Pod polską banderą/Dobrowolny banita

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pod polską banderą
Wydawca Książnica - Atlas
Data wydania 1929
Druk Zakładt Graficzne S. A. Książnica-Atlas we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Rozdział V.
Dobrowolny banita.

— Mości panie, — mówił układny, o twarzy ciemnej, wiatrem morskim owianej i spalonej, baron Palen — uważam, że nad sprawą naszą obopólną możemy consilium dimittere, bo nawet jejmość pani, waszmościowa małżonka szlachetna, zgodę swoją wyrazić raczyła!
To powiedziawszy, baron wyciągnął dłoń do pana Haraburdy.
Rycerz spojrzał na żonę i w jej modrych, pełnych miłości i zrozumienia oczach ujrzał twarde postanowienie.
— Uczyń tak, Władeńku, bo inaczej nie zdzierżymy! — szepnęła po polsku, gdyż cała rozmowa toczyła się po niemiecku.
Pan Władysław westchnął i uścisnął rękę Palenowi, który natychmiast opuścił komnatę.
Działo się to w pałacyku Henryka Mohla, bojowego towarzysza pana Haraburdy, w Rydze, tuż przy starożytnym domu Czarnogłowych i niedaleko ratusza, gdzie ojciec Henryka burmistrzował, chociaż nie był ani mieszczuchem, ani kupcem, lecz szlachcicem wysokiego rodu, skoligaconego z kurlandzkimi baronami, potomkami dawnych kawalerów mieczowych, mającymi oko nad Inflantami, o które spór toczyła Polska i Szwecja.
Nazajutrz pan Haraburda z młodą małżonką wsiadali na dużą brygantynę „Baron Palen“, podnoszącą już żagle, aby wypłynąć z Dźwiny na morze.
— W świat unosi nas los nielitościwy, najsłodsza moja Wandko! — szepnął do żony stroskany rycerz. — Chyba tylko z Polski uciekać muszą jej wierni synowie, bo...
Umilkł i machnął ręką, dodawszy:
— Za to przyjdzie pomsta od Boga później... później...
Tymczasem wyciągnięto kotwicę i okręt zaczął sunąć wolno na półrozwiniętych żaglach; gdy zaś poderwało go wznoszące się i opadające morze, a później bryza — rozpięto wszystkie i wtedy — pomknął dumny, niby lecący łabędź, w bezkreślną dal.
Rozlegał się tylko syk ciężkich fal i jękliwe skargi mew.
— Cóż teraz z nami będzie, Władeńku? — trwożnym szeptem zapytała pani Haraburdzina, z niepokojem patrząc na wspienione morze.
Rycerz westchnął głęboko i odparł po namyśle:
— Na nowej drodze będę szukał szczęścia dla nas obojga! Dopóki ty jesteś ze mną ciałem i duszą — nie ugnę się! Znikniemy naszym wrogom, a gdy zapomną o nas, lub zmienią się czasy w Polsce — powrócimy. Zawsze będziemy ludziom śmiało w oczy patrzeć, bo ujmy honorowi naszemu nie uczynimy.
Pani Wanda przycisnęła się do męża ramieniem i zapytała:
— Nie znasz tego barona? Co zacz za człowiek?
— Rozpowiadał mi o nim moc dobrego Henryk Mohl, mój wojenny druh. Palenowie z Mohlami, gdy oba rody do Mieczowców jeszcze należały, w przyjaźni żyli i potomkom przekazali ją na wieczne czasy. Ale oto zbliża się baron — jego samego o wszystko wypytać możemy!
Baron Ralf Palen, rozrosły, chociaż chudy, niby z lin mocnych upleciony, szedł do swoich gości od wysoko nad wodą podniesionej sztaby brygantyny. Uśmiechał się zdaleka i powiewał szerokim kapeluszem skórzanym, zwykłym dla ówczesnych żeglarzy.
— Obyśmy w pomyślną godzinę rozpoczęli wspólną pracę dla dobra Rzeczypospolitej, którą jako lennik z serca miłuję! — rzekł, podchodząc do gości.
Mówił po niemiecku, lecz pan Haraburda, długo mieszkający z ojcem w Kurlandji, władał tą mową, a pani Wanda z domu od cudzoziemskich nauczycielek nabrała znajomości różnych języków.
— W każdej sprawie pro bono et potentia Rzeczypospolitej będę waszmość panu, mości baronie, wiernie sekundował — odparł rycerz.
— Chciałem zapytać waszmości, czy dobrze ukryłeś swoją majętność przed mściwą ręką Zygmunta Wazy? — spytał baron.
— Nad włościami pieczę mieć będą staranną towarzysze wojenni, panowie Dubissa-Kraczak, Mzura i Lisowie, którzy najbliżej naszych posiadłości przebywają — rzekł pan Władysław. — Co zaś do srebra, złota w monetach i różnych rzeczach, a także klejnotów oraz droższych divitias, to takowe na nie wzięli panowie Piotr Sapieha, Henryk Mohl i Komarowie.
— To dobrze! — zawołał baron, z wielkiej uciechy klaszcząc w dłonie. — Nie obłowi się na waćpanu mściwy i kryjący złość bezmierną pod maszkarą gładkich manier król! A chciałby on dosięgnąć waszmość pana, jeżeli nie na gardle, to na mieniu!
— O, nie wątpię! — zgodził się rycerz. — Praesertim obecnie, gdy otrzyma ode mnie pismo.
— Waszmość pisałeś do króla Zygmunta? — zapytał zdumiony baron.
— Tak jest! — kiwnął głową pan Haraburda. — Wypisałem wszystko, co duszę trapiło od lat, lecz nie prywaty, tylko krzywdy Rzeczypospolitej wyłuszczyłem. Ad finem dopiero pocieszyłem króla, frymarczącego Polską, posyłając mu wieść, iż miast mojej chudopacholskiej fortuny, zagarnąć może prawem kaduka lub na mocy jus albinagii stokroć wspanialsze posiadłości grafa Magnusa, bo, jak się zwiedziałem, po sobie potomków nie pozostawił...
— Orzeł śmiały z ciebie, rycerzu! — zawołał uradowany baron. — A czy, waćpan i waćpani, wiecie, o co zapytał kanclerz Zamoyski pana Leśniewskiego, który Zygmunta Wazę do Polski dostawił? Otóż kanclerz, ujrzawszy królewicza szwedzkiego, któremu chciał włożyć na głowę sławną koronę polską, rzekł:
„Jakieżeście to nieme djablę nam przywieźli?” Cha, cha, cha!
— Oj, zbłądził pan kanclerz, obierając tego króla, a nie szukając takowego na naszej ziemi! Widzi Bóg, inaczej wszystko popłynęłoby w Polsce, gdyby nie te matactwa z tronem szwedzkim, morszpręgi przed cesarstwem i handelek z niem o Polskę: ty mi Szwecję, ja ci Polskę oddam! Robienie gemajnów z polskiej szlachty, jątrzenie wojny domowej, zatargi z sułtanem, dla poratowania austrjackich krewniaków, moskiewskie hece, błąkanie się od dominium absolutum do padania plackiem przed złotą wolnością i liberum veto... Zgroza! Calamitas! O wszystkiem tem wspomniałem w swojem piśmie do króla jegomości!
— Waszmość wysoko zajdziesz, bo masz rozum męża stanu! — zauważył, słuchając rycerza, baron Palen.
— A tymczasem jestem banitą i zajdę nie tyle wysoko, ile daleko, a dokąd, tego nie wiem jeszcze! — odparł smutnym głosem pan Haraburda.
— Jak się stało, że waćpan, taki przesławny rycerz, o czem doszła mnie fama, nie jest na wojnie z Turczynem? — zapytał Palen, bystro patrząc na młodego rycerza.
— Nie zataję racji, bo widzę, że szczerym jesteś, mości baronie, przyjacielem naszej ojczyzny — odrzekł pan Haraburda. — Gdy szczęście nam dopisało w pogromie cecorskim i, przerwawszy z resztkami naszej chorągwi jazdę turecką, dotarliśmy do swoich, hetmani koronny i polny uradzili, abyśmy nie szli na nową wojnę, co miała rozgorzeć na południowych krańcach Rzeczypospolitej, lecz dali mi list przypowiedni dla zaciągu szlachty kresowej z Inflant, Białej Rusi i Litwy do chorągwi, które miały bronić północnych rubieży przed Szwedami i Moskwą. Hetmani bowiem suponują, że nowa wojna o Inflanty, Kurlandję i Prusy Królewskie sine dubio lada miesiąc wyniknie, bo nasz król wciąż ręką, odtrąconą pod Linkoeping, po koronę Szwecji sięga.
— Wojna ta jest w toku! — szepnął Palen. — Już armata wodna ładuje rynsztunek potrzebny, a do nadmorskich miast ściągane są wojska. W tej wojnie Gustawowi-Adolfowi pomagać będzie Jerzy-Wilhelm, książę pruski. Polska musi stracić Inflanty i — dostęp do morza.
— Przebóg! Najwięksi statyści marzyli o polskiem morzu i dla tej racji na tron polski Zygmunta wprowadzili, aby Szwecję za sojusznicę mieć, a on, król nasz, z sojusznicy wroga uczynił i ku klęsce utraty morza nas popchnął! Gore nam! Azali nie przyjdzie poratowanie dla miłej ojczyzny, o, wielki, miłosierny Boże!
Pan Haraburda wypowiedział te słowa z taką siłą i bólem, że aż zbladł, usta mu zadrżały a na groźne oczy spłynęły łzy.
Wtedy baron Palen pochylił się do ucha rycerza i szepnął dobitnie:
— Jest jedna droga poratowania, tylko jedna! Pozbyć się Zygmunta Wazy...
— Jakto, waść, rozumiesz?
— Szlachta, kochająca ojczyznę, posiada broń... — szepnął znowu baron.
— Nowy rokosz? Dość złego już nawarzył Zebrzydowski! — zawołał pan Haraburda.
— Poco rokosz? To duży zgiełk i rzecz niepewna! — przejmującym szeptem ciągnął Palen. — Zamach... dwóch, trzech ludzi i... koniec! Gustaw-Adolf marzy nie o Polsce, lecz o koronie cesarskiej Niemiec i, gdy od polskiej strony nic mu grozić nie będzie, dogodny i zaszczytny pokój podpisze, od zakusów swoich na Inflanty, Kurlandię, Estonję odstąpi, Rzeczypospolitej zaś pomoc da przeciwko Moskwie, która przez czas tego zatargu nieszczęśliwego w siły wzrosła. Zamach, tylko zamach!...
— Królobójstwo? — jęknął rycerz. — W Polsce, jak długa i szeroka, nie znaleźć takiego zbrodniarza! My umiemy skakać elekcyjnemu królowi do oczu, na sejmach verba veritatis mówić mu śmiało, lecz rękę na majestat królewski podnieść — na to się nikt nie waży!...
— Wtedy Zygmunt Waza pogrąży Polskę tak, że już chyba nigdy nie wypłynie i zacznie dogorywać, aż rozszarpią ją, jak zgniłe ścierwo! — zawołał baron, w uniesieniu podnosząc rękę i grożąc nią.
— Waść nienawidzisz Polski! — wykrzyknął pan Haraburda.
— Nienawidzę Zygmunta Wazy! — syknął Palen. — Nienawidzę, bo zabił mego syna i córkę!
— Co waść mówisz?! — wykrzyknęła pani Haraburdzina, z przerażeniem i rozpaczą słuchająca słów tego wysokiego, chudego człowieka o ciemnem obliczu, które teraz stało się niemal zupełnie czarnem i zawziętem. — Król zabił dzieci waści?
— Przebywały one trzy lata temu w cesarstwie, gdzie się leczyły w salinach, gdy nagle przybył oddział lisowczyków, posłanych przez króla Zygmunta w sukurs cesarzowi, a ponury Habsburg pchnął ich na zburzenie zboru kalwińskiego... W płomieniach podpalonej świątyni zginęły moje dzieci! Nawet kości ich znaleźć nie mogłem! Chwasty, zgliszcza i ruiny piętrzą się tam, gdzie zgasła nadzieja i radość całego życia! O, ja nienawidzę Zygmunta Wazy i dokonam zemsty... dokonam, gdy nastąpi czas!
— Toż to waćpan przy takiej invidia do osoby króla, nie możesz Rzeczypospolitej wiernie służyć? — szepnął pan Haraburda.
Baron Palen wykrzywił usta w szyderczym uśmiechu i, zmrużywszy oczy, rzucił pytanie:
— Czy waść bardzo kochasz swego króla? Króla, który za twą wierną służbę ojczyźnie lubego cię domu pozbawił, ognisko twe zagasił i na tułaczkę wraz z ukochaną małżonką rzucił? Odpowiedz!
— Nie lubię króla... — rzekł ponuro rycerz. — Jednak zemsty nie knuję i pamiętam, że patria — suprema res, której służyć jestem gotów i szlacheckim honorem obowiązan summo tempore!
— Christ! — wykrzyknął baron. — Ja czuję też po myśli waści i jeszcze bardziej szczęśliwy jestem podejmować go u siebie, i tu — na tej brygantynie i w moim zamku — na Filsandzie!
Z siłą potrząsnął rękę rycerzowi i odszedł ku rufie, skąd wkrótce doniosły się słowa gromkiej komendy okrętowej.
Niepokój ogarnął rycerza. Jakieś niewyraźne przeczucie niebezpieczeństwa, nieraz dobrze doradzające wojownikowi i przestrzegające w godzinie ciężkiej potrzeby, dręczyło go. Długo rozmawiał z panią Wandą, rozważając każde słowo barona Palena i zastanawiając się nad swoim losem.
— Będę ostrożny i przebiegły, jak lis! — mówił do żony pan Haraburda. — Słuchać będę, patrzeć i węszyć, aby nic nie uszło przede mną! Nie wiemy, co zamyśla baron...
Tymczasem brygantyna, wydąwszy wszystkie żagle, do prujących powietrze białych ptaków podobne, lekko i szybko mknęła, płatając na zielone, warkliwe skiby grzbiety piennych, powichrzonych fal.
Gdy woddali, z morza wynurzać się zaczęły czarne zarysy wyspy, a po godzinie zmieniły się na spadziste skały, wyżarte przez bijące w brzeg bałwany, pan Haraburda wskazał żonie na obronny zamek z wieżami, blankietami, mocarnemi wałami, zbiegającemi aż ku krawędzi stromego spychu.
— Potężne to gniazdo! — zauważył. — Bez dużych kolubryn nikt nie zdobędzie tej twierdzy, chyba głodem zmoży przy długiem oblężeniu!
Istotnie, wyspa Filsanda stanowiła jednolitą skałę, od strony Ozylji bronioną przez szczerzące czarne, ostre kły rafy, a od morza — prostopadłą ścianą i wąską łachą piaszczystą, znikającą pod powierzchnią wody o kilka staj od podnóża.
Brygantyna, zatoczywszy szerokie koło, prześliznęła się wśród podwodnych kamieni i za nią natychmiast przeciągnięto gruby łańcuch żelazny, zamykający wejście do sporej zatoki, ukrytej pomiędzy spychami stromych zboczy. Stały tam na kotwicy dwie inne brygantyny, a miejsca starczyłoby na pięć, jak na oko osądził pan Haraburda.
— Moja armata wodna składa się z pięciu okrętów — objaśnił z uśmiechem, podchodząc do niego, baron Palen. — Tu mamy wraz z naszą brygantyną trzy, a dwie inne odbywają daleką pławbę. Alei Już mostek przerzucono, proszę drogich i szlachetnych gości do zamku!
Schodkami, wykutemi w skale, długo szli na szczyt Filsandy, aż stanęli na krużganku zamku.
Baron Palen wskazał gościom piękne komnaty, gdzie musieli spędzić część swego życia dobrowolni banici. Jak długo mieli tu pozostawać? Co ich oczekiwało wśród tych grubych murów i sprzętów ciężkich, z hebanu rzeźbionych, tego nie wiedzieli.
— Boleśnie mi, że tyle troski i niepokoju wniosłam ze sobą do twego życia, Władeńku! — rzekła z westchnieniem pani Wanda.
Rycerz machnął ręką i odparł:
— Cóż ja ci na to, słodka moja, mogę powiedzieć? Wstyd mię żre na myśl, że nie potrafiłem obronić umiłowanej we własnym domu przed napaścią złych ludzi! Nie rycerska to sprawa. Wstyd mi, aż boli, aż łzy wyciska, co palą i gryzą!...
Długo i serdecznie przemawiała do męża pani Wanda, koiła jego ból i troskę a słowem pociechy i nadziei zapalała w nim nową ochotę do walki i życia.
Gdy zapadła cisza w komnacie, zdaleka doszedł i przedarł się przez grube błony w ołowiu okien głuchy huk bijących w skały bałwanów, wycie wiatru morskiego i nic poza tem. Myśleć mogliby, że są samotni na tej wyrosłej z otchłani morza skale.
Tymczasem pełno innych gości ukrywał w swych murach obszerny zamek możnego barona.
Stali oni w długiej, wąskiej sali, ponurej i ciemnej, gdzie ze ścian spoglądały żywemi i srogiemi obliczami portrety przodków: groźni komturowie zakonu, rycerze mieczowi i krzyżaccy, białogłowy w krezach, w haftowanych złotem szatach, agarantach, z forbotami na gładko uczesanych włosach, z ciężkiemi alszbantami na szyjach i z krzyżami, zwisającemi na złotych łańcuchach. Oczy portretów ożywały i gasły przy migotliwych blaskach woskowych świec, a odpowiadały im błyski w drapieżnych źrenicach zgromadzonych w sali kawalerów w szwedzkich i niemieckich strojach, ze szpadami i krótkiemi marynarskiemi sztyletami przy boku.
Wpobliżu drzwi, niby na straży, stały na drewnianych podstawach zbroje rycerskie, a wyżej połyskiwały miecze, bojowe topory, halebardy, nadziaki, kopje turniejowe, hełmy, tarcze i inna broń stara, snać, po przodkach przechowana.
Oczy gości były skierowane ku zamkniętym podwojom drzwi, gdzie stały dawne zbroje rycerskie, a obok nich w bezruchu do nich podobni dwaj giermkowie.
Podwoje szeroko się rozwarły i twardym krokiem na salę wszedł władca Filsandy, baron Ralf Palen, możny pan i jeszcze bardziej możny korsarz na Bałtyku, gdzie jego czarnej bandery ze strachem lub nadzieją wyglądali najwięksi potentaci na wybrzeżu szwedzkiem, brandenburskiem i pruskiem.
— Czołem! Czołem! — przeszedł szmer wśród gości, nisko pochylających się przed baronem.
— Czołem! — odparł wyniośle, obrzucając wszystkich swoim ostrym, przenikliwym wzrokiem.
— Co nowego w Polsce, Kurlandji, Inflantach? Król z niecierpliwością czeka na wieści od dostojnego barona — rzekł, występując naprzód, wysoki człowiek w czarnem, obcisłem ubraniu, ze złotym łańcuchem na piersi.
Palen uśmiechnął się szyderczo i rzekł:
— Dobre wieści zwykł jestem oznajmiać przy stole biesiadnym, przy brzęku puharów z małmazją. Proszę dostojnych panów na ucztę powitalną!
Powiedziawszy to, skierował się w głąb zamku, a za nim szło dwóch zbrojnych giermków w barwach i długi korowód gości.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.