Pod smaganiem samumu/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pod smaganiem samumu
Podtytuł Podróż po Afryce północnej. Algierja i Tunisja
Data wydania 1926
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia, Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań — Lwów
Ilustrator Drukarnia św. Wojciecha
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ IX.
W GRODZIE DIDONY I SALAMBO.

„Speluncam Dido dux et Trojanus eamdem Deveniunt.“
Wergiljusz, Eneida.

„Tak umarła córa Hamilkara — za to, że ręka jej dotknęła płaszcza bogini Tanit...“
G. Flaubert, Salambo.

Cartago delenda esse...
Było to formułą polityczną Rzymu i, jak każda formuła rzymska, musiała być wprowadzona w życie.
Scipion dokonał dzieła zburzenia potężnej Kartaginy i gdy olbrzymie, bogate miasto, liczące siedemkroć sto tysięcy ludności, legło w gruzach, rzekł:
— Sic! Factum est!
Fakt ten był dokonany z taką ścisłością i bezwzględnością, że Kartagina prawie całkowicie znikła z powierzchni ziemi i teraz uczeni z trudnością odnajdują te lub inne ślady prawie legendarnej stolicy Fenicjan afrykańskich.
Jednak jeszcze do naszych dni zawiłem jest zadanie chcieć wyobrazić sobie nietylko przepych i potęgę tego miasta, lecz nawet jego granice. Wszystko bowiem znikło pod grubą korą ziemi, pod ruinami nowej rzymskiej Kartaginy i pod późniejszemi warstwami piasku i kamieni, z wrytemi w nie fundamentami pięknej katedry katolickiej, wzniesionej przez kardynała Lavigérie, prywatnych will francuskich i domów, mieszczących biura urzędowe.
Podróżnikowi, który zwiedza to miejsce, gdzie dwie największe potęgi Morza Śródziemnego — Rzym i Kartagina, toczyły zawziętą walkę i gdzie rozbrzmiewały sławne imiona Didony, Eneusza, Magona, Hamilkara, rycerskich Barkidów, Hannibala, Masynissy, Scypiona, Syfaxa i Salambo, gdzie wznosiły się tajemnicze świątynie Baala, Melkarta, Astarty-Tanit, żądających krwawych ofiar i złota, — na pierwszy rzut oka wydać się może, że wszystko to jest legendą, zrodzoną w potężnej wyobraźni poetów.
Takie wrażenie wywarła na mnie Kartagina, bo nic po niej nie pozostało, coby odrazu rzucało się w oczy. Mogłoby to spowodować pewne rozczarowanie, gdybym nie miał ze sobą dwóch wspaniałych, genjalnych przewodników.
Jednym z nich był ten, który stanowi sławę Parnasu rzymskiego — boski wieszcz Wergiljusz; drugim — genjalny uczony — poeta p. Gaston Boissier, zajmujący zaszczytne miejsce w Panteonie nauki, sztuki i talentu — w Akademji francuskiej.
Z temi dwoma przewodnikami odbyłem trzy długie wędrówki po tragicznej miejscowości, która porywała moją wyobraźnię jeszcze wtedy, gdy, będąc w gimnazjum, czytałem Eneidę. Profesor łaciny, stary Niemiec, Juljusz Schönfeldt, rozkochany w Wergiljuszu, opowiadał nam — chłopakom piętnastoletnim — o starożytnym świecie bohaterów, żeglarzy i awanturników wszelkiego rodzaju. Mówiąc o nich, wspominał nieraz Fenicjan, tych „hien morza“, którzy przez słupy Herkulesa płynęli na północ, aż hen! — ku brzegom mglistej Brytanji, a na południe — ku ujściu Senegalu, zakładając wszędzie kolonje handlowe.
Ze łzami w oczach profesor opowiadał o tragedji Tyru fenickiego, gdzie zabito arcykapłana podczas wielkich walk pomiędzy klerem a dynastją o władzę królewską; oburzał się, że król Pigmaljon w obronie tronu zbezcześcił świątynię Astarty, otwarłszy jej podwoje przed popierającymi go plebeuszami i uniżając się przed ciżbą miejską, przed ludźmi niskiego pochodzenia, a obiecując im wyższe urzędy w państwie, założonem przez boga, nabożnym szeptem mówił nam, że królewska siostra Didona, żona zabitego arcykapłana Astarty, ze stronnikami, naładowawszy na okręty bogactwa i skarby sztuki, porzuciła ziemię ojczystą i założyła na brzegach Afryki nowe miasto Kart-Hadaszt, zmienione przez Rzymian na Kartaginę; przypominał, jak Eneusz po długiej włóczędze, przybył do tego miasta i zawładnął sercem Didony, wzruszywszy ją opowieścią o klęsce swojej ojczyzny — Troi, aż królowa wykrzyknęła z namiętnością w głosie:
„Heu! quibus ille
„Jactatus fatis quae bella exhausta canebat!“
Stary Niemiec zachwycał się wiernością tej niewiasty dla pamięci męża, gdy, płonąc miłością do Eneusza, walczyła z uczuciem i, zwracając oczy ku bóstwu, mówiła:
„Niech ziemia rozstąpi się do dna, niech bóg uderzeniem gromu strąci mnie do państwa cieniów, bladych cieniów Erebu, w noc piekielną, przedtem, niżbym miała zapomnieć swoją wstydliwość i odstąpić od moich obowiązków! Ten, któremu oddałam swoją pierwszą miłość, zabrał ją z sobą; niech on zachowa ją nazawsze! Pragnę, aby miłość moja była złożona w jego grobie!“[1]
Wzruszonym głosem czytał Schönfeldt rozdział o śmierci tęsknej Didony, porzuconej przez Eneusza, — i na tablicy drżącą ręką kreślił wyobrażany plan miasta i pokazywał rysunki, dotyczące historji Kartaginy.
— Miły, stary profesorze! Byłeś nieraz dla nas „klęską dnia“, gdy zmuszałeś nas do powtarzania twych natchnionych słów, a później stawiałeś nieraz stopnie niemiłosiernie niskie. Tylko dwóch ludzi skorzystało wtedy z twego natchnienia, bo zapaliło ono ich wyobraźnię. Jeden z nich — późniejszy poeta dekadencki — Dobrolubow, napisał nazajutrz piękny wiersz o dręczonej miłością królowej, a ja — jakąś bardzo zawiłą nowelę i ofiarowałem tobie z łacińską dedykacją, którą, chociaż w dedykacji upatrzyłeś dwa błędy, przyjąłeś z pobłażliwym, pełnym rozrzewnienia uśmiechem i byłeś pierwszym, który przepowiedział, że literatura stanie się towarzyszką naszego życia.
Jadąc z Tunisu do Kartaginy, westchnąłem za twoją duszę, stary nauczycielu, myśląc, jak czułbyś się tu szczęśliwy, ty, stary romantyku!
Wcisnąłem do kieszeni tomik Wergiljusza, pomieściwszy go obok „L’Afrique Romaine“ p. Boissier, — i ruszyłem.
Na brzegu morza, o 16 kilometrów na północo-wschód od Tunisu, wznosi się niewysoki pagórek, uwieńczony wspaniałą katedrą.
Tu mieściło się serce dawnej Kartaginy — dzielnica Byrsa, skąd roztacza się rozległy widok na przylegające okolice i na morze. Dokoła tego ośrodka, na wielkiej przestrzeni odnajdywano resztki fenickiej Kartaginy, oraz późniejszej Kartaginy rzymskiej. Pomiędzy temi dwoma miastami, uczony ksiądz Delattre w różnych miejscach wykrył warstwę popiołów, pozostałych po pożarze, który wzniecił w mieście wrogów Rzymu surowy Scypion.
W takich warunkach zadaniem trudnem jest wykrycie dawnego grodu Didony.
Oprócz burzycielskiej ręki rzymskiego wodza, pracowali nad zniszczeniem śladów starożytnych Fenicjan — Arabowie i Turcy. Myślę, że niema w Tunisie i Bizercie żadnego starego domu, gdzie nie możnaby było znaleźć kamieni, marmurów, mozaik i kolumn, przywiezionych z Kartaginy przez nowych posiadaczy kraju. Do przyjścia Francuzów — grabież trwała przez wieki.
Jakże dużem i bogatem miastem była ta stolica emigrantów i kolonistów fenickich, jeżeli w ciągu długich wieków Wandale różnego pochodzenia i różnych barw nie mogli dokończyć dzieła zniszczenia i rabunku!
A więc Kartagina nie jest legendą! Można tu odnaleźć nawet miejsca, opisane przez Wergiljusza, a wtedy, doprawdy, z wielką niechęcią słucha się sceptycznych uwag historyków, że Didona jest postacią mitologiczną, że jest ona niczem innem tylko ucieleśnieniem bogini Astarty, przywiezionej tu z jej ojczyzny — Fenicji, gdzie ktoś, może kasta kapłańska, ratował ten kult, zagrożony przez kapłanów innych wierzeń, napływających z Egiptu lub Assyro-Babilonji, że Kartagina była zwykłą kolonją przedsiębiorczych Fenicjan itp.
Nie chcę o tem myśleć, bo widzę wtedy smutne, zniechęcone oblicze mego boskiego przewodnika — Wergiljusza, a myśl moja, mimowoli zadaje pytanie, dlaczego ze wszystkich kolonij tylko Kartagina doszła do takiego rozkwitu? Co spowodowało niezwykły rozwój tego miasta? Dlaczego sławą rozbrzmiewało imię Kartaginy w świecie ówczesnym? Co pociągało ku niej zaborczą myśl polityczną, przedsiębiorczość obcą i marzenia poetów?
Chcę myśleć, że była to właśnie Didona tragiczna i piękna, że był to kult tajemniczej i zawoalowanej Astarty, krwawej, lubieżnej Tanit, ekstatyczne orgje, wyrafinowany smak wydelikaconych wschodnich bogaczy, po których prawie nie pozostało broni i narzędzi ordynarnej pracy, lecz zato piękne wazy szklane, metalowe klejnoty, wspaniałe sarkofagi, wyobrażające skrzydlate kobiety, które posłużyły jako wzór dla bizantyjskich ikonografów, — kolumny, posągi i wszystko to, czego dotknęła ożywcza ręka sztuki.
Gdym oglądał Kartaginę, moi ciceroni — Wergiljusz i Boissier — kilka razy prowadzili mnie do muzeum, abym obejrzał to, co znaleziono w tem lub innem miejscu, oglądanem przez nas.
Trzy szeregi potężnych murów otaczało Kartaginę; trzeci z nich był wysoki na ośmnaście metrów, a gruby na dziesięć. W kazamatach tego muru mieściły się stajnie dla trzystu bojowych słoni i dla czterech tysięcy koni, należących do niezrównanych jeźdźców numidyjskich, pozostających na wysokim żołdzie władców kartagińskich; olbrzymie składy pokarmu dla ludzi i zwierząt, wreszcie koszary na dwadzieścia cztery tysiące żołnierzy.
O tę potężną twierdzę, kilkakrotnie rozbijały się wysiłki wodzów rzymskich i przekupionych przez nich niezależnych królów numidyjskich z Masynissą na czele. Resztki tych potrójnych murów odnaleziono w okolicach wzgórza Kamart.
Tylko jedno przedmieście zwrócone ku morzu, tak zwana Megara, posiadała pojedyńczą linję murów. Historycy przypuszczają, że właśnie na to najsłabsze miejsce skierował swój atak Scypion. W Megara wykryto znaczną ilość kul z wypalonej gliny, używanych przez obrońców Kartaginy[2], odłamki różnej broni i monety.
Mówiąc o potężnych fortyfikacjach fenickich, nie można pominąć genjalnego pomysłu Scypiona. Po kilku nieudałych atakach, Rzymianin zrozumiał, iż zdobyć tę twierdzę można tylko długiem oblężeniem, pozbawiwszy miasto źródeł dostawy świeżych produktów. W tym celu ze wszystkich stron Scypion otoczył Kartaginę dwoma szeregami własnych fortyfikacji. Były to dwie głębokie fosy, długie na pięć kilometrów, ciągnące się równolegle z ostatnim pasem murów miasta. Niezawodnie, że Kartagińczycy, widząc ten olbrzymi plan oblężenia, drwili z Rzymian, zupełnie swobodnie wysyłając ze swego portu galery po żywność i wodę.
Kartagińczycy, jak opisują starożytni historycy, posiadali dwa porty wykute w skałach i wykopane w brzegu. Jeden z tych portów był handlowy, drugi — wojenny. Były one przedzielone podwójnym murem. W porcie wojennym mieściły się upiększone pięknemi portykami jonijskiemi głębokie doki; było ich dwieście pięćdziesiąt, a więc port wojenny mógł ukryć dwieście pięćdziesiąt wojennych galer z magazynami i warsztatami, umieszczonemi na wyższych piętrach. Pośrodku portu wojennego znajdował się mały półwysep, na którym stał gmach admiralicji, skąd śledzono za wszystkiem, co się działo w portach i na morzu. Od strony morza oba porty były zupełnie niedostrzegalne. Z portu handlowego pozostała część jego basenu, port zaś wojenny może być odtworzony w wyobraźni na podstawie błotnistej kotliny, gdzie niegdyś stały wojenne galery fenickie; mówią o nim też pozostałości wysepki, gdzie się wznosił gmach — dawnej kartagińskiej admiralicji.
Scypion rozkazał budowę grobli, która zamknęła wyjście i wejście z tych portów. Olbrzymie głazy, znajdowane w miejscowościach El-Kram, mają pochodzić podobno z tej grobli Scypiona. Rzymianie żelazną obręczą otoczyli Kartaginę ze wszystkich stron. W tym okresie wojny Kartagińczycy ujawnili po raz ostatni swoją nadzwyczajną energję i przedsiębiorczość. Ponieważ w bitwach z rzymskiemi ciężkiemi galerami i w ciągłych napadach na Rzymian, Kartagina prawie zupełnie straciła flotę, należało przeto stworzyć nową flotę z materjałów, które się znajdowały w granicach miasta. Z zadziwiającą szybkością zbudowano i uzbrojono pięćdziesiąt dużych galer (triremy) i całą eskadrę mniejszych statków. Jednocześnie ludność miasta, — starcy, kobiety i dzieci — pracowała nad przekopaniem kanału w wybrzeżu morskiem, gdzie widnieją jeszcze ślady tej olbrzymiej, a rozpaczliwej pracy.

Pewnego dnia nowa flota kartagińska przerwała się na morze i napadła na flotę rzymską. Jednakże, genjalny Scypion wyciągnął z nowych operacyj kartagińskich pewne wnioski, a one zmusiły go do zmienienia planu oblężenia. Zawieszono atakowanie Kartaginy od strony morza i rozpoczęto operacje od strony lądu z pomocą sprowadzonych maszyn oblężniczych i nowych katapult. Po zaciętych bitwach Rzymianie wdarli się do miasta i, walcząc o każdą ulicę, o każdy gmach, doszli nareszcie do Forum.
DZIEWCZYNA BEDUINKA

Cały tydzień wrzała bitwa w murach miasta. Paliły się i padały domy. Tłumy bezbronnych mieszkańców kryły się w lochach lub pędziły ulicami wśród płonących domów, ścigane przez jeźdźców rzymskich i wzywając pomocy bogów, lub błagające zwycięzców o miłosierdzie, lecz „Cartago delenda esse!“ zawyrokował Rzym oddawna, i — piękne miasto waliło się w gruzy, ginęło w płomieniach, a mieszkańcy stolicy Didony swemi trupami znaczyli drogę beznadziejnej ucieczki i zwycięskiego marszu legjonów.
Ostatni król kartagiński Asdrubal, z białą opaską na czole na znak żałoby i pokory, próżno błagał Scypiona o łaskę i miłosierdzie.
Tylko królowa wraz z dziećmi i kilkuset obywatelami nie chciała się poddać i ukryła się w świątyni Eszmuna, kartagińskiego Adonisa. Wszedłszy na krużganek świątyni, cisnęła przekleństwo na głowę tchórzliwego męża i na surowego zwycięzcę, poczem podpaliła przybytek boga. Wraz z dziećmi i elitą kartagińską dzielna królowa zginęła w płomieniach. Na tem miejscu, gdzie stała świątynia Eszmuna, obecnie wznosi się kościół świętego Ludwika.
W obrębie starej dzielnicy Byrsa, gdzie niegdyś panował nad miastem piękny pałac królewski oraz stały domy starszyzny i bogaczy kartagińskich, odnaleziono większą ilość monet, klejnotów i przedmiotów sztuki, złożonych w różnych muzeach francuskich, chociaż przeważna ich część znajduje się w muzeum kartagińskiem. Być może, że niektóre z tych bransolet i kolczyków zdobiły dumną, odważną królowę Kartaginy, ostatnią władczynię punickiego imperjum.
Przedsięwzięte przez Francuzów roboty archeologiczne wykryły niektóre pozostałości starej Kartaginy. Szczególnie interesujące są nekropole i sarkofagi, gdzie składano trupy wprost na płytach lochu, lub w trumnach cedrowych. Odnaleziono je w miejscu ich ostatniego spoczynku po 2000 lat, lecz gdy odkrywca ich, ksiądz Delattre, dotykał trupów, — pokorne słowa Stwórcy, który rzekł: „z ziemi powstałeś i w ziemię się obrócisz“ — w próchno się rozsypywały. Jednak w muzeum Kartagińskiem widziałem w dużych szklanych pudłach mumje dawnych Kartagińczyków; zwłoki ich przetrwały tu 2000 lat! Przy nich znaleziono różne przedmioty, potrzebne dla tualety i ozdoby, a prawie wszystkie były pochodzenia egipskiego. Umieszczone tu maski złych i dobrych duchów stanowiły natomiast wyroby ceramików kartagińskich; w grobowcach wykryto naczynie, stawiane przy zmarłych, aby mieli ze sobą wino, olej i pożywienie.
Na cmentarzach fenickich i na dziedzińcach świątyń znaleziono dużo tak zwanych „stell“ bogini Tanit (Astarty). Na tych niewysokich płytach kamiennych odczytano kilka napisów; jeden z nich przytacza p. Boissier[3]:
„Władczyni Tanit, która jest obliczem Baala i władcy Baalowi Hammon ofiara, składana przez Asdrubała, syna Hannon, ponieważ on słyszał głos bogini. Niech będzie na nim jej błogosławieństwo!“
U podnóża Byrsy widzieć można i zwiedzić głębokie przejście podziemne o murowanych ścianach i sklepieniach. Jest to część wielkich cystern podziemnych, miejskich zbiorników wody, połączonych niegdyś z głównemi akweduktami. Obchodząc wzgórze, natrafiam na niedawno odkopany nekropol, zbudowany z dużych ciosanych głazów.
To prawie wszystko, co dotychczas mówi o dawnej Kartaginie, gdzie dwaj poeci — Wergiljusz i Flaubert — wskazali dwa tragiczne cienie niewieście. Te królewskie kobiety pędziły tu burzliwe życie, pierwsza — w chwili założenia miasta, druga — w okresie jego upadku.
Nie wstydzę się przyznać, że do mnie mniej przemawiają odgłosy wojen punickich oraz imiona Scypiona, Hamilkara i Asdrubala, chociaż są to imiona historyczne, imiona żywych ludzi, natomiast Didona, Sofonisba i Salambo, pociągają moją wyobraźnię i wśród resztek Kartaginy, śród zabytków muzealnych, świadczących o dawnem życiu wspaniałej stolicy, każdym fibrem mojej duszy wyczuwałem obecność ich cieniów, przybywających tu z mrocznych podziemi Erebu.
Cartago delenda fuit...
A na jej spalonym i poćwiartowanym trupie wybujała nowa Kartagina, Kartagina potężnego Rzymu. Muzeum Św. Ludwika świadczy o rozwoju tu sztuki w postaci posągów, przedstawiających wielką wartość artystyczną; rzeźbionych kolumn, kapiteli i frontonów; przechowujących historję miasta licznych napisów rzymskich, znalezionych śród ruin.
Zwiedzam dwa amfiteatry rzymskie, gdzie przechowały się jeszcze kamienne ławy dla widzów, część kolumn marmurowych i rzeźbionych gzymsów; od nich przechodzę do bazyliki chrześcijańskiej, wzniesionej w pierwszych wiekach naszej ery, oglądam tu kolumny, płyty i mozaikę posadzki, resztki arkad, wykute w kamieniu groby i basen, w którym chrzczono dzieci.
Kto i jakie modły tu wznosił do Syna Bożego, — Boga nędzarzy i uciśnionych?
Czyje zwłoki leżały w tych kamiennych grobach?
Ile łez tu wylano?
Czyje oczy pełne troski i lęku patrzyły na te kolumny, lub w porywie rozpaczy i beznadziejności, nic nie widząc, ślizgały się po mozaice posadzki?
Szukając odpowiedzi na te pytania, powróciłem znowu do większego amfiteatru kartagińskiego. Olbrzymi gmach runął. Pozostały resztki murów, kilka sektorów ław (sedes), ze stopniami przejść pomiędzy niemi, wejście do cyrku, potrzaskane kolumny i wszędzie zwały kamieni i cegły. W jednem miejscu pokazano mi wąski kurytarz, rodzaj głębokiej fosy murowanej, z widniejącemi na ścianach rzymskiemi napisami. Fosa prowadzi do małej, ciemnej celi z otworem w sklepieniu. Gdym wszedł do celi, ujrzałem w kącie kupę starej, zgniłej słomy, a ostra woń, typowa dla klatek dzikich zwierząt, uderzyła mnie.
— Co się tu mieściło za Rzymian? — zapytałem, z góry przewidując to, co usłyszę.
— Była to klatka dzikich zwierząt! — odpowiedział robotnik. — Przez ten otwór karmiono lwy i pantery, a tą fosą drapieżniki wychodziły na arenę.
Może wydać się to dziwnem, lecz ja czułem wyraźnie ostry zapach zwierząt, chociaż wiedziałem, że ta słoma pewno zaledwie od dwóch lat leży tu, w kącie, i że w ciągu stuleci wszelkie zapachy musiały zniknąć bez śladu, a jednak — jednak, czułem obecność i woń zwierząt.
Mówiono mi później, że zwiedzający tę klatkę jakiś angielski pisarz miał podobno to samo wrażenie.
Wyszedłem z celi i fosą, którą przed wiekami sunął trwożnie i bacznie się oglądając, grzywiasty lew, olśniony słońcem i ogłuszony wrzaskiem tłumu, lub czołgała się gotowa do skoku pantera, — powróciłem na arenę. Spojrzałem przed siebie. Na drugim końcu areny, naprzeciwko celi lwów, ujrzałem kaplicę. Przez zakratowane drzwi połyskiwała lampka nad katolickim ołtarzem, na froncie odczytałem łaciński napis, mówiący, że tu zostali rozszarpani przez dzikie zwierzęta święci Rewokat, Satur i Saturnin, oraz święta Perpetua i św. Felicyta...
A więc mimowoli dowiedziałem się, za kogo się modlono i czego oczekiwano w śmiertelnym lęku tam, w bazylice chrześcijańskiej!
Śladami lwa doszedłem przez arenę cyrku rzymskiego do odpowiedzi na te pytania...
Powróciłem do Tunisu.
Doprowadziwszy do porządku swoje notatki i posiliwszy się, wyszedłem znowu za miasto.
Zerwał się znowu wiatr i było zimno.
Przebiegałem ulicę Tunisu, spotkawszy tym razem ślady hiszpańskiego panowania, jak, naprzykład, bramę hiszpańską, zbudowaną za czasów Karola V-go i wyszedłem do portu, gdzie podziwiałem poważne roboty budowlane, prowadzone przez Francuzów, z każdym rokiem ulepszających nawigacyjne warunki płytkiej i piaszczystej zatoki tunisyjskiej i stopniowo zmieniających ją w zupełnie współczesny port morski. Ujrzałem przy brzegu kilka łodzi rybackich. Przybyły one z południowych wybrzeży Tunisji, naładowane gąbkami. Przemysł ten kwitnie wzdłuż całego wybrzeża. Rybacy mieli na sobie kolje z małych konch „uda,“ nazywanych w zoologji „monetą cypryjską.“ Jest to talizman powodzenia dla dorosłych i jednocześnie talizman zdrowia dla dzieci.
Przypomniałem sobie mimowoli naszych górali tatrzańskich, noszących na swoich okrągłych kapeluszach obszywki z takich samych muszel, prawdziwych lub sztucznych, i zadałem sobie pytanie, skąd dotarły do naszych gór te „monety cypryjskie“ i jakie jest ich znaczenie?
Niezawodnie, że „magja“ i tu odgrywa pewną rolę, w obecnych czasach bezwiednie, na mocy tradycji, ponieważ początki jej utonęły w zmierzchu wieków.
Na jednej łodzi ujrzałem starą kobietę z wytatuowanym na czole znakiem „khatem“, czyli gwiazdą Salomona.
Ta potworna, stara wiedźma krzyczała przeraźliwym, cienkim głosem, biegała po łodzi i od czasu do czasu wyrzucała do wody jakieś ziółka i kamyki.
Zapytałem stojącego tuż dozorcy portowego o przyczynę niepokoju i podniecenia starej Berberki. Dozorca porozmawiał z rybakami i powrócił, mówiąc:
— Jeden z rybaków dziś podczas burzy utonął. Uderzenie fali wytrąciło go z łodzi. Ta stara — to czarownica. Tu każda stara zna się na czarach. Teraz właśnie czyni ona zaklęcia, aby morze wyrzuciło ciało topielca na brzeg. Podług obyczajów muzułmańskich rybak powinien być pochowany na swojej ziemi.
Spotykałem w Północnej Afryce dużo „czarownic,“ a wszystkie wydawały mi się kobietami zupełnie normalnemi, uprawiającemi magję „na zimno,“ podług tradycji i bezmyślnie, o ile naturalnie nie odurzały się przedtem podniecającemi kadzidłami. Jednak obserwowana tu, w Tunisie, stara kobieta zdradzała wszelkie cechy histerji i nerwowego podraźnienia.
Jeden z niemieckich uczonych, studjujący magję i przesądy Afryki[4], twierdzi, że podkładem niemal wszystkich tajemniczych praktyk jest zawsze nerwowość, histerja i zdolność do sugestji adeptek tajemnej wiedzy. Zdanie to podzielam bez zastrzeżeń w stosunku do czarowników azjatyckich, derwiszów mało-azjatyckich i perskich, fakirów indyjskich, buddyjskich lamów — maramba i wszelkich szamanów, lecz w masie czarowników i czarownic północno-afrykańskiego Islamu potwierdzenie tego zdania osobiście znalazłem tylko w Tunisie.
Tłum rybaków otaczał starą kobietę. Stali zapatrzeni w wodę, a w ich nieruchomym i natężonym wzroku była wola, którą narzucali morzu, aby ono spełniło ich żądanie.
Wyszedłem za miasto w stronę gór Zaghuan, skąd Rzymianie, z odległości prawie 150 kilometrów, skierowali swój słynny akwedukt, a ich śladami poszli Francuzi, którzy ujęli te same źródła w cementowane studnie i w rury wodociągowe.
Po obiedzie zwiedziłem malowniczą miejscowość gór Bu-Kornein, gdzie widziałem stare rzymskie źródło lecznicze, tak zwane — Aquae persianae, — posiadające wodę o wysokiej koncentracji zwyczajnej soli. Wszędzie tu widnieją pamiątki po Rzymianach, — stare miasteczko Naro; ołtarz poświęcony Saturnowi, ruiny Maxula itd. Spotkałem się tu z pewnym drobnym szczegółem. Pospolitą rośliną na całej północy Afryki jest tak zwana „figa berberyjska“ — olbrzymi kaktus, na którego liściach-gałęziach wyrastają owoce, pokryte kolcami, a używane przez tubylców jako pokarm. Tu, w Tunisji, po raz pierwszy słyszałem Berberów, nazywających tę roślinę — „Kermuss nesrani,“ to znaczy „figi chrześcijan.“
Osobliwością Tunisji są dwa miasta, które przemawiają do wyobraźni i wspomnień cywilizowanego człowieka. Pierwszym takim punktem jest Suss, do którego można dojechać koleją, drugim — Duirat w górzystej krainie Urghama, na południe od Gabes położonej.
Suss był miastem kartagińskiem, później — rzymskiem. Tu się znajdował niegdyś obóz Hannibala, walczącego ze Scypionem w okresie drugiej wojny punickiej. Rzymianie, zdobywszy Kartaginę i posuwając się na południe, założyli tu swoją kolonję, słynną z urodzajów. Teraz Suss jest dość ożywionem miasteczkiem przemysłowem, co zawdzięcza pokładom fosforytów.
Od pierwszego wieku chrześcijaństwa Suss stał się miejscem pobytu znacznej komuny chrześcijańskiej.
W okolicznych górach wykryto obszerne katakumby chrześcijańskie, przedstawiające pięć podziemnych galerji, ciągnących się na przestrzeni kilku kilometrów. W ścianach tych galerij mieszczą się głębokie nisze, zamknięte płytami kamiennemi z napisami. Są to groby chrześcijańskie, umieszczone szeregami od dołu do góry ścian. Naliczono tu około dziesięciu tysięcy oddzielnych nisz.
Jednym z najlepszych znawców tych katakumb jest obecny arcybiskup Algieru, kardynał Leynaud.
Największą uwagę skupiono na określenie epoki, do której należą te katakumby. Cały szereg łacińskich napisów, jak naprzykład: Sterlinius Martialis, Flavia Domitia, Aurelius Respectus, Valerja Respecta i inne, wcale nie mówiły o czasie założenia nekropolu chrześcijańskiego. Dopiero po wykryciu nisz z napisem: „Severus Lupo, cos.,“ — uczeni odczytali w tem „cos.,“ skrócone podług modły rzymskiej słowo — konsul. To dało wskazówki dla wykrycia okresu, przed którym katakumby już istniały widocznie dłuższy czas; ustalono bowiem, że konsulowie Lupo rządzili w rzymskiej prowincji w różne czasy. Pierwszy z nich w roku 42-gim po Narodzeniu Chrystusa, ostatni — w 273-im. Później odkopano grobowiec centurjona drugiej legji partyjskiej, imieniem Quintus Papius Saturninus Juljanus. Ten grobowiec musiał powstać za czasów Septima Severa, panującego od 193-go do 211-go po Narodzeniu Chrystusa. Za jego bowiem panowania zostały sformowane legjony partyjskie.
Ponieważ te dwa grobowce, dające pewne chronologiczne wskazówki, nie są jednak najstarsze w katakumbach Suss, kardynał Leynaud i inni uczeni przychodzą do przekonania, że założenie tego nekropolu sięga początków Kościoła chrześcijańskiego, a więc końca pierwszego wieku naszej ery, co znaczy — okresu apostolskiego.
To zupełnie zgadza się ze słowami św. Augustyna, który, zwracając się do chrześcijan afrykańskich, rzekł:
„To apostołowie przyłączyli was do życia chrześcijańskiego; oni sami byli posłani do was i oni nauczali; oni byli waszymi braćmi w wierze.“[5]
W ten sposób Kościół chrześcijański w Afryce jest Kościołem apostolskim.
Są wskazówki, że Żydzi, którzy przybyli z Jeruzalem w te okolice, dużo dopomogli do rozpowszechnienia nauki Chrystusa, gdyż opowiadali o zjawieniu się Mesjasza, Syna Bożego, który cudami i życiem cnotliwem dowiódł swego boskiego pochodzenia. Ci Żydzi stali się w ten sposób pierwszymi apostołami w tym kraju[6].

O ile Suss jest pierwszym etapem cywilizacji chrześcijańskiej w Afryce Północnej, o tyle małe miasteczko Duirat jest echem życia ludzi pierwotnych Troglodytów — ludzi jaskiniowych. W spadkach gór Czenini mieści się to dziwne miasto, przedstawiające podnoszące się piętrami wyżej i wyżej szeregi jaskiń, zaludnionych przez Berberów. Wycięte w skałach schody łączą oddzielne siedziby ludzkie pomiędzy sobą i dają dostęp do nich od strony ulic. Są to jaskinie ciemne i wąskie, pozbawione wszelkich, najbardziej pierwotnych urządzeń i wskazujące na pewien postęp cywilizacyjny w porównaniu chyba tylko z podziemnemi galerjami i barłogami równiny Matmata w południowej Tunisji, gdzie ludzie jak krety, gnieżdżą się pod ziemią, gdzie spędzają całe swoje życie, gdzie na powierzchni ziemi pozostawiają na zawsze tylko tych, którzy leżą w niegłębokich mogiłach, rozrzuconych dokoła okrągłych otworów, prowadzących do podziemnego miasta.
ULICA W KAIRUAN

Nad jaskiniami tubylców Duirat, na szczycie góry, wznoszą się ruiny kasby, obronnego zamku, obecnie porzuconego; na uboczu stoi świątynia Allaha — jedyny budynek architektoniczny.
Nie należy myśleć jednak, że tubylcy Duirat i doliny Matmata przechowali tryb życia Troglodytów. W starych podaniach tych szczepów wykryć można wspomnienia o strasznych i krwawych czasach, gdy jakieś hordy wtargnęły do dawnej Libji i przeszły przez kraj jak burza. Wtedy szczepy, zamieszkujące przedtem obwody, bliżej do Gabes położone, rozpoczęły wędrówkę na południe.
Znalazłszy, podług swego mniemania, dogodne dla obrony i mieszkania miejscowości, a może dawne jaskinie Troglodytów, wodzowie tych szczepów tu się zatrzymali i tu potrafili bronić swoich rodzin i mienia w jaskiniach, wykutych w stromych zboczach skał, i w swoich podziemnych norach.
Prawdopodobnie ten okres emigracji odnieść należy do czasów zjawienia się Sidi Okba, ogniem i mieczem utwierdzającego Islam w Afryce i mającego stolicę w Kejruanie.
Podobne miasta pieczarowe spotkać można w Tybecie, w Chinach, a także na Krymie rosyjskim, jak naprzykład w Czufut-Kale, a zawsze wynaleźć można przyczynę historyczną, zapędzającą ludzi do podziemnych kryjówek.
Ostatni wieczór w Tunisie spędziłem w sposób zupełnie niespodziewany i oryginalny. Wyszedłem z hotelu, gdy na ulicach już się zapaliły latarnie i skierowałem się w stronę pałacu Rezydenta Francji.
Dopędził mnie przewodnik, nieraz już przed hotelem narzucający się z usługami.
— Mogę pana zaprowadzić na zebranie, gdzie będzie występował „ameddah“ — rzekł, zaglądając mi w oczy.
— Co to jest „ameddah?“ — zapytałem.
— To — śpiewak, baśniarz ludowy! — odparł — bardzo ciekawa rzecz, gdyż będzie opowiadał dziś legendę o świętych uali, czczonych i szanowanych śród tubylców. Mam przepustkę... Pięć franków — tylko pięć...
— Dobrze! idźmy! — zgodziłem się.
Poszliśmy w stronę meczetu Dar el Bey.
Wkrótce już wchodziliśmy na drugie piętro dużej, białej kamienicy.
Przewodnik pokazał przepustkę i mrugnął na jakiegoś Araba.
— Jeżeli pan chce wiedzieć, o czem będzie mówił baśniarz, to możemy zaprosić tego tłumacza — rzekł przewodnik. — Zapłaci mu pan parę franków, a on wszystko objaśni. Może pan nawet zapisywać...
Była to niezła rada.
Weszliśmy na salę; publiczność siedziała na matach, podkurczywszy pod siebie nogi. W tłumie dojrzałem kilka twarzy europejskich.
Na niewysokiem podniesieniu ujrzałem starego Araba w turbanie, obowiązanym granatowemi, wełnianemi sznurami.
Robiąc potoczyste, malownicze gesty i od czasu do czasu gładząc długą brodę, Arab mówił swobodnie, barwnie i wyraziście.
— Ten „ameddah“ ma na imię Sidi Harazem el Hadżi, pochodzi z Marokka, kraju marabutów i uali. Marokko dlatego nazywają tu „progiem nieba“ — objaśnił mój tłumacz i zaczął powtarzać słowa starego Araba.
Robiłem sobie notatki, a w domu opracowałem je, dopełniając i poprawiając.[7]
„Jeżeli chcecie błogosławieństwa Allaha dla swoich spraw domowych, — mówił starzec, — nie marzcie o wielkiej podróży do Mekki, bo nie każdy może ją odbyć, lecz zwróćcie się do kubby tego świętego, który urodził się w waszem mieście! Zapomnieliście o nim, myślicie że jest cudzoziemcem, że przyszedł z Mahrebu. Jest nim Sidi Mammar-Ben-Slimann. Pochodził on z rodu Abu-Bekra, przezwanego „świadkiem.“ Ten tytuł dał mu sam Prorok Mohammet, ponieważ Abu-Bekr widział na własne oczy cud, czyli „miradż,“ gdy Prorok w nocy wstąpił do nieba, aby stanąć przed obliczem Allaha i od Niego otrzymać wskazówki, zapisane w świętej księdze. Sidi Mammar prawie całe swoje życie spędził w samotności na pustyni, a gdy powrócił, zamieszkał w krainie szczepu Beni Amer. Miał dwóch synów i słynął z mądrości i dobroci, co pociągało do jego wsi tysiące ludzi, przychodzących po poradę i pomoc. Umarł pięć wieków temu. Siłę swoją cudowną przejawił dopiero po śmierci, wtedy, gdy Turcy oblegali siedzibę Beni-Amer. Wódz turecki rozkazał, aby nazajutrz kilka miasteczek tego szczepu zostało zburzonych i spalonych. Gdy mieszkańcy dowiedzieli się o rozkazie surowego wodza, poszli do grobowca Sidi Mammara i prosili o obronę. Tej samej nocy, nagle z hałasem otwarły się drzwi grobowca, a z niego zaczął dąć tak silny wiatr, że namiot wodza został zerwany, a gdy wicher przyniósł duszący dym, wielki popłoch powstał wśród oblegających. Turecki wódz kazał zwinąć obóz i oddalił się, przysławszy nazajutrz swoich ludzi dla pokojowego załatwienia sprawy.
„Innym znowu razem, dżuma grasowała dokoła i kosiła ludzi tak samo, jak kosi mocny człowiek badyle sorga.[8] Jakaś stara kobieta, spokrewniona z potomkami Sidi Mammara, poradziła swoim ziomkom, aby zanieśli kubeł wody na grobowiec świętego i po modlitwie używali tej wody do picia i obmywań, przepisanych przez Proroka. Mieszkańcy okolicznych wiosek usłuchali rady i od tej pory nie było tu żadnego wypadku choroby. Potęgi swojej marabut dowiódł nietylko uzdrowieniem chorych, lecz i tem, że kubeł raz napełniony wodą, nigdy nie mógł być opróżniony.“
Stary Arab zaczął cicho szeptać modlitwy, przebierając paciorki różańca, a za nim modły do Allaha i Sidi Mammara zanosili obecni. Po pewnem milczeniu bard zaczął nową historję:
„Cała Sahara czci imię odznaczonego przez Boga Sidi-Esz-Szikh. Wierni do dnia dzisiejszego pokazują miejsca, gdzie stał namiot świętego, ślady kopyt jego muła, wyciśnięte na skałach, i studnię, gdzie było obmyte jego ciało po śmierci. Był on w prostej linji potomkiem Adama, stworzonego przez samego Boga, z ziemi. Jego przodkiem był Saddik — apostoł Proroka. Pochodził Es-Szikh z rodu Bu-Bekria, ponieważ Saddik miał na imię Bekr. Ród ten wywędrował z Mekki, przez dłuższy czas przebywał w Egipcie i dopiero sześć wieków temu przybył na waszą ziemię, mumeni! Przed urodzeniem Esz-Szikha miały miejsce liczne cuda w różnych krajach Mahrebu. Mając siedem lat, Esz-Szikh był już „talebem“ i wkrótce rozpoczął swoją podróż po kraju, gdzie zadziwił uczonych w Fezie mądrością i cnotami. Ten „uali“ był jedynym, który mógł wyzywać cień Proroka i czerpać z niego mądrość, niby człowiek, wydobywający kubeł wody z głębokiej studni w skwarny dzień.
„Pewnego razu, mieszkańcy oazy, nawiedzonej przez szarańczę, przysłali po uali, prosząc go o pomoc.
„Spiesz się Sidi do nas! — prosili posłowie — nasze palmy giną, pożerane przez te wyklęte przez Allaha stworzenia, ze znakami djabła i dżinnów na skrzydłach.
„Nie zwlekając, Esz-Szikh przybył do oazy i ujrzał całą chmurę szarańczy, napadającej na palmy i pożerającej liście i owoce. Żarłoczność napastników była tak wielka, że zjadały nawet konary — i palmy padały, jak gdyby zostały podcięte siekierą. Święty długo patrzał na tę chmarę szarańczy i w imię Allaha rozkazał jej odlecieć na okoliczne piaski. Gdy wszystkie żarłoczne owady usiadły na ziemi, Esz-Szikh wyciągnął rękę i przeklął je imieniem Stwórcy. Szarańcza pozostała nieruchoma i martwa, a ludność oazy dziękowała Allahowi za pomoc, przesłaną w postaci jego „uali.“ Esz-Szikh pozostawił po sobie osiemnastu synów, a niektórym z nich przekazał swoją cudowną siłę.“
Sidi Herazem opowiadał jeszcze dość długo o życiu i cudach kilku marabutów i „uali“ — o Sidi Nail, o Sidi Mohammed Ben Alija, o Sidi Abd Er Rahman, o potężnych i cnotliwych cudotwórcach, pochodzących z krainy Uled-Nail.
Zdziwiło mnie to niewymownie! Tak dużo słyszałem o pięknych tancerkach tego szczepu i widziałem je na własne oczy w Bu-Saada i w Biskrze, lecz nikt mi tam nie mówił, że ten kraj wolnych obyczajów, lekkomyślnych, namiętnych niewiast i różnych heretyków, był jednocześnie ojczyzną pustelników i cudotwórców. Gdy jednak pomyślałem, że w Babilonie, w Sodomie i w Rzymie — najbardziej byli potrzebni surowi prorocy i moraliści, — zrozumiałem, dlaczego w kamienistej pustyni, otaczającej Bu-Saada i bogatą oazę Biskry, pędzili pełen umartwień żywot święci asceci Islamu. Coprawda nie mieli oni żadnego wpływu na zmianę charakteru okolicznych szczepów. Otaczając głęboką czcią pamięć tych marabutów, pędzą one dawny tryb życia, nic wspólnego z ascetyzmem i z czystością obyczajów nie mającego.
Stary Arab zabierał się do nowej opowieści, lecz nic nowego już od niego nie oczekiwałem, więc, skinąwszy na swoich przewodników, opuściłem salę.
W tak bogobojny sposób spędziłem ostatni wieczór w Tunisie.


Przypisy

  1. Eneida IV, 24.
  2. Do ciskania z proc.
  3. L. c., str. 57.
  4. Lehman, Aberglaube und Zauberei.
  5. Enarr, psalm XLIV, 23.
  6. Bull, de la Soc. de Géogr. d’Alger, n. 93, 1923, str. 110.
  7. Zapisane tu legendy znalazłem też częściowo u pana C. Trumelet, „l’Algerie legendaire“. Alger, 1892.
  8. Sorgo — proso.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.