Pod smaganiem samumu/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pod smaganiem samumu
Podtytuł Podróż po Afryce północnej. Algierja i Tunisja
Data wydania 1926
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia, Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań — Lwów
Ilustrator Drukarnia św. Wojciecha
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ II.
KU SAHARZE.

O godzinie piątej rano, dnia 22-go października, wyruszyłem z Algieru na południe. Było jeszcze ciemno i zimno.
Umieściłem w samochodzie małą walizkę podróżną, tę samą, która już objechała kawał świata i widziała Chiny, Japonję, Hawaje, Sajgon, wyspy południowego Pacyfiku i Amerykę Północną, a w której grzebały ciągle szukające i nigdy nic u prawdziwego podróżnika nie znajdujące ręce urzędników komory celnej czterech kontynentów i wszystkich poważnych i niepoważnych państw. Karabin Winchester kal. 44, kodak i lornetka Zeiss’a stanowiły resztę bagażu, który w razie potrzeby z łatwością mógłbym sam nieść.
Ruszyliśmy w drogę. Pierwszym dużym etapem powinna była być oaza Bu-Saada.
Samochód mknął, mijając mniejsze i większe osady i wsie berberyjskie, gdzie do tubylczej ludności wpłynął element żydowski, oddawna naturalizowany i od muzułman z trudem odróżniany, chyba, że zdradzą go czarne „beretta“[1] i kędzierzawe, krucze loczki na skroniach; wtargnęli tu też przybysze i władcy z Europy. Od północy ciągną się pola uprawne z jęczmieniem, pszenicą i prosem, sady owocowe i gaje oliwne, winnice, plantacje tytoniu, dalej — na południu, gdzie sięgają odnogi wysokich płaskowyżów i przechodzą w stepy — stada owiec i kóz, dalej — pod tchnieniem Sahary, pod brzemieniem zalatujących tu chmur piasku z pustyni — odłogiem leżą martwe przestrzenie jałowe, ponure, a na nich, jak piękne bukiety, — oazy palm daktylowych.
Przeciąwszy zaraz za Algierem równinę Bufarik, a na niej wspaniałe pola, ogrody i sady, i minąwszy dużą wieś Arba, słynną ze swych ogrodów pomarańczowych, plantacyj wina i tytoniu, ożywianych rzeką Dżemaa, samochód zaczyna sunąć górzystą miejscowością i lasami. Droga nieraz zawisa nad głębokiemi przepaściami, odgrodzona od nich niewysokiem podmurowaniem.
Cały ten rejon nosi nazwę — Tell, ciągnie się zaś prawie od granicy marokańskiej do granicy Tunisji, z zachodu na wschód, mając swoje rubieże na północy — przy brzegu Morza Śródziemnego, a na południe — na terytorjum wysokich płaskowyżów. Tell przecinają grzbiety Małego Atlasu, bardzo malownicze i pełne wdzięku. W dolinach małych rzeczek lub strumyków rozrzucone są wioski tubylcze, otoczone topolami i kwadratami małych pól, gdzie na ściernisku pasą się znaczne stada baranów. Tu i owdzie widnieją małe chatki tubylcze, kryte równemi warstwami wiązanek suchej, twardej trawy. W sadach owocowych snują się biblijne postacie ludzkie o białych, a nieraz skończenie pięknych twarzach.
W pobliżu osady Sakamody wjeżdżamy w pięknie zabarwione skały kredowe, gdzie Francuzi eksploatują pokłady rudy cynkowej; przebywamy głębokie, nieraz bardzo dzikie wąwozy, ciągle wspinając się do góry, aż dochodzimy do wysokości 920 metrów, gdzie się zatrzymujemy, aby napoić nasz samochód wodą ze słynnego źródła, a siebie — dość marną kawą. Jest to Ain El Berd, co oznacza „Zimne Źródło“.
Krajobraz gwałtownie się zmienia. Ciągną się coraz dalej i dalej zupełnie nagie doliny, jałowe skały; śród nich zbiegamy nadół, aż, zrobiwszy zakręt na wielkim wirażu szosy, widzimy rozległy, zupełnie okrągły „cyrk“, leżący śród nagich gór. Nad tą kotliną grubą płachtą wisiały białe, niby z grubych nici tkane chmury, czy mgła poranna; powoli unosiły się lekkie warstwy płachty, znikały i odsłaniały horyzont, aż pokazały to, co ukrywały na dnie kotliny.
Tam biegła rzeka, czerniły się nieduże zarośla tamaryndowe i błyskały białemi ścianami domki osad. Pędzą ku nam i mijają nas w biegu naszej maszyny, rozmyte przez wody wiosenne, góry kredowe i piasczyste, karawany wielbłądów, idących z południa, z Sahary, z worami, pełnemi daktyli, tego „zboża i złota“ pustyni.
Droga zbiega coraz niżej.
Osada Tablat, rzeka Isser, płynąca kilku łożyskami, a utworzona przez połączenie uedów[2] El Had i Zarnat, gaje oliwne i figowe, schludne, a noszące wszystkie ślady wpływów europejskich, berberyjskie domki o starannie oszklonych oknach i strzechach, krytych glinianemi dachówkami, duży las cedrowy, gdzie ogarnia nas i upaja powietrze, przesycone żywicą, a przypominające mimowoli mroczne sale pałaców i meczetów, gdzie stare belki i deski pułapów, przez wieki sączą nieśmiertelną woń cedrowej smoły — wszystko to miga przed memi oczami wówczas, kiedy auto mknie jak szalone, rycząc i wrzeszcząc na krętych wirażach i rozpędzając owce i wielbłądy, w popłochu zbiegające do wąwozów lub wdrapujące się na zbocza gór.
Nagle coś zrywa mnie z mego miejsca, rzucam się do szofera i krzyczę:
— Stać! Stać!
Zatrzymał się gwałtownie, aż maszyna jęknęła.
— Co się stało? — pyta zdziwiony i zaniepokojony szofer.
— Tam... tam... — odpowiadam, patrząc na dużą polanę górską, widną jak na dłoni przez wierzchołki cedrów.
Spostrzegłem bowiem rzecz, której przepuścić żaden myśliwy nie może.
Ujrzałem jeźdźca Berbera na dobrym cisawym koniu. Jechał spokojnie, lecz nagle zerwał z ramienia karabin, uderzył konia strzemionami i pomknął, aż poły burnusu wzniosły się ponad głowę jeźdźca.
Nic innego, tylko zoczył coś, co było warte pościgu, miarki prochu i kuli.
Podszepnęło mi to moje myśliwskie serce. Porwałem lornetkę i wparłem ją w polanę, w gąszcz krzaków i wysokiej trawy, szukając i wypatrując dokoła.
— Aha! Jest!
Czarny odyniec przedzierał się przez polanę, jeszcze się plątał ryjem w trawie i haszczach, lecz rwał ciągle naprzód do lasu. Biegł w moją stronę. W jednej chwili wyciągnąłem karabin i z magazynu przesunąłem kulę do lufy.
A może wypadnie na drogę? O, gdyby!...
Dzik znikł mi z oczu za cedrami, za nim przemknął ścigający go Berber.
Stanąłem na skraju lasu i czekałem...
Nagle, niedaleko ode mnie, w lesie buchnął strzał. Jeden tylko, taki samotny i taki cichy...
— Berber spudłował! — wołała moja namiętna dusza. — No, teraz odyniec mój!
Patrzę, przebijam las wzrokiem, palcem pieszczę cyngiel karabinu...
Mijają minuty... Dzik nie wychodzi i nie zjawia się jeździec.
Więc biegnę w las i szukam. Odbiegłem około kilometra od drogi i spotkałem Berbera. Szedł i, idąc, nabijał karabin o długiej lufie, nacinanej srebrem.
Zapominając o etykiecie wschodniej, pytam gorączkowo:
— Halluf et Raba?[3]
Uśmiecha się łagodnie i, przykładając ręce do ust, odpowiada:
— Salamu alejkum![4]
— Alejkum es salam... — mówię, trochę zmieszany, lecz myśliwskie serce nie dopuszcza zwłoki, więc znowu pytam:
— Halluf?
Berber skinął ręką poza siebie.
Zobaczyłem konia. Szedł o kilkadziesiąt kroków za swym panem, ostrożnie stąpając po pochyłem zboczu góry, pokrytej śliską warstwą opadłego igliwia, omijając kamienie i krzaki. Przerzucony przez siodło, wsiał dzik.
Obejrzałem go, miał kulę za uchem. Dobry, pewny strzał!
Tylko chyba Berber lub Tuareg, z siodła, w biegu konia potrafi tak dokładnie umieścić kulę i to nie z jakiegoś Winchestera lub Mauzera, a z karabinu, wyrabianego przez zwykłych „heddad“ — kowali-rusznikarzy!
Poczęstowałem Berbera papierosem, wsiadłem do samochodu i pojechałem dalej.
Szofer stanął w Aumale, przed hotelem.
— Przejechaliśmy 125 kilometrów! — oznajmił — Tu musimy zjeść obiad.
— Zjemy! — odparłem — A ile pozostaje nam do Bu-Saada?
— Drugie tyle, — odparł, majstrując w maszynie.
Poszedłem do restauracji, aby się umyć, oczyścić z kurzu i zamówić obiad.
W oczekiwaniu szofera wyszedłem na miasto; przechodząc około jednego z budynków, ujrzałem napis „Muzeum.“
— W tem małem, nic ciekawego nie przedstawiającem Aumale, istnieje muzeum? To zabawne! — myślałem, wchodząc do budynku.
Nie pożałowałem tego, gdyż dowiedziałem się dużo ciekawych rzeczy.
Aumale — to nowa francuska nazwa miasteczka, które jednak znane było bardzo dawno, gdyż jeszcze Rzymianie w swoim kolonizacyjno-wojennym marszu przez Afrykę Północną założyli tu silną twierdzę i składy handlowe. Była to Auzia, istniejąca w ciągu pierwszych stuleci naszej ery. Berberowie, a później Arabowie azjatyccy do szczętu zburzyli dzieło Rzymu, lecz ani oni, ani wieki, które przemknęły nad Auzia, nie zdołały zniszczyć ciosanych na rozkaz „cives romani“[5] głazów i zatrzeć wyrytych na nich napisów łacińskich. Te właśnie głazy i napisy Francuzi z pietyzmem złożyli w Muzeum Aumalskiem wraz z różnemi drobnemi przedmiotami, wykopanemi na miejscu dawnej kolonji rzymskiej.
Berberowie nazywają Aumale — Sur Ghozlan, czyli muzy Ghozlana. Ów Ghozlan jest mitologicznym Achillem tubylczym. Był to odważny i potężny bohater, odpierający najeźdźców z południa, skąd szli czarni wojownicy, żądni mordu i łupu. Jednak w legendach, śpiewanych i opowiadanych o Ghozlanie, najwięcej się wysławia szybkość jego biegu. Mknął jak wicher i doganiał gazele w biegu.
Gdy powróciłem do restauracji, obiad czekał już na mnie.
Zaglądam w tej chwili do swego notatnika podróżniczego i czytam w nim:
„Marny obiad na gorzkiej oliwie, dobre czerwone wino, przerażająca chmara much, czarnych, złych, natrętnych i skłonnych do samobójstwa, bo rzucały się do zupy, wina, musztardy, sosu i kawy i wlatywały do ust, starając się trafić na zęby. Piękna gra na fortepianie.“
W restauracji, oprócz mnie i mego szofera, było kilku oficerów miejscowej załogi i dwie panie, ubrane skromnie i ciemno.
Rozmawiały z sobą po rosyjsku, a miały, tak dobrze mi znane od chwili upadku caratu, tragiczny wyraz oczu i gorzkie zmarszczki koło ust, z czego zawsze można poznać Rosjan na emigracji, gdzie nie tyle ciężkie warunki ekonomiczne, ile jeszcze bardziej ciężkie przeżycia moralne i zawiedzione nadzieje, żłobią coraz głębiej te tragiczne ślady.
Skinąłem na usługującego chłopca i zapytałem:
— Te panie są Rosjanki?
— Tak! Deux princesses russes, Monsieur! — odparł z uwielbieniem w głosie.
— Co tu robią?
— Są nauczycielkami muzyki, jeżdżą z miasta do miasta — objaśnił chłopak.
Nie wiem, czy były to „princesses“, co zresztą nie zmieniłoby sytuacji, — lecz dramat niezawodny wyzierał z oczu, twarzy i skromnych, zbyt skromnych tualet tych dwóch kobiet, rzuconych ręką bezmyślnej i zbrodniczej rosyjskiej rewolucji na rozpaloną ziemię Afryki.
Jedna z pań powstała i przeszła do sąsiedniego pokoju, gdzie stał fortepian. Wkrótce rozległa się muzyka, prawdziwa, nie restauracyjna i dancingowa. Po Czopinie nastąpił Czajkowski, po Czajkowskim — Skriabin, Rachmaninow, Rimskij-Korsakow...
Siedziałem przy stole dłużej niż należało, nie zwracając żadnej uwagi na muchy i swąd przypalonej oliwy, zalatujący od kuchni.
Słyszałem łzy, rozpacz i ból w grze nieznanej kobiety, pochodzącej z tragicznego kraju kontrastów i nielogiczności dziejowej. Czułem dramat, chciałem się zaznajomić z temi paniami. Łatwoby mi to przyszło, lecz pomyślałem sobie, że, być może, uciekły tu, do Algierji, aby już nic im nie przypominało ich dalekiej ojczyzny, aby żadne echo przeszłości i przeżytego dramatu nie dochodziło do serc ich, zbolałych i przeczulonych.
Pojechałem dalej, unosząc ze sobą wspomnienie o pięknej grze tęsknej Rosjanki, mającej takie tragiczne oczy i twarz męczeńską.
Samochód zaczyna się znowu wspinać na wysokość 1040 metrów wschodniemi spadkami grzbietu Djebel Dira, skąd doliną rzeki wybiega na płaszczyznę, monotonną, pokrytą kwadratami uprawnych pól, i staje w osadzie Sidi Aissa. W centrum płaszczyzny leży olbrzymie jezioro Szott-El-Hodna. Ludność berberyjsko-żydowska mieści się w brudnych domach, zjadana przez muchy — straszną plagę tych miejscowości, gdzie grasują stale choroby oczu. Dalej za osadą rozciąga się równina, gdzie widziałem drgającą na horyzoncie fatamorganę; jak zwykle — drzewa, rosnące na brzegu wielkiego jeziora, pokrytego wysepkami.
Równina bardzo szybko przechodzi w pustynię — nagą, kamienistą, gdzie roi się od jaszczurek — Agam i szarańczy. Śród kamiennych odłamków mignął mi raz duży waran[6], a gdy zacząłem go ścigać, — natrafiłem na piaszczysty brzeg wyschłego potoku. Spostrzegłem tu dwie jaszczurki, ciemno zabarwione, z czarnemi poprzecznemi paskami i białemi brzuszkami. Były długie na 15 centymetrów i posiadały krótkie, słabo rozwinięte kończyny.
Narazie zaczęły uciekać dość szybko, lecz widząc, że je ścigam, w mgnieniu oka zaryły się w piasek i znikły. Tylko poruszająca się powierzchnia piasku świadczyła, że zwierzątka szybko posuwają się naprzód. Zdobyłem jeden taki egzemplarz i, wypatroszywszy go, umieściłem na słońcu. W Biskrze powiedzieli mi znawcy fauny algierskiej, że jest to scynk apteczny (scincus officinalis), którego Arabowie bardzo słusznie nazywają „rybą piaskową“ i nielitościwie prześladują. Objaśnia się to tem, że od niepamiętnych czasów medycyna arabska uważała wszystkie części ciała tej jaszczurki za nadzwyczaj skuteczne lekarstwo na różne choroby. Arabowie i Berberowie poławiają te zwierzątka, suszą je na słońcu i mielą na proszek, chętnie kupowany przez chorych i hakimów. Tubylcy twierdzą, że scynk tępi skorpjony, nie wiem jednak, czy to jest faktem dowiedzionym, natomiast około Bu-Saada spotkałem scynka, napadającego na zwykłą zieloną jaszczurkę — Lacerta ocellata. Czy był to napad, czy tylko walka o zdobycz — wyjaśnić nie zdołałem, ponieważ scynk natychmiast dał nura do piasku, a zielona jaszczurka znikła śród kamieni.
Za tą pustynią, raczej pierwszym jej zwiastunem, zaczyna się dość falista miejscowość, gdzie około Ain Kerman zjawiają się znaczne skały, przechodzące w pokaźny masyw górski — Djebel Sellat, ze szczytami podobnemi do stołów. Miejscowość pozostaje wciąż naga i jałowa i zaledwie w jednem miejscu wzrok z przyjemnością i ulgą spocząć może na małej oazie Ed-Dis, gdzie tubylcy sprowadzili sobie wodę z gór, zapomocą głęboko podziemnych kanałów, podobnych do „foggara“, o których wspominałem, opisując Figuig[7].
W pobliżu oazy, na kamienistym gruncie, spotkałem kilka okazów skorpjonów o rozrośniętych kleszczach (Sc. palmatus).
Za tą małą, nikłą wysepką roślinności i kilkunastu domkami, należącemi do rodzin tubylczych, pustynia ciągnie się dalej, aż przechodzi w piaski, tworzące w niektórych miejscach diuny, czyli wały piasków ruchomych, grożących zasypaniem pięknej oazie Bu-Saada. Francuska administracja oddawna już wystąpiła do walki z piaskiem i zdołała zatrzymać go, wzmocniwszy spadki sypkich pagórków gęstemi zaroślami krzaków tamaryndowych.
Było już ciemno, kiedy wjechaliśmy do Bu-Saada; długo kręciliśmy się w wąskich uliczkach, aż samochód stanął przed hotelem, poleconym mi przez moich algierskich znajomych.
Zrobiwszy tualetę i posiliwszy się w bardzo dobrej restauracji hotelowej, nie bacząc na spóźnioną godzinę, wyszedłem z domu i zacząłem się błąkać po miasteczku, aż wreszcie trafiłem na dobrą drogę, przecinającą las palm daktylowych (Phoenix dactylifera) i dotarłem do wysokiego brzegu rzeki.
Na dole, odbijając się w wodzie, płonęły dwa ogniska. Jakieś postacie poruszały się koło nich, zbliżały się do wody i nachylały się nad płytkim prądem rzeki.
Podszedłem i ujrzałem trzy kobiety — dwie stare i jedną młodą, o krótkich, gęstych i kędzierzawych włosach i dużych, czarnych, rozmarzonych oczach. Wszystkie miały smagłą cerę, taką, jaką spotyka się tylko tu, gdzie gorący wiatr smaga bez litości, a promienie słońca, nie liczące się ze swoją zabójczą siłą, zbyt pochopnie starają się pieścić nieosłonioną twarz i dłonie. Jednak nie były to Berberki, ani nomadki Sahary. Gdym podszedł do ogniska, podniosły głowę i śmiało, lecz ze zdumieniem, przyglądały mi się, nie kryjąc twarzy i nie unikając mego wzroku.
— Co tu robicie? — zapytałem po francusku, nie spodziewając się zresztą odpowiedzi.
— Przyszłyśmy do starej Raszel — niespodziewanie czystą francuszczyzną odpowiedziała młodsza z kobiet, — przyszłyśmy po poradę, bo dziś pełnia księżyca...
Usiadłem przy ognisku i rozpocząłem rozmowę, gdyż wszystkie trzy mówiły biegle po francusku. Były to Żydówki z tych rodzin, które od niepamiętnych czasów, z pewnością jeszcze przed Islamem i przed erą chrześcijańską, przybyły do Afryki i, posuwając się coraz bardziej na południe, dotarły aż do koczowisk Tuaregów i osad szczepów, mieszkających na Nigerze i na północy jeziora Czad.
Wyznają one naukę Mojżesza, lecz jest ona tak pomieszana z magją i sekciarstwem muzułmańskiem, że, doprawdy, kult starego naturalizowanego społeczeństwa izraelickiego w Algierji i Marokku należałoby uważać za religję odrębną od nauk Mojżesza i Mahommeta.
Zauważyłem, że młoda Żydówka trzyma w ręku szmatkę, zawiązaną węzłem.
— Co to jest? — zapytałem.
— W tym węzełku są moje włosy... — odparła rumieniąc się.
Patrzyłem na nią pytająco, więc ciągnęła dalej:
— Zbieram wypadające włosy, a później odnoszę do Raszeli, która zawiązuje je w taką szmatkę i po zaklęciach, które czyni przy pełni księżyca i płonącego ogniska, wrzuca do wody.
— Po co? — dopytywałem.
— Jest to oczyszczające „azima“ — zaklęcie, po którem włosy prędzej rosnąć zaczynają i nigdy głowa nie boli, — objaśniła.[8]
W ten sposób poznałem się z Sarrą bent Ihudi, a od niej dowiedziałem się dużo ciekawych szczegółów z magji, uprawianej przez Żydów i Berberów i poczyniłem inne pożyteczne znajomości, szczególnie zaś w starej Bu-Saada, gdzie w półzrujnowanej chałupie mieszkała „kahina“, prawdziwa czarownica i wróżbitka berberyjska.
Płaciłem i Żydówce i Berberce. Pierwszej — za pomoc, drugiej — za wróżby. Z pewnością sędziwa „kahina“ śmiała się w duchu, widząc takiego przekonanego klienta, pełnego zabobonów i „głębokiej wiary“ w jej nadprzyrodzoną siłę, lecz nie ubolewam nad tem zbytnio, gdyż słuchając wróżb starowiny, prosiłem o inne zaklęcia, wypytywałem o to, co mnie interesowało, radziłem się jej i... zapisywałem później do mego notatnika.
Przed podróżą swoją naczytałem się o kultach, magji i przesądach tubylców Afryki Północnej u profesora E. Doutté, M. Morand, A. Certeux, Moulieras, Klein’a i innych autorów, więc wiedziałem, o co mam pytać, i badałem, czy stara kahina zna się na rzeczy, czy też — nie. Otóż twierdzę, że moja sędziwa czarownica była studnią, skarbem muzułmańskiej wiedzy magicznej!
Dowiedziałem się o całym szeregu recept, stosowanych w magji afrykańskiej.
Gdy przychodzi do czarownicy smętna, blada kobieta berberyjska, a tak zrozpaczona, że zapomniała nawet podczernić sobie oczy i brwi, wzmocnić rumieńce na twarzy i czerwoną henną wymalować paznokcie i dłonie, — kahina spogląda na nią z politowaniem i szepce:
— Mąż oziębły jest dla ciebie, mra[9], — widzę to! Jest na to rada. Weź trochę włosów z głowy i brody męża, szczyptę ziemi ze śladu jego prawej stopy i trochę kurzu z wewnętrznej strony jego prawego babusza[10], zaszyj to wszystko do małego woreczka i noś na piersi. Bądź pewna — miłość męża powróci i będziesz szczęśliwa!...
Sarra mówiła mi, że taki talizman ma niezawodny skutek i że często, po zastosowaniu go, klientka przychodzi, pięknie wystrojona i szczęśliwa, i rozkapryszonym głosem żąda od kahiny, aby dała jej coś, co zmusiłoby jej męża do powolności względem wszystkich jej zachcianek.
— Jest i na to rada! — mruczy wtedy czarownica. — Przynieś mi włosy i odcinki paznokci twego męża!
A gdy kobieta spełni jej polecenie, kahina przyrządzi pigułkę z włosów i paznokci męża i ze śliny, łez i siarki usznej żony, a ta podczas jedzenia, pokryjomu, zmusi mężczyznę do przełknięcia czarodziejskiego środka.
Od tej chwili kobieta „wejdzie do duszy“ męża i opanuje ją nieograniczenie.
Nieraz do starej czarownicy przychodzą młode dziewczęta. Serca ich płoną miłością dla tych, których dojrzały przez „ltam“ ich tęskniące do nieznanego szczęścia oczy.
Takie to piękne, pobudzające do marzeń!
Lecz rodzice chcą wydać, a więc i wydadzą swe córki za otyłego, dziobatego handlarza daktylami. Trzeba wyrzucić, wyrwać z serca miłość, co przyleciała jak skrzydlaty ptak przed zakratowane okno więzienia, trzeba zgasić płomień żądzy, bo inaczej ciężkiem będzie życie w haremie kupca.
Płaczą dziewczyny, ręce załamują, żalą się na swój los i błagają czarownicę o pomoc, a ona pisze na ich dłoniach węglem lub kredą niezrozumiałe, a więc „straszne“ słowa: „Jakmusz, Bekmusz, Abhamusz“ i każe powtarzać za sobą:
— O Allahu! wyrwij miłość z serca Barki, córki Mohammeda, do Abd ben Gur, tak, jak zostaną za chwilę zmazane słowa, wypisane na jej dłoniach!
Kahina ściera starannie napis z rąk klientki, szepce zaklęcia, wzywając Allaha i nieznanych Jakmusza, Bekmusza i Abhamusza[11].
Gdy w domu, w polu, czy przy stadach niepowodzenie zaczyna ścigać Berbera-pastucha, ten długo się waha, lecz niechybnie przyjdzie po radę do kahiny. Ona zaś, na skrawku skóry wydrapie magiczne znaki czterech duchów: Asiaila, Daniaila, Herkayila i Rudiaila — potężnych królów Północy, Wschodu, Południa i Zachodu, i każe nosić ten amulet w zwojach turbanu.
Takich rzeczy dowiedziałem się, zawdzięczając prostemu przypadkowi, pierwszego zaraz wieczora pobytu w Bu-Saada.
Nazajutrz, od wczesnego poranku, miałem doskonałego przewodnika; z nim obszedłem całe miasto otaczające oazę, złożoną z dziesięciu tysięcy palm. Gdy przed wyjściem z hotelu rzuciłem okiem z balkonu mego pokoju, ujrzałem na prawo ciemny las palm, brzemiennych w złociste okiście dojrzewających daktyli. Śród drzew bielały kopuły i ostre narożne wieżyczki kubb; wyżej, na żółtej, kamienistej równinie — stara, umierająca, waląca się w gruzy Bu-Saada, prawie opuszczona przez mieszkańców; na uboczu, tuż za starą dzielnicą — cmentarz muzułmański. Dla tego cmentarza, w dawnej Bu-Saada pozostały jeszcze niektóre rodziny, ponieważ nie chcą one porzucić ziemi z prochami i grobowcami przodków.
Na horyzoncie na prawo — rzeźbi się na tle nieba linja gór, porwana, poszarpana, pocięta kłami złośliwych duchów powietrznych, małych istotek o ciele z piasku, zalatujących tu z pustyni, z wielkiego Ergu, gdzie wiatr wichrzy żółte grzywy piaszczystych fal Sahary i gdzie panuje niepodzielnie i przeraża najodważniejsze serca niemiłosierny król pustyni — Samum.
Te góry — Uennugha, Maadid i Baten — stanowią ostatnie uskoki grzbietów Sahari i Uled-Nail. Zapewne, tam właśnie, w tych szczelinach gór, w chaosie kruszących się skał, przez całą noc dzisiejszą drwiąco i złowrogo śmiała się hiena, a przed świtem — jękliwie wyły szakale...
Idziemy miastem, właściwie — dzielnicą francuską. Bardzo malownicze domki i wille, tonące w zieleni ogrodów, bulwary, obszerny plac ze sklepami i tłumem Berberów i nomadów, przybywających z pustyni na święta do meczetów i kubb.
Pustynia zdaje się być tuż, tuż, bo przed sobą widzę niezmierzoną, łączącą się z horyzontem płaszczyznę zaraz na lewo od gór czerwono-żółtych.
Na placu spotykam znakomitość miejscową, a obecnie wszechświatową.

Jest nią mały, zdaje się, dziesięcioletni chłopak berberyjski. Jakiś amerykański kinematograficzny operator dojrzał go i zakontraktował dla filmów arabsko-saharskich. To zabawne, nad wiek poważne i dumne arabiątko jest obecnie bogatym „Sidi“[12]. — Przeszło obok w cienkim burnusie, w czerwonym fezie z długą czarną kitą jedwabną i przyglądało mi się uważnie, czy poznam go... z filmu. Nie poznałem oczywiście, lecz pokazał mi go miejscowy urzędnik, uprzejmie do mnie wydelegowany przez administratora Bu-Saada, uprzedzonego o mojem tu przybyciu.
OAZA BU SAADA. KUBBA

Umówiwszy się z urzędnikiem na godziny popołudniowe, poszliśmy z przewodnikiem dalej.
Dzielnica tubylcza tarasami wspina się na górę, uwieńczoną czerwonemi murami koszar spahisów[13]. Tu widzę nieduże domy, jak zwykle o ślepych ścianach, z nisko opuszczonemi w ziemię drzwiami. Budowle są podobne do tych, jakie widzieliśmy w południowem Marokku, gdzie już stosowaną jest architektura, przyjęta w całej Saharze. Z poza murów wyglądają z oddali otwarte werandy i galerje, płaskie tarasy na dachach z grupami kobiet i dzieci. Trzy meczety o skromnych, czworokątnych minaretach, małe, ciasne i stare, bieleją swemi ścianami śród szaro-żółtych domków dzielnicy.
Uliczki wąskie i kręte, albo zalane złotem słońcem, albo tonące w gęstym cieniu, ciemno-szafirowym i łagodnym, zbiegają ku murom, za któremi rozplanowano dzielnicę francuską i lepiące się przy niej nowe przedmieście tubylcze. W małych sklepikach i warsztatach, należących przeważnie do Żydów, oglądałem wyroby miejscowe, przez nomadów używane. Bardzo interesujące są tu klejnoty, ciężkie, barbarzyńskie, ze srebra kutego wyrabiane. Szczególnie zastanawiają bransoletki na ręce i nogi, szerokie, z czterema tępemi kolcami, coś nakształt obręczy kajdanów lub kastetów dla zapaśników na pięści. Takie klejnoty są w użyciu śród Murzynek wschodniej Afryki Środkowej i, z pewnością, stamtąd przywędrowały aż tu, gdyż Arabowie naszych czasów biorą stamtąd niewolnice.
Po zwiedzeniu miasta przewodnik wyprowadził mnie na rzekę Bu-Saada, na tę samą, gdzie już poprzedniego wieczora nawiązałem znajomość z Sarrą i Raszel. Rzeka, prawie wyschnięta, sączy się płytkim potokiem śród kamieni, pokrywających całe łożysko. Wysokie ściany lasu palmowego, pierzastych liści, tamaryndów i drzew pistacjowych otaczają brzegi i zwisają nad białemi kamieniami wysłanem korytem i wąską wstęgą rzeki. W gąszczu drzew bieleje i połyskuje na słońcu ściana Kubby, gdzie spędzała kilka dni w miesiącu zmarła przed paru laty kobieta-marabut[14] Lalla Zineb, pochodząca w prostej linji od córki Proroka Mahommeta, a znana w całej Algierji i Tunisji z miłosierdzia i nadprzyrodzonej siły.
Lalla Zineb należała do rodziny El-Hamel-Bel-Hadż, oddawna tu osiadłej, prawdopodobnie od chwili wtargnięcia Islamu do Afryki Północnej. Rodzina ta stanowi oazę śród ludności, mieszanej i różnorodnej. Tu, w Bu-Saada, spotkać można tubylców z różnych szczepów arabskich, koczujących w Saharze, a także Berberów i zagadkowych mieszańców ze szczepów Mzab, Uled-Nail, Sidi Ibrahim, Ali ben Ahmed, Uled Kraled, Sidi Amer, Uled Zekri i innych, wyznawców różnych sekt i naśladowców fałszywych proroków. Tu do Islamu wpływały rozkładające i osłabiające go potoki, opadały go naleciałości pogańskich kultów, magji i odszczepieństwa, posuniętego tak dalece, że niektórzy Berberowie, nie wzdrygając się, używają nawet mięsa wieprzowego i innych nieczystych, podług Koranu, zwierząt.
Rodzina El Hamel bel Hadż, w której żyłach płynie krew Fatmy, córki wielkiego Proroka, od wieków broni czystości kultu i tradycyj Hadith.
Za tę wierność przepisom „Świętej Księgi“ ucierpiała nawet.
Zdarzyło się to w roku 1849, gdy były roznosiciel wody w Algierze przybył do oazy Zaatcza, należącej do szczepu Ziban[15] i ogłosił się szeryfem, czyli potomkiem Proroka i kierownikiem Islamu, buntując ludność przeciwko Francuzom. Żyjący wtedy marabut, z rodu El Hamel bel Hadż, podtrzymał powstanie w imię obrony Islamu. Francuzi zdusili ruch, zburzyli do szczętu Zaatcza, zajęli swemi wojskami Bu-Saada, i zawiesili marabuta w jego czynnościach, na skutek czego, do jego „zauja“ przez dłuższy czas nie przybywali pielgrzymi z pustyni i z wysokich płaskowyżów.
Obecnie jest to jeden z najbardziej lojalnych rodów marabutów, gdyż ci dostojnicy Islamu naogół są w ukrytej, a bardzo czynnej opozycji względem ludzi białych, pobudzając przeciwko nim namiętności pobożnych, należących do kierowanych przez nich zrzeszeń religijnych.
Po obiedzie, w towarzystwie pomocnika administratora i komisarza policji, udałem się na zwiedzenie najbardziej charakterystycznej osobliwości Bu-Saada. Całą ulicę, ciągnącą się pomiędzy dzielnicą tubylczą a francuską, stanowią domy i fonduki, przepełnione tancerkami i śpiewaczkami, staremi i młodemi, należącemi do najpotężniejszego tu szczepu Uled-Nail.
Jest to dziwny szczep — i pod względem pochodzenia i pod względem tradycyj i kultu.
Piękni mężczyźni, o dumnych twarzach z orlemi, cienkiemi nosami, o torsach do posągów podobnych; kobiety o białej cerze, z lekkim oliwkowym odcieniem, o zagadkowych, rozmarzonych oczach i szlachetnych rysach, są — pasożytami.
Mężczyźni są kowalami, golarzami, znachorami, wróżbiarzami; kobiety — tancerkami, śpiewaczkami i czarownicami. Mężczyźni pozostawaliby z pewnością żebrakami i nędzarzami przez całe życie, gdyby nie kobiety, zarabiające swoją sztuką nieraz duże pieniądze, dopomagając ojcom i braciom i wnosząc wiano swoim mężom, wcale nie pogardzającym lekkomyślnem i rozpustnem życiem córek, sióstr i żon. Kobiety Uled-Nail podróżują po całej muzułmańskiej Afryce, a ich tańce znane są po wszystkich miastach i uważane za szczyt miejscowej sztuki choreograficznej.
Wokoło samych tancerek utworzyła się legenda, co prawda, w znacznym stopniu przez nie same ożywiana i podtrzymywana. Słyną one także jako czarownice i wróżbitki, przynoszące szczęście w życiu. Będąc kobietami przystępnemi, nie przystają nigdy na małżeństwo z mężczyznami innych szczepów. Wszystko to uczyniło z tancerek Uled-Nail bardzo poszukiwane kobiety na całej północy kontynentu, zrodziło mnóstwo nieraz bardzo głębokich dramatów, wypadków krwawej zemsty i innych szalonych czynów, dokonywanych przez rozkochanych w nich Arabów, Berberów i Kabylów.
Osobiście znam jednego poważnego Kaida, który za umiłowaną tancerkę Uled-Nail proponował jej matce wykup — wiano w kwocie 50 000 franków, piękną willę z sadem owocowym i żyzną rolą i testament, oddający jej po jego śmierci cały znaczny majątek.
Rodzina i sama tancerka odmówiły Kaidowi, chociaż tancerka ta była zwykłą „kapłanką miłości,“ lecz jednocześnie była obiecana na żonę młodzieńcowi z jej szczepu.
Moi nowi znajomi przyprowadzili mnie do obszernego budynku, przypominającego fonduk[16], z rozległem „patio“[17] i z galerją, łączącą się z wewnętrznemi izbami.
Była to siedziba najlepszych tancerek i śpiewaczek, a było ich tu około pięćdziesięciu, nie licząc matek, babek, sióstr i dzieci.
Wprowadzono nas na taras, mieszczący się na dachu domu, a skąd roztaczał się obszerny widok na równinę Hodna, góry i całe miasto.
Ściany tarasu pokryto kobiercami; kobiercami zasłano ubitą z gliny podłogę i przyniesiono dla nas krzesła.
Tancerek jeszcze nie było, gdyż przebierały się i stroiły w swoich pokojach. Wreszcie zaczęły się zjawiać jedna po drugiej, witając gości spokojnym i poważnym ruchem głowy.
Posłano do nas na taras najlepsze i najładniejsze Uled-Nail.
Gdy około piętnastu kobiet usiadło na kobiercu w malowniczych i swobodnych pozach, zjawili się muzykanci, jeden z kobzą, drugi z bębenkiem. Natychmiast zaczęli wygrywać rytmiczną, lecz przeciągłą i jednostajną melodję, ciągle się powtarzającą, i nakoniec dali znak rozpoczęcia tańców.
Pierwsza wystąpiła właścicielka całej trupy, w której jednocześnie popisywała się jej córka. Tancerka była już niemłoda, lecz posiadała piękną, o regularnych i szlachetnych rysach, poważną twarz, z lekko nakreślonemi znakami tatuowania.
— Gdzie widziałem podobne twarze? — myślałem, przygotowując swój kodak.
Nie mogłem narazie przypomnieć sobie, lecz powoli zaczęły wstawać mi przed oczami rysy posągów i płaskorzeźb, przedstawiających rzymskie matrony, a wystawionych w muzeach całego świata.
Czyżby było coś zadziwiającego w tem, że waleczni Rzymianie, dochodzący prawie do granicy wielkiej pustyni, pozostawili we krwi Uled-Nail swoje cechy fizyczne, a szczep ten, odosobniony i żyjący w ciasnych granicach plemiennych, cechy te przechował dłużej, niż inni Berberowie z dawnych Mauretania Tingitana[18] i Mauretania Caesarea[19].
A że Rzymianie znali pustynię, lub conajmniej wysokie płaskowyża Afryki, o tem świadczy Wergiljusz, w taki sposób opisujący pasterza-nomada:

Saepe diem noctemque et totum ex ordine mensem
Pascitur, itque pecus longa in deserta sine ullis
Hospitiis, tantum campi jacet![20]

Tancerka Uled-Nail miała na sobie zupełnie teatralny strój. Głowę jej zdobiła złota korona z pawiemi piórami i złotemi łańcuchami, spadającemi na ramiona, olbrzymie kolczyki złote, ciężkie z dużemi, barwnemi kamieniami czy szkłami, szerokie bransolety na rękach i nogach, kolja ze złotych 20-frankowych monet i inne klejnoty połyskiwały i brzęczały w uszach na szyi i piersi. Fioletowa, powłóczysta, jedwabna suknia i różowa woalka — „ltam“, suto haftowana złotem, dopełniała stroju tancerki.

Zaczęło się od „harraki“ czyli od tańca brzucha. Wstrętny to taniec, szczególnie, gdy tańczy go kobieta otyła i niemłoda. Europejczycy widzą w tym tańcu element rozpusty, a dowiedziawszy się o tem, wschodnie baletnice starają się przypodobać białym, lubującym się w nieskromności, i posuwają „harraki“ do ostatecznych granic wyuzdania. Jednak, na swoich ucztach i zebraniach muzułman, taniec ten jest wykonywany zupełnie inaczej, daleko skromniej i posiada dużo ruchów, pełnych symbolicznego znaczenia.
Pamiętam, że w Petersburgu widziałem w teatrze arabską tancerkę i wykonany przez nią „harraki.“ Byłem zgorszony, czułem ostry niesmak i prawie wstyd, widząc najohydniejsze ruchy i pozy.
Zupełnie przypadkowo spotkałem tę artystkę w prywatnym domu jednego z amatorów baletu. Znowu widziałem taniec, ale było to zupełnie co innego! Żadnego cynizmu, żadnego wyuzdania!
Wtedy Arabka objaśniła nam znaczenie tego tańca. Niezawodnie jest on pozostałością wiosennych kultów Demetry lub Adonisa[21], przeżytek pogańskich czasów.
Arabka mówiła, że ruchy taneczne mają przedstawiać tęsknotę rozstania wiernej żony z ukochanym mężem, namiętne oczekiwanie jego powrotu, szał miłości i wreszcie spotkanie. Lecz pod określeniem owej wiernej żony i powracającego męża należy, zdaje się, rozumieć ziemię, oczekującą przyjścia wiosennego słońca po mrocznej porze zimy.
Jednak tancerka Uled-Nail, chociaż odtańczyła „harraki“ bardzo spokojnie, nie pozostawiła po sobie estetycznego wrażenia. Ani jej masywna figura, ani twarz, dumna i obojętna, nie były stosowne do tego tańca.
Natomiast inne tańce wykonała z prawdziwym talentem.
Pierwszym był taniec pożegnania i powitania, czyli „taniec chustki“.
Smutną rozłąkę, czułe lecz beznadziejne pożegnanie, tęsknotę opuszczonej kobiety, a po krótkiej pauzie, w ciągu której, robiąc drobne kroki i zataczając duże koło, tancerka nacechowała ciągłość tęsknego nastroju, bolesnego i jednostajnego, z godziny na godzinę, z dnia na dzień.
Uled-Nail, stopniowo zmieniając wyraz twarzy, charakter i rytm ruchów, — przedstawiła odradzającą się nadzieję, oczekiwanie rychłego przybycia męża, szaloną radość spotkania i wreszcie — modlitwę dziękczynną, zanoszoną przed oblicze Allaha-Pocieszyciela. Powiewanie chustką, powolne i słabnące, lub gwałtowne i triumfujące, wzmacniały wyrazistość sceny mimiczno-choreograficznej.
Inne tancerki klaskaniem w dłonie i różnemi wykrzyknikami dodawały barwności obrazowi.
Na ostatku Uled-Nail wykonała taniec szabli.
To już był cały poemat rycerski, wspomnienia dawnych dziejów.
Tancerka niosła na wyciągniętych rękach kij, zastępujący szablę. Niosła szablę z lubością, lecz z głębokiem poszanowaniem, wyrażanem mimiką i rytmem kroków tanecznych.
Zmieniła je wkrótce, przechodząc do szybkiego wirującego taktu, — tańczyła triumfalnie, z twarzą dumną i płonącą odwagą, wymachiwała szablą, oglądała jej ostrze, wznosiła go ku niebu; ruchami swemi opowiadała historję broni, przypominała boje, w których brała udział ta szabla przodków, ta stara, wypróbowana klinga, gdzie, być może, nie zatarł się jeszcze złoty napis: — „Nie wyjmuj mnie z pochwy bez powodu, nie wkładaj bez honoru!“
Wreszcie tancerka skłoniła się przed niewidzialnym mężem i ruchem niewolnicy oddała mu broń. Wojownik odjechał na krwawą wyprawę; tancerka twarz zasłoniła jedwabnym „Ltamem“ i cicho krążyła, jak tęskny ptak nocny, w niepokoju, trosce i smutku.
Znowu się zmienił takt. Tancerka miotała się w radosnych rzutach i skokach, gdyż mąż przez niewolnika przysłał jej swoją szablę, szablę zwycięzcy. Sam ma przybyć dopiero jutro, razem z innymi wojownikami swego szczepu.
Kobieta wykonała triumfalny hymn dumy kobiecej i namiętnej z radości powrotu ukochanego. Oglądała z lubością szablę, szukała na niej śladów krwi wrogów, a później twarz przytuliła do rękojeści, bo ją ujmowała w bitwie droga, mocna dłoń wojownika i męża...
Po starej Uled-Nail tańczyły młode, jej uczennice. Śród nich było kilka bardzo przystojnych.
Szczególnie słynie z piękności i talentu, będąc marzeniem mężczyzn z Bu-Saada, a nawet i mieszkańców dalszych osad i oaz, tancerka Ajszusz bent Tahar, szesnastoletnia dziewczyna o regularnej, złocisto-smagłej twarzy i wielkich, trochę ponurych lecz płomiennych oczach.
Opowiadano mi, że całe hufce bogatych Berberów i Arabów dobijają się o rękę tancerki, lecz, będąc dostępną dla wszystkich, z obcym nie chce związać swego życia, bo mężem jej nie będzie nikt inny, tylko jakiś nicpoń z jej szczepu.

Ajszusz nosi na szyi, piersi, rękach i nogach conajmniej dwadzieścia kilogramów złota i srebra, w postaci różnych klejnotów; rzadko się uśmiecha, nawykła do hołdów i zachwytu, jest dumna i kapryśna i pewna siebie.
TANCERKI „OULED NAIL“

Taką charakterystykę tej dziewczyny dał mi komisarz policji, więc myślę, że jest to prawdziwa ocena tancerki, przed którą pan komisarz z pewnością nieraz musiał bronić zbyt zapalonych spahisów i obywateli francuskich, uczęszczających na tańce Uled-Nail w fonduku Bu-Saada.
Młode tancerki — Ajszusz bent Tahar, Fatma, Barka, Kadra i Fatum wykonały kilka tańców solowych i grupowych, śpiewając przytem i klaszcząc w dłonie.
Przyglądając się im, przypomniałem sobie widziane w Granadzie tańce hiszpańskich cyganek — gitan. Niewątpliwie, że wojownicy afrykańscy przynieśli ze sobą na Półwysep Pirenejski tańce swoich kobiet. Jednak te powolne, wyraziste, rozmarzone ruchy skwarnej, nurzącej ciało i duch Afryki zmieniły się w wesołej, ruchliwej Hiszpanji — w wir szalony, ognisty.
Jest to kwestja klimatu i temperamentu!
Po wyjściu z fonduku Uled-Nail rozstałem się z urzędnikami i moim przewodnikiem.

Wstąpiłem sam do maurytańskiej kawiarni, napiłem się dobrej kawy i zacząłem się przyglądać publiczności. Byli tu sami tubylcy; popijali kawę, herbatę z miętą, spożywali daktyle i figi, grali w warcaby i kości; dwóch grajków dudniło na krótkich, straszliwie zachrypniętych klarnetach.
ARABSKA KAWIARNIA W OAZIE ALGERYJSKIEJ

W kącie dojrzałem jakiegoś obszarpańca z koszykami owiniętemi w płótno. W takich koszykach, tacy właśnie obszarpańcy noszą zwykle jadowite węże.
Skinąłem na niego. Uśmiechnął się i podszedł do mnie. Natychmiast cała gromada ludzi otoczyła mnie kołem. Zbliżył się też i właściciel kawiarni, mówiący po francusku. Zamówiłem za franka przedstawienie. Myślałem, że ujrzę zwykłego, widzianego nieraz w Marokku zaklinacza węży, lecz oczekiwała mnie niespodzianka.
Berber wypuścił na podłogę dużego warana, mającego na szyi zaciskającą się obrożę z rzemienia, którego koniec zaklinacz trzymał w ręku. Szarpiąc za rzemień i krzycząc, zaczął draźnić jaszczurkę. Waran miotał się, z siłą uderzając potężnym ogonem po ziemi, aż wreszcie rozjuszony, zaczął syczeć i skakać, ciskając się na swego dręczyciela. Wtedy zaklinacz z drugiego kosza wyrzucił na ziemię wiperę[22]. Ujrzawszy żmiję, waran odrazu się uspokoił i zaczaił, nie spuszczając oczu ze straszliwego przeciwnika. Wipera też zrozumiała grożące jej niebezpieczeństwo; szybkim ruchem uniosła głowę i, rozwarłszy paszczę z trującemi kłami, zaczęła powoli podnosić się coraz wyżej, zwijając swoje grube ciało i przygotowując się do skoku.
Waran jednak nie czekał i pierwszy przeszedł do ataku. W oka mgnieniu jaszczurka zwróciła się całem ciałem i z siłą nadzwyczajną smagnęła węża ogonem, niby biczem. Wipera bezsilna opadła na ziemię i potoczyła się ku widzom, którzy w popłochu cofali się, depcząc sobie po nogach. Waran w jednej chwili był już przy swoim wrogu i, schwyciwszy go swoim długim pyskiem za głowę, miał zamiar rozpocząć albo miażdżenie czaszki, albo wprost łykanie węża żywcem, zaklinacz jednak szarpnął zwycięzcę za rzemień, zdusił mu gardło, odebrał wiperę, a później wrzucił oboje do ich koszyków. Przedstawienie było skończone, zapłaciłem obszarpańcowi franka i zapisałem do notatnika, że twierdzenie Arabów, iż „uran,“ jak oni nazywają warany, napada na wipery, — jest istotnie prawdziwe. Arabowie twierdzą, że waran ze szczególną namiętnością ściga rogate wipery (Cerastes Vipera) i wyszukuje dla swojej nory właśnie takie miejsca, w których ten gatunek węży stale przebywa.
W ciągu mego pobytu w Bu-Saada, miałem sposobność być obecnym przy dwóch nocnych ceremonjach muzułmańskich, które zasługują na to, aby je opisać.
Na placu przed meczetem zauważyłem duże zgromadzenie tubylców. Migały tu i owdzie ręczne latarnie z palącym się w nich łojem lub oliwą, płonęło też kilka pochodni. Tłum otaczał cały plac, pośrodku zaś stało twarzami do siebie czternastu Berberów.
Siedmiu z nich w białych burnusach, przepasanych powrozami, z gołemi głowami, bosemi nogami i natchnionemi, wychudzonemi twarzami, śpiewało sakramentalną modlitwę:

Bismi Llachi Rahmani r-Rahim
Hua Llahu elladhi la ilaha illa hua[23]!

Innych siedmiu zapamiętale dęło w trąby i biło w tamburyny.
Po chwili muzykanci zaczęli się cofać drobnemi krokami, a śpiewający Berberowie postępować za nimi. Później role się zmieniły, — cofali się śpiewacy, sunęli naprzód grajkowie. Przypominało to znaną figurę z kontredansa. Chodzenie to tam i zpowrotem powtarzało się długo. Mój przewodnik twierdził, że 99 razy, stosownie do 99-ciu imion Allaha.
Istotnie, zmieniając kierunek ruchu, śpiewający wymieniali poszczególne imiona.
Słyszałem: Rahim, Malik el Mulk, Muhaimin, Adl, Muhyi, Nur...[24].
Dreptanie to skończyło się wtedy, gdy odśpiewali wszystko i gdy zjawił się słynny marabut Sidi Mohammed Belkacem el Hamel bel Hadż, stryj i następca świętej Lalla Zineb. Marabut otyły, o poważnej, wypieszczonej twarzy i długiej, kruczej, już siwiejącej brodzie, powiedział kilka słów i dotknął pulchną dłonią kornie schylonych przed nim głów śpiewających i grających tubylców. Uczyniwszy to, skierował się do meczetu, za nim podążyli pobożni „mumeni“[25].
Czekałem, aż marabut wyjdzie z meczetu, gdyż przewodnik zamierzał znajomić mnie z nim.
Wkrótce „święty“ zjawił się w otoczeniu mułłów[26] i „talebów“[27], a wtedy mój przewodnik, całując go w połę burnusa, zaczął coś do niego mówić.
Marabut uprzejmie skinął głową, a wtedy przewodnik ujął go za rękę i poprowadził w moją stronę. Podszedłem na jego spotkanie i pozdrowiłem go. Marabut dotknął ręką swej piersi, ust i czoła i dopiero wtedy uścisnął mi dłoń.
Poinformowany przez mego cicerone, zapytał, o czem piszę książki, wyraził zadowolenie, że mam zamiar opisać Bu-Saada, ono malownicze miasto, noszące nazwę „miejsca szczęścia“ i prosił, abym odwiedził jego „zauja“[28] w El Hamel, gdzie jednak nie będzie mnie mógł przyjąć osobiście, gdyż z powodu zbliżających się świąt Bajramu, jest zmuszony spędzić w Bu-Saada kilka dni.
Zapytałem go, co oznaczała widziana przeze mnie ceremonja? Objaśnił, że siedmiu mumenów odbyło pieszą pielgrzymkę do Wysokiego Atlasu, do grobowca świętego Sidi Brahim, i wybierają się obecnie w podróż do Mekki i do grobu Proroka, jako „hadż“[29]. Siedmiu grajków towarzyszy wszędzie pielgrzymom, muzyką swoją oznajmiając ludności o zbliżaniu się „hadżów,“ dążących do kolebki Islamu.
Pożegnałem uprzejmego marabuta i poszedłem w stronę drugiego meczetu, gdzie też działo się coś niezwykłego, gdyż przed wejściem do świątyni buchało wielkim płomieniem ciągle przez tłum podsycane ognisko.
W czerwonych blaskach płonącej słomy, tłoczyły się postacie Berberów, — kilku z nich siedziało przed ogniskiem i suszyło bębny i tamburyny. Ludzie wchodzili i wychodzili z meczetu, widocznie na coś czekając.
— Wejdźmy tam! — zaproponował mój przewodnik, ruchem głowy wskazując na meczet.
— Czy tu nie działają przepisy „horm“[30] — zapytałem oględnie?
— Tu patrzą na to przez palce, — odparł.
Weszliśmy.
Wielka sala, skąpo oświetlona, była przepełniona modlącymi się.
Zauważyłem, że „horm“ nie działa tu i w innym kierunku, a mianowicie — kobiety zwykle nie są dopuszczane razem z mężczyznami do przybytku Allaha. Tymczasem tu w tłumie pobożnych zauważyłem dużo zawoalowanych postaci niewieścich.
Jak już zaznaczyłem, w Bu-Saada i wszędzie na pograniczu Sahary, Islam pod wpływem licznych sekt i herezji w znacznym stopniu uległ zmianom.
Na lewo ode mnie, w kącie, ulokowali się muzykanci, mający w rękach klarnety i piszczałki. Gdy się do nich przyłączyli ci, którzy zdążyli już wysuszyć swoje bębny i tamburyny, — orkiestra zagrała. Były to zwykłe, przeciągłe, nieskomplikowane, posiadające bardzo wyraźny rytm, melodje. W głębi meczetu imam[31] coś czytał na głos, monotonnie i jękliwie. Modlący się wzdychali, szeptali słowa modlitwy, lub półgłosem powtarzali za kapłanem wersety świętej księgi. Z minaretu dochodziły falsetowe pienia muezzina[32].
Już chciałem wyjść na powietrze z zaduchu i gorąca, panującego w meczecie, gdy nagle tłum zaczął się szybko rozstępować. Przeciskając się przez ciżbę stojących i klęczących, szła kobieta, z głową owiniętą w brudny burnus. Stanęła przed muzykantami, odrzuciła tkaninę, zasłaniającą jej twarz, potoczyła dokoła błędnym wzrokiem i zaczęła tańczyć.
Właściwie nie był to taniec. Kobieta podskakiwała, wyrzucając naprzód brzuch i kolana i przechylając się torsem wtył. Była podobna do grubej ryby, stojącej na ogonie i kiwającej się z biegiem prądu, lub — biorąc przykład taneczny, lub raczej dancingowy, — do tłustej kobiety, tańczącej cake-walk.
Do tancerki wkrótce przyłączyła się inna, skacząca z jednej nogi na drugą; później wystąpiła trzecia, drobnemi krokami krążąca po opróżnionej dla nich przestrzeni.
Kobiety skakały, kiwały się i słaniały coraz szybciej i nieprzytomniej. Z twarzy pospadały im zasłony, rozpięły się i rozwiewały burnusy, głośno szurgały miękkie podeszwy. Od czasu do czasu do tańczących podchodził muezzin i zarzucał im na głowę zasłony, lub poły burnusów, a wtedy na chwilę znikały czerwone, spocone, naprężone twarze, nabrzmiałe wargi, ponuro i nieruchomo patrzące oczy.
Po chwili zasłony z coraz szybciej poruszających się tancerek znowu opadały i połyskiwały na nowo rozszerzone, nieruchome oczy.
Cisza panowała w meczecie.
Słyszałem ciężki świszczący oddech tancerek oraz szmer i klaskanie ich pantofli.
Jedna po drugiej zaczęły blednąć i padać, lecz, leżąc już na ziemi, nogami i całem ciałem wykonywały jeszcze te same ruchy brzydkie, zapamiętałe i obłędne.
Na ich miejsce występowały inne tancerki.
Tańce te stanowią pewną formę „riada“, czyli umartwienie ciała, po którem mężczyzna lub kobieta wpada w ekstazę, otrzymując czasem dar jasnowidzenia. Takie same tańce, doprowadzające do szału, są wykonywane przez derwiszów i to samo uprawiają sekciarze w kościele prawosławnym, znani pod nazwą „skoczków“ (pryguny).
Opowiadano mi, że nieraz po takich tańcach, odbywających się pod gołem niebem, następuje tak zwana „leilat el ghott“, co znaczy „noc pomyłek“ — kiedy zebrani tłumnie mężczyźni i kobiety oddają się masowej rozpuście.
Prof. E. Doutté wspomina szczep Zkara[33], gdzie przechowuje się ten bądź co bądź dziwny zwyczaj. Mówiono mi, że tubylcy Ghenanema, mieszkający na rzece Saura, także uprawiają „leilat el ghott.“
Myślę, że pochodzenie tego zwyczaju ma podłoże mistyczno-religijne, ponieważ niektóre rytualne orgje greckie i obserwowane wśród tubylców Indji, a bardzo zbliżone do „nocy pomyłek“ — miały właśnie odcień wyraźnie mistyczny.
W każdym razie jednak, są to ostatnie echa ery pogańskiej i z tego punktu widzenia zasługują na poważne studja nad ich genezą.
Podczas tych orgij heretyków muzułmańskich, podobno wszyscy uczestnicy wydają tremolujące, pół-obłąkane okrzyki: „lu-u-u-u-ha!“, co, jak objaśniają niektórzy, jest skróconym frazesem:
— La Illah Illa Allah! Hua!
Temi słowy zaczyna i kończy swój dzień każdy muzułmanin i od nich rozpoczyna swoje modły o wschodzie i zachodzie słońca.
Stanowiłoby to nowy dowód religijnego podkładu orgij, podobnych do „leilat el ghott.“
Cały następny dzień spędziłem w dzielnicy tubylczej, gdzie przyglądałem się tłumowi. Kupcy i przekupnie sprzedawali rozmaite towary i wiktuały, przybywający z okolic pastuchy-koczownicy kupowali je, lub zamieniali za wełnę, skóry i żywe zwierzęta. Śród kupujących przechodził jakiś mułła, czy marabut, gdyż ludzie całowali go po rękach, a on czynił znak błogosławieństwa. Zatrzymawszy się przy jednym z kupców, mułła zaczął mu się badawczo przyglądać, aż wreszcie wykrzyknął jakieś słowo, wymachując rękami i tupiąc nogami.
— Heddad ben Heddad![34] — wołał rozjuszony mułła, a tłum odpowiadał mu pomrukiem i krzykami.
Kupiec o ponurej, złośliwej twarzy, krzywiąc pogardliwie usta, odcinał się wszystkim, a czynił to, widocznie, tak dowcipnie, że ten i ów z Berberów zaśmiał się, a po nich śmiał się cały tłum, przed chwilą wrogo do kupca usposobiony.
— Kim jest ten człowiek? — zapytałem przechodzącego Spahisa.
— To handlarz z Mzab! — odpowiedział, uśmiechając się.
W Algierze dopiero objaśniono mi, co to miało znaczyć.
Mzab jest to „oaza ludzka“ na kamienistej pustyni Czebka, położonej na południo-zachód od oazy Tuggurt na drodze pomiędzy Laghuat a Uargla.
Warunki geologiczne i klimatyczne wykluczają, zdawałoby się, wszelką możliwość istnienia tu ludzi, a tembardziej rozwoju życia społecznego.
Jednak stało się inaczej. W zaraniu Islamu, ścigany przez ortodoksalistów protestantyzm muzułmański, uprawiany przez Chorejszytów, rozprószył się po świecie i ukrył się na brzegach Omana i Zanzibara, w górach Nefusa, na wyspie Dżerba i... w Mzab, tem najmniej do życia odpowiedniem miejscu.
Tu właśnie zatrzymali się heretycy, których cała herezja składała się z żądania oczyszczenia Koranu i Hadith od naleciałości, tudzież żądania wprowadzenia surowych reguł religijnych i życiowych. Nie cudem, lecz wielką pomysłowością, wytrwałością i energją zdobyli sobie ci uchodźcy wodę, oczyścili od kamieni i piasku ziemię i założyli nawet małe role, hodować zaczęli owce, kozy i wielbłądy.
W granicach Mzab powstały miasta Ghardaia, Melika, Beni Sgen, Bu Nura, Guerara i Berrian, w których, oprócz ich założycieli, z biegiem czasu usadowiły się stare rodziny żydowskie i Arabowie szczepów okolicznych. To jednak nie przeszkodziło pierwotnej ludności w przechowaniu swej etnicznej i religijnej odrębności i w odgrodzeniu się od reszty świata pustynią i górami, a od najbliższych sąsiadów murami domów i różnicą przesądów i reguł.[35]
Dziwny to szczep — Mzab! Mozabici nie łączą się węzłami małżeństwa, przyjaźni a nawet znajomości zażyłej z nikim, kto nie pochodzi z Mzab. Wszyscy cudzoziemcy, Berberowie, Arabowie innych plemion i sekt oraz nieznajomi przybysze są tu w największej pogardzie, dzieci od nich uciekają, dorośli nie odpowiadają na ich pytania, a jeżeli odpowiedzą, to z złośliwością i drwinami. Do domu Mozabity nikt obcy nie ma prawa wstępu, a przez święte miasto Beni Sgen w nocy cudzoziemcowi nie wolno przechodzić. Kobiety są tak ukrywane przed obcem okiem, że zaledwie czasem można dojrzeć zawiniętą z głową, ukradkiem przemykającą się postać niewieścią, która sunie w milczeniu, gdyż zakazaną jej jest rozmowa na ulicy, a szczególnie z mężczyzną.
Mozabici przechowali przedhistoryczny kult szczytów górskich, uznają krwawe ofiary na mogiłach zmarłych, kładą do grobu potrzebne nieboszczykowi przedmioty i naczynia; mięsa używają rzadko, żywiąc się przeważnie jarzynami i daktylami.
Mzab stanowi państwo w państwie i kościół w kościele. Mieszkańcy jego nie uznają i nienawidzą ludzi z innych ras i nawet szczepów; za czystych i wiernych uważają wyłącznie współwyznawców swojej sekty, ludzi zrodzonych w Mzab.
To otoczyło ich samych nienawiścią i pogardą Berberów i Arabów.
Lecz Mozabici nie znają chwiejności przekonań i trwają w przepisach swego kultu i swoich tradycyj.
Każde dziecko powinno być wydane na świat na ziemi Mzab, każdy zmarły powinien być pogrzebany w ziemi Mzab. Ponieważ mieszkańcy tego dziwnego kraju są zdolnymi kupcami i często prowadzą handel w odległych od ojczyzny miastach, nieraz widzieć można jak ziomkowie wiozą do Mzab trupa zmarłego towarzysza lub krewnego.
Jedną z najbardziej dziwnych cech, odróżniających tubylca Mzab od innych szczepów berberyjskich, stanowi zupełny brak wojowniczości, nawet wstręt do militaryzmu, do wojny, do przelewu krwi. Ten energiczny, pomysłowy szczep, jak wskazuje jego historja, w wypadkach grożącego niebezpieczeństwa ze strony sąsiadów, emigruje, ucieka, lecz nigdy nie chwyta za broń.
Kapitan Raymond Peyronnet[36], studjując kult, sztukę i psychologję Mozabitów, dochodzi do ciekawych wniosków, mianowicie że mieszkańcy Mzab przechowali w swych tradycjach pozostałości kultów Baala i Tanit i motywy dekoracyjne dawnych śródziemno-morskich cywilizacyj. Idąc dalej drogą folklorystycznych i etnicznych porównań, autor dochodzi do twierdzenia, że w Mzab spotykamy ostatnie latorośle dawnych Fenicjan z Kartaginy, zberberyzowanych znacznie, lecz przechowujących we krwi i mózgu ślady swojego starożytnego pochodzenia i tradycyj.
Myślę, że gdyby przełamać ścianę pogardy do innych, cechującą Mozabitów, możnaby zebrać najstarsze ich legendy i w nich znaleźć nowe dowody nie-berberyjskiego rdzenia tego szczepu.
W Afryce Północnej, gdzie naogół nie spotykamy już pierwotnych, przed Berberami tu żyjących mieszkańców, możnaby i w innych szczepach, np. Mlaina i Tuaregów, tą drogą dojść do podobnych wyników. I kto wie, czy nie odnaleźlibyśmy w Afryce Północnej śladów dawnych mieszkańców ziemi Chanaańskiej, a może — innych praojców, jeszcze bardziej pogrążonych w otchłani zamierzchłych czasów, nie zapisanych w żadnych kronikach i na żadnych głazach zburzonych przez czas i ludzi, gmachów i grobowców.
Kupiec Mozabita, kłócący się z mułłą muzułmańskim, przypadkowo odsłonił przede mną jedną z licznych tajemniczych stron Afryki, pełnej zagadek i niedomówionych opowieści, — opowieści bez początku lub bez zakończenia...
Nazajutrz wyruszyłem w stronę Biskry.
„Miejsce szczęścia“, jak nazywają tubylcy Bu-Saada, pozostało za mną.
Samochód, pozostawiwszy główną drogę, sunął w stronę El Hamel — siedziby szeryfów Belkacem, malowniczemi i dzikiemi wąwozami. Z sieci wąwozów wyjeżdżamy na marną drogę, idącą brzegiem rzeki Bu-Saada; w jednem miejscu znika ona w porowatych warstwach ziemi i wypływa dalej już u stóp niewysokiej góry Gobr el Usif, z laskiem palmowym u jej stóp.
Na szczycie góry, okrążona murami, stoi „zauja“ — biały, kopulasty meczet prostokątny, dom szeryfa i kilka zabudowań dla pielgrzymów.
W meczecie oglądamy grobowce marabutów — potomków Mahommeda, a śród nich — świętej Lalla Zineb. Sarkofagi z drzewa cedrowego, rzeźbionego, malowanego i miejscami pozłacanego, z narzuconemi na nie ofiarnemi pokrowcami, haftowanemi złotem i srebrem; połyskujące wszędzie świeczniki i lampy tworzą wyniosły nastrój.
Przed meczetem tłum pielgrzymów z różnych szczepów, przeważnie jednak, jak mi objaśnił mokkadem[37], ze szczepów Uled-Nail, Uled Feradż i Zajan.
W otoczeniu tłumu ciekawych, oglądam dom gościnny dla pielgrzymów.
Długa szopa z malutkiemi celkami, z umeblowaniem, składającem się z pryczy dla noclegu, piecyka do gotowania strawy, drewnianej deski z wersetami z Koranu i przepisami dla mieszkańców, oraz długiego, cienkiego kija, którym muezzini strofują towarzyszące pielgrzymom dzieci, gdy zbyt małą zwracają uwagę na miejsce ostatniego spoczynku świętobliwych marabutów i szeryfów, pochodzących od Fatmy, córki wielkiego Proroka.
Pożegnawszy gościnnego mokkadema, który usilnie zapraszał mnie na obiad, odjechałem.
Za „Zauja“ bezpośrednio zaczyna się górzysta miejscowość z gęstemi zaroślami tui i lasem sosnowym. Jedziemy doliną potoku, wijącego się wąwozami śród gór grzbietu Haadit. Droga wyprowadziła nas na płaszczyznę, porosłą trawą alfa[38], z łożyskami wyschłych „uedów“[39] i z pasmami wrywających się od południa piasków.
Tu miałem dwa spotkania.
Najpierw dogoniłem dwóch myśliwych — Berberów, uzbrojonych w dubeltówki. Powracali z polowania i nieśli w worku kilkanaście sztuk czerwonych, algierskich kuropatw (Caccabis petrosa)[40]. Dwa znaczne stadka tych pięknych ptaków widziałem po drodze, przecinając zarośla tui w pobliżu El Hamel.
O kilka kilometrów dalej, na wielkiej piaszczystej wydmie ujrzałem Araba z koszykiem na ramieniu i długą tyką w ręku. Zatrzymałem samochód i podszedłem do tubylca. Z pomocą szofera, mówiącego po arabsku, dowiedziałem się, że człowiek ten jest zaklinaczem węży i wyruszył na poszukiwanie wiper.
Poszedłem z nim. Wkrótce zaczął uważnie oglądać piasek i oznajmił, że niedawno przepełzła tu rogata wipera. Istotnie na piasku można było zauważyć

lekkie wklęśnięcie od czołgającego się ciała żmii. Ruszyliśmy więc tym śladem i o jakie sto kroków dalej spostrzegliśmy niedużego węża o ciemno-żółtem zabarwieniu i brunatnych plamach po bokach. Z trudem i tylko zbliska można było dojrzeć na piasku żmiję; tak ściśle dobranem zabarwieniem „protekcyjnem“ uposażyła natura tego jadowitego płaza. Nad małemi oczkami węża sterczały rożki. Była to rogata wipera (Cerastes wipera, czyli Cerastes cornutus).
MÓJ AUTOMOBIL NA TRZĘSAWISKU

Zaklinacz przycisnął węża tyką do ziemi, a później, schwycił go za szyję tuż poza głową i wrzucił do swego kosza, starannie obwiązawszy go płachtą. Poławiacz węży powlókł się dalej, ja zaś wróciłem do samochodu i ruszyłem w drogę.
Przejeżdżając wyschłe łożysko, niespodzianie trafiliśmy na błotniste miejsce, ukryte pod kamieniami i żwirem. Koła samochodu ugrzęzły w błocie po osie, trzeba było wydobyć z samochodu wszelkie dywaniki, maty i szmaty, podłożyć je pod koła, nasypać grubą warstwą kamieni i piasku, aby auto mogło przebyć trzęsawisko.

Pomknęliśmy dalej przez miejscowość stepową do szczepów Hanamed, Zian i innych i po paru godzinach wjechaliśmy znowu na pustynię, przeciętą grzbietami Dżebel Kahila i Dżebel Deba. Droga robi tu kręte wiraże, przeciska się przez dzikie wąwozy, gdzie jeszcze niedawno grasowały bandy koczujących zbójów, napadających na karawany i samotnych podróżników. Teraz tu spokojnie i w jednym z wąwozów zbudowano nawet schronisko dla podróżnych, gdzie stara, chuda jak wysuszona ryba, Berberka-stróżka może przynieść wody dla maszyny i przyrządzić kawę.
DOLINA RZECZNA BU SAADA

Pozostawiwszy za sobą góry, przecinamy kamieniste płaskowyże, zawalone odłamkami skał i zryte głębokiemi „kanjonami“, rozmytemi przez wodę. Przebywamy kamienistą przełęcz grzbietu Ksum, i znowu ogarnia nas pustynia, żółto-szara, beznadziejna, nosząca ślady głębokiej erozji[41], z bielejącemi łożyskami wyschłych potoków, z rzadkiemi kupkami ciemnych tamaryndów lub samotnemi drzewami pistacjowemi.
Państwo skorpionów, skolopendr i węży! Na tej monotonnej pustyni wznosi się kilka oddzielnych szczytów, pozostałych od zburzonego i na piasek przez wiatry startego grzbietu górskiego.
Szczyty te mają zupełnie równe wierzchołki, podobne do olbrzymich stołów, a spadki, zwrócone w stronę panujących wichrów, mają już formę półokrągłą, wklęśniętą, przypominającą olbrzymią podkowę. To sirokko[42], ciskający miljardy pocisków, ściął, oszlifował i wyrównał te szczyty, a zbocza ich wyżłobił, niby sierpem uderzył.
Długo ciągnie się pustynia, gdzie śmierć zwyciężyła życie, a gdzie niwelujący wszystko żywioł, upora się z resztkami wznoszącego się tu niegdyś grzbietu górskiego.
Wreszcie zaczynają się zjawiać gęstsze zarośla tamaryndów i rododendronów, a wkrótce młode palmy daktylowe, widocznie niedawno posadzone, bo tylko pierzaste korony ich wyglądają z głębokich rowów, z nalaną w nich wodą.
Jedna po drugiej, czarnemi ścianami, stają z obydwóch stron drogi oazy, z wieżami strażniczemi po rogach, ze studniami o długich, skrzypiących żałośnie „żórawiach“.
Wreszcie wjeżdżamy do dużej osady, stojącej na skraju lasu palmowego. To — Tolga, zaludniona Berberami szczepów Sedi Sliman i Ziban, kilkunastu francuskimi kolonistami, urzędnikami i kupcami. Przed osadą przejeżdżamy obok plantacji kwitnącej rycyny. Wszędzie mnóstwo studni z „żórawiami“ i studni artezyjskich, dających około 25 000 litrów wody na minutę, jak mnie poinformował właściciel hotelu, gdzie nie mogłem dostać ani gorącej kawy, ani zimnego piwa.
Poco pić takie rzeczy, gdy tu dokoła tyle wody!? — tak z pewnością myślał ten miły pan.
W okolicach Tolga położone są błotniste stawy El Bahir; tubylcy zrzadka łapią w nich pewien gatunek sumów — Clarias lazera, rybę tę w Afryce znaleziono tylko w południowym Nilu i w jeziorze Czad, lecz nie wykryto jej w żadnym basenie północnej strefy Afryki.
Za Tolga znowu nuży wzrok pustynia, aż zaczynają się góry, do połowy zasypane kurhanami piasków, które przyniósł Samum z Sahary. Gdzieniegdzie tkwią czarne namioty nomadów i suną, jak klucz żórawi, wielbłądy.
Auto okrąża góry i nagle na skraju pustyni, przed wysokiemi barwnemi szczytami, widzę ciemną ścianę olbrzymiej oazy, a nad nią strzelający do nieba biały minaret, białe mury...
To — Biskra!
Perła Sahary, perła w oprawie złota pustyni i emalji z barwnych skał Bu-Rzel i Zab.
Podjeżdżam do Babilonu Sahary...


Przypisy

  1. Beretta — czarna mycka, noszona na głowie przez Żydów.
  2. Ued — rzeka.
  3. Dzik.
  4. Bądź pozdrowiony.
  5. Obywatele rzymscy.
  6. Jaszczurka, dochodząca do jednego metra, którą starożytni, greccy podróżnicy nazywali „krokodylem ziemnym“.
  7. Patrz moją książkę p. t.: „Płomienna Północ.“
  8. Wspomina o tym przesądzie folklorysta M. Morand (patrz „Magie et religion dans l’Afrique do Nord.“)
  9. mra — kobieta.
  10. Babusz — pantofel.
  11. E. Doutté. Magie et réligion dans l’Afrique du Nord. Alger, 1909.
  12. Pan.
  13. Spahi, spahis — regularny kawalerzysta tubylczy.
  14. Marabut — żyjący święty lub święta; marabuty są zawsze kierownikami bractw religijnych.
  15. Stolicą szczepu była Biskra.
  16. Zajazd.
  17. Dziedziniec (słowo hiszp.).
  18. Marokko.
  19. Algerja i Tunisja.
  20. Georg. III, 343.
  21. Raczej kartagińskiego Eszmuna.
  22. Jadowity wąż — Vipera lebetina.
  23. W imię Boga miłościwego i miłosiernego, w imię tego, poza którym niema innego Boga.
  24. Miłosierny, Król Królów, Obrońca, Sprawiedliwy, Dający Zmartwychwstanie, Światło.
  25. Prawowierny muzułmanin.
  26. Mułła — kapłan.
  27. Taleb — uczony.
  28. Zauja — meczet, należący do bractwa religijnego.
  29. Hadż — muzułmanin, odbywający pielgrzymkę do Mekki.
  30. Horm — zakaz wstępu nie-muzułmanom do świątyń i pałaców.
  31. Imam — kapłan muzułmański.
  32. Muezzin — niższy stopień kapłana; sługa kościelny.
  33. We wschodnim Marokku, około Udżda. (Patrz moją książkę: „Płomienna Północ“).
  34. Kowal, syn kowala — największa obelga dla Berbera.
  35. Patrz bardzo interesujące i szczegółowe dzieła o Mzab pp. Marcel Mercier „La civilisation urbaine au Mzab“, Alger 1922; kapitana R. Peyronnet „Races et moeurs d’Afrique Septenbrionale“, Bulletin de la Société de Geographie d’Alger, Nr. 99, 1924; badania Motylińskiego i innych.
  36. L. c. str. 391—392.
  37. Starszy po marabucie przewódca bractwa religijnego.
  38. Stipa tenacissima.
  39. Rzeka.
  40. Określenie prof. I. A. Battandier i L. Trabut, „L’Algérie,“ Paris 1898.
  41. Erozja — rezultat mechanicznego działania wody.
  42. Sirokko — włoska nazwa Samumu; SW — wiatr pustyni.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.