Poczta (Tagore, 1922)/Akt drugi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rabindranath Tagore
Tytuł Poczta
Data wydania 1922
Wydawnictwo „Monsalvat”
Księgarnia Nowości
Druk A. Goldman
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Jan Stur
Tytuł orygin. ডাকঘর
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
AKT DRUGI.
Amal w łóżku.
Amal:
Wujaszku! Nie wolno mi patrzeć przez okno?
Madhav:
Nie, kochanie. Dzień po dniu ślęczałeś w kabłąk zgięty. I to ci zaszkodziło.
Amal:
O, nie! Jest mi tak dobrze, gdy siedzę przy oknie!
Madhav:
Gdybyś był choć grzeczny. Ale wychylasz się, zwołujesz ludzi. Wdajesz się z całą okoliczną hołotą. Czy kto stary, czy młody, każdy jest twym przyjacielem. Silniejszy od ciebie nie sprostałby temu. A potem jesteś zmęczony, blady.
Amal:
Wujaszku! Fakir przyjdzie, a ja nie będę przy oknie!
Madhav:
Fakir? A któż to znowu?
Amal:
Pokazuje mi różne kraje, które codziennie zwiedza. Tak lubię słuchać, kiedy opowiada.
Madhav:
Nie rozumiem tego. Nie znam żadnego fakira.
Amal:
Właśnie o tym czasie zwykł do mnie przychodzić. Proszę cię, proszę cię bardzo, powiedz mu, by na chwilę wszedł do pokoju i porozmawiał zemną.
(Wchodzi Ojczulek w przebraniu fakira).
Amal:
Jesteś przecie! Chodź tu, fakirze, zbliż się do mnie trochę!
Madhav:
Daję słowo. To —
Ojczulek:
(mrugając gwałtownie):
Jestem fakirem.
Madhav:
Rozum mi się mięsza!
Amal:
Gdzie byłeś tym razem, fakirze?
Ojczulek:
Na wyspie papuziej. Dopiero co stamtąd wróciłem.
Madhav:
Na wyspie papuziej!
Ojczulek:
(Do Amala):
Nie ma w tem nic dziwnego. Nie jestem takie chuchro, jak ty. Za jednodniową podróż nie płacę całym światem. Jadę dokąd wola.
Amal:
(klaszcząc w dłonie):
Cudownie! Pamiętasz, coś mi przyrzekł? Gdy tylko wyzdrowieję będę wraz z tobą zwiedzać wszystkie kraje. Stanę się twoim ulubionym uczniem.
Ojczulek:
Odkryję ci najgłębsze tajemnice podróży. Lasy i góry i morze szerokie będą posłuszne twym krokom.
Madhav:
Co też on wygaduje!
Ojczulek:
Amal, drogie dziecię, niczego się nie boję. Ani strumieni rwących, ani dzikich gór. Jeźli jednak lekarz żyje w przyjaźni z takim oto wujem, cała ma sztuka czarodziejska na nic.
Amal:
Nie, wujaszek nie zdradzi nas lekarzowi. Będę leżeć cichutko, nawet się nie ruszę. Chcę jaknajprędzej wyzdrowieć. A potem będziesz mnie uczył.
I nikt mnie już nie zatrzyma.
Madhav:
Przestań powtarzać, że chciałbyś stąd odejść! Nasłuchałem się dosyć tych bredni!
Amal:
Fakirze, jak wygląda wyspa papuzia?
Ojczulek:
O, to kraj cudów! To kraina ptaków! Ludzi tam niema. A ptaki po ziemi nie łażą. Milczą lub śpiewają i w powietrze się wznoszą, wysoko.
Amal:
Nad morzem?
Ojczulek:
Nad brzegiem wody, tak jak niebo, wielkiej.
Amal:
A są tam góry zielone?
Ojczulek:
Ptaki żyją wśród zielonych gór. A pod zachód słońca, gdy blask czerwony kładzie się na stoki, lecą gromadą na skrzydłach błyszczących ku gniazdom wśród drzew.
Amal:
Wodospady?
Ojczulek:
Boże! Niby djamenty topniejące lśnią, a w jakie pląsy puszczają się, kochanie! Jest ich tak wiele, z każdej góry spływają. Zachwycają do śpiewu kamyki, gdy ponad nimi ku morzu szumią. Żaden lekarz djablisko nie wstrzyma ich w biegu. A wiesz ty, że ptaki patrzały na mnie z pogardą? „Kim jesteś człowieku?“ śpiewały, „Stworzeniem, które niema skrzydeł!“ Zabolał mnie ten śpiew. A chciałem już chatę budować wpośród gromady ich gniazd i liczyć dnie, licząc fale morskie —
Amal:
Gdybym był ptakiem —
Ojczulek:
Ale, ale. Słyszałem, że pragniesz zostać czem innem, wywoływaczem kwaśnego mleka. W takim razie nie mógłbyś mi towarzyszyć na wyspę papuzią. Mleczarstwo nie popłaca wśród ptaków.
Madhav:
Rozum mi się mięsza. Już zupełnie!
Amal:
Wujaszku, czy mleczarz przechodził tędy?
Madhav:
Sądzisz może, że siedzi w domu i rozmyśla nad wyspą papuzią? Nad podróżami fakira? Był tutaj, owszem. Przyniósł nawet dzbanek kwaśnego mleka dla Ciebie i kazał ci powiedzieć, że jest bardzo zajęty. Sprawia wesele swojej siostrzenicy. Poszedł stąd do Kalimpary po muzykantów.
Amal:
To dziwne. Mówił mi zawsze: Tylko tobie dam ją za żonę.
Ojczulek:
Nie martw się. Wybrniemy jakoś z tego kłopotu.
Amal:
Obiecywał, że będzie moją miłą narzeczoną, z perłowymi kulczykami w uszach, ubraną w prześliczne, czerwone sari. Rankiem, doić będzie białemi dłońmi porykującą, czarną krowę. W nowym garnku glinianym poda mi mleko do picia, świeże, gęstą pianą pokryte. Wieczorem zaś, przyniesie lampę na umówione miejsce. W stajni usiądzie przy mnie i zacznie opowiadać bajkę o Czampie i jego sześciu braciach.
Ojczulek:
Zachwycająco! Nawet mnie starego byś skusił. A ty, ożenisz się z pewnością. Siostrzenica mleczarza ma przecie młodsze rodzeństwo.
Madhav:
Świat się kończy! Już nie mogę! —
(Wychodzi).
Amal:
Fakirze, wujaszek poszedł! Powiedz mi szybko, czy król napisał list do mnie?
Ojczulek:
Podobno list królewski jest w drodze do ciebie.
Amal:
W drodze? Gdzież się znajduje? Czy na gościńcu wijącym się jak wąż? Może w lesie dalekim, który można dojrzeć, kiedy po deszczu niebo jaśnieje?
Ojczulek:
Tak, tam teraz znajduje się twój list. Skąd znasz jego koleje?
Amal:
Wiem o każdej ścieżce, którą do mnie zdąża.
Ojczulek:
Naprawdę? Jak to się dzieje?
Amal:
Wydaje mi się, żem już to wszystko widział. Bardzo, bardzo dawno. Pamiętasz, kiedy to było? Posłaniec królewski schodzi powoli ze stoku góry, w lewej ręce trzyma latarnię, na plecach nosi torbę z listami. Pomalutko, długo schodzi tak w dół. Tam, gdzie wodospad w strumień się zmienia, wstępuje na ścieżkę nadbrzeżną i coraz dalej idzie przez jęczmienny zagon. Znikł! Skryły go pręty trzciny cukrowej. Kołysze się na wąziutkiej kładce. Jest już na łące, przystanął. Słucha, jak świerszcz cyka. Rozgląda się, patrzy na bekasy, dziobem tkwiące w bagnie. Ani jednego nie spotkał człowieka. Więc coraz bardziej zbliża się do mnie. Tak mi serce bije!
Ojczulek:
Niemłode me oczy, a też to wszystko widzą.
Amal:
Fakirze, znasz ty króla? Mówią, że poczta do niego należy.
Ojczulek:
Od Pana naszego, przed bramą pałacu, otrzymuję codziennie grosz.
Amal:
Gdy wyzdrowieję, poproszę go, by mnie także obdarzył.
Ojczulek:
Z dobrego serca, nie czekając na twe prośby, sam cię wspomoże.
Amal:
Wiem o tem. A przecie chcę wołać przed bramą Jego pałacu: „Cześć i chwała Ci, królu!“ A potem, chcę tańczyć w takt mojego bębna i o datek go prosić pokornie.
Ojczulek:
Spyta król: „Czego życzysz sobie? Spełnię każde twe pragnienie“.
Amal:
Powiem Panu memu: „Uczyń mię twym posłańcem, bym ludziom listy roznosił od drzwi do drzwi. Nie pozwól, bym ślęczał wciąż w domu“.
Ojczulek:
Więc bardzo ci smutno?
Amal:
Odkąd koło dworka wzniesiono pocztę, wcale się nie smucę. A gdy mnie zamknięto, dzień długi był i nie wiem czemu, tak jak wieczór szary. Na pocztę przyjdzie list królewski do mnie. Czekam i cieszę się. Jestem szczęśliwy. Myślę bezustannie, czy ktoś mi go zdoła przeczytać.
Ojczulek:
Więc imię twe na liście nie wystarcza, by sprawić ci radość?
(wchodzi Madhav.)
Madhav:
Mówiłem, prosiłem, nic nie pomagało! Jaka przykrość! Jakie nieszczęście! Pocóż rozpowiadacie kłamstwa? Przecie król nie kazał wystawić poczty, by móc nam listy przysyłać! Pomyślcie! Wójt doniósł królowi —
Ojczulek:
Dziwisz się, że wszystko uszu Pańskich dochodzi?
Madhav:
Więc miejcie się na baczności! Nie wzywajcie świętego imienia nadaremno! Nie ściągajcie strasznego gniewu na nasz dom.
Amal:
Powiedz, fakirze, czy król pogniewa się na nas?
Ojczulek:
Ale gdzież tam! Na takie dziecko, jak ty? Na takiego fakira, jak ja? Nie potrafiłby nawet czoła zmarszczyć i brwi nasrożyć.
Amal:
Dlatego pewnie pokój staje się śpiewającym snem. Ale czemu tak ciemno dokoła? — A jeśli nagle w mgłę się roztopię i zniknę?
Ojczulek:
(rzeźwiąc wachlarzem Amala):
Wnet przyjdzie list królewski! Amal! Nie odchodź jeszcze!
(Wchodzi lekarz.)
Lekarz
(Zacierając ręce):
Ciekawy wypadek —
Madhav:
Pomóżcie! Ratujcie!
Lekarz
(zbliżając się do łóżka):
Twarz uśmiechnięta. O, to zły znak. Lękam się, że nie zdołam go dłużej przytrzymać. Owionął go tak zwany wicher wielkiego przestworu.
Madhav:
Mylicie się! To być nie może! Nie pozwoliłem mu przecie wyjść. Okna były prawie wszystkie zamknięte. Zmiłujcie się! Ratujcie!
Lekarz:
Odym wszedł do pokoju, poczułem gwałtowny przeciąg. Zawrzyjcie szczelniej okna. Sam Czyabana nic innego by wam nie poradził.
Madhav:
Biorę w dom dziecko, które jest mi obce. Kocham je. O, czemu —?
Lekarz:
(który był podszedł do okna):
Wójt Panczanan nadchodzi. Muszę was pożegnać. Za chwilę poślę lekarstwo. Niech je zażyje, może go zdoła ocalić.
(Madhav i Lekarz wychodzą. Wchodzi Wójt).
Wójt:
Hola smarkaczu!
Ojczulek:
(szybko wstając):
Psst — bądź cicho.
Amal:
Fakirze, myślałeś, że śpię? Nie spałem. Słyszę wszystko. Nawet głosy, które są bardzo daleko. Matka i ojciec siedzą przy mnie. Wzrok ich przemawia tak słodko.
(Wchodzi Madhav).
Wójt:
Patrzcie jak twarz Madhava promienieje! Nie dziwota! Zawarł przyjaźń z Miłościwym Panem naszym. Hę?
Madhav:
Wójcie drogi, zaprzestańcie żartów. Ziarnkiem piasku jestem u królewskich stóp. Kornym waszym sługą.
Wójt:
Dziecko twe oczekuje przecie listu od króla.
Madhav:
Czyżby osoba tak mądra zważała na słowa małego chłopczyka? Toż to dziecko jeszcze, nierozumne, głupie!
Wójt:
Przeciwnie, przeciwnie. Mądrzejsze odemnie. Godna twa rodzina, Madhavie, już od dawna zasłużyła na wyróżnienie. Dlatego też kazał król wystawić pocztę naprzeciw twego domu. Hahaha. Smarkaczu słuchaj! Przyszedł list od króla!
Amal
(podnosząc się szybko):
Naprawdę?
Wójt:
Nie pytaj tak głupio! Opowiadałeś przecie wszystkim, że jesteś jego przyjacielem. Oto twój list.
(Pokazuje pustą ćwiartkę papieru)
Hahaha.
Amal:
Nie żartujesz? Fakirze, czy to prawda?
Ojczulek:
Tak, mój drogi. Wszak jestem fakirem. Znam się chyba na tem.
Amal:
Nie widzę liter. Smutno mi. Widzę pustkę, białą jak lotos.
Ojczulek:
Nie każdy może ujrzeć białe pismo króla.
Amal:
Wójcie, dobry, złoty, ty z pewnością potrafisz je przeczytać.
Wójt:
Król pisze: „Odwiedzę cię wkrótce. Przygotuj dla mnie nieco dęstowanego ryżu. Jedzenie w pałacu nie smakuje mi“. Hahaha.
Madhav:
(załamując ręce):
Błagam was, panie wójcie, zaprzestańcie żartów.
Ojczulek:
Mylisz się. Któż śmiałby żartować z tak czcigodnych rzeczy? Król pisze: „Dziś jeszcze z lekarzem nadwornym odwiedzę Amala“.
Amal:
Fakirze, fakirze! Trąby królewskie grają!
Wójt:
Hahaha! Ci dwaj! To wspaniałe!
Amal:
Myślałem, że jesteś niedobry, że nie kochasz mnie. A jednak przyniosłeś mi list królewski. Tak chciałbym z nóg twych zetrzeć proch!
Wójt:
Instynkt czołobitności w rodzinie Madhava?
(Słychać pukanie do drzwi).
Amal:
Zdaje mi się, że gwiazda poranna wschodzi —
Głos:
Otwórzcie bramę!
Madhav:
Kto tam?
(Ponowne pukanie).
Wójt:
Zgiełk winien ustać natychmiast. Wójt Panczanan rozkazuje.
Ojczulek:
Ucichło.
Madhav:
(wyglądając przez okno):
Wywalili bramę.
(Chwila oczekiwania).
(Zjawia się)
Herold królewski:
Do dziecka chorego tej nocy przyjdzie nasz Pan i król.
Wójt:
On? Największy? Najmiłościwszy? Czyż to być może?
Amal:
O której porze odwiedzi mnie Pan?
Herold:
Wczas drugiej straży król się ukaże, gdy gong zabrzęczy ding dong, ding dong.
(Cisza).
(Pukanie).
Herold:
Wielki, dobry lekarz Dworu świętego.
(Zjawia się)
Lekarz Nadworny:
Otworzyć okna! Drzwi otworzyć! Powietrza! Blasku gwiazd!
Amal:
Wstanę wnet. Będę chodził, biegał. Tak mi dobrze. Jestem lekki jak piórko, podnoszę się, unosi mnie wiatr. Zbliża się król! Zrywajcie kwiaty. On sam jest kwiatem. Wyrasta u swoich stóp.
Wójt:
Przyjdzie, spyta, dowie się —
Amal:
Opowiem mu wszystko. Żeś mi list przyniósł i żeś mi go przeczytał, kochany, drogi, przyjacielu mój.
Madhav:
Gdyby choć jeden pąk rozkwitał w mym domu. Ucztę złagodzę, stoły zastawię —
Herold:
Kwiatów, i nieco ryżu dęstowanego życzy sobie Pan.
Amal:
Słyszysz, wójcie? Tak, jak-eś powiedział. Spełnia się wszystko. Będę posłańcem. Roznoszę listy. Wołają mnie uśmiechy. Kończy się droga. Jasny, błękitny dwór!
Lekarz Nadworny:
Zgaście kaganek! Niech jego czoła dotyka jeno gwiazda poranna. Spi.
Madhav:
Czemu zaciemniają pokój? Jawią wam się dobre znaki? Składają ręce do modlitwy! Cóż to pomoże?
Ojczulek:
Niewierny! Mówię ci —
(Przez drzwi rozwarte wchodzi zwolna)
Sudha:
Amal! Przyniosłam kwiaty! Nie słyszy? Nie słucha? Kiedyż się obudzi?
Lekarz:
Gdy Pan nasz przyjdzie i rozkaże: wstań!
Sudha:
Na usta twe różę z pól Jego kładę. A lotus w dłoń. Powitasz go kwiatem. Zwracasz mu grosz — a wonczas wszyscy głęboko się skłonim i będzie — cicho —
Podchodzi do łóżka, w którym leży Amal. Uczyniwszy parę kroków, przystaje. I tak, niezupełnie zblizka, kładzie nań biały i szkarłatny pąk).
Ojczulek:
(powtarzając w głos słowa szeptanej modlitwy):
I wszyscy wonczas się Panu pokłonim.
Sudha:
Powiedz mu — Szepnij mu do ucha — Nie zapomniałam, nie zapomnę o nim —
(Zdaleka, z cicha, począł brzęczeć gong).



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rabindranath Tagore i tłumacza: Hersz Feingold.