Pod smaganiem samumu/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pod smaganiem samumu
Podtytuł Podróż po Afryce północnej. Algierja i Tunisja
Data wydania 1926
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia, Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań — Lwów
Ilustrator Drukarnia św. Wojciecha
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ VII.
BRZEGIEM MORZA ŚRÓDZIEMNEGO.

Dwieście dwadzieścia kilometrów oddziela Konstantynę od Morza Śródziemnego. Cała ta przestrzeń była niegdyś terenem działalności rzymskich administratorów i legjonów. Ślady kolonizacji rzymskiej spotykają się tu na każdym kroku. Na prawo i lewo od drogi żelaznej, lub szosowej, w wąwozach śród niewysokich, kopulastych gór; na równinach, pokrytych pastwiskami lub uprawnemi polami, — wszędzie wyczuć się daje ręka starożytnego, cywilizowanego narodu, usiłująca przyłączyć ten spalony przez słońce kraj do wielkiej areny, gdzie walczył z naturą o dobrobyt, kulturę i efemeryczne szczęście człowiek cywilizowany.
Przejeżdżając Hammam Meskutin, zwiedzam słynne z czasów rzymskich Aquae Tibilitanae — potężne źródło żelazo-wapienno-węglowe, tłumnie uczęszczane przez Europejczyków, tubylców i Żydów, a widzialne zdaleka, bo nad niem ciągle unoszą się słupy pary. Źródło to jest wyjątkowo gorące, ponieważ temperatura jego dochodzi prawie do 96 stopni Celsjusza. W niektórych miejscach woda, wydzielając nadmiar soli wapiennych, tworzy kolumnady stalaktyków, fantastyczne gzymsy, kopuły, ostre igły i obszerne, gładkie tarasy.
Tu znaleziono cały szereg starych zabytków przeszłości; posąg matrony rzymskiej, domową kaplicę jednej z najbardziej potężnych rodzin rzymskich, płaskorzeźbę, przedstawiającą Herkulesa, walczącego ze lwem.
Na dziedzińcu zakładu kąpielowego, tonącego w lasku drzew pomarańczowych i cytrynowych, podróżnik może oglądać wspaniały okaz drzewa pistacjowego, konarami swemi ogarniającego 420 kwadratowych metrów.
Okolice Hammam Meskutin słyną ze wspaniałej roślinności, dającej przytułek drobnej i grubej zwierzynie. Spotkałem tu właśnie myśliwego powracającego z piękną zdobyczą, na którą złożyły się dwa wspaniałe odyńce.
Na schyłkach jednej z gór wapiennych, czepiając się skał potężnemi, podobnemi do walczących pitonów[1] korzeniami, stoi najstarsze w Algierji drzewo oliwne, liczące podobno 800 lat. Wskazuje ono drogę do obszernej jaskini z położonem na jej dnie jeziorem.
W górach Dżebel-Taya oglądałem groty stalaktytowe i stare rzymskie napisy na ich ścianach, na cześć miejscowego boga Bocaxa uczynione. W okolicach wszędzie dużo mniejszych i większych jaskiń, a w nich wielkie nagromadzenie kości ludzkich i zwierzęcych.
Skamłający o jałmużnę żebrak, otrzymawszy ode mnie datek, opowiedział mi, że kości te zostały złożone tu w bardzo dawnych czasach, a mianowicie po pewnej bitwie, kiedy zwycięzcy umieścili w jaskini trupy zwyciężonych, a później dodali jeszcze ciała jeńców, skazanych na śmierć przez wrzucanie do gorącego źródła Meskutin.
Nie wiem, kiedy się to stało, i czy istotnie kiedykolwiek się to stało, lecz w każdym razie gorąca woda Meskutin niezawodnie mogła służyć jako środek do pozbawienia życia.
Dość rozległe ruiny rzymskie i bizantyjskie, — triumfalne łuki, forum, domy i świątynia, pozostały w Annuna, a także w Guelma, czyli w dawnej Calama, gdzie znaleziono cały szereg posągów bogów, muz i cezarów, a między innemi olbrzymiego Jowisza; pozostały do naszych czasów zwaliska teatru i termów rzymskich.
W dolinie rzeki Seibous, śród pięknych posiadłości kolonistów, szybko zbliżamy się do morza; jego tchnienie daje się już tu wyczuć.
Piękne, bogate winnice, pastwiska, gdzie hodują duże stada bardzo dobrej, miejscowej rasy krów; plantacje tytuniu, sady owocowe, oliwne gaje; niewysokie góry Hamra, obfitujące w rudę żelazną, migają przed oczami i nagle — lazurowa płaszczyzna morza z dymiącemi na niej parowcami, z białemi żaglami łodzi rybackich i, na prawo rozległe miasto portowe — Bône.
Mała dzielnica arabska, pozbawiona wszelkich charakterystycznych cech osad tubylczych, z wyjątkiem chyba małej kasby, pozatem francuskie miasteczka, tonące w zieleni bulwarów, parków i ogrodów i bardzo podobne do południowych miasteczek francuskich.
Zaczyna padać ulewny deszcz, więc nie mam żadnej nadziei na zwiedzenie okolic. Jadę przeto wprost do muzeum w Hipponie. Jest to właściwie Hippo Regius — znaczne miasto za panowania Rzymian.
Tu spędził życie Święty Augustyn, biskup Hipponu i tu zmarł w pierwszej połowie V-go stulecia, w okresie, gdy Wandale oblegali miasto. Już po śmierci biskupa miasto było zdobyte, zrabowane i spalone. Znaleziono tu niedawno cyklopowe mury fenickie, stary most rzymski, mozaiki, kolumny, pomniki, resztki termów, posążki z bronzu i szczątki naczyń rzymskich.
Ponieważ chcę jaknajprędzej dotrzeć do Tunisu, gdzie mam jeszcze sporo do zwiedzenia, poczem muszę zdążyć na czas do małego miasteczka Wielkiej Kabylji, gdzie na mnie czeka polowanie na dziki, zorganizowane dla mnie przez konsula polskiego p. Rozée i administratora tego obwodu, p. Courtin, przeto, nie zważając na ulewę, każę jechać dalej.
Droga idzie cały czas brzegiem morza; nie widzę go tylko wtedy, gdy szosa wcina się głęboko w otaczające góry; przez mgłę deszczu mkną mi na spotkanie pola uprawne, pastwiska, niewielkie gaiki i jakieś jeziora; wreszcie samochód wspina się na wysoki, pokryty lasem dębowym górski grzbiet i stąd widzę osadę La Calle, przyczepioną do skał morskiego brzegu. Z morza wyglądają czarne ostre rafy, co chwila pokrywane białą pianą fal. Kilka łodzi rybackich miota się na wzburzonej powierzchni wody; trochę dalej, walcząc z bałwanami, spychającemi go ku rafom, płynie mały, czarny statek pasażerski, zdążający w stronę Bône.
La Calle w starożytności był znany jako port Tuniza, który niejednokrotnie podczas burz dziejowych, szalejących w Afryce, uległ doszczętnej ruinie. Pozostał portem i do naszych czasów, lecz tylko dla statków drobnych. Miasteczko to z powodu łagodnego klimatu i otaczającego go zewsząd lasu dębów korkowych cieszy się sławą najbardziej zdrowego punktu na całem wybrzeżu afrykańskiem. Gdy przybyłem do tego miasteczka, ulewa ustała i, dzięki temu, czekając na obiad, poszedłem zwiedzić La Calle.
Na brzegu morza zawarłem znajomość z rybakami, którzy bardzo uprzejmie opowiedzieli mi o dość jeszcze niewspółczesnych sposobach połowu ryb, ponieważ przedsiębiorcy miejscowi nie posiadają dostatecznej ilości statków, zaopatrzonych w motory Dieselowskie, co nie pozwala na rozwój tego przemysłu w takich rozmiarach, do jakich doszło rybołóstwo angielskie i amerykańskie. Rybacy pokazali mi skład, gdzie obejrzałem ryby, złapane tej nocy; widziałem tam dość rzadki okaz tak zwanej „ryby-rzemień.“ Była to długa na półtora metra ryba, o srebrzysto-białem zabarwieniu, o długich, czarnych paskach po bokach i o jaskrawo-żółtych płetwach. Miała małą tępo ściętą głowę o wypukłych oczach i kolczastym grzebieniu. Z dołu od brzucha ryby zwisała biała połyskująca falbanka. Jest to stosunkowo bardzo rzadko spotykana przedstawicielka ryb z rodzaju Trachypteridae-Regalecus banksii. Rybaczki nazywają tę rybę „perłową kolją“; istotnie przypomina ona swoim połyskiem i barwnością srebrną kolję, ozdobioną perłami i barwną emalją.
Przeglądając inne ryby i słuchając opowiadań rybaków, przyszedłem do pewnych wniosków ichtiologicznych[2], które później sprawdziłem za pomocą prac dr. J. P. Bounhiol[3]. Zauważyłem wśród ryb następujące gatunki: Clupeidae — sardynki[4], anczousy (Engraulis eucrasiholus), alozy (Clupea aloza), i finty (Clupea finta); Scombridae — skomber śródziemno-morski oraz olbrzymie skombry, czyli tak zwane tuńce (Thynnus)[5]; Sparidae — sargi (sargus), boksy (Box vulgaris), dorady (Chryzofrys aurata), o których Duhamel opowiadał, że ogonami wykopują mięczaki z piasku; za czasów Rzymian dorady nazywano „auratae“; ryby tego gatunku były bardzo poszukiwane przez smakoszów rzymskich i wychowywane w sztucznych basenach, — jest to piękna ryba, cudownie zabarwiona na srebrzysto-zielony kolor, z pięknym rysunkiem na ciele, ze złocistą plamą na opancerzeniu skrzel, złocistemi pasami na głowie i po bokach, granatowemi, fioletowemi i czarnemi płetwami; Pediculati, do których należy najbardziej rozpowszechniona Trigla, czerwona ryba o wielkiej głowie, arabscy rybacy nazywają ją padającemi gwiazdami, gdyż w miejscach niegłębokich pozostawia po sobie świecący się ślad; Lebroides — tęcznik (Coris julis); ryby z rodziny sztokfiszów, merlany (Merluccius vulgaris) i przeróżne flondry (Pleuronectes). W oddzielnych pomieszczeniach były przechowywane olbrzymie langusty (Palinurus), które tak lubią nierówne, skaliste dno morskie, obfitujące w wodorosty; kraby z rodziny gelasimus; samcy tych raków posiadają na jednej nodze bardziej rozrośnięte kleszcze niż na drugiej, a to dlatego, żeby mogły tą nogą szczelnie zamykać wejście do nory; krewety z rodzaju crangon oraz Palemon serratus.
W wodach algierskich poławiane są w znacznych ilościach zwyczajne okrągłe ostrygi (Ostrea edulis). W niektórych miejscach afrykańskiego wybrzeża rybacy opowiadali mi, że gdyby można było uchronić młode ostrygi w tym okresie ich życia, kiedy nie są jeszcze dostatecznie opancerzone i umocowane na skałach, mięczaki te stałyby się niezawodnie najtańszym pokarmem dla ludzi, ponieważ miljardy tych żyjątek giną obecnie w morzach, tępione przez raki, ryby, ślimaki i robaki.
Najbardziej poszukiwanemi gatunkami ryb na afrykańskiem wybrzeżu Morza Śródziemnego są sardynki i tuńce.
Starożytni Rzymianie i Fenicjanie trudnili się połowem tuńców. Jest to dziwna ryba, gdyż świeża lub dobrze zasolona jest bardzo zdrowa i smaczna; jeśli jest chociażby trochę mniej nasolona — staje się trującą. Kości nieświeżej ryby nabierają wtedy czerwonej barwy, a smak mięsa przypomina pieprz.
Ryba ta, dostarczana na rynek, zwykle podlega badaniu lekarskiemu. Zadziwiająco prędko tuńce podlegają gniciu w okresach samumu, czyli sirokko[6].
Gdym rozmawiał z rybakami, przeważnie z Włochami, przybyła nowa łódź ze zdobyczą; wydobyto i pokazano mi coraz rzadziej spotykanego obecnie w tych wodach — piżmowego spruta (Eledone moschata). Był to przedstawiciel rodziny Ośmionogów, owianych licznemi i straszliwemi legendami o porywaniu ludzi, a nawet całych łodzi rybackich. Piżmowy sprut należał do mniejszych okazów i odznaczał się silną wonią piżma, dość zresztą zwykłą dla przedstawicieli tej rodziny.
Dowiedziałem się od rybaków, że spruty mają licznych na rynkach amatorów.
I jeszcze dwa dziwne stworzenia trafiły się tego dnia rybakom w ich sieci. Były to tak zwane sepje (Sepja officinalis), wydzielające w podrażnieniu lub gniewie, ciemno-brunatny płyn, znany w handlu pod nazwą farby „sepja“; na grzbiecie te zwierzątka mają wapienny pancerz, sprzedawany pod nazwą „morskiej pianki“. Razem z sepjami złapano dwa dość duże Kalmary (Loligo), o zabawnych, wypukłych, jak gdyby zdziwionych oczach i długich mackach dla chwytania zdobyczy; kalmary są bardzo poszukiwane przez smakoszów hiszpańskich i włoskich.
W Hiszpanji, w jakiejś restauracji, gdzie nikt nie mówił po francusku, na chybił-trafił wybrałem sobie z karty jakąś potrawę, oznaczoną jako „Kalmares.“ Smakiem przypominała nasze flaki, lecz zaprawiona była czarnym jak atrament sosem. Potrawa ta jest całkiem nieodpowiednia do spożywania jej w dobrem towarzystwie, ponieważ bardzo łatwo jest umalować się atramentowym sosem do czubka głowy. Myślę, że kucharz hiszpański zamiast kalmara, wpakował do rondla jakąś złośliwą lub histeryczną sepję, która zresztą miała dość powodów, by przy tych warunkach wpaść w gniew i histerję.
W pobliżu wybrzeży algierskich, a także na całem prawie wybrzeżu Tunisji, uprawia się przemysł, dający dobre zyski; jest nim połów szlachetnych korali (Corralium rubrum). Rafy i mielizny, służące za siedzibę korali, są ulubionem miejscem pobytu dla ryb i różnych raków morskich. W tych miejscach zawsze spotkać można znaczne flotyle rybackie.
Zaznajamiając się później z wydawnictw urzędowych ze stanem rybołóstwa w Algierji, przyszedłem do przekonania, że Francuzi uważając swój przemysł morski za bardzo jeszcze początkowy, dokładają wszelkich starań w kierunku jego rozwoju. Jednym z najbardziej energicznych czynników, pracujących w tym kierunku, jest naukowa stacja morska w Castiglione — w okolicach Algieru.
Po zwiedzeniu La Calle i po zawarciu bardzo interesującej znajomości z rybakami, powróciłem do swego auta i wstąpiłem na obiad do małego hoteliku.
Na sali oprócz mnie było jeszcze troje gości. W ciemnym kąciku, na kanapce, siedziała młoda para, bardzo otwarcie gruchająca i nie zwracająca na otaczających żadnej uwagi.
Obok mnie przy sąsiednim stoliku spożywał obiad jakiś niemłody jegomość w złotych okularach i, gdy usłyszawszy zbyt głośne miłosne słowo, które doleciało z ciemnego kąta, obejrzałem się na niego, jegomość uśmiechnął się i, przysunąwszy krzesło do mego stolika, szepnął:
— Kilka razy byłem już w La Calle i za każdym razem spotykam tu gruchające, zakochane pary. Widocznie morze, powietrze i las usposabiają przyjeżdżających tu nieraz zdaleka panów i panie do romansów. Ale to nie zawsze dobrze się kończy...
— W danym wypadku — rzekłem, robiąc znak w stronę zakochanych, — tej młodej parze nic nie grozi.
— Kto wie? — zauważył mój nowy znajomy. — Jeżeli pan pozwoli, opowiem, com widział tu właśnie w La Calle przed paru laty.
Dokończył kieliszek wina i, zapalając cygaro, ciągnął dalej:
— Jechałem z Tunisu do Konstantyny. Mój szofer — Arab, mknął jak warjat, aż zmuszony byłem parę razy zrobić mu uwagę, iż na ciągłych wirażach i gwałtownych zakrętach może wpaść na kursujące tu często autobusy lub karawany wielbłądów. Mitygował się na kilka minut, a później mknął z taką szybkością, że podczas wstrząśnięć moja walizka bezceremonjalnie wskakiwała mi na kolana. Wyniki takiej jazdy były opłakane. Z trudem dociągnął mnie mój samochód do La Calle i stanął koło jakiegoś znaczniejszego budynku i ani rusz dalej.
Z budynku zaś, który był komorą celną, wyskoczyło kilku urzędników, skorych do rewidowania bagażu. Ponieważ miałem przepustkę, urzędnicy nie oglądali mojej walizki i nie oclili samochodu. Patrzyli na mnie z bezsilną rozpaczą, widząc w katastrofalnem zatrzymaniu się mojej maszyny przed ich siedzibą palec Boży, wskazujący na niezawodnego przemytnika.
„Monsieur! — mówił tymczasem zmieszany szofer — Bardzo przepraszam, lecz będę zmuszony oddać samochód do garażu. Dopiero jutro będziemy mogli ruszyć dalej“...
Zająłem więc pokój w hoteliku, jedynym w tej małej mieścinie nadmorskiej. Obmywszy się z kurzu i zmieniwszy ubranie, wszedłem do sali restauracyjnej.
Publiczności było mało. Jakiś drobny urzędnik napychał się chlebem i sałatą, popijając żółto-zielonem winem, z pewnością bardzo kwaśnem, bo miał po każdej szklance coraz bardziej męczeńską twarz.
W kąciku sali, tuż obok zajętego przeze mnie stolika, jadła śniadanie jakaś młoda para. Być może, że nie zwróciłbym na nią uwagi, gdyby nie pełne współczucia i sympatji uśmiechy otyłej bufetowej i lokaja, patrzących na młodych ludzi, i ich uprzedzającą względem nich grzeczność.
Ona — młodziutka, może 20-letnia kobieta, elegancko, wytwornie ubrana — była śliczna. Krucze, obfite włosy wybijały się z pod koralowego kapelusika z wielką złotą klamrą i czarnem gładkiem piórem. Piwne oczy, świeże usta i zadziwiająco biała cera tworzyły bardzo harmonijną i wytworną całość. Na palcu pięknej pani dojrzałem szeroką ślubną obrączkę.
Towarzyszem jej był wysoki, zgrabny blondyn, o niebieskich oczach i bladej, natchnionej twarzy.
Że byli zakochani, to mógłby stwierdzić nawet mój samochód, gdyż miłość płonęła w oczach tej pięknej pary, triumfującą pieśnią rozbrzmiewała w ich głosach, przyćmionych i miękkich, bojących się spłoszyć lękliwego bożka wielkiej tajemnicy i promiennego szczęścia.
Rozmawiali o Dantem.
Zdziwiło mnie to niewymownie, gdyż tu, w afrykańskich kolonjach ludzie rozmawiają wyłącznie o urodzajach wina i oliwek, o cenach wełny, o giełdzie i zdrowiu i płodności owiec. Młodzieniec deklamował wdzięcznym głosem wiersze genjalnego mistrza i dolewał swej damie złocistego Kebir Imperial.
W niespełna kwadrans po śniadaniu zdążyłem zwiedzić całe La Calle, a później wyszedłem na drogę, wijącą się śród lasu korkowych dębów i dotarłem do morza. Olbrzymie głazy stoczyły się tu niegdyś z gór i utworzyły liczne rafy. Morze w tem miejscu było dość głębokie, o dnie porosłem wodorostami, co nadawało mu szmaragdowy odcień, który tak pieści i cieszy wzrok.
Położyłem się na piasku śród kamieni i zacząłem przyglądać się zabawnym krabom, biegającym dokoła i walczącym ze sobą o każdą muszlę, o szczątki zgniłej ryby i o liście roślin, wyrzuconych przez fale.
Nagle zupełnie blisko rozległy się głosy.
Podniosłem głowę i zobaczyłem moich nowych znajomych.
Nie spostrzegłszy mnie, usiedli w pobliżu za kamieniami.
Młodzieniec ciągnął zaczęte przedtem opowiadanie.
„Mój tom poezji ma wielkie powodzenie w Paryżu, — mówił. — Już o mnie piszą w dziennikach, a wydawcy proszą o nowy tomik. Piszę właśnie „Sonety morza.“ Wiem, że będzie to rzecz silna... Zdobędę świat i wtedy ośmielę się sięgnąć po panią... Pod stopy pani będę sypał kwiaty przez całe życie, będę jej bronił od wszystkiego, co jest szare, codzienne, brzydkie“...
„A mąż?“... — przerwała mu ze smutkiem piękna kobieta.
„Mąż? — powtórzył młodzieniec — Rozwód... wreszcie ucieczka“...
Ona westchnęła, on umilkł, a ja miałem wrażenie, że brakło jeszcze czegoś w odpowiedzi poety.
Nie chciałem dalej słuchać, więc wstałem i, nie oglądając się, aby ich nie spłoszyć, odszedłem.
Wieczorem siedziałem w czytelni hotelowej i z pod oka obserwowałem zakochaną parę. Przyciśnięci do siebie siedzieli na kanapie i przeglądali jakieś ilustrowane pismo. Nagle ciszę rozdarł wściekły ryk samochodu. Jego ogniste oczy na chwilę mignęły w oknie i motor zatrzymał się przed hotelem.
Po chwili do czytelni wpadł olbrzymi, opasły jegomość w długim, płóciennym płaszczu i skórzanej czapce z dużym daszkiem, głęboko na czoło nasuniętym.
„No, naturalnie! — wrzasnął basowym głosem nowoprzybyły. — Jakże mogło być inaczej? Gdzie ona — tam i on. Wara, mazgaju jeden, od cudzych żon!“
Wykrzyknąwszy te słowa, otyły jegomość wywlókł bladego młodzieńca na środek pokoju, jednem uderzeniem pięści obalił go na podłogę i kopnął nogą, odpychając od siebie. Po dokonaniu „sądu doraźnego“ zwrócił się do drżącej, zdrętwiałej kobiety i z ironiczną rycerskością podał jej ramię, mówiąc:
„Madame, otrzymałem dziś nowe auto dla pani, przyjechałem niem właśnie. Moja mała, śliczna farfureczko! Chodź już, chodź!“...
Kobieta pokornie wsunęła rękę pod ramię męża i skierowała się ku wyjściu.
„Obejrzy się, czy nie obejrzy?“ — błysnęło mi pytanie.
Wyszła, nie obejrzawszy się...
„Zły znak!“ — pomyślałem i spojrzałem na poetę.

Autor „Sonetów morza“ siedział na podłodze, widocznie silnie poturbowany, a jeszcze bardziej przerażony, i płakał.
TUNIS. PANORAMA
„Wstań pan! — rzekłem. — Mężczyźni w takich wypadkach nie powinni płakać.“

„Cóż mam robić? — wyjąknął. — On taki silny i taki bogaty, a ona kocha tylko mnie... tylko mnie!“
„Czy jesteś pan tego pewien?“ — mruknąłem.
„O tak!“ — zawołał.
„Wtedy walcz!“ — powiedziałem.
„Kiedy on taki silny i bogaty!“ — powtórzył młodzieniec z rozpaczą w głosie.
„Mówiłeś pan, że po nowym tomie swych poezji zdobędziesz świat, a przecież zwalczyć jednego człowieka łatwiej, niż zdobyć świat?“...
Milczał. Usiadł na kanapie i cicho płakał, jak małe skrzywdzone dziecko, wreszcie przez łzy zaczął mówić:
„Ona umrze w tej mieszczańskiej szarzyźnie, wśród tych rozmów o zyskach i nowych projektach hodowli bydła“...
„A jeżeli będzie mowa o nowych autach, brylantach, strojach, podróżach do Paryża i Nicei?“ — zapytałem.
Nic nie odpowiedział. Umilkł zupełnie i wkrótce wyszedł z czytelni, zdruzgotany, zgnieciony jak robak.
Nazajutrz mój Arab wiózł mnie dalej.
Siedząc obok niego, rzuciłem pytanie:
„Czy bogactwo — rzecz dobra, Ali ben Mhammedzie?“
„Dobra, bo zdobywa wszystko“ — odparł.
„A siła pięści, czy też dobra?“ — pytałem dalej.
„Dobra, bo wszystko potrafi obronić“ — odpowiedział takim głosem, jak gdyby czytał znane suraty z Koranu.
„No, a miłość?“ — indagowałem go dalej.
„Dobra, bo ma siłę, co zdobywa i broni. Jest ona złotem i pięścią razem!“ — powiedział ze ździwieniem, patrząc na mnie.

Myśli moje poszły w kierunku tych wschodnich formułek. Coś tam w głowie i sercu szeptało o jakiejś absolutnej sprawiedliwości, niezależnej od przepisów wszelkiego rodzaju, lecz wkrótce ten szept urwał się, jak urywa się dźwięk, gdy pęknie struna.
TUNIS. BAB SOUIKA

„A przecież ona się nie obejrzała?“ — przypomniałem sobie nagle.
„Wtedy właśnie struna pękła!“...
Po obiedzie, pożegnawszy mego nowego znajomego i życząc w duszy młodej parze, aby nie doznała niestosownego połączenia poezji Dantego z pięścią i kusicielskiem autem, ruszyłem dalej.
Wkrótce wjechałem w bardzo malownicze góry, pokryte lasami dębu korkowego i zwykłego i piękną leśną drogą dojechałem do granicy Tunisji, gdzie urzędnik posterunku celnego nie miał ze mną wiele kłopotu, ponieważ posiadałem „żelazny list“, podpisany przez pana senatora Steega[7], generał-gubernatora Algierji. Zatrzymałem się na godzinę w Tabarka, małym porcie, położonym w bardzo malowniczem miejscu, a słynnem z obfitującego tu w ryby morza, gdzie corocznie Francuzi i Włosi wyławiają prawie półtora tysiąca tonn sardynek i anczousów.
Tabarka była znana w głębokiej starożytności i resztki jej portu, zbudowanego przed wiekami, można oglądać w pobliżu miasta.
Odnaleziono tu także resztki fortyfikacyj tureckich i zamku obronnego, zbudowanego, zdaje się w XVI-ym wieku przez Genueńczyków.
Zaraz za miasteczkiem ujrzałem dawno nie widziane, a takie obce Afryce Północnej zarośla paproci, które urwały się tylko wtedy, gdy od południa wysunęły się długie języki piasków, tworzących niewysokie diuny.
Za grzbietem Abod, po moście przebyłem rzekę Beża i przemknąłem przez niewielkie miasteczko tegoż imienia, zaludnione plantatorami i handlarzami, a otoczone wielką płaszczyzną, porośniętą fioletowemi wrzosami. Tu mnie zastał wieczór, i już w ciemności jechałem dalej. Dopiero koło dziesiątej zaczęły się małe budynki, stojące śród ogrodów i sadów. Narazie stały osobno, później wyciągnęły się w jedną ulicę, z równolegle położonym plantem kolejowym. Przedmieście przeszło w miasto, o bogatych kamienicach, bulwarach i parkach, z rzęsiście oświetlonemi kawiarniami i restauracjami, z migocącemi lampkami szyldów teatralnych i kinowych, z turkoczącemi tramwajami i z ożywionym tłumem europejskim.
Był to już Tunis, duże miasto francuskie, liczące około 200 tysięcy mieszkańców, z których połowę stanowią Francuzi, Włosi, Hiszpanie, Maltańczycy i Żydzi, resztę Arabowie i Berberowie.
Samochód mój stanął przed hotelem.


Przypisy

  1. Duży wąż.
  2. Ichtjologja — nauka o rybach.
  3. Patrz: La Contribution Maritime oraz artykuły w sprawozdaniach Towarzystwa Biologicznego i Akademji Umiejętności w Paryżu.
  4. Clupea pilhardus.
  5. Niestety nie jestem pewien terminologji polskiej ichtjologicznej.
  6. Podobne zjawisko było obserwowane na Morzu Białem, gdzie podczas południowo-wschodnich wichrów sztokfisze (gadus morrhua) podlegały szybkiemu gniciu.
  7. Obecnie minister sprawiedliwości Rzeczypospolitej francuskiej.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.