Pod lasem (Kasprowicz, 1926)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kasprowicz
Tytuł Pod lasem
Pochodzenie Mój świat
Pieśni na gęśliczkach i malowanki na szkle
Wydawca Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Data wydania 1926
Druk Zakłady Graficzne Instytutu Wydawn. „Bibljoteka Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
POD LASEM

Chodzę spać z kurami,
A budzę się dodnia:
Jestem wieśniak, żyć inaczej,
To byłaby zbrodnia.

Ponoć ludzie w miastach
Mają swe przepisy,
Ale my tu jemy kaszę
Ze swej własnej misy.

Lubię się pokłonić
Pierwszym blaskom słonka,
Lubię słuchać, jak coś drze się
W gardzieli skowronka.

Ano drze się w piersiach:
„Trala, tryli, tryla!
Jeszcze jeszcze się ku latu
Wiosna nie przechyla.

A jak się przechyla,
Dziękować jej za to:
Przyjdzie do nas z snopem kłosów
Miłościwe lato.“

A niema skowronka,
Lubię słyszeć trznadle,
Co, na płotach naszych siedząc,
Kłócą się zajadle.


Ale to do rzeczy
Nie należy wcale:
Koń, gdy zerwie się, choć stary,
Pędzi, jakby w szale.

A zatem tak było:
Na ranek jam łasy,
Dziś mnie jeszcze wcześniej budzą
Krzyki i hałasy.

Myślę sobie w trwodze:
A cóż tam się staje?
Czy to pędzą dzisiaj na nas
Same czartów zgraje?

Czy skądsiś runęły
Na nas bolszewiki?
Zewsząd jakby płacz i jęki,
Jakby zamęt dziki.

Wybiegam z chałupy
Z rewolwerem w łapie:
Nic, to tylko drzewa rąbią
Na sąsiedniej grapie.

Słucham, nadsłuchuję:
Jęki i wzdychania;
Patrzę, patrzę: w mych się oczach
Smrek za smrekiem słania.

Niech rąbią, niech rąbią —
Na to nie poradzę —
Jestem tylko obywatel,
Od tego są władze.


W Roztokach się pali,
Słyszę, las wspaniały,
A tu chamskie się topory
Do smreków dobrały.

Niech rąbią, niech palą,
Las zmieniają w zgliszcze,
Trochę żal mi jest, to prawda,
Ale świszczę, świszczę.

Niech rąbią, ścinają,
Tylko od korzenia,
Niech się cały las na maszty
I domy przemienia.

A korony smreków
Gdy wyschną, jak trzeba,
Niechaj służą na podpałkę
Przy pieczeniu chleba.

Tak ja sobie myślę,
Nieodrodny prawie
Syn tych dni, co idą z świeżą
Nauką w rękawie.

I już chcę powracać
Do swojego biurka,
By napisać, jakie jajka
Ma dziś znosić kurka.

Wtem, jakby mnie nagle
Ktoś chwycił za ramię:
Staję, patrzę i odrazu
Coś się we mnie łamie.


Jakiś wid od grapy
Powoli się toczy:
Stary wielki jawor staje
Przed mojemi oczy.

Korzeń oblepiony
Jeszcze ziemią świeżą
I pień cały przyodziany
Soczystą odzieżą.

Czuję, że chce sobą
Litość wzbudzić we mnie:
„Pomyliłeś się, staruszku,
Daremnie, daremnie!

Powracaj do lasu
Między swe jawory,
Tam przeznaczeń twych dopełnią
Piły i topory.“

„I ty padniesz ze mną“.
„Nie szkoda, nie szkoda,
Będą maszty, będą domy,
Wzrośnie podściel młoda.“

Odszedł, aby skończyć,
W swe leśne grodziszcze:
Trochę żal mi się zrobiło,
Ale świszczę, świszczę.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.