Pod smaganiem samumu/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pod smaganiem samumu
Podtytuł Podróż po Afryce północnej. Algierja i Tunisja
Data wydania 1926
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia, Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań — Lwów
Ilustrator Drukarnia św. Wojciecha
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ V.
TAM, GDZIE SIĘ BŁĄKAJĄ CIENIE DAWNYCH WŁADCÓW.
Exegi monementum aere per ennius.

Ze swojej wycieczki po Saharze powróciłem do Biskry, roześmianej, śpiewającej, rozbrzmiewającej muzyką i odgłosami tańców, handlującej i hałaśliwej, i, spędziwszy tu noc, wczesnym rankiem ruszyłem dalej, mając na najbliższym etapie — miasto Konstantynę.
Droga przechodzi przez grzbiet Bu-Rzel, za którym zaczyna się dość duża równina o charakterze stepowym, przecięta licznemi śladami burzącej działalności potoków wód atmosferycznych. Jest to równina El-Utaya, gdzie zabiłem gazelę, o której pisałem przedtem. Droga przecina cały szereg grzbietów górskich, przechodzi malowniczemi wąwozami, aż nareszcie dobiega do „Ust Sahary“, jak Arabowie nazywają wąskie łożysko rzeki El-Kantara, otoczone ze wszech stron skalistemi górami.
Przed wejściem do czeluści tego wąwozu ciągnie się na znacznej przestrzeni wielka oaza El-Kantara; przebywszy wąwóz, wjeżdżamy do małej mięszanej osady, noszącej tę samą nazwę, z kilku domkami francuskiemi i tubylczemi. Oaza i duża tubylcza osada El-Kantara były znane oddawna Rzymianom. Mieli oni tu swoją fortecę Calceus Herculis, nazwa, związana mitem, że Herkules uderzeniem nogi przebił przejście przez otaczające góry.
Rzymianie założyli tu przed wiekami posterunek wojenny, broniony przez słynnych łuczników azjatyckich, których część obsługiwała zawsze cyrki, zaganiając strzałami dzikie zwierzęta do ich klatek po skończonem widowisku. Od czasów rzymskich pozostał tu stary most, już znacznie zmieniony, gdyż pracowała nad nim niejedna nielitościwa ręka architektów późniejszych.
Osada tubylcza, składająca się z kilku drobnych wiosek, przylega bezpośrednio do oazy, do wspaniałego lasu palm daktylowych, rosnącego tuż u stóp górskiego grzbietu, tylko w jednem miejscu przerwanym wąwozem z płynącą w nim rzeką El-Kantara, a prowadzącym dalej na północ.
Arabowie twierdzą, że na szczytach tego górskiego grzbietu mieści się „cmentarz chmur, brzemiennych deszczem“.
E. Reclus w swojej „Geografji“ powtarza gadkę ludową, że północna część górskiego grzbietu El-Kantara jest czarna, koloru deszczowych chmur, przeciwległe zaś spadki są różowe — barwy dobrej pogody.
Przy tem naturalnem wyjściu z północnych obszarów Algierji na Saharę Francuzi tak, jak niegdyś Rzymianie, mają swój posterunek wojenny.
Droga wiedzie dalej przez miejscowości uprawne, gdzie spotkać można doskonałe plantacje Francuzów i Hiszpanów i całe skały soli kamiennej, — w niektórych miejscach w glebie, obfitującej w glinę i sole wapienne, dają się zauważyć potężne ślady działania wody. Głębokie wąwozy, zupełnie prawie ciemne na dnie, zbiegają z płaszczyzny ku łożyskom rzeki Tilatu i innych.

Wydać się może, że jakiś olbrzym uderzeniem miecza rozsadził pierś ziemi. W tych głębokich wąwozach na dnie panuje mrok i wilgoć i niedaleko od osady Mac-Mahon spotkałem w nich dość rzadkich mieszkańców tych szerokości — żaby i gniazdo sowie, pełne jaj.
AUTOR NA FORUM TIMGADU

Wreszcie samochód mój zatrzymał się przed garażem znacznego miasta — Batna, ważnego punktu administracyjnego i wojennego, na południu obwodu Konstantyny.
Zaopatrzywszy się w benzynę i wodę, porzucamy główną drogę, prowadzącą na północ, i skręcamy na mniejszą. Powinna nas doprowadzić do ruin dużego rzymskiego grodu Timgad.
Spotykamy po drodze osadę Lambez. Jest to miejsce, gdzie przez dwa prawie stulecia pozostawały sztab i główne siły legji Augusta, broniącej Afryki Północnej. Tu od niedawna odnaleziono ślady rzymskiego obozu, cały szereg dróg kołowych, kierujących się do wielkiego gmachu, otoczonego ruinami domów i resztkami kolumn, które wznoszą się ponad ziemią, jak pomniki cmentarne. Nad tem miejscem dawnych dziejów góruje potężny gmach — jest to Pretorium. Właściwie jest to jedyny dobrze przechowany gmach, reszta runęła oddawna, pozostawiwszy po sobie tylko fundamenta i oddzielne głazy domów, szpitala, świątyń i termów, czyli publicznych kąpieli. Dalej, na północnej stronie, pozostały ślady amfiteatru i resztki cmentarza.
Cichym poszeptem dawno minionych czasów mówi do duszy podróżnika ten cmentarz historyczny, świadczący o minionej potędze wiecznego Rzymu i o śmiałych zamiarach dumnych cezarów, władców współczesnego świata... Tuż obok, oddzielony od Pretorium zaledwie drogą i ogrodami, wznosi się za wysokim murem olbrzymi gmach o małych zakratowanych oknach, — jest to najbardziej zaludnione i surowe więzienie wojenne w Algierji.
Poco umieszczono je tu, w pobliżu ruin rzymskich?

Droga dalej przebiega obok ruin triumfalnego łuku rzymskiego, zbudowanego za czasów Marka Aureljusza, i tu się zaczyna mała osada francuska Markuna, dawna rzymska Werekunda.
EL-KANTARA. „USTA SAHARY“
Małe, schludne domki francuskie toną w zieleni sadów owocowych, a tu i owdzie, w gąszczu krzaków i drzew, widnieją liczne resztki gmachów tego przedmieścia rzymskiej Lambezy.

Na polach okolicznych, na spadkach i szczytach gór, — wszędzie rozrzucone w nieładzie głazy, ciosane rękoma niewolników, pracujących „ad gloriam Romae“, resztki cegły i dachówek, naczyń glinianych i szklanych, odłamki marmurowych kolumn i tak bez końca, aż do wielkiej kotliny, na dnie której zdumionym oczom podróżnika ukazuje się nagle dawny Thamugadi, — obecny Timgad. Jest to duże miasto, otoczone ze wszech stron górami; w jednem tylko miejscu rozchodzą się one, tworząc kurytarz, gdzie biegnie droga na Lambezę i Batnę, w tym samym kierunku, w jakim biegła za Rzymian.
Zdaleka już rozpoznać można dwie wysokie, wysmukłe kolumny, strzelające ku obojętnemu lazurowemu niebu.
Jest to Kapitol, tron Jowisza, ojca bogów i ludzi, opiekuna kraju, dokąd imię jego zanieśli zakuci w miedź wojownicy Rzymu.
Zatrzymujemy się przy muzeum, lecz, niestety, dyrektora niema w Timgad, z tego powodu zmuszony jestem posługiwać się objaśnieniami Araba-dozorcy i pięknem dziełem p. Alberta Ballu[1].
Każdy krok, każdy rzut oka świadczą, że idę płytami, któremi jechały bojowe wozy Rzymian lub długie, o ciężkich, okutych żelazem kołach, furgony, dostarczające tu z okolic potrzebne pożywienie i materjały; bo oto widzę dwa głębokie wyżłobienia, ciągnące się wzdłuż wykładanych grubemi płytami ulic, przecinających miasto, — podnoszę się szerokiemi stopniami do sali świątyni zwycięstwa; pozostały po niej stopnie, potężne fundamenta, trochę murów i piękne kolumny; widzę łaźnie publiczne, bazylikę, ruiny olbrzymiego teatru, wspaniały Kapitol. Stoję w cieniu triumfalnego łuku Trajana i nareszcie wychodzę na Forum, do tego serca miasta, gdzie płynęło całe życie miasta i jego mieszkańców, łaknących zawsze rozrywki, wesołości i nowin.
Ktoś, rozumiejący dobrze duszę tego grodu, na jednym z głazów Forum wyrzeźbił słowa znamienne:
„Venari — lavari — ludere — ridere — occ est vivere“[2].
Szukajmy objaśnienia tego napisu!
Świadczy on o tem, że był uczyniony w dobie zupełnego spokoju, gdy trzecia legja Augusta stłumiła wszelkie wybuchy niepodległości szczepów barbarzyńskich i, przeraziwszy ich potęgą swego oręża, pędziła spokojny żywot nietylko w Timgad, lecz z pewnością nawet w takich wyłącznie wojennych miastach, jakiem był Lambez.
Gdy obchodziłem całą równinę, gdzie Rzymianie zbudowali to miasto, nigdzie nie mogłem znaleźć śladu wody.
Berberowie z okolicznych wiosek zmuszeni są zdaleka sprowadzać sobie wodę, tymczasem w Timgad widzimy aż dwie termy publiczne, kilka fontann i całą sieć kanałów podziemnych, któremi biegła woda wzdłuż wszystkich ulic, mając główne arterje swoje na obydwóch Cardo i Decumanus Maximus[3].
Wiemy doskonale, że do obecnych czasów jednem z najbardziej dręczonych przez skwar miejsc pozostaje Batna i cały jej obwód, ogarniający też i Timgad, więc zrozumiałem jest, że Rzymianie skierowali całą swoją energję na sprowadzenie wody z okolicznych gór i nieraz z dalekich źródeł.
W trzeciej legji rzymskiej służyli nietylko Rzymianie z Italji, lecz także „cives romani“, pochodzący z północnych kresów olbrzymiego Imperium. Cóż mogło być bardziej przyjemnem w dnie szalonego skwaru, jak udanie się do kąpieli publicznych i zanurzenie się w basenie z przepływającą świeżą i orzeźwiającą wodą?
Oderwani tu, na krańcach afrykańskich kolonij, od wszystkiego tego, czem żył Rzym, mieszkańcy Timgad szukali rozrywek w granicach swego miasta i w jego okolicach.
Otaczające miasto ze wszystkich stron góry obfitowały w dzikie zwierzęta: lwy, pantery, gepardy, hieny i szakale. Polowanie na nie stanowiło niezawodnie najbardziej porywającą rozrywkę rzymskich wojowników.
Poza tem pozostawał hazard, on się wyrażał w wyścigach konnych i w różnych grach, których ślady, jak naprzykład wykreślona tablica, przypominająca nasze warcaby lub szachy, pozostały na forum miasta. A gdy z biegiem czasu aż tu, do Timgad, dotarły krzyki i wycie ulicznej tłuszczy rzymskiej: „panem et circenses!“[4] — wtedy wzniesiono tu olbrzymi gmach teatru i wypuszczono na arenę najpierw aktorów i tancerzy, a później — gladjatorów-getulów z Sahary, jeźdźców numidyjskich, a wkońcu — dzikie zwierzęta, którym na pastwę rzucano niepokornych niewolników, odważnych wodzów powstańczych i chrześcijan.
Nareszcie — śmiech...
Śmiech — to najlepszy pomocnik zapomnienia.
Od Timgad niegdyś prowadziła droga do El-Kantara. Do tej „bramy pustyni“ ciągnęły koczowiska nomadów z południa, zachodu i wschodu, aby za srebro rzymskie sprzedać swoje skromne towary, spróbować szczęścia w grodach i obozach zdobywców i zajrzeć im w oczy.
Wraz z koczownikami przybywały ich niewiasty.
Dumne i śmiałe góralki Atlasu, skwarne, roznamiętnione córy pustyni i ciche, łagodne niewolnice z pastwisk wysokich płaskowyżów, — wszystkie ciągnęły tu za mężami, ojcami i braćmi, ciekawe widoku cudzoziemców, a żywiące ukrytą nadzieję, że być może, los dopomoże im porzucić nazawsze brudne, czarne od dymu namioty, gdzie życie pędziły w ciężkiej pracy i poniewierce.
Niejedna z nich znalazła tu swój los i stała się żoną obywatela rzymskiego, odgrywając nieraz wybitną rolę nietylko w grodzie, lecz nawet w całej prowincji, i, za dekretem Cezara, korzystała z praw obywatelki Rzymu. Inne kupowano przez nudzących się w Timgad wojowników, lub dostawały się do domów, których opiekunką była Afrodyta.
„Kobieta jest czarą wesołości i szczęścia“ — powiadają poeci wszystkich czasów i ludów...
Kobieta, nawet bronzowa i czarna, przynosiła mieszkańcom i wojownikom Timgad — szczęście i wesołość.
Gdy zwiedziłem i obejrzałem wszystkie największe i najlepiej zachowane gmachy, odprawiłem przewodnika i zacząłem sam błąkać się po tem mieście martwem, a tak pociągającem dla człowieka, pamiętającego wspaniałe dzieje Rzymu.
Wąskiemi i zarosłemi trawą i ostami uliczkami mijałem zburzone fasady prywatnych domów i pałacyków z pozostałemi po nich odłamkami kolumn, zwaliska sklepów, potrzaskane baseny fontann, — burzycielskie dzieło rąk mściwych górali z Aures, którzy po upadku Rzymu zburzyli Timgad, grabiąc domy i gmachy państwowe i rozbijając posągi wielkich cezarów i zasłużonych obywateli miasta.
Na uboczu ujrzałem ruiny twierdzy bizantyjskiej, która powstała po zdobyciu przez Greków spuścizny wielkiego Rzymu, chociaż Bizancjum nie mogło się oprzeć falom tubylczych wojowników i nadążających z Azji hord arabskich.
Tu spotkałem młodzieńca, malującego akwarelą Timgad. Przywitaliśmy się.
Był to malarz holenderski Van Duynen; przybył tu z Indji holenderskich, aby słońce Afryki wypaliło z jego krwi zarazki febry, nabytej gdzieś na Jawie czy Sumatrze.
Zapaliliśmy papierosy. Milczeliśmy, bo on malował z zapałem, ja zaś robiłem swoje notatki, zapisując ważenia i myśli, napływające śród zwalisk i szeptów miasta, gdzie kwitł kult Olimpu rzymskiego i wspaniałych cezarów, a gdzie żyła jeszcze wielka dusza i bezgraniczna duma wielkiego Rzymu.
Nagle Van Duynen zaczął się cicho śmiać, mrużąc swoje blade o pożółkłych białkach oczy.
— Często tu bywam, znam tu każdy zakątek, każdy kamień ulic i gmachów, każdy posąg i każdy napis w muzeum; przeczytałem wszystkie dzieła o Timgad i, zdaje mi się, że znam to miasto tak, jak gdybym się w niem urodził. Nieraz, gdy błąkam się tu w noce księżycowe, widzę sunące owinięte w białe togi widma i poznaję w nich znajomych.
Milczałem, gdyż czułem, że ten blady, wycieńczony młodzieniec zaczyna najprawdziwszą improwizację, bo zrodzoną z nieuchwytnych szeptów ziemi i głazów, z ech życia, które płynęło tu niegdyś, a teraz w proch i kamień się obróciło.
“W połowie drugiego wieku, — zaczął Van Duynen, — przybył tu jeden ze sławnych w Rzymie dowódców kohorty pretorjanów — Marek Emiljusz. Pochodził ze starej rodziny patrycjuszowskiej, której mężowie nieraz nosili białą togę, oblamowaną szkarłatnym pasem.[5]
— Cały Timgad, a szczególnie dowódcy wojsk rzymskich, kwaterujących nietylko w Timgad, ale i w głównym obozie w Lambez, z trwogą i niecierpliwością oczekiwali przybycia Marka, przesławnego zwycięzcy nad powstałemi ludami północnych kresów Imperium, gdzie się odznaczał ścisłością wykonania rozkazów, otrzymanych z Rzymu, i surowością, która lękiem przejmowała dowódców legij i kohort, broniących rozległych granic państwa.
Mimo wielkich pełnomocnictw, Marek posiadał nieograniczone zaufanie Imperatora. Przez dłuższy czas był on dowódcą pierwszej kohorty pretorjanów, lecz życie w Rzymie sprzykrzyło mu się, gdyż nie znajdywał tu ujścia dla swojej czynnej i burzliwej natury. Cezar więc, przystając na jego prośby, stale wysyłał go w zagrożone miejsca kresowe, gdzie potrzebna była ręka twarda i stanowcza.
Marek Emiljusz słynął w rzymskich kołach pretorjańskich jako zawołany wojownik, posiadający zadziwiającą odwagę i siłę najlepszych galijskich gladjatorów, a także jako doświadczony wódz.
Tego właśnie wojownika i pretorjanina oczekiwał rzucony na pogranicze Sahary Timgad.
Z gór Aures pewnego poranku przycwałowali jeźdźcy, należący do legji Augusta i donieśli, że wysłaniec Imperatora w eskorcie kilkunastu konnych wkrótce przybędzie do miasta.
Istotnie nie minęły dwie godziny, gdy na drodze, prowadzącej od Lambez, z dachu wielkich termów dojrzano zbliżającą się grupę jeźdźców. Pretor Timgadu, sędziwy Aureljusz Serpens i prefekt miasta, Klaudjusz Sertius, na czele straży honorowej, pomknęli na spotkanie przybywającym.
W pół godziny później na zatłoczone mieszkańcami forum, gdzie byli zebrani najwybitniejsi obywatele miasta, wjechał na rosłym, bułanym koniu Marek Emiljusz.
Ździwienie odmalowało się na twarzach tłumu na widok tego przesławnego pretorjanina, gdyż wszystkie istniejące legendy o jego surowości były tu oddawna powtarzane z ust do ust.
Teraz ujrzano młodzieńca, napozór nie starszego nad 25 lat, o pięknej, prawie niewieściej twarzy, powleczonej złocistym odcieniem, pozostawionym przez słońce afrykańskie, o oczach czarnych, a przejrzystych, jak ciemny onyx, o drobnych wypieszczonych dłoniach, ozdobionych pięknemi pierścieniami na palcach i złotemi łańcuchami — bransoletami, zwykle noszonemi przez starszyznę pretorjańską. Ubranie miał na sobie zakurzone i zniszczone długą drogą. Siedział niedbale na wysokiem siodle i, gryząc laseczkę aromatycznego drzewa santalowego, słuchał mowy witającego go w imieniu obywateli prefekta, bystrym i badawczym wzrokiem przebiegając od twarzy do twarzy, od budynku do budynku.
Prefekt tymczasem zakończył swą mowę takiemi słowy:
— Szlachetny Marku Emiljuszu! Witamy cię w murach naszego grodu, który z honorem i sławą podtrzymuje wielkie imię Rzymu i boskiego Cezara. Witamy cię wszyscy z otwartem sercem i nadzieją, żeś przywiózł nam łaskawy dekret Imperatora, który przychylił ucha do pokornej prośby naszej, aby żony nasze, pochodzące z narodów i szczepów, podbitych mieczem Rzymu, zechciał uznać za obywatelki rzymskie. Niech żyje szlachetny pretorjanin i znakomity wojownik Marek Emiljusz, nasz dostojny i drogi gość!
Marek uśmiechnął się i skinął ręką, dając znać, aby się uciszyły krzyki tłumu. Wreszcie podniósł się na strzemionach i rzekł dźwięcznym, młodzieńczym głosem:
— Dziękuję wam, obywatele, za pozdrowienie i za uznanie moich zasług, które zaiste są niczem w porównaniu z tem, czego dokonaliście wy, cives Romani[6], tu śród barbarzyńców, na tej obcej i niegościnnej ziemi. Wdzięczność wyrażam wam w imieniu boskiego Cezara! Omyliliście się tylko w tem, że jestem waszym gościem! W Lambez, w pretorji pokazałem dowódcy legji Augusta i trybunom wojennym dokument z pieczęcią cesarską, mianujący mnie „dux superior“. Od tej chwili jestem wodzem i rządcą całej Maurytanji Cesarea.
Odrzuciwszy się na łęk siodła, Marek zwrócił się do otaczających go wojowników i rzekł:
— Zapraszam was, towarzysze milites[7], na natychmiastową naradę.
Nic więcej nie powiedział „dux superior“, lecz wszyscy zrozumieli, że stało się coś bardzo ważnego, skoro z Rzymu przysłano takiego pełnomocnika z nieograniczonemi prawami, co się zdarzało tylko w wypadkach wyjątkowych.
— Dobre to, czy złe? — pytano się wzajemnie.
Na to nie było żadnej odpowiedzi, gdyż nikt nie mógł wyczytać z twarzy młodego wodza ukrytych myśli.
Tylko kobiety porobiły szereg spostrzeżeń i podzieliły się z niemi ze swymi mężami i ojcami. Dostrzegły one drobną sieć zmarszczek koło oczu i na skroniach Marka, co świadczyło, że nie był taki młody, jak się na pozór wydawał. Dojrzały też, że gdy w mowie przechodził na niski ton, głos jego stawał się syczącym i zimnym, co zmuszało niedowierzać jego przejrzystym, prawie pacholęcym oczom. Gdy milczał, mocno zaciskał wargi, a wtedy koło uszu poruszały się guzy naprężonych mięśni.
— Ten wódz umie rozkazywać i zmuszać do posłuszeństwa. Jego słowo zawsze jest rozkazem! — mówiły kobiety.
Tego jednak było mało, aby uspokoić trwogę, zakradającą się w serca obywateli Timgadu. Dla trwogi tej zaś było dużo przyczyn.
Rzym, zagarnąwszy po wojnach punickich Maurytanję cesarską, Maurytanję Tingitana i ziemie nubijskie, z nadzwyczajną szybkością i energją zaczął się posuwać od wybrzeża Morza Śródziemnego na południe, dochodząc aż do północnej Sahary, do Bescery i Wysokiego Atlasu. Podbiwszy i ujarzmiwszy liczne plemiona berberyjskie, które, zawdzięczając swojej organizacji społecznej, mogły przedstawiać pewne niebezpieczeństwo dla dzieła Rzymu w Afryce, Senat zatrzymał swoje legjony na granicy tych obszarów, gdzie słabe i bezładne przerzucały się z miejsca na miejsce drobne szczepy nomadów pustyni. Oprócz rzadkich napadów i rozbójniczych działalności ze strony tych szczepów nic nie groziło rzymskiej potędze.
Prawda, że prokonsulowie otrzymywali nieraz wiadomości, że pewna część Kartagińczyków, po upadku swojej wspaniałej stolicy, zbiegła na południe, a więc od ich potomków można było się spodziewać pewnych wrogich czynów, jednak nikt o nich nie słyszał, gdyż znikli bez śladu na niezmierzonych obszarach Sahary. Nic więc nie zmuszało legjonów rzymskich do przejścia linji Bescery, gdzie niedawno podbite szczepy Ziban i Uled-Nail były ostatniemi, które się sprzeciwiały zwycięskiemu marszowi Rzymian.
Gdy zapanował spokój, należało, broniąc granic olbrzymiej kolonji, wyzyskać zdobyte obszary.
Rzymianie rzucili całą falę kolonistów do Afryki, nadając im przeróżne przywileje: wyznaczali olbrzymie środki pieniężne na rozwój rolnictwa, sztucznej kanalizacji, na budowę akweduktów, dróg kołowych, poczty, składów handlowych. A gdy ten wysiłek dał obfity plon, ponieważ kolonja afrykańska dostarczać zaczęła Rzymowi wielkiej ilości zboża różnego gatunku, owoców, ryb, drzewa, oliwy i wina, a także bardzo poszukiwane dla cyrków tak zwane „africanae“, czyli dzikie drapieżne zwierzęta, — dochody z tych kolonij Rzym przeznaczył na budowę miast i portów. Około trzydziestu portów na wybrzeżu morskiem, cała sieć większych i mniejszych, nieraz bardzo pięknych, jak Tebassa, Timgad, Cezarea, Lixus, Volubilis, Kartagina, Bizerta, Konstantyna, Cuicul i setki innych miast i miasteczek, osad i obozów warownych powstały na ziemi afrykańskiej. Dowódcom oddziałów, urzędnikom cywilnym i szeregowym legjonistom, rząd nadawał własność ziemską, rozszerzając coraz bardziej i bardziej arenę rolniczą i obowiązując zato swoich obywateli do spędzenia w tej kolonji szeregu lat.
Ziemia, a szczególnie tak urodzajna i obfitująca we wszelkie rodzaje drzew owocowych i pożytecznych roślin, zawsze przywiązuje do siebie ludzi, wynagradzając ich wysiłek, przy roli uczyniony. Nic więc dziwnego, że całe zastępy „cives romani“ pozostawały tu przez szereg długich lat, a nawet coraz częściej na całe życie. Z biegiem czasu wytworzyły się już pokolenia, zrodzone w afrykańskich kolonjach, a te pokolenia dały pod wpływem wielkiej szkoły energji, jaką była Afryka, wybitnych ludzi, których podziwiał wspaniały Rzym. Byli śród nich znakomici wodzowie i administratorowie, adwokaci, uczeni i poeci, jak naprzykład Apuleusz.
Ponieważ do Afryki Północnej Rzymianie przybywali bez kobiet, więc wkrótce stały się zjawiskiem dość pospolitem związki małżeńskie z kobietami tubylczemi. Zjawisko to przybrało nareszcie formy masowe. Rzym jednak nie uznawał tych małżeństw za prawne; kobietom „barbarzyńskim“ i zrodzonym z nich dzieciom Imperator lub Senat tylko w drodze wyjątku nadawali prawo obywatelskie.
Coraz głośniej i natarczywiej zaczęły się rozlegać głosy, żądające uprawnienia małżeństw mięszanych, lecz głosy te przez czas długi nie znajdowały posłuchu i prawie nigdy nie dochodziły do podium tronu Cezara. W pewnych okresach żądania te przybierały formę ostrego protestu i właśnie w takim to czasie przybył Marek Emiljusz do Timgad. Stało się to wtedy, gdy w Rzymie otrzymano pismo, żądające uznania żon pochodzenia „barbarzyńskiego“ za obywatelki rzymskie, a podpisane przez całą starszyznę wojskową warownego obozu w Lambez, składającego się z samych weteranów, oraz stwierdzone pieczęciami pretora i prefekta.
Marek zatrzymał się w domu prefekta i tu zaprosił na naradę dowódców rzymskich oddziałów.
— Obywatele — milites! — zwrócił się Marek do zebranych. — Jestem teraz waszym naczelnym wodzem, więc chcę przedstawić wam poglądy Rzymu na treść żądania, które zostało, ku wielkiemu niezadowoleniu boskiego Cezara, podpisane waszemi imionami i stwierdzone waszemi sygnetami bojowemi. Imperator i senat wiedzą dokładnie, że, chociaż barbarzyńcy są obecnie ujarzmieni, i coraz bardziej garną się pod skrzydła Rzymu, rozumiejąc, że od tego zależy ich dobrobyt, to przecież dusze ich pozostają dla nas obce i wrogie. Przy pierwszej wieści i niepowodzeniu wojennem naszych legjonów śród barbarzyńców niezawodnie zjawią się ludzie, którzy będą usiłowali podnieść przeciwko nam wojownicze plemiona i zburzyć wielkie i piękne dzieło Rzymu, dzieło, nad którem pracowały wasze głowy i wasze dłonie. Gdyby nawet to nie miało miejsca, — w każdym jednak razie krew barbarzyńców upodliła krew potomków rzymskich obywateli i wytworzyła społeczeństwo, które nie może być uważane za równouprawnione, gdyż senat i cesarz nie dowierzają mu całkowicie. Szczenię wiernego psa i zdradliwej wilczycy może zawsze ugryźć rękę pana. Pamiętajcie o tem, towarzysze, i cofnijcie podpisy wasze z niebezpiecznego i nierozsądnego żądania. Dixi!
Zapanowało ciężkie milczenie. Pierwszy się odezwał dowódca legji Augusta Maxymiljan Stella. Oparł rękę na głowni miecza i mruknął:
— Jam — żołnierz! Wola Imperatora i twoja, dux superior, jest rozkazem. Cofam swoją pieczęć z podania.
— I my! I my! — zawołało kilku centurjonów.
Tylko jeden z centurjonów, przysłany tu przed trzydziestu laty, siwy, o zupełnie czarnej, spalonej na węgiel twarzy, pokrytej centkami i bliznami od strzał jeźdźców nubijskich, dawny niewolnik germański, — wystąpił naprzód i rzekł ponurym głosem:
— Mam żonę ze szczepu berberyjskiego, ze szlachetnego rodu Dżerga. Zrodziła mi pięciu synów, a wszyscy są wojownikami, którzy przelewali swoją krew za Rzym. Oni nie są upodleni i sławy Rzymu bronić będą do ostatniego tchu! Żądam dla nich obywatelstwa rzymskiego i od tego nie odstąpię!
Marek zmarszczył brwi i, mrużąc oczy, rzekł niskim, syczącym głosem:
— Rozkazuję ci, centurjonie, cofnąć swój podpis...
— Mam jedno tylko słowo! — odparł stary centurjon.
Tego samego dnia, z rozkazu Marka, centurjon był odstawiony do Lambez i ścięty. Twarda ręka młodego wodza legła na Timgad i wszystkie miasta, gdzie była rozkwaterowana legja Augusta.
Dla Marka szybko zbudowano nowy dom przy Decumanus Maximus, gdzie groźny pretorjanin wiódł zamknięty tryb życia, bywając i przyjmując u siebie tylko tych dowódców i obywateli, którzy nie byli spokrewnieni z żadnym z rodów tubylczych. Dux superior miał wszędzie oczy i uszy, wiedział wszystko, o czem mówiono po domach, gdzie Rzymianie, posiadający żony Berberki i Numidyjki, złorzeczyli Cezarowi za to, iż posłał im tego dumnego i okrutnego wielkorządcę; dowiadywał się, gdzie się przygotowują do związku małżeńskiego z kobietą tubylczą, i nikt nie wiedział, w jaki sposób ta kobieta znikała nagle bez śladu i nigdy już potem o niej nie słyszano w Timgad.
Marek pozmieniał wszystkich dowódców poszczególnych oddziałów i centuryj, odesławszy ich do Rzymu lub Kartaginy a zażądawszy od Rzymu przysłania mu nowych ludzi, żonatych z Rzymiankami. W bardzo krótkim czasie cały skład dowództwa obozu legji i oddziałów, kwaterujących po miastach, zmienił się do gruntu i przedstawiał zgromadzenie „cives Romani“ pochodzenia wyłącznie italijskiego.
Wtedy zmienił tryb swego życia Marek Emiljusz.
Ciągłe przyjęcia i uczty, huczne polowania, urządzane przez wodza, przedstawienia teatralne były podziwiane przez ludność Timgad. Z nadzwyczajnem zamiłowaniem oddawał się młody pretorjanin łowom na lwy i pantery, grasujące w okolicznych górach, oddzielających Timgad od Bescery.
Mieszkańcy Timgad budzili się nieraz w przerażeniu, słysząc głuchy ryk i wycie drapieżników, trzymanych w ciemnych lochach domu Marka.
Pewnego dnia jakaś banda szaleńców wynurzyła się z pustyni i, ominąwszy wszystkie drogi, prowadzące do Timgad, zmyliła czujność posterunków strażniczych i przekradła się do Timgad. Banda w nocy dokonała napadu i podpaliła kilka składów ze zbożem i stojące na uboczu domy. Marek posłał oddział jeźdźców słynnej kohorty Severa. Po trzech dniach pościgu Rzymianie dopadli koczowników w chwili, gdy ci, nie oczekując niebezpieczeństwa, rozbijali namioty na dnie głębokiej kotliny. Żołnierze wycięli w pień Berberów, a ich wodza Ua wzięli do niewoli.
Wtedy dux superior urządził dla mieszkańców Timgad i starszyzny okolicznych szczepów nieznane tu przedtem widowisko.
Pewnego poranku teatr był zatłoczony widzami od dołu do góry. Sam Marek w otoczeniu starszych dowódców i urzędników siedział na urządzonem dla niego podniesieniu. Teatr w Timgad nigdy nie był cyrkiem i jego arena była miejscem przedstawień dramatycznych.
Tym razem wszystko zostało zmienione.
Scena, zaczynając od pierwszych, najniższych ławek amfiteatru, aż do stojącej naprzeciwko nich kolumnady, była otoczona płotem z cienkich, lecz mocnych pali z zawieszoną na nich siecią z powrozów. Na dany przez pretorjanina znak, żołnierze wprowadzili na scenę wziętego do niewoli Ua, zdjęli powrozy z jego rąk i pozostawili samego na arenie. Po chwili rzucono mu dzidę cienką i długą, jaką do dnia dzisiejszego używają w pustyni Tuaregowie.
Koczownik stał zdumiony, oglądając się dokoła.
Nagle z otworu, prowadzącego do lochów teatralnych, wynurzyła się głowa lwa, żółtemi, jarzącemi się oczyma obejrzała arenę i znikła. Każdy z widzów zrozumiał, co się ma stać tu, gdzie przedtem słyszano tylko natchnione słowa poetów rzymskich i greckich, śpiewy chóralne i zachwycano się pięknemi ruchami tancerzy i tancerek. Zrozumiał to i jeniec. Jednym skokiem był już przy leżącej na piasku włóczni, porwał ją i stanął w pozie obronnej.
Wypędzony z lochów batami i rozpalonem żelazem lew wypadł na arenę i, ujrzawszy człowieka, przylgnął do ziemi, stulił uszy i, bijąc się ogonem po bokach, przygotował się do skoku. Wreszcie runął na przeciwnika. Ten odskoczył na bok i wbił swoją dzidę w pierś drapieżnika. Lew z wściekłym rykiem jednem uderzeniem potężnej łapy zdruzgotał drzewce włóczni, a drugim ciosem obalił Ua na ziemię. Po chwili skrwawione ciało Berbera leżało bezwładne i martwe, lew stał na arenie, majestatyczny i groźny, przygotowany do walki.
Wtedy na swojem podium podniósł się Marek. W ręku miał łuk i sięgał po strzałę, którą mu podawał jeden z centurjonów. Trzy strzały wypuścił pretorjanin i wszystkie trzy utkwiły w piersi i bokach lwa, aż padł, brocząc krwią, i ziemię drapał do ostatniej chwili zgonu.
Od tego dnia tylko zrzadka w teatrze Timgad widziano aktorów, muzyków i tancerzy, natomiast rozlegały się tu ryki dzikich zwierząt, ujadanie ścigających je psów, świst strzał, brzęk mieczów i krzyki walczących z drapieżnikami ludzi.
U siebie w atrium, lub w małej sali, ozdobionej marmurowym posągiem Cezara i białym onyksowym basenem z szemrzącą fontanną, siedząc w otoczeniu najbliższych przyjaciół, surowy i krwawy wódz grał na lutni i śpiewał wiersze o dawnych bitwach i ciężkich wyprawach do ziemi Gallów, Franków i Iberyjczyków. Gdy zaś późno w nocy przyjaciele opuszczali pałac, Marek klaskał w dłonie na niewolnika, rozkazywał podać sobie kubek wina cypryjskiego, przegotowanego z korzeniami aromatycznemi, siadał na marmurowej ławie ze stojącym nad nią posągiem Djany z jeleniem, i śpiewał cichym głosem rzewne, proste pieśni miłosne, lub, schyliwszy się nad stołem na długim zwitku papirusu zapisywał nowe wiersze zaczętego, a nieskończonego poematu, pod tytułem „Vanitas vitae“[8].
Wtedy nikt z tych, kto widywał wszechmocnego pretorjanina przed szeregami legjonów, w sądzie lub w teatrze, nie poznałby go. Wielkie znużenie i tęsknota malowały się na tej twarzy, a przejrzyste, nieznające litości oczy przysłaniała mgła smutku, rozchylone usta drgały, jak gdyby wstrzymywały zdławione łkanie, ciężkie westchnienia podnosiły pierś.
Już cały rok rządził krajem Marek Emiljusz, gdy nagle wpadł do miasta goniec, wysłany przez komendanta rzymskiej załogi miasta Auzia, z doniesieniem, że okoliczne szczepy, na skutek namowy Tuchurta, potomka jakiegoś wychodźcy z punickiej Kartaginy, oblegają miasto. Komendant pisał, że powstańcy przecięli wszystkie kanały i drogi i że Auzia nie będzie mogła bronić się dłużej nad osiem dni.
W godzinę później Marek na czele swoich wojsk wychodził już z miasta, spoglądając w stronę Lambez, skąd miała wystąpić druga kolumna, pod dowództwem pretora Serviljusza Regula.
Szybkim marszem, dając tylko pięć godzin wypoczynku swoim żołnierzom, pretorjanin na czas zdążył przyjść z odsieczą oblężonemu miastu. Jednak przeciwnik w ciągu dwóch dni stawiał opór i dopiero wtedy, gdy rzymski wódz skierował szarżę ciężkiej jazdy, Berberowie cofać się zaczęli w nieładzie, rozpraszając się na wszystkie strony na swoich rączych koniach. Rozpoczął się pościg. Na równinie odbywały się naraz setki pojedynków, gdy rzymski żołnierz — mieszkaniec Italji, Grecji, Galji lub Iberji — spotykał się z dzikim Berberem, a spotkanie to było ostatniem dla jednego lub drugiego.
Marek stał na wzgórzu i pałającemi oczyma przyglądał się temu widowisku, ściskając drobne pięści i chrapliwie wciągając powietrze. Nagle uderzył konia i, dobywszy miecza, pomknął w pole. Ujrzał bowiem, że jakiś Berber, pędzący na śmigłym, gniadym koniu, rąbiąc szablą, opędził się od grupy ścigających go rzymskich jeźdźców i, rozproszywszy ich, napadał na pojedyńczych ludzi, ścinając ich. Rzymianie zaczęli się cofać przed jeźdźcem — Marek zrozumiał, że berberyjski wojownik wymknie się z matni i zbiegnie. Marek miał dobrego rumaka, nieraz zdobywającego dla niego wieniec zwycięzcy na wyścigach w Kolizeum rzymskiem, więc pretorjanin szybko dogonił uciekającego Berbera.
Jeździec obejrzał się i, zobaczywszy samotnego prześladowcę, zmusił konia, aby stanął dęba i zawrócił młynkiem, poczem, wydawszy okrzyk bojowy, runął na Marka. Szczęknęła broń. Oczy ścierających się zwarły się z sobą i — nagle stała się rzecz dziwna. Berber wypuścił szablę z rąk, a dłoń swoją przycisnął do piersi. Rzymianin zaś w najwyższem zdziwieniu wyszeptał:
— Mirabile dictu![9]
Ujrzał bowiem Marek piękną twarz niewieścią o cienkim orlim nosie, latających nozdrzach, namiętnych ustach i pałających oczach. Fala kruczych włosów, wybijając się z pod skórzanego kołpaka, spadała na kark, cienkie, zgrabne nogi ściskały z siłą boki konia, pod skórzanym, miękkim pancerzem, ozdobionym mosiężnemi blachami, gwałtownie wznosiła się i opadała wysoka pierś niewieścia.
Długo patrzyli na siebie Rzymianin i kobieta wojowniczego szczepu.
Pierwszy oprzytomniał Marek, włożył miecz do pochwy i dotknął ramienia kobiety.
W tej chwili nadbiegli pędzący za wodzem jeźdźcy, otoczyli kobietę i wznieśli miecze. Kobieta porwała już za szablę, gdy Marek krzyknął:
— Precz! to — moja zdobycz! Biorę ją jako brankę honorową, bo odważne ma serce i dłoń wojownika!
Jeden z żołnierzy jednak chciał wyrwać kobiecie szablę, lecz wtedy ów drobny, wypieszczony i wydelikacony pretorjanin zdradził tę olbrzymią siłę, o której opowiadano legendy w legjonach, gdzie walczył przesławny Marek Emiljusz, pretorjanin i przyjaciel Cezara. Schwycił on żołnierza za pas, zerwał w mgnieniu oka z siodła, podniósł i cisnął na ziemię.
— Psie! Nie słuchasz rozkazu wodza?!
Berberka z zachwytem i uwielbieniem spojrzała na Rzymianina i, zawahawszy się przez chwilę, podała mu szablę. Łamaną łacińską mową, przekręcając słowa i plącząc je z berberyjskiemi, cichym głosem rzekła:
— Tyś pan mój, jam — niewolnica...
Gdy dux superior powrócił do Timgad, wszyscy oczekiwali nowego widowiska na arenie teatru, lecz nadzieje te zawiodły.
Pretorjanin zamknął się w swoim pałacu, nigdzie nie bywał, u siebie zaś przyjmował tylko najbliższych przyjaciół, od których najpierw urzędnicy magistratu, a później kupcy i wreszcie cała ludność dowiedziała się, że Marek urządza w swoim domu zebrania, na które zaprasza aktorów, śpiewaków i tancerzy, dających w malowniczem atrium pałacu swoje przedstawienia. Mówiono też, że sam ulubieniec Cezara występuje czasami z lutnią, śpiewając przed przyjaciółmi, i że między nimi na pierwszem miejscu znajdowała się wzięta przez niego do niewoli dziewczyna berberyjska, imieniem Gastar.
Później i te urywane wiadomości ustały.
Pretorjanin tylko zrzadka zjawiał się w koszarach legjonistów, lub w sali sądowej, pozatem zaś nigdzie nie bywał i nie przyjmował nikogo.
Trwało to kilka miesięcy, aż po mieście gruchnęła wieść, puszczona przez jakiegoś gadatliwego niewolnika, że w pałacu rozlega się czasami kwilenie dziecka.
Później opowiadano sobie, że na domowym ołtarzu, stojącym w atrium pałacu wielkorządcy, zjawiły się posągi nieznanych bogów.
Wszystko się wyjaśniło w sposób najzupełniej niespodziewany.
Z Rzymu przyjechał posłaniec z listem Cezara Antonina. Posłańcowi towarzyszył wyższy urzędnik, wysłany przez prokonsula. Tegoż samego dnia tłumy ludzi zgromadziły się na forum i opowiadały sobie najnowsze nowiny, że cesarz rozkazał Markowi Emiljuszowi natychmiast złożyć swoje pełnomocnictwa na ręce prokonsula i niezwłocznie udać się do Tebessy, aby objąć w tem mieście dowództwo nad kwaterującym tu oddziałem legjonistów.
Była to kara, wyraz jawnej niełaski boskiego Cezara. Nikt jednak nie wiedział, jaka była przyczyna takiego zdegradowania wczoraj jeszcze potężnego wielkorządcy.
Nie wiedzieli zaś dlatego, że nikt w całym Timgadzie nie widział pretorjanina, gdy on, siedząc u stóp Gastar, grał na lutni i wzrok swój miłosny zatapiał w jej płonących oczach, nikt nie słyszał, jakiemi pieszczotliwemi słowami, pełnemi uczucia i płomiennej namiętności, niewolnica berberyjska nazywała rzymskiego arystokratę. A gdyby nawet ktoś widział i słyszał, nigdyby nie zrozumiał potęgi i żaru miłości, która zmusiła patrycjusza do zapomnienia o wspaniałem życiu na dworze Imperatora, o ambicjach i marzeniach wojownika i wodza, o nawyknieniach i zachciankach człowieka, wychowanego w przepychu i w warunkach krwawych bitew lub śród rozrywek estetycznych, gdy sztuka, dowcip wieńczyły piękne uczty i zebrania arystokracji krwi i ducha.
Od chwili, gdy w tak dziwnych okolicznościach wzięta do niewoli Berberka weszła pod dach domu patrycjusza rzymskiego, wszystko się zmieniło: stało się to dlatego, że razem z nią do pałacu weszła miłość wszechpotężna, a ta żąda zawsze ukrycia i płonie najgoręcej wtedy, gdy przy ognisku domowem pozostają tylko dwie istoty, otoczone opieką i ogrzane promiennym uśmiechem najłaskawszej z bogiń i największej z czarownic — Wenus.
Tu, przy tem ognisku, przy dźwiękach szemrzącej w impluvium[10] fontanny, Marek, obejmując kolana pięknej kobiety, cichym głosem opowiadał jej swoje życie i dzielił się z swojemi myślami, przed spotkaniem się z Gastar przybierającemi coraz bardziej ponure barwy; snuł marzenia o przyszłem życiu z nią, jedyną i umiłowaną, gdy, po skończonym terminie pobytu w Afryce, przywiezie ją do Rzymu i będzie się chełpił nią na dworze cesarskim, gdzie będzie jaśniała, jak najpiękniejsza gwiazda wśród pięknych matron Rzymu; obiecywał jej wspaniałe, pełne przepychu i rozkoszy życie, gdy jego przyjaciel — boski Antonin nada jej prawa obywatelki Rzymu, czego mu nie odmówi, pomny na dawną przyjaźń i na jego zasługi bojowe.
Gastar słuchała obojętnie o oczekującem ją błyskotliwem życiu i płonęła tylko wtedy, cieszyła się i ręce przyciskała do serca, gdy on, druh i towarzysz cesarza, szalał przy niej, jak prosty młodzieniec, po raz pierwszy porwany szalonym prądem miłości; przy dźwiękach lutni tańczyła mu skwarne tańce pustyni, nuciła stare piosenki, słyszane w rodzimych namiotach, lub z twarzą, pełną przerażenia, opowiadała o straszliwej bogini Tanit, żądnej krwawych ofiar, a darzącej za to ludzi, ziemię i stada — płodnością; o bogu słońca Baalu Hammon, któremu kładziono na wyciągnięte ręce dzieci pierworodne, a on ręce te nagle opuszczał, wrzucając niewinne istoty do płonącego pieca; o Melkarcie, mocarnym i odważnym, i o dobrotliwym Eszmunie, pomagającym ludziom w chorobach ciała i duszy[11], wtedy razem szli przed ołtarz i, patrząc w oblicza straszliwych i dobrotliwych bogów, modły do nich zanosili z wiarą i nadzieją.
Gdy syn im się urodził, przynieśli go przed ołtarz i oddali pod opiekę bogowi słońca, błagając o jego łaskę dla dziecka miłości, składając u stóp posągu wiązankę białych kwiatów.
I nagle wszystko runęło w chwili, gdy przybył posłaniec z listem Cezara.
Pozostawszy z żoną, Marek rzekł:
— Gastar, umiłowana moja! Teraz nie wiem, co czeka mnie w życiu. Imperator gniewem zapłonął przeciwko mnie, odczytawszy mój list z prośbą o nadanie tobie praw obywatelki rzymskiej i dziedzicznej wolności patrycjuszowskiej — naszemu synowi. Nic ci już teraz obiecać nie mogę! Jutro, spełniając rozkaz Antonina, muszę jechać do Tebessy. Nie mogę żądać od ciebie, abyś towarzyszyła mi. Weź wszystko, co jest w tym domu i powracaj do namiotów ojca twego i myśl o mnie. Życie jest surowe i nielitościwe. Ono odrywa serce moje od twego serca...
Berberka wstała i, położywszy ręce na ramiona Marka, szepnęła:
— Tyś pan mój, jam niewolnica twoja...
Powiedziała te słowa z taką samą prostotą i ze wzruszeniem, jak wtedy, gdy poraz pierwszy w bitwie spotkały się ich oczy. Dopiero po chwili poprawiła się przypomniawszy sobie wzniosłe słowa rzymskiej matrony:
— Gdzie ty, Kaju, — tam ja — żona Kaja...
Nazajutrz Marek Emiljusz, niedawny „dux superior“ całej Maurytanji, zdążał na czele ładowanych wozów i karocy, w której była jego żona i dziecko, — ku Tebessie“...
Van Duynen umilkł, zapatrzony w dal. Cisza panowała dokoła. Z lekkim szmerem biegały po płytach kamieni chyże zielone i czerwone jaszczurki; w mroku ruin cykały nietoperze, oczekujące, aż słońce zupełnie zapadnie za dalekie góry; kwilił mały sokolik, wyglądający zdobyczy w trawie.
Przerwałem milczenie.
— Co się stało z patrycjuszem i wojowniczą Berberką? — zapytałem. — Rozumiem, że jest to opowieść z życia dawnej kolonji rzymskiej, o walce o „jus connubium“[12], któremu nie podlegali ani plebejusze, ani barbarzyńcy, aż zrównał wszystkich dekret Karakalli, jednak nie chcę teraz o tem pamiętać, chcę wiedzieć o losie tych dwojga ludzi!
„Snujmy dalej opowieść! — rzekł z uśmiechem malarz. — W Tebessie wybuchło wkrótce powstanie przeciwko prokonsulowi, powstanie, wzniecone przez tych, którzy żądali uprawnienia swoich żon. Na czele rokoszu stał dowódca załogi. Kto wie? Może nim był patrycjusz Marek Emiljusz... Gdy powstanie stłumiono, kilku rzymskich dowódców ratowało się ucieczką na południe, tam, gdzie w pustyni koczowały jeszcze niepodległe szczepy. Tu założyli oni nowe ognisko i dali początek nowym pokoleniom, w żyłach których płynęła szlachetna i odważna krew rzymska, a z czego do dnia dzisiejszego dumne są niektóre rody koczownicze. Może też w potomkach tych rodów płynie krew zapomnianego przyjaciela boskiego Antonina i jego żony Gastar, co zmieniła ostrze szabli na ognisko domowe i wymodliła u fenickiej bogini Tanit-Astarty szczęście i spokój?“...
Długo milczeliśmy. Gdy zmrok już zapadać zaczął, uścisnąłem dłoń romantycznego Holendra i, pożegnawszy go, odjechałem.
Na tle jeszcze szkarłatnego nieba czarnemi sylwetkami wznosiły się kolumny Kapitolu, a niżej u jego stóp leżały w gęstym cieniu ruiny Timgadu, poetyczne, pełne niedopowiedzianej myśli, lub niedokończonej pieśni o tem, co tu było, co minęło i co już nigdy nie powróci.


Przypisy

  1. Guide illustré de Timgad. Paris, 1924.
  2. Polować — kąpać się — bawić i śmiać — w tem jest życie. „Occ“ jest tu zepsute łacińskie słowo hoc.
  3. Największe ulice w Timgad.
  4. Chleba i widowiska.
  5. Znak senatora.
  6. Obywatele rzymscy.
  7. Wojownicy, żołnierze.
  8. Próżność życia.
  9. Nie do uwierzenia.
  10. Basen.
  11. Gsell — Histoire antique do l’Afrique du Nord. Pey-Sonnet — L’Ame antique de la Méditerranée. Bull, de la rociété de Géographie d’Alger et de l’Afrique du Nord, n. 96.
  12. Prawo małżeńskie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.