i umierają powoli, w chwili swego przez wieki trwającego zgonu zapalając wyobraźnię ludzką i przepełniając współczesnych szacunkiem dla wielkiej idei Rzymu.
Tu i owdzie rozrzucone są źródła ciepłe i mineralne, znane i używane przez starożytnych Rzymian.
W miejscowości Rhar Ez Zemma oglądałem głębokie groty, na których pozostały napisy, składające się z kilku liter, a z nich uczeni odczytali wyraz: „Giddabae deo Augusto sacrum“, co znaczy — „Świątynia boga Giddaby“, — boga góry Giddaba, słynnej z wielkiej ilości drapieżnych ptaków.
W Konstantynie miałem przewodnika, poleconego mi przez administrację hotelową. Był to wysoki, otyły, barczysty Berber; nie podobał mi się narazie, bo twarz miał bezczelną i brutalną. Jednak, zwiedzając miasto z nim w ciągu paru dni, zupełnie przypadkowo znalazłem drogę do serca tego człowieka. Chociaż w swoim notatniku mam zapisane jego imię i nazwisko, nie chcę go nazywać, ponieważ nie wiem, czy chciałby, aby wiedziano o jego przeżyciach.
Błąkając się z nim po mieście, zapragnąłem napić się kawy i poprosiłem, aby zaprowadził mnie do kawiarni. Nazwał mi jakąś europejską cukiernię, lecz zaprotestowałem, chcąc zwiedzić kawiarnię „ maurytańską“. Przewodnik ucieszył się i zawiózł mnie do swego znajomego, posiadającego hotel, zaludniony przez bogatych studentów Medersa.
W małej salce z oszklonym sufitem podano nam kawę, a gdy już piliśmy — wszedł gospodarz. Pozdrowiwszy nas, usiadł i zaczął palić. Bardzo zręcznie zaczął wypytywać o mnie, a dowiedziawszy się, że jestem Polakiem, powiedział:
— Słyszałem o Lechistanie, gdzie wszyscy ludzie mogą swobodnie wyznawać swoją wiarę i gdzie muzułmanie od wieków mają równe z wszystkimi obywatelami prawa.
— Skąd Sidi wie o moim kraju? — zapytałem gospodarza.
— Trzy razy byłem w Mekce jako „hadż“, — odpowiedział, — jednego razu spotkałem muzułmańskiego „taleba“[99], który był mułłą w Lechistanie. On mi opowiadał o twoim kraju, Sidi, i o jego losach.
Miałem długą rozmowę z Arabem, opowiadając mu o tem, że nasze ciężkie losy porozbiorowe już minęły na zawsze, że idziemy dawną drogą samodzielności państwowej i że nic się nie zmieniło w naszem poszanowaniu praw i religijnych przekonań innych ludów.
Podczas tej rozmowy spostrzegłem, że mój przewodnik nie spuszczał oka z okna, wychodzącego na podwórze, a jakieś mroczne ognie zapalały mu się w źrenicach.
Spojrzałem w tamtę stronę. Na dziedzińcu, na parapecie marmurowej fontanny siedziała młoda, bardzo przystojna Żydówka, a przed nią stał Berber, czy Arab, zapatrzony w jej oczy. Mówili do siebie coś cichym głosem, a chwilami mężczyzna pochylał się nad nią, brał ją za rękę, a dziewczyna oczy wtedy mrużyła i twarz jej płonąć zaczęła.
Gospodarz tymczasem zaczął oprowadzać mnie po swojem mieszkaniu i pokazywać różne pamiątki, przywiezione przez niego z Mekki i Mediny, — haftowane na aksamicie obrazy, przedstawiające świętą Kaabę[100] i grób proroka, złote wersety z Koranu, święte księgi w drogich, safjanowych oprawach o złotych i srebrnych skówkach, szkaplerze z ziemią, której dotykały stopy Mahommeta i swój kij pielgrzymi.
Gdy opuściliśmy dom gościnnego Araba, który nie chciał wziąć zapłaty za wypitą kawę, — znowu szliśmy z moim przewodnikiem po zatłoczonej dzielnicy arabskiej. Mój towarzysz wzdychał, a raz nawet jęknął żałośnie.
— Co panu dolega? — zapytałem.
— Eh! — szepnął, machnąwszy ręką beznadziejnie. — Widziałem coś, co przypomniało mi dawne, ciężkie czasy...
Westchnął i umilkł.
— Przecież nie ta młoda para na dziedzińcu spowodowała gorzkie myśli, bo była śliczna? — zagadnąłem.
— Właśnie że ona! — odparł. — Przypomniałem sobie swoje życie...
Bezczelna, tłusta twarz przewodnika zmieniła się nie do poznania. Zdawało mi się nawet, że schudła odrazu, gdyż nagle zarysowały się na niej głębokie zmarszczki koło ust i na czole, dziwnie rozszerzyły się oczy, a w nich zamigotały rozpacz i tęsknota.
Milczałem, ponieważ zrozumiałem, że jest to prawda surowa i gnębiąca. Przewodnik jednak, porwany budzącemi się w nim myślami, widocznie stale go nurtującemi, pochylił się ku mnie i zaczął szybko mówić:
— Jestem żonaty, panie... Żonaty już od pięciu lat. Pływałem przedtem jako stewart na okręcie pasażerskim. Pewnego razu poznałem, płynąc z Calais do Tangeru, młodą Angielkę. Piękna była! Włosy miała jak złoto, oczy jak woda morska, a gdy się śmiała, zęby jej błyskały jak śnieg. Wielkie i niespodziewane szczęście spotkało mnie! Pokochała mnie i stała się moją żoną! Przez dwa lata myślałem, że Allah przeniósł mnie żywcem do raju, bo każdy nowy dzień darzył mnie nowem szczęściem! I nagle wszystko się zerwało. Zaczęła mną pogardzać, bo to obca krew przemówiła. Nic już nie pomagało, chociaż całowałem ślady jej stóp, modły do niej zanosiłem jak do Allaha, płakałem po całych nocach. Odjechała bez pożegnania, bez żalu, może bez wspomnień nawet. Pchnąłem się nożem, panie... Niech pan spojrzy!...
Rozpiął drżącemi palcami koszulę i ujrzałem na piersi wąską bliznę, wklęsłą i jeszcze szkarłatną.
— Otwiera mi się ta rana często... — ciągnął dalej — ale to nic w porównaniu z tą, która się nie zabliźniła w sercu! Każda ulica, każdy gmach, każde drzewo tu w mieście, przypomina mi ją... Gdy idę płytami chodnika czuję jakbym dotykał rozpalonego żelaza, że stąpam po jej śladach... Ja nie mogę tu żyć, panie! Nie mogę!
Zerwał z głowy „fez“[101] i zaczął targać się za włosy, jęcząc tak głośno, że kilku przechodniów obejrzało się za nami.
Arab był w rozpaczy, dusza w nim miotała się i wyła z bólu i męki. Gdy przechodziliśmy koło mostu Sidi Raszed, przewodnik spojrzał na mnie i szepnął:
— Ten „uali“ Sidi Raszed jest okrutnikiem!
Ze zdziwieniem spojrzałem na Araba.
— Tak, tak! — szepnął, zaciskając pięści. — Żył on tu podczas epidemji, unoszącej setki ludzi. Śmierć odbierała żony od mężów, dzieci od matek, rodziców od synów... Trwało to tak długo, aż mieszkańcy Konstantyny przyszli do Sidi Raszeda.
— Ratuj nas! — wołali z tęsknotą w głosie. — Jeżeli Allah jest na niebie, powinien dopomóc w te dnie klęski i zagłady.
„Starzec wtedy stanął na swojej skale i, podniósłszy ręce ku niebu, zawołał:
— Allah, Allah, starożytny i Obrońco! Zanoszę do Ciebie modły i łzy moich braci i sióstr, bo pogrążeni są w strachu wielkim i w rozpaczy. Złe „dżinny“ choroby znęcają się nad ludem. Wzmocnij serca, zatrute zwątpieniem, uczyń cud, pokaż moc swoją, Allah — Sędzio i Prawo!
„W tej chwili na krawędzi cieśniny rzeki zjawił się olbrzymi człowiek, owinięty w czarny burnus, i z krzykiem nieludzkim runął do przepaści. Był to władca złych duchów, opuszczający z rozkazu Allaha miasto“...
— Sidi Raszed, panie, jest pocieszycielem cierpiących i zrozpaczonych. Ja, dnie i noce tłukłem głową o jego grobowiec, w kurzu i błocie się tarzałem, błagając o pocieszenie, lecz nic, nic! Jeszcze gorsza męka, jeszcze gorsza tęsknota!...
— Panie! Niech pan mi dopomoże wyjechać do Ameryki! Na okręcie nauczyłem się po niemiecku i angielsku, nie boję się pracy, nie zginę!
Chwycił mnie za rękę i ściskał, błagalnie patrząc mi w oczy.
Powróciwszy do hotelu, napisałem do swoich przyjaciół w Ameryce kilka listów polecających i dałem je memu przewodnikowi.
Nazajutrz rano jechałem ku morzu.



ROZDZIAŁ VII.
BRZEGIEM MORZA ŚRÓDZIEMNEGO.

Dwieście dwadzieścia kilometrów oddziela Konstantynę od Morza Śródziemnego. Cała ta przestrzeń była niegdyś terenem działalności rzymskich administratorów i legjonów. Ślady kolonizacji rzymskiej spotykają się tu na każdym kroku. Na prawo i lewo od drogi żelaznej, lub szosowej, w wąwozach śród niewysokich, kopulastych gór; na równinach, pokrytych pastwiskami lub uprawnemi polami, — wszędzie wyczuć się daje ręka starożytnego, cywilizowanego narodu, usiłująca przyłączyć ten spalony przez słońce kraj do wielkiej areny, gdzie walczył z naturą o dobrobyt, kulturę i efemeryczne szczęście człowiek cywilizowany.
Przejeżdżając Hammam Meskutin, zwiedzam słynne z czasów rzymskich Aquae Tibilitanae — potężne źródło żelazo-wapienno-węglowe, tłumnie uczęszczane przez Europejczyków, tubylców i Żydów, a widzialne zdaleka, bo nad niem ciągle unoszą się słupy pary. Źródło to jest wyjątkowo gorące, ponieważ temperatura jego dochodzi prawie do 96 stopni Celsjusza. W niektórych miejscach woda, wydzielając nadmiar soli wapiennych, tworzy kolumnady stalaktyków, fantastyczne gzymsy, kopuły, ostre igły i obszerne, gładkie tarasy.
Tu znaleziono cały szereg starych zabytków przeszłości; posąg matrony rzymskiej, domową kaplicę jednej z najbardziej potężnych rodzin rzymskich, płaskorzeźbę, przedstawiającą Herkulesa, walczącego ze lwem.
Na dziedzińcu zakładu kąpielowego, tonącego w lasku drzew pomarańczowych i cytrynowych, podróżnik może oglądać wspaniały okaz drzewa pistacjowego, konarami swemi ogarniającego 420 kwadratowych metrów.
Okolice Hammam Meskutin słyną ze wspaniałej roślinności, dającej przytułek drobnej i grubej zwierzynie. Spotkałem tu właśnie myśliwego powracającego z piękną zdobyczą, na którą złożyły się dwa wspaniałe odyńce.
Na schyłkach jednej z gór wapiennych, czepiając się skał potężnemi, podobnemi do walczących pitonów[102] korzeniami, stoi najstarsze w Algierji drzewo oliwne, liczące podobno 800 lat. Wskazuje ono drogę do obszernej jaskini z położonem na jej dnie jeziorem.
W górach Dżebel-Taya oglądałem groty stalaktytowe i stare rzymskie napisy na ich ścianach, na cześć miejscowego boga Bocaxa uczynione. W okolicach wszędzie dużo mniejszych i większych jaskiń, a w nich wielkie nagromadzenie kości ludzkich i zwierzęcych.
Skamłający o jałmużnę żebrak, otrzymawszy ode mnie datek, opowiedział mi, że kości te zostały złożone tu w bardzo dawnych czasach, a mianowicie po pewnej bitwie, kiedy zwycięzcy umieścili w jaskini trupy zwyciężonych, a później dodali jeszcze ciała jeńców, skazanych na śmierć przez wrzucanie do gorącego źródła Meskutin.
Nie wiem, kiedy się to stało, i czy istotnie kiedykolwiek się to stało, lecz w każdym razie gorąca woda Meskutin niezawodnie mogła służyć jako środek do pozbawienia życia.
Dość rozległe ruiny rzymskie i bizantyjskie, — triumfalne łuki, forum, domy i świątynia, pozostały w Annuna, a także w Guelma, czyli w dawnej Calama, gdzie znaleziono cały szereg posągów bogów, muz i cezarów, a między innemi olbrzymiego Jowisza; pozostały do naszych czasów zwaliska teatru i termów rzymskich.
W dolinie rzeki Seibous, śród pięknych posiadłości kolonistów, szybko zbliżamy się do morza; jego tchnienie daje się już tu wyczuć.
Piękne, bogate winnice, pastwiska, gdzie hodują duże stada bardzo dobrej, miejscowej rasy krów; plantacje tytuniu, sady owocowe, oliwne gaje; niewysokie góry Hamra, obfitujące w rudę żelazną, migają przed oczami i nagle — lazurowa płaszczyzna morza z dymiącemi na niej parowcami, z białemi żaglami łodzi rybackich i, na prawo rozległe miasto portowe — Bône.
Mała dzielnica arabska, pozbawiona wszelkich charakterystycznych cech osad tubylczych, z wyjątkiem chyba małej kasby, pozatem francuskie miasteczka, tonące w zieleni bulwarów, parków i ogrodów i bardzo podobne do południowych miasteczek francuskich.
Zaczyna padać ulewny deszcz, więc nie mam żadnej nadziei na zwiedzenie okolic. Jadę przeto wprost do muzeum w Hipponie. Jest to właściwie Hippo Regius — znaczne miasto za panowania Rzymian.
Tu spędził życie Święty Augustyn, biskup Hipponu i tu zmarł w pierwszej połowie V-go stulecia, w okresie, gdy Wandale oblegali miasto. Już po śmierci biskupa miasto było zdobyte, zrabowane i spalone. Znaleziono tu niedawno cyklopowe mury fenickie, stary most rzymski, mozaiki, kolumny, pomniki, resztki termów, posążki z bronzu i szczątki naczyń rzymskich.
Ponieważ chcę jaknajprędzej dotrzeć do Tunisu, gdzie mam jeszcze sporo do zwiedzenia, poczem muszę zdążyć na czas do małego miasteczka Wielkiej Kabylji, gdzie na mnie czeka polowanie na dziki, zorganizowane dla mnie przez konsula polskiego p. Rozée i administratora tego obwodu, p. Courtin, przeto, nie zważając na ulewę, każę jechać dalej.
Droga idzie cały czas brzegiem morza; nie widzę go tylko wtedy, gdy szosa wcina się głęboko w otaczające góry; przez mgłę deszczu mkną mi na spotkanie pola uprawne, pastwiska, niewielkie gaiki i jakieś jeziora; wreszcie samochód wspina się na wysoki, pokryty lasem dębowym górski grzbiet i stąd widzę osadę La Calle, przyczepioną do skał morskiego brzegu. Z morza wyglądają czarne ostre rafy, co chwila pokrywane białą pianą fal. Kilka łodzi rybackich miota się na wzburzonej powierzchni wody; trochę dalej, walcząc z bałwanami, spychającemi go ku rafom, płynie mały, czarny statek pasażerski, zdążający w stronę Bône.
La Calle w starożytności był znany jako port Tuniza, który niejednokrotnie podczas burz dziejowych, szalejących w Afryce, uległ doszczętnej ruinie. Pozostał portem i do naszych czasów, lecz tylko dla statków drobnych. Miasteczko to z powodu łagodnego klimatu i otaczającego go zewsząd lasu dębów korkowych cieszy się sławą najbardziej zdrowego punktu na całem wybrzeżu afrykańskiem. Gdy przybyłem do tego miasteczka, ulewa ustała i, dzięki temu, czekając na obiad, poszedłem zwiedzić La Calle.
Na brzegu morza zawarłem znajomość z rybakami, którzy bardzo uprzejmie opowiedzieli mi o dość jeszcze niewspółczesnych sposobach połowu ryb, ponieważ przedsiębiorcy miejscowi nie posiadają dostatecznej ilości statków, zaopatrzonych w motory Dieselowskie, co nie pozwala na rozwój tego przemysłu w takich rozmiarach, do jakich doszło rybołóstwo angielskie i amerykańskie. Rybacy pokazali mi skład, gdzie obejrzałem ryby, złapane tej nocy; widziałem tam dość rzadki okaz tak zwanej „ryby-rzemień.“ Była to długa na półtora metra ryba, o srebrzysto-białem zabarwieniu, o długich, czarnych paskach po bokach i o jaskrawo-żółtych płetwach. Miała małą tępo ściętą głowę o wypukłych oczach i kolczastym grzebieniu. Z dołu od brzucha ryby zwisała biała połyskująca falbanka. Jest to stosunkowo bardzo rzadko spotykana przedstawicielka ryb z rodzaju Trachypteridae-Regalecus banksii. Rybaczki nazywają tę rybę „perłową kolją“; istotnie przypomina ona swoim połyskiem i barwnością srebrną kolję, ozdobioną perłami i barwną emalją.
Przeglądając inne ryby i słuchając opowiadań rybaków, przyszedłem do pewnych wniosków ichtiologicznych[103], które później sprawdziłem za pomocą prac dr. J. P. Bounhiol[104]. Zauważyłem wśród ryb następujące gatunki: Clupeidae — sardynki[105], anczousy (Engraulis eucrasiholus), alozy (Clupea aloza), i finty (Clupea finta); Scombridae — skomber śródziemno-morski oraz olbrzymie skombry, czyli tak zwane tuńce (Thynnus)[106]; Sparidae — sargi (sargus), boksy (Box vulgaris), dorady (Chryzofrys aurata), o których Duhamel opowiadał, że ogonami wykopują mięczaki z piasku; za czasów Rzymian dorady nazywano „auratae“; ryby tego gatunku były bardzo poszukiwane przez smakoszów rzymskich i wychowywane w sztucznych basenach, — jest to piękna ryba, cudownie zabarwiona na srebrzysto-zielony kolor, z pięknym rysunkiem na ciele, ze złocistą plamą na opancerzeniu skrzel, złocistemi pasami na głowie i po bokach, granatowemi, fioletowemi i czarnemi płetwami; Pediculati, do których należy najbardziej rozpowszechniona Trigla, czerwona ryba o wielkiej głowie, arabscy rybacy nazywają ją padającemi gwiazdami, gdyż w miejscach niegłębokich pozostawia po sobie świecący się ślad; Lebroides — tęcznik (Coris julis); ryby z rodziny sztokfiszów, merlany (Merluccius vulgaris) i przeróżne flondry (Pleuronectes). W oddzielnych pomieszczeniach były przechowywane olbrzymie langusty (Palinurus), które tak lubią nierówne, skaliste dno morskie, obfitujące w wodorosty; kraby z rodziny gelasimus; samcy tych raków posiadają na jednej nodze bardziej rozrośnięte kleszcze niż na drugiej, a to dlatego, żeby mogły tą nogą szczelnie zamykać wejście do nory; krewety z rodzaju crangon oraz Palemon serratus.
W wodach algierskich poławiane są w znacznych ilościach zwyczajne okrągłe ostrygi (Ostrea edulis). W niektórych miejscach afrykańskiego wybrzeża rybacy opowiadali mi, że gdyby można było uchronić młode ostrygi w tym okresie ich życia, kiedy nie są jeszcze dostatecznie opancerzone i umocowane na skałach, mięczaki te stałyby się niezawodnie najtańszym pokarmem dla ludzi, ponieważ miljardy tych żyjątek giną obecnie w morzach, tępione przez raki, ryby, ślimaki i robaki.
Najbardziej poszukiwanemi gatunkami ryb na afrykańskiem wybrzeżu Morza Śródziemnego są sardynki i tuńce.
Starożytni Rzymianie i Fenicjanie trudnili się połowem tuńców. Jest to dziwna ryba, gdyż świeża lub dobrze zasolona jest bardzo zdrowa i smaczna; jeśli jest chociażby trochę mniej nasolona — staje się trującą. Kości nieświeżej ryby nabierają wtedy czerwonej barwy, a smak mięsa przypomina pieprz.
Ryba ta, dostarczana na rynek, zwykle podlega badaniu lekarskiemu. Zadziwiająco prędko tuńce podlegają gniciu w okresach samumu, czyli sirokko[107].
Gdym rozmawiał z rybakami, przeważnie z Włochami, przybyła nowa łódź ze zdobyczą; wydobyto i pokazano mi coraz rzadziej spotykanego obecnie w tych wodach — piżmowego spruta (Eledone moschata). Był to przedstawiciel rodziny Ośmionogów, owianych licznemi i straszliwemi legendami o porywaniu ludzi, a nawet całych łodzi rybackich. Piżmowy sprut należał do mniejszych okazów i odznaczał się silną wonią piżma, dość zresztą zwykłą dla przedstawicieli tej rodziny.
Dowiedziałem się od rybaków, że spruty mają licznych na rynkach amatorów.
I jeszcze dwa dziwne stworzenia trafiły się tego dnia rybakom w ich sieci. Były to tak zwane sepje (Sepja officinalis), wydzielające w podrażnieniu lub gniewie, ciemno-brunatny płyn, znany w handlu pod nazwą farby „sepja“; na grzbiecie te zwierzątka mają wapienny pancerz, sprzedawany pod nazwą „morskiej pianki“. Razem z sepjami złapano dwa dość duże Kalmary (Loligo), o zabawnych, wypukłych, jak gdyby zdziwionych oczach i długich mackach dla chwytania zdobyczy; kalmary są bardzo poszukiwane przez smakoszów hiszpańskich i włoskich.
W Hiszpanji, w jakiejś restauracji, gdzie nikt nie mówił po francusku, na chybił-trafił wybrałem sobie z karty jakąś potrawę, oznaczoną jako „Kalmares.“ Smakiem przypominała nasze flaki, lecz zaprawiona była czarnym jak atrament sosem. Potrawa ta jest całkiem nieodpowiednia do spożywania jej w dobrem towarzystwie, ponieważ bardzo łatwo jest umalować się atramentowym sosem do czubka głowy. Myślę, że kucharz hiszpański zamiast kalmara, wpakował do rondla jakąś złośliwą lub histeryczną sepję, która zresztą miała dość powodów, by przy tych warunkach wpaść w gniew i histerję.
W pobliżu wybrzeży algierskich, a także na całem prawie wybrzeżu Tunisji, uprawia się przemysł, dający dobre zyski; jest nim połów szlachetnych korali (Corralium rubrum). Rafy i mielizny, służące za siedzibę korali, są ulubionem miejscem pobytu dla ryb i różnych raków morskich. W tych miejscach zawsze spotkać można znaczne flotyle rybackie.
Zaznajamiając się później z wydawnictw urzędowych ze stanem rybołóstwa w Algierji, przyszedłem do przekonania, że Francuzi uważając swój przemysł morski za bardzo jeszcze początkowy, dokładają wszelkich starań w kierunku jego rozwoju. Jednym z najbardziej energicznych czynników, pracujących w tym kierunku, jest naukowa stacja morska w Castiglione — w okolicach Algieru.
Po zwiedzeniu La Calle i po zawarciu bardzo interesującej znajomości z rybakami, powróciłem do swego auta i wstąpiłem na obiad do małego hoteliku.
Na sali oprócz mnie było jeszcze troje gości. W ciemnym kąciku, na kanapce, siedziała młoda para, bardzo otwarcie gruchająca i nie zwracająca na otaczających żadnej uwagi.
Obok mnie przy sąsiednim stoliku spożywał obiad jakiś niemłody jegomość w złotych okularach i, gdy usłyszawszy zbyt głośne miłosne słowo, które doleciało z ciemnego kąta, obejrzałem się na niego, jegomość uśmiechnął się i, przysunąwszy krzesło do mego stolika, szepnął:
— Kilka razy byłem już w La Calle i za każdym razem spotykam tu gruchające, zakochane pary. Widocznie morze, powietrze i las usposabiają przyjeżdżających tu nieraz zdaleka panów i panie do romansów. Ale to nie zawsze dobrze się kończy...
— W danym wypadku — rzekłem, robiąc znak w stronę zakochanych, — tej młodej parze nic nie grozi.
— Kto wie? — zauważył mój nowy znajomy. — Jeżeli pan pozwoli, opowiem, com widział tu właśnie w La Calle przed paru laty.
Dokończył kieliszek wina i, zapalając cygaro, ciągnął dalej:
— Jechałem z Tunisu do Konstantyny. Mój szofer — Arab, mknął jak warjat, aż zmuszony byłem parę razy zrobić mu uwagę, iż na ciągłych wirażach i gwałtownych zakrętach może wpaść na kursujące tu często autobusy lub karawany wielbłądów. Mitygował się na kilka minut, a później mknął z taką szybkością, że podczas wstrząśnięć moja walizka bezceremonjalnie wskakiwała mi na kolana. Wyniki takiej jazdy były opłakane. Z trudem dociągnął mnie mój samochód do La Calle i stanął koło jakiegoś znaczniejszego budynku i ani rusz dalej.
Z budynku zaś, który był komorą celną, wyskoczyło kilku urzędników, skorych do rewidowania bagażu. Ponieważ miałem przepustkę, urzędnicy nie oglądali mojej walizki i nie oclili samochodu. Patrzyli na mnie z bezsilną rozpaczą, widząc w katastrofalnem zatrzymaniu się mojej maszyny przed ich siedzibą palec Boży, wskazujący na niezawodnego przemytnika.
„Monsieur! — mówił tymczasem zmieszany szofer — Bardzo przepraszam, lecz będę zmuszony oddać samochód do garażu. Dopiero jutro będziemy mogli ruszyć dalej“...
Zająłem więc pokój w hoteliku, jedynym w tej małej mieścinie nadmorskiej. Obmywszy się z kurzu i zmieniwszy ubranie, wszedłem do sali restauracyjnej.
Publiczności było mało. Jakiś drobny urzędnik napychał się chlebem i sałatą, popijając żółto-zielonem winem, z pewnością bardzo kwaśnem, bo miał po każdej szklance coraz bardziej męczeńską twarz.
W kąciku sali, tuż obok zajętego przeze mnie stolika, jadła śniadanie jakaś młoda para. Być może, że nie zwróciłbym na nią uwagi, gdyby nie pełne współczucia i sympatji uśmiechy otyłej bufetowej i lokaja, patrzących na młodych ludzi, i ich uprzedzającą względem nich grzeczność.
Ona — młodziutka, może 20-letnia kobieta, elegancko, wytwornie ubrana — była śliczna. Krucze, obfite włosy wybijały się z pod koralowego kapelusika z wielką złotą klamrą i czarnem gładkiem piórem. Piwne oczy, świeże usta i zadziwiająco biała cera tworzyły bardzo harmonijną i wytworną całość. Na palcu pięknej pani dojrzałem szeroką ślubną obrączkę.
Towarzyszem jej był wysoki, zgrabny blondyn, o niebieskich oczach i bladej, natchnionej twarzy.
Że byli zakochani, to mógłby stwierdzić nawet mój samochód, gdyż miłość płonęła w oczach tej pięknej pary, triumfującą pieśnią rozbrzmiewała w ich głosach, przyćmionych i miękkich, bojących się spłoszyć lękliwego bożka wielkiej tajemnicy i promiennego szczęścia.
Rozmawiali o Dantem.
Zdziwiło mnie to niewymownie, gdyż tu, w afrykańskich kolonjach ludzie rozmawiają wyłącznie o urodzajach wina i oliwek, o cenach wełny, o giełdzie i zdrowiu i płodności owiec. Młodzieniec deklamował wdzięcznym głosem wiersze genjalnego mistrza i dolewał swej damie złocistego Kebir Imperial.
W niespełna kwadrans po śniadaniu zdążyłem zwiedzić całe La Calle, a później wyszedłem na drogę, wijącą się śród lasu korkowych dębów i dotarłem do morza. Olbrzymie głazy stoczyły się tu niegdyś z gór i utworzyły liczne rafy. Morze w tem miejscu było dość głębokie, o dnie porosłem wodorostami, co nadawało mu szmaragdowy odcień, który tak pieści i cieszy wzrok.
Położyłem się na piasku śród kamieni i zacząłem przyglądać się zabawnym krabom, biegającym dokoła i walczącym ze sobą o każdą muszlę, o szczątki zgniłej ryby i o liście roślin, wyrzuconych przez fale.
Nagle zupełnie blisko rozległy się głosy.
Podniosłem głowę i zobaczyłem moich nowych znajomych.
Nie spostrzegłszy mnie, usiedli w pobliżu za kamieniami.
Młodzieniec ciągnął zaczęte przedtem opowiadanie.
„Mój tom poezji ma wielkie powodzenie w Paryżu, — mówił. — Już o mnie piszą w dziennikach, a wydawcy proszą o nowy tomik. Piszę właśnie „Sonety morza.“ Wiem, że będzie to rzecz silna... Zdobędę świat i wtedy ośmielę się sięgnąć po panią... Pod stopy pani będę sypał kwiaty przez całe życie, będę jej bronił od wszystkiego, co jest szare, codzienne, brzydkie“...
„A mąż?“... — przerwała mu ze smutkiem piękna kobieta.
„Mąż? — powtórzył młodzieniec — Rozwód... wreszcie ucieczka“...
Ona westchnęła, on umilkł, a ja miałem wrażenie, że brakło jeszcze czegoś w odpowiedzi poety.
Nie chciałem dalej słuchać, więc wstałem i, nie oglądając się, aby ich nie spłoszyć, odszedłem.
Wieczorem siedziałem w czytelni hotelowej i z pod oka obserwowałem zakochaną parę. Przyciśnięci do siebie siedzieli na kanapie i przeglądali jakieś ilustrowane pismo. Nagle ciszę rozdarł wściekły ryk samochodu. Jego ogniste oczy na chwilę mignęły w oknie i motor zatrzymał się przed hotelem.
Po chwili do czytelni wpadł olbrzymi, opasły jegomość w długim, płóciennym płaszczu i skórzanej czapce z dużym daszkiem, głęboko na czoło nasuniętym.
„No, naturalnie! — wrzasnął basowym głosem nowoprzybyły. — Jakże mogło być inaczej? Gdzie ona — tam i on. Wara, mazgaju jeden, od cudzych żon!“
Wykrzyknąwszy te słowa, otyły jegomość wywlókł bladego młodzieńca na środek pokoju, jednem uderzeniem pięści obalił go na podłogę i kopnął nogą, odpychając od siebie. Po dokonaniu „sądu doraźnego“ zwrócił się do drżącej, zdrętwiałej kobiety i z ironiczną rycerskością podał jej ramię, mówiąc:
„Madame, otrzymałem dziś nowe auto dla pani, przyjechałem niem właśnie. Moja mała, śliczna farfureczko! Chodź już, chodź!“...
Kobieta pokornie wsunęła rękę pod ramię męża i skierowała się ku wyjściu.
„Obejrzy się, czy nie obejrzy?“ — błysnęło mi pytanie.
Wyszła, nie obejrzawszy się...
„Zły znak!“ — pomyślałem i spojrzałem na poetę.

Autor „Sonetów morza“ siedział na podłodze, widocznie silnie poturbowany, a jeszcze bardziej przerażony, i płakał.
TUNIS. PANORAMA
„Wstań pan! — rzekłem. — Mężczyźni w takich wypadkach nie powinni płakać.“

„Cóż mam robić? — wyjąknął. — On taki silny i taki bogaty, a ona kocha tylko mnie... tylko mnie!“
„Czy jesteś pan tego pewien?“ — mruknąłem.
„O tak!“ — zawołał.
„Wtedy walcz!“ — powiedziałem.
„Kiedy on taki silny i bogaty!“ — powtórzył młodzieniec z rozpaczą w głosie.
„Mówiłeś pan, że po nowym tomie swych poezji zdobędziesz świat, a przecież zwalczyć jednego człowieka łatwiej, niż zdobyć świat?“...
Milczał. Usiadł na kanapie i cicho płakał, jak małe skrzywdzone dziecko, wreszcie przez łzy zaczął mówić:
„Ona umrze w tej mieszczańskiej szarzyźnie, wśród tych rozmów o zyskach i nowych projektach hodowli bydła“...
„A jeżeli będzie mowa o nowych autach, brylantach, strojach, podróżach do Paryża i Nicei?“ — zapytałem.
Nic nie odpowiedział. Umilkł zupełnie i wkrótce wyszedł z czytelni, zdruzgotany, zgnieciony jak robak.
Nazajutrz mój Arab wiózł mnie dalej.
Siedząc obok niego, rzuciłem pytanie:
„Czy bogactwo — rzecz dobra, Ali ben Mhammedzie?“
„Dobra, bo zdobywa wszystko“ — odparł.
„A siła pięści, czy też dobra?“ — pytałem dalej.
„Dobra, bo wszystko potrafi obronić“ — odpowiedział takim głosem, jak gdyby czytał znane suraty z Koranu.
„No, a miłość?“ — indagowałem go dalej.
„Dobra, bo ma siłę, co zdobywa i broni. Jest ona złotem i pięścią razem!“ — powiedział ze ździwieniem, patrząc na mnie.

Myśli moje poszły w kierunku tych wschodnich formułek. Coś tam w głowie i sercu szeptało o jakiejś absolutnej sprawiedliwości, niezależnej od przepisów wszelkiego rodzaju, lecz wkrótce ten szept urwał się, jak urywa się dźwięk, gdy pęknie struna.
TUNIS. BAB SOUIKA

„A przecież ona się nie obejrzała?“ — przypomniałem sobie nagle.
„Wtedy właśnie struna pękła!“...
Po obiedzie, pożegnawszy mego nowego znajomego i życząc w duszy młodej parze, aby nie doznała niestosownego połączenia poezji Dantego z pięścią i kusicielskiem autem, ruszyłem dalej.
Wkrótce wjechałem w bardzo malownicze góry, pokryte lasami dębu korkowego i zwykłego i piękną leśną drogą dojechałem do granicy Tunisji, gdzie urzędnik posterunku celnego nie miał ze mną wiele kłopotu, ponieważ posiadałem „żelazny list“, podpisany przez pana senatora Steega[108], generał-gubernatora Algierji. Zatrzymałem się na godzinę w Tabarka, małym porcie, położonym w bardzo malowniczem miejscu, a słynnem z obfitującego tu w ryby morza, gdzie corocznie Francuzi i Włosi wyławiają prawie półtora tysiąca tonn sardynek i anczousów.
Tabarka była znana w głębokiej starożytności i resztki jej portu, zbudowanego przed wiekami, można oglądać w pobliżu miasta.
Odnaleziono tu także resztki fortyfikacyj tureckich i zamku obronnego, zbudowanego, zdaje się w XVI-ym wieku przez Genueńczyków.
Zaraz za miasteczkiem ujrzałem dawno nie widziane, a takie obce Afryce Północnej zarośla paproci, które urwały się tylko wtedy, gdy od południa wysunęły się długie języki piasków, tworzących niewysokie diuny.
Za grzbietem Abod, po moście przebyłem rzekę Beża i przemknąłem przez niewielkie miasteczko tegoż imienia, zaludnione plantatorami i handlarzami, a otoczone wielką płaszczyzną, porośniętą fioletowemi wrzosami. Tu mnie zastał wieczór, i już w ciemności jechałem dalej. Dopiero koło dziesiątej zaczęły się małe budynki, stojące śród ogrodów i sadów. Narazie stały osobno, później wyciągnęły się w jedną ulicę, z równolegle położonym plantem kolejowym. Przedmieście przeszło w miasto, o bogatych kamienicach, bulwarach i parkach, z rzęsiście oświetlonemi kawiarniami i restauracjami, z migocącemi lampkami szyldów teatralnych i kinowych, z turkoczącemi tramwajami i z ożywionym tłumem europejskim.
Był to już Tunis, duże miasto francuskie, liczące około 200 tysięcy mieszkańców, z których połowę stanowią Francuzi, Włosi, Hiszpanie, Maltańczycy i Żydzi, resztę Arabowie i Berberowie.
Samochód mój stanął przed hotelem.



ROZDZIAŁ VIII.
SPUŚCIZNA KRÓLÓW KARTAGIŃSKICH.

Gdy azjatyccy Fenicjanie przybyli na brzegi Afryki i założyli Kartaginę, zrozumieli ci odważni żeglarze, że powinni mieć jeszcze schronisko dla swoich okrętów i założyli na brzegu głęboko wcinającej się w kontynent zatoki miasto Tunes. Baszty strażnicze i obronne, wzniesione przy wejściu do zatoki, mogły zatrzymać najsilniejszą flotę współczesną, gdyby zamierzała wejść do zatoki i zaatakować Kartaginę od strony lądu.
Kartagińczycy byli kupcami, więc marzyli o tem, aby posunąć się w głąb kraju i szukać tam towarów i rynków. Jednak koczujący tu Numidyjczycy, należący do szczepów berberyjskich, opierali się wtargnięciu cudzoziemców, a opierali się pomyślnie, gdyż Fenicjanie kartagińscy w ciągu kilku wieków nie potrafili utrzymać się i utwierdzić we wnętrzach kraju. Posuwali się przeważnie tylko brzegami, posługując się swoją potężną flotą i zakładając wzdłuż wybrzeży swoje miasta, twierdze i składy handlowe. Takiemi były miasta: Bizerta, Tunis, Suss i inne, ciągnące się północnemi wybrzeżami Afryki aż do Atlantyku.
Kartagina wynalazła jednak inny sposób zagarnięcia nietyle kraju, ile ludności jego. W tym celu budowała wspaniałe miasta, gdzie wrzało huczne życie; ono zaś z różnych powodów pociągało do siebie nomadów Numidji. Wesołe życie, wielkie bogactwa, tajemniczość kultu, polityczna zręczność Kartagińczyków i wreszcie piękność, swobodne obyczaje i przebiegłość kobiet tego miasta z biegiem czasu przywiązały do przybyszów, liczne szczepy koczowników, chociaż ich wodzowie rozumieli, że zdradliwa Kartagina wysysała ich krew i dobytek. Za swoje towary i złoto wyciągała ona ze wsi i koczowisk numidyjskich wszystko to, co produkowali ich mieszkańcy, a w wypadkach wojny rekrutowali z nich nieraz olbrzymie armje, dowodzone przez ostatecznie przekupionych i w ten lub inny sposób ujarzmionych królów i książąt numidyjskich.
Jak żarłoczne pająki ciągną się te ośrodki wpływów fenickich brzegiem morskim, broniąc dostępu innym ludom do krainy, wysysanej przez kupców i urzędników kartagińskich.
Takim był Tunis.
Z upadkiem Kartaginy, padło i to miasto pod ciosami zwycięskich Rzymian i prawie nic po Fenicjanach na powierzchni ziemi nie pozostało. Tylko w muzeach można znaleźć posążki bogini Tanit, trochę mozaik, trochę monet, klejnotów punickich i amfor szklanych.
Zupełnie tak samo jak w Kartaginie, nad dawną cywilizacją punicką, widocznie, w zasadzie obcą dla szczepów afrykańskich, legła potężna cywilizacja rzymska, przytłoczyła ją i zmiażdżyła.
Epoka fenicka wydaje się echem legendarnych czasów, natomiast głazy i kolumny rzymskiego forum, frontony jeszcze stojących świątyń, przemawiają do wyobraźni i myśli głosem zrozumiałym, głosem niemal dnia wczorajszego.
Przebiegając Tunis w różnych kierunkach, nigdzie nie można dojrzeć ruin punickich; znikły tak doszczętnie, że wydać się może, iż epoka Kartaginy, została zrodzona w fantazji poety.
Tymczasem, od Zaghuana, położonego o 60 kilometrów od Tunisu, ciągną się wspaniałe pomniki Rzymu, a pomiędzy niemi nieskończenie długi wiadukt; od niego pozostała teraz tylko majestatyczna brama, lecz dawne głazy i dawna myśl rzymska posłużyły współczesnym konstruktorom francuskim przy budowie wodociągu miejskiego.
Przy zakładaniu fundamentów nowych gmachów wynaleziono liczne zabytki sztuki rzymskiej i resztki wzniesionych przez nich budynków. Sale muzeum Alaui są przepełnione temi pamiątkami Rzymu.
Ogólne ważenie, jakie wywiera tubylcza dzielnica Tunisu, zmusza do porównania jej ze starem miastem tureckiem, przypominającem Trapizondę, lub inne miasta półwyspu Małoazjatyckiego. Takie same ważenia pozostają po Bizercie, i tylko Suss i Kejruan zachowały swój dawny, berberyjski charakter. Jednak w tubylczych dzielnicach Tunisu, w ich wąskich uliczkach, w ciemnych „suk“[109], w ukrytych wnętrzach domów płynie mało zmienione życie tubylców.
Ani Rzymianie, ani Turcy, ani pokrewni innym Semitom — Arabowie azjatyccy, ani nawet Francuzi, tymczasem zasadniczo nie zmienili psychologji mieszkańców miast Tunisji. Przyzwyczaili ich być może do niektórych nieznanych przedtem przedmiotów, zmienili w pewnym stopniu zewnętrzne formy życia płynącego po za obrębem domu, lecz nieprzejednana dusza Berberów pozostała taką, jaką była za czasów Hamilkara lub Asdrubala. Oni założyli w duszy i we krwi Berberów Tunisji swoją psychologję, główne zasady swego kultu, swoje przesądy, swoją magję. Te pozostałości punickie w dziwny sposób stopiły się z nauką Proroka i z tradycją muzułmańską, przeniesionemi tu przez Arabów i zatwierdzonemi przez nich ogniem i mieczem.
Pierwszą moją wycieczką było zwiedzenie portu. Od Tunisu do Gulety, ciągnie się tak zwana El-Bahira, czyli „małe morze“, zatoka o bardzo nieznacznej głębokości, przecięta sztucznym kanałem dla większych okrętów i stanowiąca cel zabiegów miejscowej francuskiej administracji. Jest to dość duży basen wodny, obfitujący w ryby. Wczesnym porankiem na brzegach El-Bahira, widziałem duże stada dzikich kaczek, a obok nich Perkoza dwuczóbnego (Podiceps Cristatus) i kilku Kormoranów (Phallocrocorax carbo) zajętych połowem ryb. Na brzegu stała para czerwonaków (Phoenicopterus rozeus), przypominających różowe kwiaty, wybujałe na tle czarnego błota.
Z drugiej strony Tunisu znajduje się jeszcze jedno wielkie jezioro Sedżumi. Jest to też zatoka, obecnie odcięta od morza i wypełniona tylko w pewne okresy wodą atmosferyczną, pod wpływem słońca w ciągu lata zupełnie znikająca. Gdy zwiedzałem to bagno, było pokryte białemi plamami soli; całe chmary ptactwa, przeważnie Kuligów różnego gatunku: Brodżce (Atcitis hypoleucos), Biegusy (Tringa variabilis), ostrygojady (Haematopus), mewy i śród nich, niby straż, — egipski czarny bocian (Ciconia nigra) żerowały na trzęsawisku.
W mieście zwiedziłem stary meczet Dżama Ez Zituna, założony w VIII-em stuleciu, lecz w ciągu swego istnienia podlegający wielokrotnym zmianom. Wśród nich największe wpływy pozostawiła sztuka turecka. Wszędzie kolumny o bizantyjskich głowicach, wysoki i imponujący minaret. Podług istniejącej legendy, pierwsi muzułmańscy zdobywcy, wznieśli ten meczet na miejscu dawnej świątyni chrześcijańskiej. Do tego meczetu należy Uniwersytet Koraniczny i kilka „medersa.“
Zwiedziłem jedną z nich i nauczony praktyką fezańską[110] poznałem się z pewnym „tolba“[111], który wydał mi się lepiej od innych mówiącym po francusku i sprytniejszym. Z tym studentem zwiedzałem Tunis i, posługując się nim, prowadziłem rozmowy i robiłem spostrzeżenia po „suk,“ kawiarniach, zajazdach i jadłodajniach tubylczych.
W pobliżu meczetu zaczyna się olbrzymia dzielnica „Suk,“ czyli handlowa. Część „suków,“ przedstawia wąskie uliczki z licznemi drobnemi sklepikami po obydwuch stronach, inne, — długie szopy z oknami w pułapie, lub obszerne hale, gdzie mieszczą się duże wspaniałe składy i drobne sklepiki i stragany. Każda branża handlu i przemysłu stanowi swój własny cech, mający swoje oddzielne miejsce w handlowej dzielnicy. Niektóre z tych suków i cechów zjawiły się tu jeszcze w XIII-ym wieku.
Zwiedzałem suki krawców i szewców, jubilerów, tkaczy, rymarzy; zwiedziłem położony wśród jednego z suków mały placyk, gdzie jeszcze przed pół wiekiem mieścił się rynek niewolników; przeszedłszy około grobowca jakiegoś świętego, trafiłem do suk perfumerów, gdzie bardzo elegancki i tajemniczy kupiec — Arab zaprosił mnie do swego sklepu.
Wyszukaną francuszczyzną oznajmił, że jest głównym dostawcą panującego Beja tuniskiego — Sidi Mohammed El Hadi, na dowód czego pokazał mi wielki portret władcy, zrobiony przez francuskiego fotografa. Opowiadając o życiu Beja, czego nie powtarzam, nie będąc pewnym, czy uprzejmy kupiec nie fantazjował, Arab zaproponował mi flakon wonnego olejku, używanego na dworze władcy. Nabyłem małą buteleczkę za czterdzieści franków, lecz moja żona, której podarowałem to „perfum Beja“ — nie była niemi zbytnio zachwycona.
Wiedząc jak trudno jest zdobyć portrety osób panujących w krajach muzułmańskich, namówiłem kupca aby mi sprzedał portret Sidi Mohammed El Hadi. Zdarł za niego straszliwie, lecz sprzedał.
Przebiegając dzielnicę „suków“, widziałem dużo bardzo pięknych sklepów, ozdobionych od frontu kolumnami, nieraz pochodzącemi z ruin kartagińskich i rzymskich, misterną rzeźbą w drzewie, i malowniczo udrapowanych makatami.
Pałac Beja, mieszczący się niedaleko starej kasby, nie zachwycił mnie, gdyż widziałem stokrotnie piękniejsze rzeczy na południu Hiszpanji i w Marokku. Niedaleko pałacu oglądałem kilka meczetów o ośmiograniastych minaretach i posiadających bogate i w dobrym stylu utrzymane ozdoby zewnętrzne.
Francuskie miasto wywiera bardzo przyjemne wrażenie swojemi szerokiemi ulicami i obfitością parków i bulwarów, a także pięknemi gmachami, szczególnie zaś pałacem Protektoratu francuskiego, otoczonym gęstą i wspaniałą roślinnością. Tunis, po zwiedzeniu obydwuch jego dzielnic, pozostawia wrażenie miasta wyjątkowo ożywionego i wesołego.
Przeważną część ludności europejskiej stanowią Włosi, przybywający przeważnie z sąsiedniej swej afrykańskiej kolonji — Trypolitanji, a korzystający ze szczególnych praw autonomicznych w gminie miasta Tunisu.
Spotkałem tu kilku Włochów i miałem z nimi rozmowę; z niej wyciągnąłem pewne wnioski. Nie wiem, czy przekonania tych panów odpowiadają całej włoskiej kolonji Tunisu, lecz wyczułem niechęć ich do administracji francuskiej i źle ukrywane marzenia o przyłączeniu Tunisji do Trypolitanji. Moi Włosi bardzo się cieszyli z powodu agitacji, prowadzonej w kraju przez „Młodo-Tunisjan“, znajdujących się pod wpływem „Młodo-Turków“ i separatystów egipskich.
Najciekawszą częścią mego pobytu w Tunisji był czas, spędzony z moim „tolba“ wśród miejscowych muzułman, ponieważ od nich dowiedziałem się o wewnętrznem, ukrytem przed oczami Europejczyków, życiu społeczeństwa tubylczego.
Muzułmanie Tunisji są podzieleni na liczne organizacje religijne, kierowane przez Szeichów, posiadających swoich zastępców po całym kraju, gdzie się werbują tak zwani „khuani“[112] — bracia oraz „khuanat,“ siostry bractwa religijnego.
Wszystkie te organizacje posiadają znaczne kapitały, składające się z podatków, wnoszonych przez ich członków, utrzymują swoje świątynie i instytucje dobroczynne. Każda organizacja całkowicie podlega rozkazom Szeicha. Podczas wielkich wystąpień politycznych i powstań, bractwa religijne zwykle odgrywają wielką rolę i wysuwają swoich wodzów.
Bractwa pozostają między sobą nieraz w bardzo wrogich stosunkach, lecz w chwili ogłoszenia świętej wojny, łączą się z sobą i stanowią wtedy znaczną siłę. Bractwa te są właściwie sektami Islamu i zjawiły się w zaraniu kultu, gdy liczni prorocy i uczeni w różny sposób tłumaczyli pewne części Koranu.
Do połowy XIX-go stulecia rozpadnięcie się Islamu na podobne sekty trwało bez przerwy, osłabiając i rozbijając go, z czego naturalnie korzystała biała rasa dla swoich celów.
Jednakże od czasu do czasu któraś z takich sekt wysuwała swego „Mahdi“, czyli świętego wodza, a ten zawsze umiał połączyć, jeżeli nie wszystkie, to znaczą część sekt, w jedną masę, protestującą i przysparzającą Europejczykom niemało kłopotów.
W Tunisji istnieje cały szereg bractw, jak naprzykład: Snussia, Aissaua, Tidżania, Rahmania, posiadająca też sekcję kobiecą, założoną przez pewną Francuskę, nawróconą na Islam; ta sekta przyjmowała zawsze udział we wszystkich powstaniach przeciwko Francuzom; Czadelia, założona przez świętego, który nigdy nie spał, stale pijąc mocną kawę; kobiety muzułmańskie w Tunisji z tego powodu nazywają kawę — Czadelia; wroga Europejczykom sekta Derkaua, założona w 1826 roku, łączy w potężną organizację żebraków-włóczęgów i propaguje anarchję; Kadria, mająca za swoje „credo“ frazes: „Niema Boga nad Boga Allaha“, powtarzany 165 razy po każdej z pięciu codziennych modlitw obowiązujących.
W pierwszym tomie mojej podróży po Afryce Północnej opisywałem sektę Aissaua; sekta ta jest najbardziej pokojowo usposobiona ze wszystkich sekt afrykańskich i jej szejchowie bardzo chętnie

dopuszczają Europejczyków na swoje zebrania, chociaż są zasadniczymi wrogami naszej cywilizacji.
TUNIS. SIDI BEN AROUS

Mój „tolba“ zaprowadził mnie właśnie na religijne zebranie Aissaua.
Szeich już zdążył odczytać kilka wersetów Koranu i zebrani, oparci plecami o ściany domu, powtarzali bez przerwy sto razy frazes: „La Illah Illa Allach u Mohammet Rassul Allach, Allach Akbar“[113].
Po skończonej modlitwie pobożni odśpiewali coś chórem, a wtedy zaczęły grać instrumenty orkiestry. Szeich przy dźwiękach coraz bardziej i bardziej głośnej i szybkiej muzyki zaczął wykonywać jednostajne ruchy głową, rękami i nogami, a za nim ruchy te powtarzali wszyscy obecni. Po pewnym czasie niektórzy z wiernych zaczęli słaniać się i padać, a wtedy ich podnoszono i zmuszano do stania i rozpoczynania na nowo. Po dłuższym czasie część sekciarzy leżała na ziemi, pogrążona w omdleniu lub śnie, inni zaś z pianą na ustach i z obłędem w oczach zaczęli krzyczeć i miotać się. Wtedy szeich zaczął podawać im kawałki szkła, gwoździe, skorpiony, małe węże; wszystko to sfanatyzowani sekciarze połykali natychmiast. Inni znowu nożami zadawali sobie rany w głowę i piersi, wbijali szpilki w policzki i szyję, lub padali na ziemię i tarzali się po kłujących liściach kaktusów. Trwało to dość długo w zaduchu ciasnej izby, wśród wyziewu potu ludzkiego i dymu palących się kadzideł, aż szeich zaczął czytać wersety Koranu; wtedy ucichła muzyka i wszyscy się uspokoili i oprzytomnieli; całując rękę lub połę burnusa szeicha, wierni opuszczali dom, gdzie gnieździła się jakaś choroba, której złych duchów należało wypędzić modłami i umartwieniami ciała, stosowanemi w sekcie Aissaua.
Cała ludność Tunisji, jak zresztą i całego Mahrebu, należy do tej lub innej sekty, ponieważ Tunisyjczycy wierzą, jak dowodzi p. R. Bouquero de Voligny[114], że „ten, kto niema swego szeicha, ma za szeicha djabła“.
Zwiedzając dzielnicę tubylczą, spostrzegłem tu jedną charakterystyczną odmianę w strojach kobiecych. Niewiasty tunisyjskie noszą przeważnie barwne burnusy lub białe, lecz zasłony na twarzach mają zawsze czarne. Wydawało mi się, że to maski karnawałowe z jakiemiś tajemniczemi wrogiemi zamiarami, ukrywając coś w fałdach szerokich szat, suną wąskiemi uliczkami miasta, lub w półmroku „suków.“
„Tolba,“ towarzyszący mi, opowiadał, że wśród kobiet Tunisu przechowuje się starożytna magja, uprawiana tu według dawnych przepisów i tradycyj.
W jednym z „suków“ tolba wynalazł mały sklepik koszykarski, gdzie zastaliśmy starego Berbera, słynącego w Tunisie za najlepszego znawcę talizmanów i zaklęć. Zabrawszy go z sobą do sąsiedniej kawiarni i nabywszy od niego talizman w postaci starej monety rzymskiej, pokrytej nadrapanemi znakami magicznemi, zacząłem go wypytywać o szczegóły jego praktyki; zaskarbiłem też sobie jego serce opowiadaniem o magji, uprawianej przez lamów buddyjskich.
Staruszek podał mi kilka „niezawodnych“ recept magicznych.
Dlatego, żeby posiać, naprzykład, niezgodę pomiędzy małżeństwem, należy podczas snu tych dwojga ludzi umieścić pomiędzy nimi trochę żółci zielonej jaszczurki.

Zrozumiałem, że gorycz i kolor żółci stały się logicznym podłożem tej recepty.
TUNIS. SOUK-EL-BELAT

Dla przyspieszenia porostu brody i wąsów dostatecznem jest rozdusić i rozetrzeć motyla na twarzy.
Bardzo interesującą wydała mi się recepta, służąca do ujarzmiania złych duchów „dżinnów“ i zmuszenia ich do służby człowiekowi. Czarownik bierze w tym celu roślinny barwnik — hennę, szczyptę soli, trochę kaszy od siedmiu kobiet, mających po jednem dziecku od jednego męża, miesza to wszystko i dodaje benzoesu, paląc potem całą mieszaninę w kociołku na węgiel[115].
Otrzymawszy od czarownika ten preparat, klient powinien iść do łaźni, rzeźni, na rynek zboża, do studni i na skrzyżowanie dróg, słowem do miejsc, zwykle uczęszczanych przez złe duchy, rozrzucić tam węgiel, prosząc „dżinnów“, aby przyszły i pomogły mu. Jest to potężna magiczna operacja, którą należy czynić, stojąc twarzą na „gibla“ czyli w kierunku Mekki.
Lecz tego mało! Należy dobrze się przygotować, aby być silniejszym od „dżinnów“, zawsze czyhających na zdrowe i życie człowieka. Potrzebne jest dla tego „riada“ — przejście przez szereg umartwień; „riada“ posiada cały szereg stopni, — pierwszym jest — samotność i milczenie, drugim — ciężkie życie w pustyni, i wreszcie trzecim — przebywanie przez trzy dni w jaskini, gdzie, jak wiadomo, zawsze mają swoją siedzibę duchy.
Skropienie wodą, w której obmyto przedtem nieboszczyka, przeszkadza dziewczynom do wyjścia zamąż. Żeby zrzucić z siebie to zaklęcie, dziewczyna powinna o wschodzie słońca zanurzyć się w siedmiu falach, pijąc po trochę z każdej, a później iść do lasu, dźwigając na głowie koszyk z ziemią lub piaskiem z cmentarza. W lesie, dziewczyna przerywa dno kosza i wsuwa w niego głowę. Wyszedłszy z lasu, należy spalić cuchnące wonności magiczne: siarkę, wełnę, rogi lub włosy, czyniąc to wszystko w głębokiem milczeniu. Fale mogą być zastąpione, w miejscach oddalonych od wybrzeży morskich, przez studnie, do których nigdy nie zagląda słońce[116].
Stary czarownik opowiedział mi, że serce jastrzębia owinięte w skrawek skóry hieny, gdy na skórze umieszczone są znaki imion księżyca, oraz rysunek psa, trzymającego się za ogon, stanowi talizman, ujarzmiający psy, ażeby nie szczekały na posiadacza tego magicznego przedmiotu.
Czarownik pokazywał mi torebki z różnemi, magicznemi proszkami.
— Tu są oczy raka, kotki i nietoperza — silne środki czarodziejskie — objaśniał. Jeżeli je zmieszać z solą lub antymonem i przyjąć w godzinie przedświtu, dają one możność widzenia różnych duchów i zadawania im pytań. Tu jest serce szakala i sowy, wysuszone, zmielone na proszek i zaszyte w torebce ze skóry lwa; człowiek noszący te „nufra“[117], może się nie obawiać ani złych ludzi, ani duchów, ani dzikich zwierząt. Jeżeli nosi się „nufra“ z proszkiem żółci czarnej kury, czarnego kota, jaskółki i czarnego byka, zmieszanemi z henną lub antymonem — oczy nabierają zdolności widzenia w nocy tak samo, jak w biały dzień. Gdy człowiek chce zostać niewidzialnym i niesłyszalnym dla wszelkich istot żyjących, należy po długiej modlitwie i „riada“[118] włożyć w zwoje turbana woreczek ze skóry szakala, zawierający proszek z mózgu małpy, jastrzębia, czarnego koguta, dudka[119] i nietoperza, a skropionych wodą z aloesem i wanilją. Zażywszy szczyptę proszku z wysuszonych oczu jeża, sowy i dudka, zmieszanych z „hedtda“[120] człowiek może dojrzeć wodę, płynącą głęboko pod korą ziemi.
Razem ze starym czarownikiem zwiedziłem raz jeszcze „suk“ perfumerów, gdzie magowie tunisyjscy nabywają potrzebne dla ich praktyki wonności: czarny i biały benzoes, przywożoną z Sudanu smołę elemi, aloes, koriander, smołę libijską i mirrę.
Jak wskazuje E. Doutté, najbardziej rozpowszechnionym podręcznikiem dla magów afrykańskich, jest księga Ibn El Hadż, który podaje w niej tablicę dwunastu wonności magicznych, zniewalających duchy, okadzane ich dymem, do służenia ofiarodawcom. W tej farmakopei, śród nieznanych substancyj znajdujemy: indyjski nard, różę, piżmo, kamforę i szafran. U tych perfumerów nabyć też można większość magicznych proszków, przygotowywanych ze spalanych części zwierząt i ptaków, a także tajemniczy perski korzeń mandragorę i „Et tebkhira elkhanza“ — wonności wstrętne, odganiające duchy.
„Tolba“ zaprowadził mnie na koniec dzielnicy arabskiej i pokazał mały domek, gdzie mieszkała Arifet. Była to czarownica sudańska, jedna z czterech, o których pisze p. R. Bouquero de Voligny[121], dodając, że w szeregach ich klientów i klientek spotkać można nawet Europejczyków. Autor ten opisuje, że czarownice wpadają w ekstazę, grając na trąbach, bijąc w bębny i tamburyny — i upajając się dymem wonności.
Każdego roku w jesieni, czarownice odbywają pielgrzymkę w miejsca bagniste, gdzie się gnieżdżą ropuchy i żółwie.
Arifet ofiarowuje im jaja pomalowane na czerwono, specjalnie przyrządzony groch i ciastka. Jeżeli zwierzę weźmie poczęstunek z rąk czarownicy, uważana jest za najbardziej umiłowaną przez złe duchy. Mój „tolba“ opowiedział mi, że czarownice mają szczególne powodzenie śród kobiet i najwięcej zarabiają na „lubczykach“, na które się składa wysuszony mózg hieny, pobudzający miłość, z tego powodu Berberki nazywają szaloną miłość imieniem hieny — „deba“. Arifet ochraniają dzieci od złego oka a mężów — od niewierności żon; od pierwszego chroni zawiązanie węzła na włosach matki lub brodzie ojca, od drugiego — zawiązanie węzła na... biczu lub uździe.
Krew, zmieszana z miodem, śliną i solą, zapewnia kobiecie powrót ostygającej miłości męża lub kochanka. Tunisyjskie czarownice są najlepszemi podobno znawczyniami magicznej siły „khatemów“, czyli drogich kamieni. One wiedzą nie gorzej od średniowiecznych alchemików, że brylant leczy od wszelkich chorób; topaz — od żółtaczki; krwawnik — od bólu zębów, krwiotoków i od niepowodzenia w sprawach, jednocześnie zapewniając długie życie; „kocie oko“ czyni wojownika niewidzialnym w bitwie; turkus pomaga na oczy i jest źródłem obfitości mleka u matek, karmiących dzieci; rubin wzmacnia serce i chroni od cholery i dżumy; szmaragd zabezpiecza od jadu węży i skorpionów, lecząc jednocześnie epilepsję. Przy przyrządzaniu talizmanów, Arifet posługują się figurą przedstawiającą gwiazdę Salomona.
Czarownice sudańskie prowadzą na szeroką skalę handel koszulami i zawojami, pokrytemi znakami magicznemi, a służącemi jako talizmany.
Ciekawym jest fakt, że na swoich talizmanach Arifet często piszą niezrozumiale słowa: „malakain, barakain“[122] i inne; niektóre z tych słów, jak naprzykład, wymienione wyżej, są pochodzenia fenickiego. Jednakże najsilniejszem zaklęciem i talizmanem jest „khankatiriya“, w pospólstwie nazywane „knikiatrja.“
O tem zaklęciu pisał cały szereg folklorystów europejskich, a p. E. Doutté przytacza jego receptę z jakiejś księgi arabskiej.
Jest to dość ponury talizman, noszący na sobie wszelkie ślady krwawych ofiar, cechujących kult fenicki. Należy wziąć czarne zwierzę bez najmniejszej białej plamy, trzymać je w domu i tuczyć podczas trzydniowego absolutnego postu właściciela. Po upływie tego terminu czarownik powinien wypowiedzieć 21 razy bardzo powikłane i niezrozumiałe zaklęcie, a później, obróciwszy się na wschód, przeciąć gardło ofierze jednem ostrzem, a drugiem — brzuch, wykrzykując przytem kilkakrotnie słowo „khankatiriya“; zabite zwierzę zostaje umieszczone w jednem naczyniu wraz z trzynastu zarżniętemi jaskółkami; należy zamazać otwór naczynia gliną i postawić na ognisko. Gdy wszystko się spali na węgiel, ostrożnie otworzyć naczynie, bacząc jednak, aby dym nie trafił do oczu, ponieważ natychmiast powoduje ślepotę. Po ostudzeniu zawartości należy ją rozetrzeć na proszek, wykrzykując słowo „khankatiriya“. Ten proszek używa się dla wszelkich talizmanów i amuletów i w zależności od zastosowania tych lub innych zaklęć, może przywołać na pomoc dobre duchy, lub złe.
„Tolba“ opowiadał mi dużo o różnych przesądach i wierzeniach Berberów tunisyjskich, a śród tych przesądów znalazłem zabobony, przechowywane do dnia dzisiejszego w Europie.
Berberowie tak samo, jak i my — myśliwi, wierzą, że czeka ich niepowodzenie, gdy przy wyjściu z domu przed podróżą lub polowaniem, spotkają starą kobietę. Wnosząc się do nowego mieszkania, stawiają w niem jedzenie, jako ofiarę dla duchów danego miejsca.
Razem z „tolba“ odbyliśmy wycieczkę do Sidi Fethallah. Jest to mała wioska, gdzie mieszkał niegdyś słynny marabut; zanosił on modły do Allaha, wchodząc na skałę, znajdującą się w pobliżu. Skała ta jest obecnie każdego piątku miejscem pielgrzymek kobiet, proszących o płodność, lub dziewczyn, zamierzających wyjść zamąż, a obawiających się największego nieszczęścia w małżeństwie muzułmańskiem — braku dzieci. Pochyła skała jest zupełnie wypolerowana jak marmur i śliska jak szkło; pochodzi to od tego, że kobiety, pół obnażone, kładą się na tę skałę i trzy razy staczają się z góry na dół.
Gdy patrzyłem na tę wygładzoną skałę, otoczoną dzikim zabobonem, przypomniałem sobie kilka starych świątyń w Azji, gdzie błagające o płodność kobiety, dotykały palcami niektórych kolumn, a że ten zwyczaj trwa od kilkunastu wieków, palce kobiet wyżłobiły w kamieniu głębokie na stopę wklęśnięcia. Przypomniałem sobie też kult czarnego kamienia, który z głębin Azji wynurzył się na brzegi Morza Śródziemnego, przywędrował do Afryki, a stąd wdarł się nawet do Rzymu. Są to przejawy kultu fallicznego, objawiającego się w różnych krajach w różnych formach. Ekstaza, w jaką wpadają niektóre kobiety, odwiedzające Sidi Fethallah, — i słowa, wykrzykiwane przez nie, świadczą o tem najlepiej.
„Hakim“, czyli znachorzy, są tu ścigani przez władze francuskie, jak zresztą w całym Mahrebie, lecz wypadki leczenia przez nich chorych, bądź co bądź się zdarzają. Najczęściej jest to przyrządzanie szkaplerza z zaszytą w nim modlitwą lub zaklęciem; szkaplerz nosi się na chorej części ciała; czasem stosowane bywa gotowanie w wodzie papierka z zaklęciem i zażywanie tego „ekstraktu modlitwy“ przez pacjenta[123].
Choroby oczu, tak bardzo rozpowszechnione na wschodzie, znachorzy leczą zaklęciami, znakami magicznemi, przedstawiającemi imiona duchów, lub zawieszeniem przed oczami chorego kawałków czerwonej tkaniny. Należy zauważyć, że mieszkańcy Tunisu, już obeznani z potęgą medycyny europejskiej, chętnie zwracają się do francuskich lekarzy, lecz jednocześnie korzystają z porady swoich czarownic lub „hakimów.“ W takich razach leki czarowników zwykle mają dobry skutek.
Z rozmów z „tolba“ wywnioskowałem, że tolerowana przez Islam magja, posługująca się magiczną siłą 99 imion Allaha, czyli tak zwana „joksza“, uprawiana w Marokku, — w Tunisji nie jest w użyciu. Tu posługują się raczej magją czarną i sudańskie „Arifet“ są najbardziej jaskrawemi jej adeptkami.
Kiedy zwiedzałem port Gulettę, poznałem się z rybakiem, który miał na piersiach talizman, dający posiadanie skarbów, czy to ziemi, czy też morza; jest to tak zwany „terbi“. Gdym oglądał mały skórzany woreczek z wypalonemi na nim znakami magicznemi, rybak opowiedział mi, że przybył tu z Algierji przed dwudziestu laty i pierwszego dnia połowu ryb, przy obiedzie, zjadł głowę dorady; od tego czasu pozostał, widocznie, na zawsze w Tunisji. Podobno istnieje nawet przysłowie ludowe, głoszące, że: „kto zje głowę dorady, złapanej w wodach Tunisji, ten nigdy tego kraju nie opuści“.
Ta czarna chmura zabobonów, przesądów i wpływów magji wkradła się we wszystkie przejawy życia tubylczego. Z taką łatwością obserwowana nawet w Tunisie, tuż pod bokiem cywilizowanego Beja i administracji francuskiej, — magja nieograniczenie panuje na południu, w Kejruanie, Sussie i w koczowiskach południowych szczepów.
Tradycyjne życie tubylców Tunisji prawie niczem się nie różni od życia innych szczepów berberyjskich, zamieszkujących Algierję i Marokko. Są odmienne rysy w obrządkach ślubnych i pogrzebowych, lecz różnica jest bardzo drobna i nie zasługująca na szczególną uwagę; jedna tylko okoliczność uderzyła mnie: Kobieta tunisyjska jest niezawodnie bardziej samodzielna w Tunisji, niż w innych krajach Mahrebu, zdradzając, być może bezwiednie dążenie do życia społecznego i nawet politycznego. Zdarzały się wypadki udziału kobiet w wyborach władz miejskich, zjawienie się kobiet nauczycielek i dość rozpowszechniony udział ich w sektach religijnych i w życiu poza domem, czego nie spotka się nigdzie, ani w Algierji ani w Marokku, bo w tych krajach podług tradycyj kobieta żyje dla męża, dla dzieci i dla domu — wyłącznie i niepodzielnie.
Kobiety — Marabuty i Szeichi nieraz spotykano w Tunisji, kobiety śpiewaczki uliczne i kierowniczki chórów i orkiestr są znane w stolicy kraju i w innych miastach.
W pewnej kawiarni tubylczej w Tunisie widziałem orkiestrę i chór, pod kierownictwem kobiety. Była to trupa „arifa“, wykonująca tańce ekstatyczne, pochodzące z meczetu Sidi Saad z okolic Tunisu. W tych tańcach biorą udział mężczyźni i kobiety. W kłębach dymu palonych kadzideł, tancerze najpierw śpiewają, wykonując cały szereg ruchów, które stają się coraz bardziej i bardziej szybkie i namiętniejsze. Wtedy tańczący dzielą się na pary; mężczyzna i kobieta przyciskając się do siebie twarzami, narzucają sobie na głowy kawałki czerwonej tkaniny i w takt muzyki uderzają nogami o ziemię, wykonując jednocześnie bardzo ożywione ruchy ramionami. Oprócz szybkiego tempa, z łatwością doprowadzającego do ekstazy, a nieraz nawet do stanu hypnotycznego, działa też dym odurzającego kadzidła, nazywanego „gadżidżi.“
Zwiedzając miejsca, gdzie mogłem zauważyć wielkie zgromadzenie tubylców, uderzyła mnie ta okoliczność, że mieszkańcy Tunisu żywo się interesują sprawami politycznemi. Zwiedzając te miejsca nie z „tolba“ lecz z przewodnikiem Hiszpanem, dobrze mówiącym i rozumiejącym po arabsku, dowiedziałem się, że Tunisjanie bacznie śledzą za wszystkiemi wypadkami, jakie zachodzą w Egipcie, Turcji i na północy Marokka, gdzie rozpoczął szaloną wojnę Abd El Krim; rozmawiali o tem głośno, wyrażając swój zachwyt z powodu zwycięstwa wodza Riffenów[124], drwiąc ze wszystkich Europejczyków i żywiąc nadzieję, że prędko nastąpi czas, gdy zjawi się nowy „mahdi“, czyli „wódz doby“; on podniesie zielony sztandar Proroka i wypędzi wszystkich „berrania“, czyli cudzoziemców z krajów, gdzie wierni wysławiają imię Allaha i jego Proroka.
Zaciekawiony przejawami takiej ksenofobji[125], postarałem się zajrzeć trochę w tę sprawę. Miałem w tej kwestji bardzo długą rozmowę z człowiekiem obznajmionym z sytuacją polityczną. Niestety, nie mogę, na prośbę mego znajomego, wymienić jego nazwiska.
— Mamy tu w Tunisji zmniejszający się liczebnie z każdym rokiem, element rozsądny i konserwatywny — mówił. — Są to starzy i majętni ludzie, którzy nietylko nie ujawniają wrogich dla Europejczyków uczuć, lecz nawet starają się zbliżyć do nich, o ile pozwala na to nauka Proroka; zresztą dobrze oni pamiętają zasadę Islamu, uznającego chwilowe poddanie się sile. Inny element stanowią Młodo-Tunisjanie, którzy są w ścisłej łączności z Młodo-Algierczykami i Młodo-Turkami. Dziwna rzecz! Jest w tem jakaś Nemezis dziejowa, gdyż ci Młodo-Tunisjanie są to ludzie wolnych, inteligentnych profesyj, a więc ci, których stworzyła cywilizacja europejska. Europejska nauka odkryła przed nimi nowe horyzonty i dała im pewność, że oni sami już potrafią skierować życie swego narodu ku dobrobytowi, szczęściu i państwowej niezależności. Podobnie jak Młodo-Turcy dążą oni do odrodzenia dawnego imperium Islamu, w czem dopomagają im autonomiści egipscy. Istnieje jeszcze jeden element najbardziej niebezpieczny, ponieważ zupełnie nieobliczalny i nieodpowiedzialny. Jest to organizacja religijna Snussia; do niej należy ciżba miejska, proletarjat wiejski i pół-dzicy koczownicy.
— Prosiłbym pana o szczegóły dotyczące tej sekty! — rzekłem, zwracając się do mego rozmówcy.
— Snussia zrodziła się w Algierji w końcu XVIII-go wieku i od tego czasu liczy największą ilość zwolenników i współwyznawców; posiada z górą 300 własnych świątyń, rozrzuconych po całym świecie muzułmańskim — w Mahrebie, Egipcie, Turcji, Kurdystanie, Arabji, Persji, Afganistanie, w dolinie Gangesu i nawet w Chinach, mając dużo adeptów wśród muzułman Rosji. Wpływy tej sekty są nieograniczone, co czyni z niej, wobec żywionych przez nią wrogich uczuć do cudzoziemców, najbardziej niebezpieczną organizację. Uważa ona za swoich wrogów nietylko Europejczyków, lecz nawet tych władców muzułmańskich, którzy podtrzymują z chrześcijanami stosunki polityczne. Stronnicy sekty Snussia, są fanatykami i zwolennikami panislamizmu, bardzo umiejętnie prowadzą intrygę antyeuropejską i niewidzialnie przyjmują udział we wszystkich zaburzeniach przeciwko białej rasie skierowanych; jednocześnie propagują masową emigrację muzułman z pod władzy europejskiej do posiadłości tureckich lub perskich, zwiększając tam zastępy ludzi, najłatwiej werbowanych do wojska. We wszystkich dawnych powstaniach w afrykańskich kolonjach Francji odczuwać się dawała ręka sułtana konstantynopolskiego, oraz kierowników sekty Snussia, mających swoją siedzibę w oazie Kuffra. Młodo-Tunisjanie i Młodo-Algierczycy, zapomocą agentów Snussia, starają się zdyskredytować władze francuskie i siać niezadowolenie w masach ludności tubylczej, nawołując jednocześnie do połączenia się wszystkich muzułman dla walki o wolność. W tym celu Młodo-Tunisjanie żądają większego udziału w administracji, szkolnictwie i w urzędach krajowych.
— W sytuacji, przedstawionej przez pana, czuliby się doskonale agenci bolszewizmu, korzystający niezmiennie ze wszystkich zaburzeń politycznych i społecznych! — zauważyłem.
— Tego nowego wroga mamy już przed sobą! — przerwał mi mój znajomy. — Już się liczymy z nim, lecz niestety nie prowadzimy przeciwko niemu otwartej walki. Moskwa przysłała do Turcji całe zastępy swoich agitatorów, pochodzących ze szczepów muzułmańskich, zamieszkujących Rosję nadwołżańską lub Syberję. Mamy wiadomości, że są to ludzie, którzy pokończyli szkoły propagandy politycznej, lub też akademję wojskową w Kazaniu. Oni to przynieśli tu bolszewizm z jego ideologją, którą zrodzić mógł wyłącznie mózg wschodniego koczownika. Skłonny do mistycyzmu umysł narodów Wschodu, zdolnych do tworzenia przeróżnych herezyj i sekt, mógł doprowadzić znane już w Europie ideały wolności, równości i braterstwa, praw człowieka i obywatela, do absurdu, jakim jest bolszewizm rosyjski. Komunizm nie jest obcy szczepom, gdyż jest on pozostałością dawnych ustrojów patryarchalnych, a ślady ich nietylko spotykamy śród koczowników, lecz nawet wśród osiadłych Berberów-rolników.
— Dobrze znam bolszewizm — rzekłem — i jego propagandę wśród ludów nieeuropejskich, naprzykład, w Azji, z czem stykałem się bardzo blisko i często. Ci zwiastuni komunizmu przychodzą do narodów niecywilizowanych wcale nie z ideami komunizmu, ponieważ mogłoby to przestraszyć muzułman, szanujących własność prywatną i stare tradycje rodzinne i religijne; komuniści przychodzą do nich z hasłami walki o wolność, walki przeciwko białej rasie, — wskazując i podkreślając wszystkie, nie dość dobrze obmyślane przez administratorów europejskich zarządzenia, które mogą być wytłumaczone jako zamach na wolność, wiarę i majętność ludów i szczepów kolorowych.
— Tem gorzej! — zawołał mój znajomy. — Właśnie dlatego znajdują oni posłuch u Młodo-Tunisjan i u sekty Snussia.
Zwiedzając Tunis, moje wprawne oko, które tyle razy w życiu i przez tak długi czas, spotykało się z działalnością komunistycznych agentów w obcych krajach, dojrzało kilka typów, kręcących się wszędzie, zupełnie tak samo, jak to w swoim czasie obserwowałem w Fezie[126].
Robiąc wycieczki po mieście i okolicach, a także zagłębiając się na południe, zrobiłem spostrzeżenie, że francuskie władze dokonały wielkiego dzieła cywilizacyjnego w tym kraju. Północna część jego przedstawia całkowicie europejską kolonję; wszędzie rozrzucone są posiadłości plantatorów, ich białe wille, uprawne pola, pracujące traktory, wielolemieszowe pługi i inne najbardziej współczesne maszyny rolnicze; wspaniale utrzymane gaje oliwne, sady owocowe, ogrody warzywne, drogi żelazne przecinające kraj od Tunisu do górzystej Hamady, do Suss i, aż do El Udian, gdzie się zaczynają tak zwane „szotty“, czyli słone, wysychające jeziora, oderwane niegdyś od morza; kolej, przechodząca wybrzeżem od Tunisu przez Sfax do portu Gabes, za którym zaczyna się już wschodni Erg z jego diunami; starannie utrzymane szosy, mosty i obfitość studni, rozrzuconych po całym kraju, a dających nadzieję rozwoju rolnictwa w miejscowościach, uważanych dotychczas za niezdolne dla kultury, — wszystko to dowodzi, że Francuzi dokonali tu wielkiego wysiłku myśli i czynu.
Tubylcze wioski, rozrzucone na północy, wyglądają jednak bardzo ubogo. Są to raczej jakieś schroniska tymczasowe, złożone z kamieni, zcementowane gliną, a pokryte czerwonemi dachówkami. Objaśnia się to tem, że ludność tych wiosek pracuje po miastach i plantacjach. Bielejące tu i owdzie kubby i zauje posiadają kopuły, lecz nie mają narożnych wieżyczek i zębów na murach, czem się różnią od podobnych świętych miejsc, zwiedzanych w Marokku i Algierji.
Tuż obok wysokiej kultury francuskiej i najbardziej współczesnych urządzeń, te budynki pietyzmu muzułmańskiego wydają się anachronizmem; jednak ludność północnej Tunisji, chociaż już przyjęła zewnętrzne, a nie zawsze najlepsze obyczaje Europejczyków, czci te miejsca, a Francuzi ochraniają je.
W Tunisie i w innych północnych miastach, daje się zauważyć proletaryzacja miejscowych Arabów i Berberów, a ta nowa klasa społeczna niezawodnie sprzyja rozwojowi wszelkich intryg politycznych, odbywających się na terenie Tunisji.
Być może, że z łona tubylczego proletarjatu wyszedł obcy dla kobiety muzułmańskiej specyficzny feminizm tunisyjski, jeszcze tymczasem ukryty za czarną zasłoną, noszoną na twarzach kobiet, — lecz już dający się wyczuć w niektórych przejawach życia kraju, a szczególnie w agitacji Młodo-Tunisjan i organizacjach religijnych.
Tunis tubylczy jest w znacznym stopniu zmodernizowany pod względem zewnętrznych form, używania strojów i psychologji, lecz zdaje się nie należy upatrywać w tem asymilacji.
Historja daje przykłady nieco oziębiające.
Fenicjanie w swojej epoce zyskali sobie sporo zwolenników nietylko wśród rodów panujących i arystokracji miejscowej, lecz nawet wśród całego szeregu szczepów okolicznych, wnieśli swoją kulturę, a swój kult Baala i Astarty zakorzenili głęboko w duszach ludności; Rzymianie dali całemu krajowi wielką kulturę materjalną, zabezpieczającą szczepom dobrobyt; budowali akwedukty, studnie i drogi, ustalili prawo i ład wewnętrzny, a jednak przy pierwszej sposobności tubylcy powstali przeciwko władzy Rzymu, zburzyli wielkie dzieło potężnego Imperium i jego poprzedniczki Kartaginy, grabiąc miasta i świątynie i w ciągu wieków biorąc z tych ruin piękne kolumny korynckie i mozaiki, marmur i onyx na budowę swoich świątyń, pałaców i „suków“ handlowych.
Niezawodnie, że tubylec tunisyjski, szczególnie na północy, widząc swoją korzyść ze współpracy z Francuzami, nie wyrywa się tymczasem z pod reguły prawa obowiązującego, jednak dusza jego nie jest inną od duszy przodka numidyjskiego, burzącego i palącego Kartaginę fenicką i Kartaginę rzymską.
Już w Suss i Kejruan południowi koczownicy i rolnicy żyją własnem życiem, przechodząc obok cudzoziemców obojętnie. Jednak pod wpływem agitacji politykujących Tunisjan i intryg sekty Snussia, obojętność ta, jak zwykle bywa w krajach muzułmańskich, skłonnych do fanatyzmu, z łatwością może przejść w stosunek wrogi.

Należy w każdej chwili pamiętać, że wszelkie zmiany w nastrojach muzułman danego obwodu i wybuch w nim fanatyzmu, bynajmniej nie należą do zjawisk, mających miejsce wyłącznie w tym kraju.
ZAKLINACZ WĘŻÓW Z TUNISJI

Muzułmanin nie jest nacjonalistą, nie jest „patryjotą ziemi“; jest on tylko członkiem wszechświatowej organizacji muzułmańskiej, „patryjotą kultu“ islamicznego. Echa zjawisk, nurtujących i pobudzających nienawiść i fanatyzm współwyznawców, osiadłych gdzieś nad brzegami Nilu południowego, nad Gangesem, lub w dolinie Hwang-Ho, mogą znaleźć energiczny oddźwięk w Tunisji, Sudanie i w Marokku.
W tem czai się najgłówniejsze niebezpieczeństwo dla Europejczyków, rządzących ludami i szczepami muzułmańskiemi, bo wyznawcy Islamu są nieobliczalni w swoich przejawach i czynach politycznych.
W czasach obecnych do trudności tych dodać należy podsunięte nieopatrznie przez różne czynniki dążenie poszczególnych ludów i szczepów muzułmańskich do samodzielności państwowej. Mówię — nieopatrznie, gdyż mistycyzm muzułmański zatrzymał myśl narodów, wyznających Islam, i uczynił ją tymczasem niezdolną, a w każdym razie obojętną na przyjęcie współczesnej cywilizacji. Nikt chyba nie podejmie się dowodzić, że jakikolwiek lud w obecnych czasach skomplikowanych stosunków międzynarodowych i zmienionych do głębi warunków bytowania na ziemi, może istnieć bez cywilizacji, nie obawiając się, że albo zacznie iść drogą degeneracji i wymierania, albo wprost automatycznie stanie się objektem eksploatacji bardziej cywilizowanych sąsiadów.
Tego zrozumieć zdaje się nie mogą struci przez agitatorów kierownicy myśli ludów i szczepów niecywilizowanych, a dyplomacja zachodnia, chrześcijańska, stosując wszędzie argument pięści, nie potrafiła znaleźć nowych dróg do przekonania tych ludów, aby wyjaśnić im podkład ich pomyłek i niebezpieczeństwo, grożące od tych błędów całej ludzkości współczesnej.
Taka sytuacja jest szczególnie niebezpieczna dla Tunisji. Ludność tego kraju przewyższa dwa miljony głów. W tem morzu muzułmańskiem zupełnie tonie kolonja europejska, licząca zaledwie 155 tysięcy ludzi. Jest to oaza w pustyni i doraźne niebezpieczeństwo, na jakie jest narażona europejska kolonizacja, występuje przy pierwszych krokach, na ziemi tej stawianych. Niebezpieczeństwo jest tem większe, że pomiędzy Europejczykami, skutkiem różnic politycznych tymczasem niema jedności. Dość tylko przejrzeć ostatnią statystykę rządową, wykazującą, że na 155 tysięcy białych, Francja posiada w Tunisji tylko 55 tysięcy swoich obywateli, gdy tymczasem Włochów jest 90 tysięcy, reszta to Hiszpanie, Maltańczycy i Grecy, — żeby należycie ocenić tę sytuację.
Stan ten, jak się należy spodziewać, powinien się wkrótce zmienić z dwóch powodów:
Włosi, pochłonięci obecnie kolonizacją zajętej przez siebie Libji, nie są w możności posyłać emigrantów do francuskiej Tunisji; rząd paryski zaś, robi starania do skierowania większych ilości swoich kolonistów do protegowanego przez siebie kraju.
A kraj ten zasługuje na wielką uwagę pod względem gospodarczym, ponieważ posiada znaczne obszary uprawnej ziemi, pokaźną ilość gajów oliwnych, liczne stada owiec i duże pokłady fosforytów — tego równoważnika urodzajności ziemi w Europie. Większa część tych bogactw naturalnych tymczasem leży odłogiem, nie przynosząc żadnej korzyści ani ludności tubylczej, ani wyczerpanym rynkom europejskim.



ROZDZIAŁ IX.
W GRODZIE DIDONY I SALAMBO.

„Speluncam Dido dux et Trojanus eamdem Deveniunt.“
Wergiljusz, Eneida.

„Tak umarła córa Hamilkara — za to, że ręka jej dotknęła płaszcza bogini Tanit...“
G. Flaubert, Salambo.

Cartago delenda esse...
Było to formułą polityczną Rzymu i, jak każda formuła rzymska, musiała być wprowadzona w życie.
Scipion dokonał dzieła zburzenia potężnej Kartaginy i gdy olbrzymie, bogate miasto, liczące siedemkroć sto tysięcy ludności, legło w gruzach, rzekł:
— Sic! Factum est!
Fakt ten był dokonany z taką ścisłością i bezwzględnością, że Kartagina prawie całkowicie znikła z powierzchni ziemi i teraz uczeni z trudnością odnajdują te lub inne ślady prawie legendarnej stolicy Fenicjan afrykańskich.
Jednak jeszcze do naszych dni zawiłem jest zadanie chcieć wyobrazić sobie nietylko przepych i potęgę tego miasta, lecz nawet jego granice. Wszystko bowiem znikło pod grubą korą ziemi, pod ruinami nowej rzymskiej Kartaginy i pod późniejszemi warstwami piasku i kamieni, z wrytemi w nie fundamentami pięknej katedry katolickiej, wzniesionej przez kardynała Lavigérie, prywatnych will francuskich i domów, mieszczących biura urzędowe.
Podróżnikowi, który zwiedza to miejsce, gdzie dwie największe potęgi Morza Śródziemnego — Rzym i Kartagina, toczyły zawziętą walkę i gdzie rozbrzmiewały sławne imiona Didony, Eneusza, Magona, Hamilkara, rycerskich Barkidów, Hannibala, Masynissy, Scypiona, Syfaxa i Salambo, gdzie wznosiły się tajemnicze świątynie Baala, Melkarta, Astarty-Tanit, żądających krwawych ofiar i złota, — na pierwszy rzut oka wydać się może, że wszystko to jest legendą, zrodzoną w potężnej wyobraźni poetów.
Takie wrażenie wywarła na mnie Kartagina, bo nic po niej nie pozostało, coby odrazu rzucało się w oczy. Mogłoby to spowodować pewne rozczarowanie, gdybym nie miał ze sobą dwóch wspaniałych, genjalnych przewodników.
Jednym z nich był ten, który stanowi sławę Parnasu rzymskiego — boski wieszcz Wergiljusz; drugim — genjalny uczony — poeta p. Gaston Boissier, zajmujący zaszczytne miejsce w Panteonie nauki, sztuki i talentu — w Akademji francuskiej.
Z temi dwoma przewodnikami odbyłem trzy długie wędrówki po tragicznej miejscowości, która porywała moją wyobraźnię jeszcze wtedy, gdy, będąc w gimnazjum, czytałem Eneidę. Profesor łaciny, stary Niemiec, Juljusz Schönfeldt, rozkochany w Wergiljuszu, opowiadał nam — chłopakom piętnastoletnim — o starożytnym świecie bohaterów, żeglarzy i awanturników wszelkiego rodzaju. Mówiąc o nich, wspominał nieraz Fenicjan, tych „hien morza“, którzy przez słupy Herkulesa płynęli na północ, aż hen! — ku brzegom mglistej Brytanji, a na południe — ku ujściu Senegalu, zakładając wszędzie kolonje handlowe.
Ze łzami w oczach profesor opowiadał o tragedji Tyru fenickiego, gdzie zabito arcykapłana podczas wielkich walk pomiędzy klerem a dynastją o władzę królewską; oburzał się, że król Pigmaljon w obronie tronu zbezcześcił świątynię Astarty, otwarłszy jej podwoje przed popierającymi go plebeuszami i uniżając się przed ciżbą miejską, przed ludźmi niskiego pochodzenia, a obiecując im wyższe urzędy w państwie, założonem przez boga, nabożnym szeptem mówił nam, że królewska siostra Didona, żona zabitego arcykapłana Astarty, ze stronnikami, naładowawszy na okręty bogactwa i skarby sztuki, porzuciła ziemię ojczystą i założyła na brzegach Afryki nowe miasto Kart-Hadaszt, zmienione przez Rzymian na Kartaginę; przypominał, jak Eneusz po długiej włóczędze, przybył do tego miasta i zawładnął sercem Didony, wzruszywszy ją opowieścią o klęsce swojej ojczyzny — Troi, aż królowa wykrzyknęła z namiętnością w głosie:
„Heu! quibus ille
„Jactatus fatis quae bella exhausta canebat!“
Stary Niemiec zachwycał się wiernością tej niewiasty dla pamięci męża, gdy, płonąc miłością do Eneusza, walczyła z uczuciem i, zwracając oczy ku bóstwu, mówiła:
„Niech ziemia rozstąpi się do dna, niech bóg uderzeniem gromu strąci mnie do państwa cieniów, bladych cieniów Erebu, w noc piekielną, przedtem, niżbym miała zapomnieć swoją wstydliwość i odstąpić od moich obowiązków! Ten, któremu oddałam swoją pierwszą miłość, zabrał ją z sobą; niech on zachowa ją nazawsze! Pragnę, aby miłość moja była złożona w jego grobie!“[127]
Wzruszonym głosem czytał Schönfeldt rozdział o śmierci tęsknej Didony, porzuconej przez Eneusza, — i na tablicy drżącą ręką kreślił wyobrażany plan miasta i pokazywał rysunki, dotyczące historji Kartaginy.
— Miły, stary profesorze! Byłeś nieraz dla nas „klęską dnia“, gdy zmuszałeś nas do powtarzania twych natchnionych słów, a później stawiałeś nieraz stopnie niemiłosiernie niskie. Tylko dwóch ludzi skorzystało wtedy z twego natchnienia, bo zapaliło ono ich wyobraźnię. Jeden z nich — późniejszy poeta dekadencki — Dobrolubow, napisał nazajutrz piękny wiersz o dręczonej miłością królowej, a ja — jakąś bardzo zawiłą nowelę i ofiarowałem tobie z łacińską dedykacją, którą, chociaż w dedykacji upatrzyłeś dwa błędy, przyjąłeś z pobłażliwym, pełnym rozrzewnienia uśmiechem i byłeś pierwszym, który przepowiedział, że literatura stanie się towarzyszką naszego życia.
Jadąc z Tunisu do Kartaginy, westchnąłem za twoją duszę, stary nauczycielu, myśląc, jak czułbyś się tu szczęśliwy, ty, stary romantyku!
Wcisnąłem do kieszeni tomik Wergiljusza, pomieściwszy go obok „L’Afrique Romaine“ p. Boissier, — i ruszyłem.
Na brzegu morza, o 16 kilometrów na północo-wschód od Tunisu, wznosi się niewysoki pagórek, uwieńczony wspaniałą katedrą.
Tu mieściło się serce dawnej Kartaginy — dzielnica Byrsa, skąd roztacza się rozległy widok na przylegające okolice i na morze. Dokoła tego ośrodka, na wielkiej przestrzeni odnajdywano resztki fenickiej Kartaginy, oraz późniejszej Kartaginy rzymskiej. Pomiędzy temi dwoma miastami, uczony ksiądz Delattre w różnych miejscach wykrył warstwę popiołów, pozostałych po pożarze, który wzniecił w mieście wrogów Rzymu surowy Scypion.
W takich warunkach zadaniem trudnem jest wykrycie dawnego grodu Didony.
Oprócz burzycielskiej ręki rzymskiego wodza, pracowali nad zniszczeniem śladów starożytnych Fenicjan — Arabowie i Turcy. Myślę, że niema w Tunisie i Bizercie żadnego starego domu, gdzie nie możnaby było znaleźć kamieni, marmurów, mozaik i kolumn, przywiezionych z Kartaginy przez nowych posiadaczy kraju. Do przyjścia Francuzów — grabież trwała przez wieki.
Jakże dużem i bogatem miastem była ta stolica emigrantów i kolonistów fenickich, jeżeli w ciągu długich wieków Wandale różnego pochodzenia i różnych barw nie mogli dokończyć dzieła zniszczenia i rabunku!
A więc Kartagina nie jest legendą! Można tu odnaleźć nawet miejsca, opisane przez Wergiljusza, a wtedy, doprawdy, z wielką niechęcią słucha się sceptycznych uwag historyków, że Didona jest postacią mitologiczną, że jest ona niczem innem tylko ucieleśnieniem bogini Astarty, przywiezionej tu z jej ojczyzny — Fenicji, gdzie ktoś, może kasta kapłańska, ratował ten kult, zagrożony przez kapłanów innych wierzeń, napływających z Egiptu lub Assyro-Babilonji, że Kartagina była zwykłą kolonją przedsiębiorczych Fenicjan itp.
Nie chcę o tem myśleć, bo widzę wtedy smutne, zniechęcone oblicze mego boskiego przewodnika — Wergiljusza, a myśl moja, mimowoli zadaje pytanie, dlaczego ze wszystkich kolonij tylko Kartagina doszła do takiego rozkwitu? Co spowodowało niezwykły rozwój tego miasta? Dlaczego sławą rozbrzmiewało imię Kartaginy w świecie ówczesnym? Co pociągało ku niej zaborczą myśl polityczną, przedsiębiorczość obcą i marzenia poetów?
Chcę myśleć, że była to właśnie Didona tragiczna i piękna, że był to kult tajemniczej i zawoalowanej Astarty, krwawej, lubieżnej Tanit, ekstatyczne orgje, wyrafinowany smak wydelikaconych wschodnich bogaczy, po których prawie nie pozostało broni i narzędzi ordynarnej pracy, lecz zato piękne wazy szklane, metalowe klejnoty, wspaniałe sarkofagi, wyobrażające skrzydlate kobiety, które posłużyły jako wzór dla bizantyjskich ikonografów, — kolumny, posągi i wszystko to, czego dotknęła ożywcza ręka sztuki.
Gdym oglądał Kartaginę, moi ciceroni — Wergiljusz i Boissier — kilka razy prowadzili mnie do muzeum, abym obejrzał to, co znaleziono w tem lub innem miejscu, oglądanem przez nas.
Trzy szeregi potężnych murów otaczało Kartaginę; trzeci z nich był wysoki na ośmnaście metrów, a gruby na dziesięć. W kazamatach tego muru mieściły się stajnie dla trzystu bojowych słoni i dla czterech tysięcy koni, należących do niezrównanych jeźdźców numidyjskich, pozostających na wysokim żołdzie władców kartagińskich; olbrzymie składy pokarmu dla ludzi i zwierząt, wreszcie koszary na dwadzieścia cztery tysiące żołnierzy.
O tę potężną twierdzę, kilkakrotnie rozbijały się wysiłki wodzów rzymskich i przekupionych przez nich niezależnych królów numidyjskich z Masynissą na czele. Resztki tych potrójnych murów odnaleziono w okolicach wzgórza Kamart.
Tylko jedno przedmieście zwrócone ku morzu, tak zwana Megara, posiadała pojedyńczą linję murów. Historycy przypuszczają, że właśnie na to najsłabsze miejsce skierował swój atak Scypion. W Megara wykryto znaczną ilość kul z wypalonej gliny, używanych przez obrońców Kartaginy[128], odłamki różnej broni i monety.
Mówiąc o potężnych fortyfikacjach fenickich, nie można pominąć genjalnego pomysłu Scypiona. Po kilku nieudałych atakach, Rzymianin zrozumiał, iż zdobyć tę twierdzę można tylko długiem oblężeniem, pozbawiwszy miasto źródeł dostawy świeżych produktów. W tym celu ze wszystkich stron Scypion otoczył Kartaginę dwoma szeregami własnych fortyfikacji. Były to dwie głębokie fosy, długie na pięć kilometrów, ciągnące się równolegle z ostatnim pasem murów miasta. Niezawodnie, że Kartagińczycy, widząc ten olbrzymi plan oblężenia, drwili z Rzymian, zupełnie swobodnie wysyłając ze swego portu galery po żywność i wodę.
Kartagińczycy, jak opisują starożytni historycy, posiadali dwa porty wykute w skałach i wykopane w brzegu. Jeden z tych portów był handlowy, drugi — wojenny. Były one przedzielone podwójnym murem. W porcie wojennym mieściły się upiększone pięknemi portykami jonijskiemi głębokie doki; było ich dwieście pięćdziesiąt, a więc port wojenny mógł ukryć dwieście pięćdziesiąt wojennych galer z magazynami i warsztatami, umieszczonemi na wyższych piętrach. Pośrodku portu wojennego znajdował się mały półwysep, na którym stał gmach admiralicji, skąd śledzono za wszystkiem, co się działo w portach i na morzu. Od strony morza oba porty były zupełnie niedostrzegalne. Z portu handlowego pozostała część jego basenu, port zaś wojenny może być odtworzony w wyobraźni na podstawie błotnistej kotliny, gdzie niegdyś stały wojenne galery fenickie; mówią o nim też pozostałości wysepki, gdzie się wznosił gmach — dawnej kartagińskiej admiralicji.
Scypion rozkazał budowę grobli, która zamknęła wyjście i wejście z tych portów. Olbrzymie głazy, znajdowane w miejscowościach El-Kram, mają pochodzić podobno z tej grobli Scypiona. Rzymianie żelazną obręczą otoczyli Kartaginę ze wszystkich stron. W tym okresie wojny Kartagińczycy ujawnili po raz ostatni swoją nadzwyczajną energję i przedsiębiorczość. Ponieważ w bitwach z rzymskiemi ciężkiemi galerami i w ciągłych napadach na Rzymian, Kartagina prawie zupełnie straciła flotę, należało przeto stworzyć nową flotę z materjałów, które się znajdowały w granicach miasta. Z zadziwiającą szybkością zbudowano i uzbrojono pięćdziesiąt dużych galer (triremy) i całą eskadrę mniejszych statków. Jednocześnie ludność miasta, — starcy, kobiety i dzieci — pracowała nad przekopaniem kanału w wybrzeżu morskiem, gdzie widnieją jeszcze ślady tej olbrzymiej, a rozpaczliwej pracy.

Pewnego dnia nowa flota kartagińska przerwała się na morze i napadła na flotę rzymską. Jednakże, genjalny Scypion wyciągnął z nowych operacyj kartagińskich pewne wnioski, a one zmusiły go do zmienienia planu oblężenia. Zawieszono atakowanie Kartaginy od strony morza i rozpoczęto operacje od strony lądu z pomocą sprowadzonych maszyn oblężniczych i nowych katapult. Po zaciętych bitwach Rzymianie wdarli się do miasta i, walcząc o każdą ulicę, o każdy gmach, doszli nareszcie do Forum.
DZIEWCZYNA BEDUINKA

Cały tydzień wrzała bitwa w murach miasta. Paliły się i padały domy. Tłumy bezbronnych mieszkańców kryły się w lochach lub pędziły ulicami wśród płonących domów, ścigane przez jeźdźców rzymskich i wzywając pomocy bogów, lub błagające zwycięzców o miłosierdzie, lecz „Cartago delenda esse!“ zawyrokował Rzym oddawna, i — piękne miasto waliło się w gruzy, ginęło w płomieniach, a mieszkańcy stolicy Didony swemi trupami znaczyli drogę beznadziejnej ucieczki i zwycięskiego marszu legjonów.
Ostatni król kartagiński Asdrubal, z białą opaską na czole na znak żałoby i pokory, próżno błagał Scypiona o łaskę i miłosierdzie.
Tylko królowa wraz z dziećmi i kilkuset obywatelami nie chciała się poddać i ukryła się w świątyni Eszmuna, kartagińskiego Adonisa. Wszedłszy na krużganek świątyni, cisnęła przekleństwo na głowę tchórzliwego męża i na surowego zwycięzcę, poczem podpaliła przybytek boga. Wraz z dziećmi i elitą kartagińską dzielna królowa zginęła w płomieniach. Na tem miejscu, gdzie stała świątynia Eszmuna, obecnie wznosi się kościół świętego Ludwika.
W obrębie starej dzielnicy Byrsa, gdzie niegdyś panował nad miastem piękny pałac królewski oraz stały domy starszyzny i bogaczy kartagińskich, odnaleziono większą ilość monet, klejnotów i przedmiotów sztuki, złożonych w różnych muzeach francuskich, chociaż przeważna ich część znajduje się w muzeum kartagińskiem. Być może, że niektóre z tych bransolet i kolczyków zdobiły dumną, odważną królowę Kartaginy, ostatnią władczynię punickiego imperjum.
Przedsięwzięte przez Francuzów roboty archeologiczne wykryły niektóre pozostałości starej Kartaginy. Szczególnie interesujące są nekropole i sarkofagi, gdzie składano trupy wprost na płytach lochu, lub w trumnach cedrowych. Odnaleziono je w miejscu ich ostatniego spoczynku po 2000 lat, lecz gdy odkrywca ich, ksiądz Delattre, dotykał trupów, — pokorne słowa Stwórcy, który rzekł: „z ziemi powstałeś i w ziemię się obrócisz“ — w próchno się rozsypywały. Jednak w muzeum Kartagińskiem widziałem w dużych szklanych pudłach mumje dawnych Kartagińczyków; zwłoki ich przetrwały tu 2000 lat! Przy nich znaleziono różne przedmioty, potrzebne dla tualety i ozdoby, a prawie wszystkie były pochodzenia egipskiego. Umieszczone tu maski złych i dobrych duchów stanowiły natomiast wyroby ceramików kartagińskich; w grobowcach wykryto naczynie, stawiane przy zmarłych, aby mieli ze sobą wino, olej i pożywienie.
Na cmentarzach fenickich i na dziedzińcach świątyń znaleziono dużo tak zwanych „stell“ bogini Tanit (Astarty). Na tych niewysokich płytach kamiennych odczytano kilka napisów; jeden z nich przytacza p. Boissier[129]:
„Władczyni Tanit, która jest obliczem Baala i władcy Baalowi Hammon ofiara, składana przez Asdrubała, syna Hannon, ponieważ on słyszał głos bogini. Niech będzie na nim jej błogosławieństwo!“
U podnóża Byrsy widzieć można i zwiedzić głębokie przejście podziemne o murowanych ścianach i sklepieniach. Jest to część wielkich cystern podziemnych, miejskich zbiorników wody, połączonych niegdyś z głównemi akweduktami. Obchodząc wzgórze, natrafiam na niedawno odkopany nekropol, zbudowany z dużych ciosanych głazów.
To prawie wszystko, co dotychczas mówi o dawnej Kartaginie, gdzie dwaj poeci — Wergiljusz i Flaubert — wskazali dwa tragiczne cienie niewieście. Te królewskie kobiety pędziły tu burzliwe życie, pierwsza — w chwili założenia miasta, druga — w okresie jego upadku.
Nie wstydzę się przyznać, że do mnie mniej przemawiają odgłosy wojen punickich oraz imiona Scypiona, Hamilkara i Asdrubala, chociaż są to imiona historyczne, imiona żywych ludzi, natomiast Didona, Sofonisba i Salambo, pociągają moją wyobraźnię i wśród resztek Kartaginy, śród zabytków muzealnych, świadczących o dawnem życiu wspaniałej stolicy, każdym fibrem mojej duszy wyczuwałem obecność ich cieniów, przybywających tu z mrocznych podziemi Erebu.
Cartago delenda fuit...
A na jej spalonym i poćwiartowanym trupie wybujała nowa Kartagina, Kartagina potężnego Rzymu. Muzeum Św. Ludwika świadczy o rozwoju tu sztuki w postaci posągów, przedstawiających wielką wartość artystyczną; rzeźbionych kolumn, kapiteli i frontonów; przechowujących historję miasta licznych napisów rzymskich, znalezionych śród ruin.
Zwiedzam dwa amfiteatry rzymskie, gdzie przechowały się jeszcze kamienne ławy dla widzów, część kolumn marmurowych i rzeźbionych gzymsów; od nich przechodzę do bazyliki chrześcijańskiej, wzniesionej w pierwszych wiekach naszej ery, oglądam tu kolumny, płyty i mozaikę posadzki, resztki arkad, wykute w kamieniu groby i basen, w którym chrzczono dzieci.
Kto i jakie modły tu wznosił do Syna Bożego, — Boga nędzarzy i uciśnionych?
Czyje zwłoki leżały w tych kamiennych grobach?
Ile łez tu wylano?
Czyje oczy pełne troski i lęku patrzyły na te kolumny, lub w porywie rozpaczy i beznadziejności, nic nie widząc, ślizgały się po mozaice posadzki?
Szukając odpowiedzi na te pytania, powróciłem znowu do większego amfiteatru kartagińskiego. Olbrzymi gmach runął. Pozostały resztki murów, kilka sektorów ław (sedes), ze stopniami przejść pomiędzy niemi, wejście do cyrku, potrzaskane kolumny i wszędzie zwały kamieni i cegły. W jednem miejscu pokazano mi wąski kurytarz, rodzaj głębokiej fosy murowanej, z widniejącemi na ścianach rzymskiemi napisami. Fosa prowadzi do małej, ciemnej celi z otworem w sklepieniu. Gdym wszedł do celi, ujrzałem w kącie kupę starej, zgniłej słomy, a ostra woń, typowa dla klatek dzikich zwierząt, uderzyła mnie.
— Co się tu mieściło za Rzymian? — zapytałem, z góry przewidując to, co usłyszę.
— Była to klatka dzikich zwierząt! — odpowiedział robotnik. — Przez ten otwór karmiono lwy i pantery, a tą fosą drapieżniki wychodziły na arenę.
Może wydać się to dziwnem, lecz ja czułem wyraźnie ostry zapach zwierząt, chociaż wiedziałem, że ta słoma pewno zaledwie od dwóch lat leży tu, w kącie, i że w ciągu stuleci wszelkie zapachy musiały zniknąć bez śladu, a jednak — jednak, czułem obecność i woń zwierząt.
Mówiono mi później, że zwiedzający tę klatkę jakiś angielski pisarz miał podobno to samo wrażenie.
Wyszedłem z celi i fosą, którą przed wiekami sunął trwożnie i bacznie się oglądając, grzywiasty lew, olśniony słońcem i ogłuszony wrzaskiem tłumu, lub czołgała się gotowa do skoku pantera, — powróciłem na arenę. Spojrzałem przed siebie. Na drugim końcu areny, naprzeciwko celi lwów, ujrzałem kaplicę. Przez zakratowane drzwi połyskiwała lampka nad katolickim ołtarzem, na froncie odczytałem łaciński napis, mówiący, że tu zostali rozszarpani przez dzikie zwierzęta święci Rewokat, Satur i Saturnin, oraz święta Perpetua i św. Felicyta...
A więc mimowoli dowiedziałem się, za kogo się modlono i czego oczekiwano w śmiertelnym lęku tam, w bazylice chrześcijańskiej!
Śladami lwa doszedłem przez arenę cyrku rzymskiego do odpowiedzi na te pytania...
Powróciłem do Tunisu.
Doprowadziwszy do porządku swoje notatki i posiliwszy się, wyszedłem znowu za miasto.
Zerwał się znowu wiatr i było zimno.
Przebiegałem ulicę Tunisu, spotkawszy tym razem ślady hiszpańskiego panowania, jak, naprzykład, bramę hiszpańską, zbudowaną za czasów Karola V-go i wyszedłem do portu, gdzie podziwiałem poważne roboty budowlane, prowadzone przez Francuzów, z każdym rokiem ulepszających nawigacyjne warunki płytkiej i piaszczystej zatoki tunisyjskiej i stopniowo zmieniających ją w zupełnie współczesny port morski. Ujrzałem przy brzegu kilka łodzi rybackich. Przybyły one z południowych wybrzeży Tunisji, naładowane gąbkami. Przemysł ten kwitnie wzdłuż całego wybrzeża. Rybacy mieli na sobie kolje z małych konch „uda,“ nazywanych w zoologji „monetą cypryjską.“ Jest to talizman powodzenia dla dorosłych i jednocześnie talizman zdrowia dla dzieci.
Przypomniałem sobie mimowoli naszych górali tatrzańskich, noszących na swoich okrągłych kapeluszach obszywki z takich samych muszel, prawdziwych lub sztucznych, i zadałem sobie pytanie, skąd dotarły do naszych gór te „monety cypryjskie“ i jakie jest ich znaczenie?
Niezawodnie, że „magja“ i tu odgrywa pewną rolę, w obecnych czasach bezwiednie, na mocy tradycji, ponieważ początki jej utonęły w zmierzchu wieków.
Na jednej łodzi ujrzałem starą kobietę z wytatuowanym na czole znakiem „khatem“, czyli gwiazdą Salomona.
Ta potworna, stara wiedźma krzyczała przeraźliwym, cienkim głosem, biegała po łodzi i od czasu do czasu wyrzucała do wody jakieś ziółka i kamyki.
Zapytałem stojącego tuż dozorcy portowego o przyczynę niepokoju i podniecenia starej Berberki. Dozorca porozmawiał z rybakami i powrócił, mówiąc:
— Jeden z rybaków dziś podczas burzy utonął. Uderzenie fali wytrąciło go z łodzi. Ta stara — to czarownica. Tu każda stara zna się na czarach. Teraz właśnie czyni ona zaklęcia, aby morze wyrzuciło ciało topielca na brzeg. Podług obyczajów muzułmańskich rybak powinien być pochowany na swojej ziemi.
Spotykałem w Północnej Afryce dużo „czarownic,“ a wszystkie wydawały mi się kobietami zupełnie normalnemi, uprawiającemi magję „na zimno,“ podług tradycji i bezmyślnie, o ile naturalnie nie odurzały się przedtem podniecającemi kadzidłami. Jednak obserwowana tu, w Tunisie, stara kobieta zdradzała wszelkie cechy histerji i nerwowego podraźnienia.
Jeden z niemieckich uczonych, studjujący magję i przesądy Afryki[130], twierdzi, że podkładem niemal wszystkich tajemniczych praktyk jest zawsze nerwowość, histerja i zdolność do sugestji adeptek tajemnej wiedzy. Zdanie to podzielam bez zastrzeżeń w stosunku do czarowników azjatyckich, derwiszów mało-azjatyckich i perskich, fakirów indyjskich, buddyjskich lamów — maramba i wszelkich szamanów, lecz w masie czarowników i czarownic północno-afrykańskiego Islamu potwierdzenie tego zdania osobiście znalazłem tylko w Tunisie.
Tłum rybaków otaczał starą kobietę. Stali zapatrzeni w wodę, a w ich nieruchomym i natężonym wzroku była wola, którą narzucali morzu, aby ono spełniło ich żądanie.
Wyszedłem za miasto w stronę gór Zaghuan, skąd Rzymianie, z odległości prawie 150 kilometrów, skierowali swój słynny akwedukt, a ich śladami poszli Francuzi, którzy ujęli te same źródła w cementowane studnie i w rury wodociągowe.
Po obiedzie zwiedziłem malowniczą miejscowość gór Bu-Kornein, gdzie widziałem stare rzymskie źródło lecznicze, tak zwane — Aquae persianae, — posiadające wodę o wysokiej koncentracji zwyczajnej soli. Wszędzie tu widnieją pamiątki po Rzymianach, — stare miasteczko Naro; ołtarz poświęcony Saturnowi, ruiny Maxula itd. Spotkałem się tu z pewnym drobnym szczegółem. Pospolitą rośliną na całej północy Afryki jest tak zwana „figa berberyjska“ — olbrzymi kaktus, na którego liściach-gałęziach wyrastają owoce, pokryte kolcami, a używane przez tubylców jako pokarm. Tu, w Tunisji, po raz pierwszy słyszałem Berberów, nazywających tę roślinę — „Kermuss nesrani,“ to znaczy „figi chrześcijan.“
Osobliwością Tunisji są dwa miasta, które przemawiają do wyobraźni i wspomnień cywilizowanego człowieka. Pierwszym takim punktem jest Suss, do którego można dojechać koleją, drugim — Duirat w górzystej krainie Urghama, na południe od Gabes położonej.
Suss był miastem kartagińskiem, później — rzymskiem. Tu się znajdował niegdyś obóz Hannibala, walczącego ze Scypionem w okresie drugiej wojny punickiej. Rzymianie, zdobywszy Kartaginę i posuwając się na południe, założyli tu swoją kolonję, słynną z urodzajów. Teraz Suss jest dość ożywionem miasteczkiem przemysłowem, co zawdzięcza pokładom fosforytów.
Od pierwszego wieku chrześcijaństwa Suss stał się miejscem pobytu znacznej komuny chrześcijańskiej.
W okolicznych górach wykryto obszerne katakumby chrześcijańskie, przedstawiające pięć podziemnych galerji, ciągnących się na przestrzeni kilku kilometrów. W ścianach tych galerij mieszczą się głębokie nisze, zamknięte płytami kamiennemi z napisami. Są to groby chrześcijańskie, umieszczone szeregami od dołu do góry ścian. Naliczono tu około dziesięciu tysięcy oddzielnych nisz.
Jednym z najlepszych znawców tych katakumb jest obecny arcybiskup Algieru, kardynał Leynaud.
Największą uwagę skupiono na określenie epoki, do której należą te katakumby. Cały szereg łacińskich napisów, jak naprzykład: Sterlinius Martialis, Flavia Domitia, Aurelius Respectus, Valerja Respecta i inne, wcale nie mówiły o czasie założenia nekropolu chrześcijańskiego. Dopiero po wykryciu nisz z napisem: „Severus Lupo, cos.,“ — uczeni odczytali w tem „cos.,“ skrócone podług modły rzymskiej słowo — konsul. To dało wskazówki dla wykrycia okresu, przed którym katakumby już istniały widocznie dłuższy czas; ustalono bowiem, że konsulowie Lupo rządzili w rzymskiej prowincji w różne czasy. Pierwszy z nich w roku 42-gim po Narodzeniu Chrystusa, ostatni — w 273-im. Później odkopano grobowiec centurjona drugiej legji partyjskiej, imieniem Quintus Papius Saturninus Juljanus. Ten grobowiec musiał powstać za czasów Septima Severa, panującego od 193-go do 211-go po Narodzeniu Chrystusa. Za jego bowiem panowania zostały sformowane legjony partyjskie.
Ponieważ te dwa grobowce, dające pewne chronologiczne wskazówki, nie są jednak najstarsze w katakumbach Suss, kardynał Leynaud i inni uczeni przychodzą do przekonania, że założenie tego nekropolu sięga początków Kościoła chrześcijańskiego, a więc końca pierwszego wieku naszej ery, co znaczy — okresu apostolskiego.
To zupełnie zgadza się ze słowami św. Augustyna, który, zwracając się do chrześcijan afrykańskich, rzekł:
„To apostołowie przyłączyli was do życia chrześcijańskiego; oni sami byli posłani do was i oni nauczali; oni byli waszymi braćmi w wierze.“[131]
W ten sposób Kościół chrześcijański w Afryce jest Kościołem apostolskim.
Są wskazówki, że Żydzi, którzy przybyli z Jeruzalem w te okolice, dużo dopomogli do rozpowszechnienia nauki Chrystusa, gdyż opowiadali o zjawieniu się Mesjasza, Syna Bożego, który cudami i życiem cnotliwem dowiódł swego boskiego pochodzenia. Ci Żydzi stali się w ten sposób pierwszymi apostołami w tym kraju[132].

O ile Suss jest pierwszym etapem cywilizacji chrześcijańskiej w Afryce Północnej, o tyle małe miasteczko Duirat jest echem życia ludzi pierwotnych Troglodytów — ludzi jaskiniowych. W spadkach gór Czenini mieści się to dziwne miasto, przedstawiające podnoszące się piętrami wyżej i wyżej szeregi jaskiń, zaludnionych przez Berberów. Wycięte w skałach schody łączą oddzielne siedziby ludzkie pomiędzy sobą i dają dostęp do nich od strony ulic. Są to jaskinie ciemne i wąskie, pozbawione wszelkich, najbardziej pierwotnych urządzeń i wskazujące na pewien postęp cywilizacyjny w porównaniu chyba tylko z podziemnemi galerjami i barłogami równiny Matmata w południowej Tunisji, gdzie ludzie jak krety, gnieżdżą się pod ziemią, gdzie spędzają całe swoje życie, gdzie na powierzchni ziemi pozostawiają na zawsze tylko tych, którzy leżą w niegłębokich mogiłach, rozrzuconych dokoła okrągłych otworów, prowadzących do podziemnego miasta.
ULICA W KAIRUAN

Nad jaskiniami tubylców Duirat, na szczycie góry, wznoszą się ruiny kasby, obronnego zamku, obecnie porzuconego; na uboczu stoi świątynia Allaha — jedyny budynek architektoniczny.
Nie należy myśleć jednak, że tubylcy Duirat i doliny Matmata przechowali tryb życia Troglodytów. W starych podaniach tych szczepów wykryć można wspomnienia o strasznych i krwawych czasach, gdy jakieś hordy wtargnęły do dawnej Libji i przeszły przez kraj jak burza. Wtedy szczepy, zamieszkujące przedtem obwody, bliżej do Gabes położone, rozpoczęły wędrówkę na południe.
Znalazłszy, podług swego mniemania, dogodne dla obrony i mieszkania miejscowości, a może dawne jaskinie Troglodytów, wodzowie tych szczepów tu się zatrzymali i tu potrafili bronić swoich rodzin i mienia w jaskiniach, wykutych w stromych zboczach skał, i w swoich podziemnych norach.
Prawdopodobnie ten okres emigracji odnieść należy do czasów zjawienia się Sidi Okba, ogniem i mieczem utwierdzającego Islam w Afryce i mającego stolicę w Kejruanie.
Podobne miasta pieczarowe spotkać można w Tybecie, w Chinach, a także na Krymie rosyjskim, jak naprzykład w Czufut-Kale, a zawsze wynaleźć można przyczynę historyczną, zapędzającą ludzi do podziemnych kryjówek.
Ostatni wieczór w Tunisie spędziłem w sposób zupełnie niespodziewany i oryginalny. Wyszedłem z hotelu, gdy na ulicach już się zapaliły latarnie i skierowałem się w stronę pałacu Rezydenta Francji.
Dopędził mnie przewodnik, nieraz już przed hotelem narzucający się z usługami.
— Mogę pana zaprowadzić na zebranie, gdzie będzie występował „ameddah“ — rzekł, zaglądając mi w oczy.
— Co to jest „ameddah?“ — zapytałem.
— To — śpiewak, baśniarz ludowy! — odparł — bardzo ciekawa rzecz, gdyż będzie opowiadał dziś legendę o świętych uali, czczonych i szanowanych śród tubylców. Mam przepustkę... Pięć franków — tylko pięć...
— Dobrze! idźmy! — zgodziłem się.
Poszliśmy w stronę meczetu Dar el Bey.
Wkrótce już wchodziliśmy na drugie piętro dużej, białej kamienicy.
Przewodnik pokazał przepustkę i mrugnął na jakiegoś Araba.
— Jeżeli pan chce wiedzieć, o czem będzie mówił baśniarz, to możemy zaprosić tego tłumacza — rzekł przewodnik. — Zapłaci mu pan parę franków, a on wszystko objaśni. Może pan nawet zapisywać...
Była to niezła rada.
Weszliśmy na salę; publiczność siedziała na matach, podkurczywszy pod siebie nogi. W tłumie dojrzałem kilka twarzy europejskich.
Na niewysokiem podniesieniu ujrzałem starego Araba w turbanie, obowiązanym granatowemi, wełnianemi sznurami.
Robiąc potoczyste, malownicze gesty i od czasu do czasu gładząc długą brodę, Arab mówił swobodnie, barwnie i wyraziście.
— Ten „ameddah“ ma na imię Sidi Harazem el Hadżi, pochodzi z Marokka, kraju marabutów i uali. Marokko dlatego nazywają tu „progiem nieba“ — objaśnił mój tłumacz i zaczął powtarzać słowa starego Araba.
Robiłem sobie notatki, a w domu opracowałem je, dopełniając i poprawiając.[133]
„Jeżeli chcecie błogosławieństwa Allaha dla swoich spraw domowych, — mówił starzec, — nie marzcie o wielkiej podróży do Mekki, bo nie każdy może ją odbyć, lecz zwróćcie się do kubby tego świętego, który urodził się w waszem mieście! Zapomnieliście o nim, myślicie że jest cudzoziemcem, że przyszedł z Mahrebu. Jest nim Sidi Mammar-Ben-Slimann. Pochodził on z rodu Abu-Bekra, przezwanego „świadkiem.“ Ten tytuł dał mu sam Prorok Mohammet, ponieważ Abu-Bekr widział na własne oczy cud, czyli „miradż,“ gdy Prorok w nocy wstąpił do nieba, aby stanąć przed obliczem Allaha i od Niego otrzymać wskazówki, zapisane w świętej księdze. Sidi Mammar prawie całe swoje życie spędził w samotności na pustyni, a gdy powrócił, zamieszkał w krainie szczepu Beni Amer. Miał dwóch synów i słynął z mądrości i dobroci, co pociągało do jego wsi tysiące ludzi, przychodzących po poradę i pomoc. Umarł pięć wieków temu. Siłę swoją cudowną przejawił dopiero po śmierci, wtedy, gdy Turcy oblegali siedzibę Beni-Amer. Wódz turecki rozkazał, aby nazajutrz kilka miasteczek tego szczepu zostało zburzonych i spalonych. Gdy mieszkańcy dowiedzieli się o rozkazie surowego wodza, poszli do grobowca Sidi Mammara i prosili o obronę. Tej samej nocy, nagle z hałasem otwarły się drzwi grobowca, a z niego zaczął dąć tak silny wiatr, że namiot wodza został zerwany, a gdy wicher przyniósł duszący dym, wielki popłoch powstał wśród oblegających. Turecki wódz kazał zwinąć obóz i oddalił się, przysławszy nazajutrz swoich ludzi dla pokojowego załatwienia sprawy.
„Innym znowu razem, dżuma grasowała dokoła i kosiła ludzi tak samo, jak kosi mocny człowiek badyle sorga.[134] Jakaś stara kobieta, spokrewniona z potomkami Sidi Mammara, poradziła swoim ziomkom, aby zanieśli kubeł wody na grobowiec świętego i po modlitwie używali tej wody do picia i obmywań, przepisanych przez Proroka. Mieszkańcy okolicznych wiosek usłuchali rady i od tej pory nie było tu żadnego wypadku choroby. Potęgi swojej marabut dowiódł nietylko uzdrowieniem chorych, lecz i tem, że kubeł raz napełniony wodą, nigdy nie mógł być opróżniony.“
Stary Arab zaczął cicho szeptać modlitwy, przebierając paciorki różańca, a za nim modły do Allaha i Sidi Mammara zanosili obecni. Po pewnem milczeniu bard zaczął nową historję:
„Cała Sahara czci imię odznaczonego przez Boga Sidi-Esz-Szikh. Wierni do dnia dzisiejszego pokazują miejsca, gdzie stał namiot świętego, ślady kopyt jego muła, wyciśnięte na skałach, i studnię, gdzie było obmyte jego ciało po śmierci. Był on w prostej linji potomkiem Adama, stworzonego przez samego Boga, z ziemi. Jego przodkiem był Saddik — apostoł Proroka. Pochodził Es-Szikh z rodu Bu-Bekria, ponieważ Saddik miał na imię Bekr. Ród ten wywędrował z Mekki, przez dłuższy czas przebywał w Egipcie i dopiero sześć wieków temu przybył na waszą ziemię, mumeni! Przed urodzeniem Esz-Szikha miały miejsce liczne cuda w różnych krajach Mahrebu. Mając siedem lat, Esz-Szikh był już „talebem“ i wkrótce rozpoczął swoją podróż po kraju, gdzie zadziwił uczonych w Fezie mądrością i cnotami. Ten „uali“ był jedynym, który mógł wyzywać cień Proroka i czerpać z niego mądrość, niby człowiek, wydobywający kubeł wody z głębokiej studni w skwarny dzień.
„Pewnego razu, mieszkańcy oazy, nawiedzonej przez szarańczę, przysłali po uali, prosząc go o pomoc.
„Spiesz się Sidi do nas! — prosili posłowie — nasze palmy giną, pożerane przez te wyklęte przez Allaha stworzenia, ze znakami djabła i dżinnów na skrzydłach.
„Nie zwlekając, Esz-Szikh przybył do oazy i ujrzał całą chmurę szarańczy, napadającej na palmy i pożerającej liście i owoce. Żarłoczność napastników była tak wielka, że zjadały nawet konary — i palmy padały, jak gdyby zostały podcięte siekierą. Święty długo patrzał na tę chmarę szarańczy i w imię Allaha rozkazał jej odlecieć na okoliczne piaski. Gdy wszystkie żarłoczne owady usiadły na ziemi, Esz-Szikh wyciągnął rękę i przeklął je imieniem Stwórcy. Szarańcza pozostała nieruchoma i martwa, a ludność oazy dziękowała Allahowi za pomoc, przesłaną w postaci jego „uali.“ Esz-Szikh pozostawił po sobie osiemnastu synów, a niektórym z nich przekazał swoją cudowną siłę.“
Sidi Herazem opowiadał jeszcze dość długo o życiu i cudach kilku marabutów i „uali“ — o Sidi Nail, o Sidi Mohammed Ben Alija, o Sidi Abd Er Rahman, o potężnych i cnotliwych cudotwórcach, pochodzących z krainy Uled-Nail.
Zdziwiło mnie to niewymownie! Tak dużo słyszałem o pięknych tancerkach tego szczepu i widziałem je na własne oczy w Bu-Saada i w Biskrze, lecz nikt mi tam nie mówił, że ten kraj wolnych obyczajów, lekkomyślnych, namiętnych niewiast i różnych heretyków, był jednocześnie ojczyzną pustelników i cudotwórców. Gdy jednak pomyślałem, że w Babilonie, w Sodomie i w Rzymie — najbardziej byli potrzebni surowi prorocy i moraliści, — zrozumiałem, dlaczego w kamienistej pustyni, otaczającej Bu-Saada i bogatą oazę Biskry, pędzili pełen umartwień żywot święci asceci Islamu. Coprawda nie mieli oni żadnego wpływu na zmianę charakteru okolicznych szczepów. Otaczając głęboką czcią pamięć tych marabutów, pędzą one dawny tryb życia, nic wspólnego z ascetyzmem i z czystością obyczajów nie mającego.
Stary Arab zabierał się do nowej opowieści, lecz nic nowego już od niego nie oczekiwałem, więc, skinąwszy na swoich przewodników, opuściłem salę.
W tak bogobojny sposób spędziłem ostatni wieczór w Tunisie.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Pierwsza część podróży po Afryce północnej została opisana w książce Płomienna północ.
  2. C. Berbrugger: Ikosium; H. Klein: Feuillets D’El Djezair; Cervantès: El trato de Argel; Haedo, Dialogo de la captividad.
  3. Rais — dowódca okrętu korsarskiego.
  4. Darbuka — rodzaj gitary.
  5. Kahin — lekarz, znachor.
  6. Podobną legendę, patrz A. Certeux et H. Carnoy. L’Algérie traditionnelle, v. I, str. 62.
  7. Piołunowa wódka.
  8. F. A. Ossendowski: „Płomienna północ.“
  9. Kowal — zawód pogardzany.
  10. Oficjalna broszura „Le Commerce et l’Industrie de l’Algérie,“ Alger, 1922 r. podaje szereg informacyj statystycznych.
    Eksport 1921 roku:
    Wina 
     na 277 214 000
     fr.
    Pszenicy 
     126 606 000
     „
    Jęczmienia 
     68 593 000
     „
    Baranów i owiec 
     116 781 000
     „ (1 024 597 głów)
    Tytoniu i wyrobów tyton. 
     108 183 000
     „
    Wełny 
     52 847 000
     „
    Owoców 
     49 887 000
     „
    Owsa 
     47 778 000
     „
    Skór 
     34 426 000
     „
    Rudy żelaznej 
     30 823 000
     „
    Fosforytów 
     25 299 000
     „
    Winogron 
     19 536 000
     „
    Byków 
     17 144 000
     „
    Ryb 
     13 826 000
     „
    Kory kork. dębu 
     10 670 000
     „
    Alfy 
     10 251 000
     „
    Włosa palmowego 
     8 568 000
     „
    Oliwy 
     8 121 000
     „
    Mąki 
     7 133 000
     „
  11. Przytaczam kilka oficjalnych danych statystycznych, wyjętych z broszury pp. Despigues et J. Garoby „Le chef d’ oeuvre colonial de la France. L’Algérie.“ Alger, 1921.
    Produkcja mineralna (w tonnach):
    Żelazo 
     735 579
     fr. (przed wojną 1 232 979)
    Cynk 
     13 268
    Ołów 
     8 457
    Miedź 
     400
    (przed wojną 4 909)
    Fosforyty 
     270 708
    Ropa naftowa 
     833
    Statystyka handlu algierskiego (r. 1919):
    Eksport 
     1 690 822 000
     fr.
    Import 
     1 357 542 000
     „

    Razem 
     3 048 364 000
     fr.

    Ilość okrętów: 6195.
    Pojemność: 6 446 818 ton.

  12. Meskin — żebrak.
  13. Meczet — kaplica.
  14. Uali — święty; taleb — uczony; sahir — jasnowidzący.
  15. Beretta — czarna mycka, noszona na głowie przez Żydów.
  16. Ued — rzeka.
  17. Dzik.
  18. Bądź pozdrowiony.
  19. Obywatele rzymscy.
  20. Jaszczurka, dochodząca do jednego metra, którą starożytni, greccy podróżnicy nazywali „krokodylem ziemnym“.
  21. Patrz moją książkę p. t.: „Płomienna Północ.“
  22. Wspomina o tym przesądzie folklorysta M. Morand (patrz „Magie et religion dans l’Afrique do Nord.“)
  23. mra — kobieta.
  24. Babusz — pantofel.
  25. E. Doutté. Magie et réligion dans l’Afrique du Nord. Alger, 1909.
  26. Pan.
  27. Spahi, spahis — regularny kawalerzysta tubylczy.
  28. Marabut — żyjący święty lub święta; marabuty są zawsze kierownikami bractw religijnych.
  29. Stolicą szczepu była Biskra.
  30. Zajazd.
  31. Dziedziniec (słowo hiszp.).
  32. Marokko.
  33. Algerja i Tunisja.
  34. Georg. III, 343.
  35. Raczej kartagińskiego Eszmuna.
  36. Jadowity wąż — Vipera lebetina.
  37. W imię Boga miłościwego i miłosiernego, w imię tego, poza którym niema innego Boga.
  38. Miłosierny, Król Królów, Obrońca, Sprawiedliwy, Dający Zmartwychwstanie, Światło.
  39. Prawowierny muzułmanin.
  40. Mułła — kapłan.
  41. Taleb — uczony.
  42. Zauja — meczet, należący do bractwa religijnego.
  43. Hadż — muzułmanin, odbywający pielgrzymkę do Mekki.
  44. Horm — zakaz wstępu nie-muzułmanom do świątyń i pałaców.
  45. Imam — kapłan muzułmański.
  46. Muezzin — niższy stopień kapłana; sługa kościelny.
  47. We wschodnim Marokku, około Udżda. (Patrz moją książkę: „Płomienna Północ“).
  48. Kowal, syn kowala — największa obelga dla Berbera.
  49. Patrz bardzo interesujące i szczegółowe dzieła o Mzab pp. Marcel Mercier „La civilisation urbaine au Mzab“, Alger 1922; kapitana R. Peyronnet „Races et moeurs d’Afrique Septenbrionale“, Bulletin de la Société de Geographie d’Alger, Nr. 99, 1924; badania Motylińskiego i innych.
  50. L. c. str. 391—392.
  51. Starszy po marabucie przewódca bractwa religijnego.
  52. Stipa tenacissima.
  53. Rzeka.
  54. Określenie prof. I. A. Battandier i L. Trabut, „L’Algérie,“ Paris 1898.
  55. Erozja — rezultat mechanicznego działania wody.
  56. Sirokko — włoska nazwa Samumu; SW — wiatr pustyni.
  57. H. Basset. Essai sur la littérature des Berbéres p. 380.
  58. Sędzia.
  59. Alexander Dumas. Le véloce, Tanger, Alger et Tunis, Paris 1853 (wyd. A. Cadot).
  60. To miało znaczyć, że ten człowiek był zdolny do wielkiego gniewu.
  61. A. Certeux et E. H. Carnoy, l. c. 173, tom I.
  62. A. Dumas, l. c. t. III, str. 125.
  63. A. Certeux, l. c. t. I, str. 175.
  64. A. Certeux, l. c. t. I., str.176.
  65. Ibid.
  66. Duar — zbiorowisko namiotów.
  67. Diuny, lub duny — pagórki ruchomych piasków.
  68. Zwykle jest to mięszanina soli zwykłej, gipsu, węglanu wapnia z dodatkiem soli glauberskiej.
  69. Gazella dorcas, a w rejonie grzbietu Amur — Gazella Kevella.
  70. Aziza — ukochana.
  71. Narodowa potrawa z kaszy, baraniny i pieprzu.
  72. „Le Sahara“. Payot, Paris, 1923, str. 16.
  73. E. F. Gautier, l. c.
  74. Patrz moją książkę: „Płomienna Północ.“
  75. E. F. Gautier, l. c. Flamand. Recherches sur le Haut pays de l’Oranie, Lyon, 1911.
  76. Okres rozwoju ludzkości, odpowiadający ostatniemu okresowi epoki kamiennej.
  77. Tabu — uznanie nietykalności i świętości istoty lub przedmiotu.
  78. Totem — ubóstwianie zwierzęcia, które ma być dalekim przodkiem danego szczepu.
  79. Auł — wioska górska na Kaukazie.
  80. Patrz: Judas, Nouvelle analyze de l’inscription fénicienne de Marseille, A. Servier, L’Islam et la psychologie du muzulman. Paris, 1923.
  81. Nawet nazwa wiatru „samum“ lub „samun“ prawdopodobnie pochodzi od fenickiego boga Samemnum, którego sługami były ogień i wicher.
  82. Bulletin de la Société de Géographie d’Alger, 1924, t. 99, str. 290—293.
  83. Henri Basset. Essai sur la littérature des Bèrberes, Alger, 1920.
  84. Nprz. Foucauld, Cauvet.
  85. H. Basset, l. c.
  86. Guide illustré de Timgad. Paris, 1924.
  87. Polować — kąpać się — bawić i śmiać — w tem jest życie. „Occ“ jest tu zepsute łacińskie słowo hoc.
  88. Największe ulice w Timgad.
  89. Chleba i widowiska.
  90. Znak senatora.
  91. Obywatele rzymscy.
  92. Wojownicy, żołnierze.
  93. Próżność życia.
  94. Nie do uwierzenia.
  95. Basen.
  96. Gsell — Histoire antique do l’Afrique du Nord. Pey-Sonnet — L’Ame antique de la Méditerranée. Bull, de la rociété de Géographie d’Alger et de l’Afrique du Nord, n. 96.
  97. Prawo małżeńskie.
  98. L’Afrique Romaine. Paris 1901.
  99. Uczony.
  100. Kaaba — święta świętych Mekki, gdzie przechowuje się czarny kamień.
  101. Czapeczka, noszona podług mody tureckiej, przez zmodernizowanych Arabów i Berberów.
  102. Duży wąż.
  103. Ichtjologja — nauka o rybach.
  104. Patrz: La Contribution Maritime oraz artykuły w sprawozdaniach Towarzystwa Biologicznego i Akademji Umiejętności w Paryżu.
  105. Clupea pilhardus.
  106. Niestety nie jestem pewien terminologji polskiej ichtjologicznej.
  107. Podobne zjawisko było obserwowane na Morzu Białem, gdzie podczas południowo-wschodnich wichrów sztokfisze (gadus morrhua) podlegały szybkiemu gniciu.
  108. Obecnie minister sprawiedliwości Rzeczypospolitej francuskiej.
  109. Suk — uliczka handlowa.
  110. Fez — stolica Marokka.
  111. Tolba — student.
  112. Członek organizacji religijnej.
  113. Niema innego boga, tylko Bóg Allah i Mahomet, prorok Allaha, Allaha starożytnego.
  114. Patrz: A. Tunis, derrière les murs. Tunis, 1922.
  115. W „Historji Naturalnej“ Plinjusza można znaleźć podobne recepty.
  116. Patrz: Prof. E. Doutté, l. c.; Ałmazow. B. Wostocznaja magja. Petersburg, 1907.
  117. Amulety.
  118. Umartwienie.
  119. Upupa epops.
  120. Mieszanina pirytu miedzianego z antymonem, proszkiem orzeszków gallusowych i oliwy; kobiety używają to do malowania włosów, rzęs i brwi.
  121. L. c., str. 44.
  122. Malaka — panować, baraka — błogosławić.
  123. R. Bouquero de Voligny, l. c., str. 47. — Ałmazow, l. c. 110.
  124. Riff — górski grzbiet zaludniony Kabilami w granicach hiszpańskiego Marokka.
  125. Ksenofobja — wrogi stosunek do cudzoziemców.
  126. Patrz moją książkę p. t. „Płomienna Północ.“
  127. Eneida IV, 24.
  128. Do ciskania z proc.
  129. L. c., str. 57.
  130. Lehman, Aberglaube und Zauberei.
  131. Enarr, psalm XLIV, 23.
  132. Bull, de la Soc. de Géogr. d’Alger, n. 93, 1923, str. 110.
  133. Zapisane tu legendy znalazłem też częściowo u pana C. Trumelet, „l’Algerie legendaire“. Alger, 1892.
  134. Sorgo — proso.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.