Pod polską banderą/Słuchaj morze

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pod polską banderą
Wydawca Książnica - Atlas
Data wydania 1929
Druk Zakładt Graficzne S. A. Książnica-Atlas we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział XVII.
Słuchaj, morze!

Przebrzmiały po całym kraju, dotarły do najdalszych zakątków ziemi echa bitwy i zwycięstwa pod Oliwą.
Podnieśli głowy nawet ci, co wojnę, jako imbecillitas profundissima, uważali; spokornieli niepewni sprzymierzeńcy i lennicy — książęta Brandenburgji i Prus; nadzieja wstąpiła do serc Habsburgów, zagrożonych przez „lwa północy“, uradowali się gdańszczanie i przerwany handel ze światem całym szybko nawiązali.
Nie trwało to jednak długo, bo na wiosnę przyszedł ponownie Gustaw-Adolf z jeszcze liczniejszą flotą, potopił, podpalił lub uszkodził najlepsze brygantyny polskie, a więc „Tygrysa“ — ową „Zjawę Morską“, co Szwedów gnębiła, „Króla Dawida“ i „Świętego Jerzego“.
Później przyszły czasy szaleństwa, które za zdradę Polski poczytywano i głośno o tem mówiono, majestatu królewskiego nie oszczędzając. Na „Pannie Wodnej“ i „Goniącym Jeleniu“ wybuchnął bunt cudzoziemskich najemnych ciurów.
Wściekłe szturmy rozbiły dwa okręty, a inne po morzu rozrzuciły, aż z trudem do kupy się zebrały.
Stało się to wtedy, gdy król Zygmunt wysłał w pomoc cesarzowi siedem swoich brygantyn aż pod Wismar, gdzie Szwedzi z Duńczykami się połączywszy, na dnie Bałtyku pogrzebali banderę polską.
Nie wiedział o tem pan Władysław Haraburda, gdyż bez duszy leżał na opiece przybyłej do Gdańska stroskanej, zrozpaczonej pani Wandy, oddanego imć Kubali i uczonego mistrza Wéliczki, przez hetmana posłanego.
Auxilium in viribus sine ulla exceptione est! — mruczał uczony Czech, powtarzając te słowa przez pięć długich męczeńskich miesięcy zmagania się rannego rycerza ze śmiercią.
Siły potężne jednak zwyciężyły, bo zła gorączka ustąpiła i pan Haraburda przytomność odzyskał. Patrząc na wybladłe oblicze żony, rycerz długo się nie odważał zapytać jej o los tego, co się stało mu droższem nad życie.
Drżała na myśl o tem pytaniu pani Wanda, czując je we wzroku męża.
Imć Kubala przyszedł jej z pomocą, bo sam, nie pytany, zaczął brednie pleść o nowych bitwach na morzu, o zwycięstwie przy Helu, zdobyciu fregaty admiralskiej i o pogrążeniu Gustawa-Adolfa.
— Zwiał teraz do cesarstwa i tam szczęścia próbuje, abo śmierci szuka! — zakończył swoje opowiadanie.
Rycerz patrzał na niego uważnie, nie pytał o nic i nie cieszył się.
Gdy umilkł imć Kubala, ani słowem się nie odezwał pan Haraburda.
Trzy miesiące minęło, nim zaczął chodzić rycerz o kulach, bo słaby był jeszcze, jak dziecię chore, i krwią pluł obficie.
Tymczasem Gdańsk odpadał od Polski, bo bronić tego grodu, zewsząd przez Szwedów zagrożonego, już nikt nie mógł. Należało opuścić miasto, dom przy Długowsi i przyjaciół.
Wtedy o wszystkiem opowiedziała mężowi pani Wanda, z niepokojem i troską patrząc mu w zapadłe, zastygłe oczy i w wychudłą, bladą twarz męczeńską.
Nie zdziwił się i nie przeraził pan Haraburda. Wysłuchał wszystkiego, jakgdyby dawno o tem wiedział. Długo milczał, aż rzekł do żony:
— Zaprowadź mnie, najsłodsza moja, nad morze! Pożegnać je chcę! Ucałować próg wielkiej polskiej sadyby muszę!
Poszli...
Koło Latarni pani Wanda chciała usadowić znużonego drogą rycerza na kamieniach, lecz on na kolana się osunął, czołem dotknął mokrego, słonego piasku wygładzonego przez warkliwą szeleję, pokrytego żałobnemi pędami kidziny, całował tę ziemię, na którą napierała ruchoma, kipiąca pierś morza, i mówił cichym, gorącym głosem:
— Słuchaj, morze, nasze lechickie morze, słuchaj! Widziałem Michała Mużę, co był nieporuszony, jak zwał czarnej skały i jak głaz stoczył się na twoje dno. Z jego krwi wyszła wielka prawda. Słuchaj, morze! Odchodzimy od ciebie, opuszczamy twój wart, twoje spychy, twój pienny szor na długo, może na wieki. Lecz przyjdzie czas, gdy powrócą Lechici, — już nie pyszni i dumni panowie, tylko lud od myśli, czynu, radła i topora! Chwyci się twardemi dłońmi twoich skał, kłami się wgryzie w twe piachy i trzymać cię będzie, jak dziecię matkę, jak kochanek oblubienicę. Wyrwie cię każdemu, przed każdym obroni, nikomu nie da! Słuchaj, morze! Podniosą się wtedy z twego dna zjawy blade a mocarne. Ducha swego żeglarskiego prawowitym władcom twoim użyczą, aby walczyć mogli ze zwarą, bijącą w wiszary pobrzeżne i w burty okrętów, z kipielą wściekłą i ciężką dziewiątą rolingą, z wrogami ojczyzny bój tocząc zaciekły, gdy potrzeba zajdzie i mgła krwawa zawiśnie nad szkarłatną chorągwią piastowską!
Znowu jął całować rycerz siwy piasek morski, a gdy podniósł się, ujrzał lecący na południe klucz żórawi. Długo odprowadzał wzrokiem wolne, potężne ptaki i nagle zakrzyknął opromieniony niezłomną nadzieją:
— Słysz, morze! Myśli pokoleń lechickich będą ku tobie leciały, aż dolecą, gniazdo swe tu uwiją i nowe życie tworzyć będą na wieczne czasy!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.