Pochwała głupoty (zbiór, 1875)/Przedmowa/IV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | [Przedmowa: IV] |
| Pochodzenie | Pochwała głupoty (zbiór, 1875) |
| Redaktor | anonimowy |
| Wydawca | Nakładem tłumacza |
| Data wyd. | 1875 |
| Druk | Drukarnia „Dziennika Polskiego“ |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Oto jest krótki rys życia Erazma, napisany przez niego samego i doprowadzony mało co więcej za pięćdziesiąty rok jego życia, w którym równie ubogiego jak na początku jego życia, z wątłem zawsze zdrowiem, ale podtrzymywanem i podsycanem szlachetną febrą sławy, widzimy go na samym jej szczycie, jako króla królestwa uczonych, owych zastępców dyalektyków, teologów, filozofów, filologów, komentatorów, wydawców królestwa burzliwego i niespokojnego, jak wszystkie królestwa, co mają swoich nieprzyjaciół i ubóstwicieli, pochlebców i zazdrośników, a które niestety w chwili prawie, kiedy Erazm zaczynał niem władać, upadło i ustąpiło miejsca innemu królestwu człowieka, którego imię czas niejakiś prawie dorównywało jemu, a teraz zaczęło go nakoniec zaciemniać i zacierać. Z Wittenbergu dał się słyszeć głos grzmiący, gwałtowny i obelżywy, i ten głos człowieka ludu przerywa ową uroczystą pełną zdumienia ciszę, wszystkich uwagę zwraca w inną stronę, i Luter wytrąca berło z rąk Erazma, spycha go i sam zasiada na tronie.
Dwa te imiona, które tu stawimy jedno obok drugiego, długi czas w opinji ludów współczesnych Erazmowi i Luterowi, jedno i to samo miały znaczenie. Mnisi i teologowie owych czasów przez zmieszanie, czy obmyślane już pierwiej i podstępne, czy mimowolne równą w swem sercu żywili nienawiść ku naukom tak świętym, jak i świeckim, ku filologii, jak i ku wolnemu roztrząsaniu religijnych przedmiotów, ku starożytności i Ewanielji, ku uczonym literatom i doktorom teologji; odrodzenie się nauk, równie jak dążność do swobody badania, objaśnienia dzieł Cycerona, jak i przypisy do dzieł ś. Hieronima, uczenie się hebrajszczyzny jak i greczyzny, wykład apostołów, jak i tłumaczenie poetów, wszystko to dla nich było podejrzanem. Ruch religijny zatrwożył ich zakonną nietykalność i grubą ich nieznajomość religji, którą na swoją obracali korzyść; ruch naukowy, czyli literacki, naglił ich porzucić swoje lenistwo, wziąć udział w nowych światłach, i mozolną pracą, wyższością umysłu i nauki przywrócić sobie coraz bardziej zagrożoną władzę, jaką posiadali dotąd za ślepą zgodą narodów. Zagrożeni w dwóch swoich przywilejach, a przytem w rzeczach religji czujną mając nad sobą baczność ojców swych przełożonych, a w niewiadomości swojej baczność rządu, wszędzie, gdzie się tylko pojawiała jaka księga tchnąca nowemi pojęciami, wyklinali ją, lub oddawali na pastwę płomieni. Tym sposobem jeden z ojców nowszej w zachodniej Europie filologji, Jan Reuchlin[2][3], po długim profesorskim zawodzie, od którego wyszło wiele pokoleń filologów, musiał bronić pokoju ostatnich dni swoich od prześladowania kolońskich teologów. Jednostajną nienawiścią, tchnęli oni ku Erazmowi, Lutrowi i Reuchlinowi. Mnisi wszelkich barw i nazwań, podszczuwali przeciw nim wszystkich swoich kaznodziejów. Z kazalnicy rozlegały się okropne obelgi, nikczemne naigrawania się, którym przyklaskiwał lud, i każde kazanie, za nieobecnością autorów, zawsze się kończyło publicznem rozszarpaniem jednego z ich dzieł. Trzy te imionia we wszystkich kazaniach były wyklinane, był to jeden i tenże szatan we trzech osobach.
Ale mnisi widzieli go nadewszystko w Erazmie i w Lutrze; w pierwszym nawet więcej, niż w drugim, dlatego że on był i uczony literat i doktor teologji. Uniwersytety, ogniska tych wszystkich nienawiści, gdzie się wiecznie gnieździła gruba ciemnota, scholastyczna paplanina i największa nietolerancja, wrzaskami i wyrokami swemi prześladowały tych dwóch ludzi, nieoceniwszy nawet dokładnie: w czem się oni między sobą różnili. Erazm przedewszystkiem był filologiem, a przez okoliczności reformatorem, ale łagodnym i umiarkowanym. Luter był jeniuszem i duszą reformy; nauki miał tylko tyle, ile mu jej było potrzeba do jego sprawy. Erazm odwoływał się do rozumu, Luter do namiętności. Erazm nie chciał, żeby tłum mieszał się do religijnych sporów, ale żeby je na stanowisku teologji rozebrali i rozstrzygnęli ludzie uczeni; w tem wmieszaniu się gminu widział on wielkie dla wiary niebezpieczeństwo, a szczególniej dla spowiedzi, którą widział silnie zagrożoną, jeśliby w obec tłumu traktowano o takich przedmiotach. „Gdzież nie ma ludzi, mawiał on, którym się bardzo nie chce spowiadać ze swoich grzechów. Luter przemawiał do tłumu, i jak wszyscy rewolucjoniści, myślał, że kwestja reformy nie może się rozstrzygnąć i przeprowadzić, jak tylko z masą ludową, i że dla obrony swych zasad naprzód trzeba sobie zapewnić plecy. Erazm chciał ograniczyć się wymianą apologij między ludźmi zdolnymi i kompetentnymi, małą utarczką partyj i mniemań, w szrankach religijnych głosi pod zaszczytną prezydencją królów. Ubolewał, że Niemcy, których Luter zaburzył butną swoją wymową, wyszli z granic owej delikatności, w których on trzymał ich zawsze[4], a który mógłby odwrócić to zawichrzenie. Luter chciał boju na otwartem polu; chciał, żeby papiezkie bulle rozbijano armatniemi strzałami, starał się porwać i królów do tych śmiesznych religijnej scholastyki turniejów, które nazywano zborami, żeby ich wciągnąć i do materjalnej utarczki. Bóg Erazma, był to Bóg pokoju; Bóg zaś Lutra, był Bogiem oręża. Erazm chciał polemiki konstytucyjnej: uderzajcie na radźców, mawiał on, ale oszczędzajcie królów, szanujcie papieża, napadajcie tylko na jego ministrów. Luter mawiał, mój mały papieżu, mój maluczki papieżku, nazywał go najohydniejszemi słowami, a królów traktował, jak Jezus przekupniów w kościele. Erazm jeśli życzył naprawy społeczności, życzył tego bez naruszenia pokoju, bez grabieży mienia, bez splamienia świętości duchownego stanu. Luter chciał potargać wszelkie społeczności ogniwa, oddać w ręce świeckich panów mienie wszystkich duchownych, by przez to zapewnić sobie ich obronę; gotów był podeptać wszelkie uroczyste najświętsze śluby, byle samemu dostać żonę. Erazm gromiąc upowszechnione nadużycia i przesądy, chciał zachować nietylko uświęcone wiekami tradycje, szanował Boga i świętych i nie targał się na przekonanie drugich. Luter chciał odrzeć religją ze wszystkich zewnętrznych oznak, wygnać wiarę w świętych, ledwo zostawiwszy wiarę w Boga. Dziwić się zaiste przychodzi, jak zostawił nazwę świętego, gdyż przecie i sam mawiał i jego zwolennicy podziśdzień jeszcze mówią: ś. Piotr, ś. Paweł. Słowem jeśli Erazm był reformatorem, Luter był istnym burzycielem. Widzimy więc, jak wielka między tymi dwoma ludźmi zachodziła różnica. Nieprzyjaciele, przez przebiegłą swoją politykę, starali się ich w oczach ludu wystawić za jedno, jako przyjaciół i spiskowych; głosili, że Erazm redagował pisma Lutra, i że ten niczego nie przedsiębrał bez poprzedniej porady Erazma; że w ustroniu jego w Bazylei luteranie, rodzaj gońców, tajemne miewali z Erazmem narady w sprawie reformy. Zbliżyć ich tym sposobem mimo ich woli, mimo ich wzajemnej odrazy, znaczyło wywołać haniebne poróżnienie się; stawić ich w jednym rzędzie, znaczyło podżegać odstrychnąć się jednemu od drugiego, chociażby kosztem jawnego, gorszącego rozbratu; grozić jednostajnemi niebezpieczeństwami, był to środek znaglić słabszego i mniej odważnego, ustąpić z placu i rozjątrzyć przeciw silniejszemu i zuchwalszemu. Ten manewr powiódł się; złączeni czas niejakiś w opinji publicznej, Erazm i Luter, jawnie się skłócili i zerwali z sobą, co nie mało dodało siły partji katolickiej jedności.
Dopóki żył Erazm, imię jego nie mniej było głośne, jak i Lutra. Jeśli Luter był człowiekiem ludu, Erazm był mężem klasy oświeconych. Jeden miał więcej rozgłosu na ulicach, na wielkich drogach, na kościelnych placach; drugi w gabinetach, w tych uczonych biesiadach czasu, gdzie biesiadnicy przerywali swą ucztę, by czytać list Erazma. „Psalm twój, pisał do niego Sadolet, kardynał, sekretarz Leona X., wręczono mi, gdym był u stołu z kilku ważnemi osobami z moich przyjaciół. Przebiegłem go z niecierpliwością, ale mi go natychmiast z rąk wyrwano, tak każdy gorzał chęcią go czytać“[5]. Zresztą, jeśli trzeba ważyć, a nie liczyć głosy, nie ma wątpliwości, że Erazm za życia nie mniej miał sławy, od Lutra, ale potomność poniżyła pierwszego, wyniosła drugiego. A jednak rozważmy, czy więcej rzeczy pozostało po Lutrze, odrzucającym wolną wolę, i w wielu względach na miejsce jednych dawnych przesądów wprowadzającym drugie nowe; czy po Erazmie broniącym wolności sumienia i zamiast scholastycznego katolicyzmu, pierwszy raz używającym wzniosłego miana chrześćjańskiej filozofji? Cóż dziś ma więcej życia, chrześćjańska filozofja, czy luteranizm? scholastyzm czy to protestantski, czy katolicki, czy chrześćjańska moralna? czy sekty, czy ta swoboda sumienia, której i przeciw katolikom i przeciw protestantom bronił Erazm, a którą Luter wydarł katolicyzmowi zużytemu nadużyciami, poświęcając ją na korzyść protestantyzmu?
Nie rozsądną byłoby rzeczą chcieć poniżać Lutra; imię to jest święte dla wielkiej części Europy i wielkie wszędzie. Ale w historji najświetniejsze zajmują miejsce ludzie namiętni i czynni; a bardzo podrzędne, ludzie umiarkowani, którzy widzieli ostateczności, i więcej z przekonania i przez dobre sumienie ich się strzegli, niż przez tchórzostwo, dozwalają ludziom namiętnym spełnić dzieło doby, a zachowując siebie dla dzieła wszystkich czasów, chcę mówić, moralnego udoskonalenia ludzkości. W większej części ludzi odgrywających wielkie role, wiele widzę zapału krwi, dumy, egoizmu, pogardy ludzi; przeciwnie w większej liczbie tych, co się trzymają na uboczu, lub którzy podejmują się podrzędnej roli, że w niej mogą zachować prawdę względem siebie i drugich, więcej znajduję zdrowego rozumu, bezinteresowności i umiarkowania, niż obawy i obojętności. I coż innego w owych czasach mógł zrobić człowiek prawy, szczery, światły, jeśli się nie miarkować i powstrzymywać, a przynajmniej nie o czem innem mówić, jedno o naukach i tolerancji, którym w chwili pasowania się dwóch stronnictw, groziła zagłada, ale powinny były przeżyć i zwycięzców i zwyciężonych? Za cóż ganić go, że się nie dał powodować namiętnościom, i w zapędzie partji strzegł swego sumienia? Pocóż w imieniu filozofji historji, to jest w imieniu prawa, które wy sobie przedstawiacie trzema dopiero wiekami potem, wymagać po nim, żeby pojął, że złe jest znaczną częścią dobra, i że człowiek rozumny dla przyśpieszenia przyjścia tolerancji, powinien się rzucić w zapasy z sektami, uzbroić się w ich namiętności i skalać siebie krwią, którą one każą przelewać?
Jakby nie było, wszakże pierwej nierównie, nim powstał Luter, wybuchnął i zerwał z kościołem, owszem kiedy jeszcze Luter poczynając, jak wszyscy prawie ludzie namiętni, od uwielbiania tego, co później miał publicznie palić, słynął w Withenbergskim uniwersytecie zapędną swoją żarliwością o katolicyzm Alexandra VI. i Juliusza II. Erazm już był dotknął tych wszystkich punktów religji, w których się protestanci mieli potem odstrychnąć od matki kościoła. Wiadomo, w jakich wyrazach on się odzywał o mnichach. Na początku 16. w. dał on taką ironiczną definicją mnichostwa: „Mnichostwo nie jest pobożnością, ale rodzajem życia pożytecznego lub niepożytecznego, stosownie do charakteru i temperamentu każdego, imać się go ani radzę, ani odradzam“[6]. Ganił cześć oddawaną świętym; szydził z modłów, jakie prostacy zanoszą do św. Chrystofora dla uniknienia niespodzianej śmierci, do św. Rocha dla zabezpieczenia się od zarazy, do św. Apollonji, dla pozbycia się bólu zębów, do Joba, by ustrzegł od krosty, do św. Hierona, by się znalazła zguba. Jeśli się nie domagał zniszczenia statuj i obrazów, „które są głównemi ozdobami cywilizacji,“ potrzebował by w kościołach nie było niczego, coby tego miejsca było niegodnem. „Nie potępiam wzywania świętych, mówił on[7], byle wolne było od tych przesądów, które ganię i nie bez przyczyny. Przesądem nazywam, kiedy chrześćjanie proszą świętych o wszystko, jak gdyby Chrystus Pan był martwym; kiedy zanosimy do nich nasze modły w przekonaniu, że się łacniej dają ubłagać, niż Bóg; kiedy od każdego zosobna domagamy się wcale szczególnych łask, jakby św. Katarzyna mogła nam dać to, czegobyśmy nie otrzymali od św. Barbary; kiedy wzywamy ich nie jako pośredników, ale jako dawców wszelkich dóbr, które mamy jedynie od Boga“[8].
Znać daje nieznacznie, że spowiedź jednemu Bogu jest dostateczną, i zaraz, jakby się poprawując, dodaje: zachowajmy spowiedź przed kapłanem, chociaż pewnemi dowody nie można poprzeć jej boskiego ustanowienia. Wybór pokarmu, odzieży, post, pokutne modły, publiczne uroczystości świąt, zdawały mu się tchnąć żydowstwem. Uwielbiał czasy pierwotnego kościoła, kiedy zamiast tej ciżby duchownych, którą tak rozmnożyła naprzód pobożność, a potem chęć zysku, dla odprawiania mszy św. kontentowano się jednym kapłanem. Czystość małżeńską wyżej stawił od czystości kapłanów i zakonników; żartował ze starych panien i małżeństwo przekładał nad ich panieństwo. Śmiał obstawać za rozwodem. Wszystko to daleko pierwej przed Lutrem. Kiedy głos Lutra zagrzmiał do boju, pisma Erazma już były zjednały dla pojęć reformy wszystkich ludzi światłych, wszystkich zacnych niemieckich, angielskich i francuzkich księży. Pozostawało papieztwo, na które Erazm, mimo świeże zgorszenie o odpustach, nie chciał targnąć się, czy to przewidując, że napad na świętą stolicę, proste życzenie reformy zamieniłby w otwarte odszczepieństwo; czy, że papieże chwaląc go bez końca za to, że pisał w myśli religijnej jedności, zawiązali mu usta i wytrącili z rąk pióro. Coby nie było, to pewna, że Erazm oprócz kilku ostrych alluzyj do wojennej manji Juliusza II., nigdy nie dotknął kwestji papieztwa, będąc zawsze na stronie religijnej jedności.
Dzieło ludzi pióra i nauki było spełnionem. Ludzie czynu mieli zawołać do boju i massy ludu rzucić w utarczkę, którą Erazm chciał ograniczyć kołem ludzi światłych i kompetentnych. Byłoż to więc tchórzostwo, obłuda, zazdrość umiarkowanego reformatora w obec reformatorów zapalonych i gwałtownych? Byłoż to niedorzecznością, jak mu zarzucali protestanci? Nie chcę robić Erazma odważnym; ale człowiek, który śmiało stawił czoło wszystkim mnichom Niemiec i Francji, który po bitwie przy Pawji, śmiał domagać się od Cesarza Karola V. lat 30 zwycięzcy, schlebionego przez wszystkie języki, oswobodzenia jeńca jego, króla Francji, człowiek taki nie był tchórzem. Nie miał on tylko takiej odwagi, jaką mają ludzie namiętni, to jest ślepej, zbytecznej, wskutek krwi raczej niż rozsądku, a nieraz wskutek zarazy przykładu. Najlepsza jest ta odwaga, która jest najstosowniejsza i najodpowiedniejsza przedsięwziętemu dziełu; która się nie błąka tam i sam, nie wykracza z granic, jest wynikiem rozsądku, a bynajmniej nie chwilowego namiętnego uniesienia, jaką w pospolitych ludziach obudzają mocnymi trunkami, muzyką lub piorunującą przemową. Taką właśnie odwagę podziwiam i uwielbiam w Erazmie; to wreszcie nie znaczy bynajmniej, żebyśmy nie mogli jej znaleźć w wyższym daleko stopniu u innych ludzi, którzy chcieli pójść dalej, niż on.
Naturalnie uwaga chrześćjańskiej społeczności była z początku rozdzielona między Erazmem i Lutrem. Ludzie namiętni, gwałtowni, rzucili się wślad za Lutrem; ludzie umiarkowani pozostali przy Erazmie, niezaprzestając wreszcie rozsądnej nagany i życzeń tchnących pokojem. Najszczersi z tych obu obozów życzyli, żeby ci dwaj ludzie z sobą się porozumieli, pomiarkowali, i że tak powiem, jeden przez drugiego dopełnili się: Luter przez szczyptę umiejętnego umiarkowania Erazma, Erazm przez szczyptę śmiałości Lutra. Alarmiści na samym wstępie przelęknieni gwałtownością Lutra, i jak nieraz bojaźń bywa trafnym sędzią, znając donośność jego pocisków, niepokoili Erazma tem prawdopodobieństwem zgody miedzy nim a Lutrem. Mnisi, i co tylko ciągnęli korzyść z nadużyć, przesadzali tę zgodność, przypuszczając zupełną i trwalszą, jaką być nie mogła; niektórzy przedstawiali Lutra jako podrzędne narzędzie kierowane przez Erazma. Tym wszystkim tak rozmaitym atakom umiał oprzeć się Erazm, wierny przyjętej roli; w imieniu katolickiej jedności chwalił Lutra, powstającego na nadużycia, ale przytem radził mu być ostrożnym w tem gwałtownem postępowaniu i nie odwoływać się do ludu, którego Erazm w sprawie religji nie chciał mieć sędzią. Wśród tych wszystkich prześladowań, tych wszystkich równie niewyrozumiałych przyjaźni, taka rola była dość trudną i nużyła upartą niepodległość Erazma, i to jeszcze ja nazywam odwagą, nie świetną zapewne, ani taką, którą historycy osypują pochwałami; ale która robi zaszczyt człowiekowi i która bez wątpienia znajdzie u Boga zapłatę w dniu, kiedy dzieła każdego będą sądzone. Ustrzedz się tych wszystkich krwawych kłótni i pozostać wiernym samemu sobie, należy policzyć za tem większą zasługę dla takiego męża, że, wedle jednomyślnego zeznania wszystkich stronnictw, Erazm mógł przechylić szalę na tę stronę, do którejby się przyłączył, i odrazu dokonać reformy, jeśliby tylko jej udzielił pomocy swego pióra tak popularnego i wiary swej niezmiernej wziętości. Czuł to pierwszy Luter, i dla tego pierwej jeszcze, nim poznał rozległość swoich zamiarów, nim zerwał z widomym naczelnikiem katolickiej jedności, zaraz postanowił zjednać sobie pomoc i zaszczyt tak silnego poplecznika, i powodowany więcej koniecznością, niż skłonnością serca, napisał list do Erazma, z którego jednak, zda się wnieść można, że w sprawie religji chciał on mieć Erazma po za sobą, w drugim rzędzie. Odpowiedź Erazma pełna jest delikatności, rozsądku i zbawiennych rad wszystkim w ogóle stronnikom reformy; mówi, by się mieli na baczności, oszczędzali ludzi i rzeczy, o tolerancji, o chrześcijańskiej miłości, a to wszystko stosowało się szczególnie do Lutra, który nie w jednem zdarzeniu wręcz postąpił przeciwnie. Przyznaje się Lutrowi, że mu się podobają jego pisma, ale czytać ich wzbraniają mu teologowie, przez co delikatnie daje znać, że je nie we wszystkich punktach pochwala. Łacina jego jest prosta, naturalna, nie jest to język erudycji; Erazm myślał i czuł po łacinie.
Gdy ta odpowiedź Erazma jawnie wykazała związki jego z Lutrem, człowiekiem od tej chwili tak groźnym, ze wszech stron nalegano na niego, by się z tego wytłumaczył. Mnisi tryumfowali.
Spisek Erazma z Lutrem był czynem jawnym. Wszystkie kazalnice podwoiły swoje napady, dwa te imiona nigdy ściślej nie były łączone, jak teraz, kiedy ci dwaj ludzie teraz właśnie największymi byli nieprzyjaciółmi. Erazm tylko więcej doznał obelg, niż Luter, dla prostej przyczyny: nazywano go renegatem. To pierwszeństwo pochlebiało mu; wyraźnie to można widzieć z jego listów. Mniemał on, że był najwięcej nienawidzianym, a w rzeczy samej był najwięcej tylko wzgardzonym. Mnisi wołali w niebogłosy: oczywiście on pochwala i rozżarza to, na co nie chce napaść. Tymczasem zuchwalstwo i potęga Lutra rosły z każdym dniem. Hojnie sypał paszkwile i apologje; uderzył na osobę papieża, królów wciągnął do swojej waśni, zmusił zwołać sejmy i sobory, na których cała potęga obecnego kościoła mierzyła się z herezją tego mnicha. Przyjaciele Erazma więcej, niż kiedy nacierali na niego. Jedni chcieli podrażnić jego próżność; czemuż się on waha wystąpić obrońcą katolicyzmu? On jeden mógłby w niwecz obrócić Lutra i jego naukę; on jeden silniejszy od papiezkich buli i soborów. Drudzy stawili mu przed oczy jego wyznanie wiary: nie jestże to łakomstwem i zręcznem ujęciem słuchaczów? Jestże on chrześćjaninem, sercem, czy tylko usty, a jeźli jest całem sercem, czemuż więc nie dowiedzie tego powstając przeciw Lutrowi?
Erazm wyczerpał wszystko, by się wytłumaczyć ze swego niemieszania się w tę sprawę; trudniej mu to nawet przychodziło przed mnóstwem przyjaciół, niż wrogów. Pięć lat od 1519 do 1524 r. tak się on pasował ze swymi przyjaciółmi, swoimi wrogami i z samym sobą, usiłując mimo wszystkie tak zewnętrzne jak i wewnętrzne pokusy utrzymać swoją niepodległość i rzeczywisty swój charakter, jakby świadek sam wspierając kłótnię, w której brać nie chciał udziału; to się modląc za Lutra, kiedy mnisi nabierali otuchy i śmiałości i już zawczasu stawili mu stos Jana Hussa, to za pokój i chrześćjańską jedność, kiedy narody porwane przez Lutra kosztem tego pokoju i tej jedności odłączały się od rzymskiego kościoła, niepokojąc się i trudząc dla zgody, żarliwie obstając za umiarkowaniem, pokojem, ale zawsze wymownie, z zapałem, prostotą, ponieważ to było z przekonania.
Wszystkie jego listy pięciu tych lat zawierają w sobie historją walk, które on wytrzymał. Jest to jedno i toż samo położenie w tysiącznych odcieniach, ale przedstawione z żywością, wzruszeniem, szczerością, że nas zajmuje jak dramat jaki. W rzeczy samej jest to dramat wielkiej wagi, że jedna wyższa intelligencja, miotana bałwanami wszystkich ostatecznych opinij, w powszechnym zamęcie usiłuje utrzymać swoją równowagę, odrzuca naczelną rolę, że jej przyjąć nie może bez pogwałcenia granic swego przekonania.
„Zawsze, mówi w jednym ze swoich listów[9], unikałem stać się twórcą jakiej wrzawy, lub głosicielem nowego dogmatu. Prosiłem ludzi wielkiego znaczenia, żeby mię zbliżyli z Lutrem, mówiłem im, że trzymać będę z Lutrem, dopóki zostanie w katolickiej jedności. Wymagali, żebym wydał zasady wiary; odpowiedziałem, że za obrębem katolickiego kościoła żadnych nie znam zasad wiary. Namawiałem Lutra powstrzymać się od pism wichrzących i buntowniczych; zawsze się obawiałem od nich złych skutków, i byłbym więcej zrobił dla ich odwrócenia, gdyby krom innych powodów, nie powstrzymała mię od tego pewna obawa: wystąpienia przeciw duchowi Chrystusa. Błagałem i teraz jeszcze wiele osób błagam, nie ogłaszać pism gorszących, a szczególnie bezimiennych, które tak są oburzające; mówiłem im, że się tym sposobem źle przysługują i chrześćjańskiemu pokojowi i człowiekowi, którego trzymają stronę. Mogłem tylko radzić, zapobiedz nie mogłem. Pełno jest wszędzie drukarń, pełno nikczemnych poetów i mówców; a jak nie w stanie byłem przeszkodzić, żeby ci ludzie nie wichrzyli, tak nie jestże to wołającą niesprawiedliwością robić mię odpowiedzialnym za cudzą płochość?“
Umiarkowanie ma swoje słabości, ma także swoje tajemne cierpienia i niepokoje, ale te same niepokoje służą mu ku sławie. Erazm zbliżał się wtedy ku starości. Widział dawnych swoich przyjaciół rozdzielonych na dwa obozy, i najtkliwsze ich ku niemu uczucia wyziębłe w skutek opinij; utyskiwał on na to ze szlachetną boleścią. „Przed wybuchem tej kłótni, pisze on do Marka Lawrina, zostawałem w miłych dla mnie literackich stosunkach ze wszystkiemi niemal uczonymi Niemiec. Z tych wszystkich przyjaciół jedni całkiem ostygli, drudzy zmienili się w moich wrogów. Są nawet i tacy, którzy się jawnie uznają moimi nieprzyjaciołmi i grożą mi zgubą.... Wielkiem to jest dla mnie nieszczęściem, że ta w świecie burza zaskoczyła mię w chwili mojego życia, kiedybym się był powinien spodziewać spokoju i wytchnienia, na które zasłużyłem za długie moje studja. Czemuż mi nie pozwolą zostać przynajmniej widzem tylko tej tragedji, mnie, który tak mało mam usposobienia figurować w niej jako aktor, zwłaszcza kiedy tyle jest innych, którzy się sami ochoczo rzucają na scenę.“
To bierne opieranie się naciskowi dwóch stronnictw zamieniło się w końcu w walkę. Jedni starali się go skompromitować, i przez napięte sidła dla jego miłości własnej wymódz na nim jakie zeznanie i wyprowadzić w pole; drudzy grozili mu otwartą przemocą. Rzucano się na jego słowa i milczenie, by tam pochwycić jaką przechwałkę z pierwszeństwa, którego on więcej, niż kiedy, starał się teraz nie wykazywać. Luteranie obwoływali go tchórzem i zbiegiem z pola Ewanielji; katolicy hałasowali, że wstrzymywać się i milczeć znaczy to samo, co należeć. Mnisi przeszkadzali we wszystkiem; mnisi byli nieubłaganymi wrogami Erazma; nienawiść ich była dawniejszą od nowości Lutra. Ani rady rozsądnych katolików, którzy oszczędzając Erazma, nie tracili nadziei przeciągnąć go na swoją stronę, nie mogły ich zmiękczyć; ani pozory zgody między Erazmem i luteranami nie mogły już ich więcej zapalić i rozjątrzyć, jak byli przedtem. Nie różność w dogmatach budziła w nich tę nienawiść, szyderstwa Erazma więcej ich przeciw niemu uzbroiły, niż jego herezje; o herezji mówili tylko dla podburzenia ludu, który nie ująłby się za honór mnichów, ale chętnieby spalił Erazma za cześć Chrystusa.
Tak ze wszech stron napastowany i przewrotnie sądzony i pojmowany aż do 1524 r. nie przerwał Erazm mozolnego swego milczenia, żadne jego pismo wyszłe z drukarni Frobena nie mogło dać nadziei ni jednej, ni drugiej stronie. Całe jego życie upłynęło na tłumaczeniu się z tego oporu, tak dalece, że trzymać się na uboczu więcej mu kosztowało czuwań, niż gdyby brał udział. Pochlebstwa królów, obietnice pensji, listy własnoręczne papieżów, biskupie mitry i ukazywane mu w bliskiej przyszłości kardynalskie kapelusze, wszystko się to rozbiło o jego bezinteresowność i szczere zamiłowanie wypoczynku.
Adrian, następca Leona X, kiedyś Erazma profesor teologji w Wormeńskim uniwersytecie, wstąpiwszy na stolicę ś. Piotra wprost do niego odezwał się bullą, napisaną w lirycznym tonie[10]: „Widziałem bezbożnego, mówi prorok, wznoszącego swą głowę nad libańskie cedry; przeszedłem, i już go nie było, szukałem i nieznalazłem jego miejsca. Oto co niechybnie powinno potkać Lutra i jego zwolenników, jeśli się nie upamiętają. Cieleśni ci ludzie, co depcząc wszelką władzę, usiłują zrobić i drugich podobnymi sobie. Będziesz że się jeszcze wahał zaostrzyć swe pióro i obrócić na szaleństwa tych bezbożnych, od których Bóg wyraźnie odwrócił swoje oblicze? Powstań, powstań, Erazmie! i sprawie Boga spiesz na pomoc; niech twe talenta, któreś od niego odebrał, posłużą ku większej jego chwale. Pomnij, że twoim jest obowiązkiem przy pomocy Boga naprowadzić na prawą drogę tych, co się zbłąkali, idąc w ślady Lutra, umocnić tych, co jeszcze nie upadli, a chwiejących się od upadku ratować?“ W końcu zaprasza go Adrian przybyć do Rzymu, żeby jego apologje więcej miały znaczenia i mocy, gdy będą ciskane od stopni stolicy ś. Piotra.“
„Niestety, niestety! odpowiada Erazm[11], jestem posłuszny wyrokom najokrutniejszego z tyranów. Jakiego tyrana? zapytasz. Przewyższa on w okrucieństwie samych Falarysa i Mezencjusza[12], imię jego Kamień.... Obym miał wszystkie środki wpływu, jakie mi przyznajesz! nawet ceną mego życia nie wahałbym się powstrzymać publiczne nieszczęście. Naprzód, chociaż w tych rzeczach nie wiele ma znaczenia styl, i w tym względzie od wielu innych ja jestem niższy. Mierna moja uczoność, a i ta szczypta poczerpnięta ze starożytnych pisarzy, więcej jest przydatną do badań, niż do walki. I cóżby znaczyła powaga tak maluczkiego, jak ja człowieczka? Wziętość, jaką mię kiedyś otaczano, albo całkiem upadła, albo się zamieniła w nienawiść, którego kiedyś uraczano potrójnie wielkim bohaterem, księciem nauk, gwiazdą Niemiec, arcykapłanem pięknych nauk, mścicielem i twórcą prawdziwej teologji, dziś albo jestem zupełnie zapomniany, albo innemi wcale osypywany epitetami. Nie boleję nad stratą tych tytułów, które mię tylko nudziły; ale wieluż to ja widzę zajadle powstających na mnie, którzy piszą na mnie obmierzłe paszkwile i grożą śmiercią, jeśli choć słówko bąknę za przeciwną stroną. Czyż niesłusznie powinienem opłakiwać moją starość, że, mówiąc językiem ludu, przypadła w ten wiek, jak mysz w smołę?.... Gdy mi mówisz, przyjeżdżaj do Rzymu, wszystko jedno, jak gdyby kto rakowi kazał latać: latać? odrzekłby rak, dajże mi pierwej skrzydła. Ja też powiem; wróć mi moją młodość, wróć moje zdrowie. Dałby Bóg, żeby te moje wymówki były przyjęte!“ Prosił dalej Adriana pozwolenia przełożyć mu nie które rady. Błagam cię, najświętszy ojcze, zrób tę łaskę dla maluczkiej twojej owieczki[13], pozwól jej otwarciej pomówić ze swoim pasterzem. Jeśli już postanowiono to złe wytępić więzieniem i karą śmierci, rady moje na nic się nie przydadzą. Sądzę atoli, że dla człowieka jakim cię znam, słodkiego charakteru, więcej się podoba myśl bardziej ludzka, i że skłonniejszym jesteś złych upamiętać, niż karać.“ Podawał niektóre poprawcze środki, które, na wieczną hańbę tych, którym je doradzają, są i zawsze będą bezskuteczne.“ Nim te rozruchy, ze zgubą pobożności podżegające do buntu, uśmierzą władze i królowie, życzyłbym, jeśli można, powstrzymać wylew paszkwilów.“ Było to właśnie zachęcić do ich czytania. Ale, o czem wszakże nie powinniśmy sądzić wedle tegoczesnych doświadczeń, oto, mówię, słowa pełne odwagi: „Niech zapewnią świat, że się zniosą nadużycia, na które się on tak słusznie użala.“
Erazm wreszcie miał słuszność. Wycieńczony chorobami i trudami, stary, słaby, jakże się mógł mierzyć ramię o ramię z człowiekiem, pełnym siły wieku i talentu, gorącym, odważnym, protegowanym i bronionym przez królów i zastępy wojsk? „Mogłoby się to zdać okrucieństwem, pisał on, jeślibym człowieka już obalonego, obitego i spalonego w portrecie, chciał jeszcze nakoniec chłostać mojem piórem; pominąwszy to, że nie bardzo byłoby dla mnie bezpiecznie wsadzić sobie na kark człowieka, który ma i zęby i pięści, i który jeśli wierzyć jego pismom, z ziarn swoich już puścił kiełki.“ Z dwóch tych prac, pierwsza jest tylko krasomowczą, druga wyraża rzeczywiste uczucia Erazma. Pomimo swej nadzwyczajnej, zdumiewającej wziętości i sławy, on, gwiazda Niemiec, umiał przyznać talent Lutrowi, ocenić ten gwałtowny jenjusz, ten achillesowy charakter, co nie umie ustąpić[14]. Zważywszy wszystko, lepiej dla niego było, żeby gadano o jego milczeniu i bezczynności, niż się na pośmiewisko wystawić za źle wymierzony cios, który jak grot Priama, nie dosiągłby nawet swego nieprzyjaciela.
I tak Erazm w chwili zaczęcia się reformacji okazał się jej z początku przychylnym. Świadek nadużyć i powszechnego rozprzężenia swego czasu, życzył ich powściągnienia i zdało mu się, że zabłysła zorza oczyszczonego chrystjanizmu. Bayle, autor najmniej podejrzany w tej mierze, „zda mi się, mówi, on był jednym z tych, którzy wzdychali do poprawy kościoła, ale nie sądzili, żeby to należało osiągnąć przez ustanowienie nowego społeczeństwa, które bystro od słów przystąpiło do pięści — a verbis ad verbera.“ W rzeczy samej, kiedy Erazm z przyrodzenia przyjaciel porządku, pokoju i zgody, postrzegł zapędy i coraz wzrastające gwałty nowatorów, w głuchem pogrążył się milczeniu i, że tak powiem, zasklepił się sam w sobie, zawoławszy tylko nienawidzę zwodniczej prawdy. Ale to milczenie było dla niego istną katuszą. Stracił w niem swój spokój, bo tłumaczyć się z niego więcej go kosztowało i pracy i czasu, niż je przerwać; postradał także przezeń swoją sławę, bo gadano o jego już bezsilności, obawie przegranej, i w starym atlecie chrześćjańskiej filozofji zaczęto dostrzegać za wiele umiarkowania. Przed rzuceniem się w szranki powinien był dobrze rozpatrzyć swoje położenie. Przekonywał się, że występując nie mógł go pogorszyć; że gdyby się wyzwał, ci, co o nim dotąd wątpili, nie mogli go już ni mniej, ni więcej nienawidzieć; milcząc nie poprawi swoich interesów, ani zabierając głos je pogorszy; że spokój, którego dzień i noc musiał bronić od pokus wyjścia z niego, od natrętnej ciekawości tych, co chcieli przeniknąć tajniki i ukryte jego myśli, od potwarzy i złośliwych szyderstw tych, co się niem obrażali, od zdziwienia i pytań najlepszych swoich przyjaciół, od własnego nieukontentowania i chwiejącej się cierpliwości, od powszechnego wyzywania, jakie odbierał ze wszystkich Europy końców, silnie zainteresowanych w tej kłótni wszystkiemi odcieniami opinij, spokój taki więcej go utrudzał i wyczerpywał siły, niż regularne i naturalne manewry w otwartej walce; że wśród tylu ostatecznych opinij niepodobna mu ani tak długo pozostać w dwóznacznej roli, i w podejrzanej drażniącej postawie postrzegacza, ani się utrzymać na granicy dwóch obozów bez narażenia się na pośmiewisko, gorsze od nienawiści; że przeciwnie występując onby się wydarł tym wszystkim natrętnym uprzykrzaniom się, uwolniłby się od tysiąca dwóznacznych odpowiedzi, które musiał dawać na tysiączne listy wcale niedyskretnej ciekawości, i że bez narażenia się przysporzyć sobie jednego nieprzyjaciela więcej, lub bardziej rozjątrzyć tych, których już miał, on mogłby znowu na siebie zwrócić uwagę świata skupioną teraz w Wormacji i Wittenbergu, i znowu zająć pierwsze miejsce, którem przez swoje wahanie się dopuścił zawładnąć Lutrowi.
Nie ma przykładu, żeby czy to religijne czy polityczne stronnictwa, gotowe się zetrzeć, zapomniały widoków własnych, lub obojętnie patrzały na milczenie osób, które, zdaniem ogółu, swoją decyzją mogą spór rozstrzygnąć. Tacy ludzie drogo okupują swoją niepodległość; albo ich milczenie tak się zbezczeszcza, że nakoniec przychodzą przemocą wciągnąć ich na scenę drzących, prawie nieszanowanych, niepewnych własnej wiedzy, nieśmiejących samych siebie zapytać o powody swojego umiarkowania, tak dobrze jak i źle odpowiadających przeszłemu ich życiu; prawie tak, jak zrobiłby aktor, który przyszedłszy na scenę już po podjęciu kortyny, żeby widzom nie kazać na siebie czekać, narzuciłby na siebie kostium, jaki pierwszy wpadłby mu w ręce.
Nakoniec namyślił się Erazm rzucić, jak mówią, rękawiczkę, wyzwać, i zmierzyć się z człowiekiem, który zdaniem wszystkich, w nim tylko mógł mieć współzawodnika; wystąpił jako człowiek partji, wytężył swe siły, obejrzał i przygotował broń; ale, jak to bywa z umiarkowanymi ludźmi, pchniętymi naprzód przez zewnętrzne raczej wpływy, niż z własnego popędu, nie mógł odrazu urość na męża partji. Śród tego nadrobionego zapału, jaki obudziły w nim oklaski i okrzyki, dane staremu wysłużonemu zapaśnikowi, jego rozsądek i zdrowy rozum zawsze go trzymały daleko od ostateczności, i zamiast stanąć naczelnym wodzem katolickiej opinji, zaledwo się okazał dawno zgubionem i przez tę opinią na wpół znalezionem dzieckiem.
Ludzie umiarkowani, wyparowani z biernego swojego oporu, w którym jedynie i z zaszczytem dla siebie i z powodzeniem dla prawdy mogli stawić czoło namiętnościom, zawsze robią tylko półkroki, które zawsze są błędem. Erazm powinien był przerwać milczenie, by zagrzmieć, on tymczasem zbiegł. Powinien był wziąć z rąk papieża tę zużytą broń bull i ją cisnąć na Lutra, nie w imieniu zdeptanej powagi, ale w imieniu wszystkich ludzi pobożnych i tolerujących, w imieniu nauk przerażonych nową scholastyką, która zabierała miejsce starej; on się ścierał o jeden odrębny punkt nauki. To właśnie było przyczyną, że on nie mógł pozostać ani zgodnym z sobą, ani wiernym sprawie chrześćjańskiej filozofji, której równe groziło niebezpieczeństwo tak w obozie katolików, jak i protestantów.
W rzeczy samej, zuchwalstwa i gwałty Lutra, psując całkiem jego sprawę w oczach Erazma, nie polepszyły bynajmniej mnichów i błahych teologów (teologastrów), uzbrojonych na niego od lat trzydziestu. Z drugiej strony zapędy reformatorów nie poprawiły nadużyć rzymskiego katolicyzmu, i Erazm stawszy się antagonistą Lutra, musiał koniecznie przypomnieć sobie miernie katolickiego autora Rozmów. Zamiast więc wstępnym bojem uderzyć na spór z dotkliwej strony, Erazm wyprosiwszy przedwstępnie u papieża dozwolenie czytać pisma Lutra, obrał kwestją uboczną, lawirował, unikał starcia się frontem; zamiast zetrzeć się z człowiekiem, złapał zbłąkaną książkę Lutra; słowem, jako odpowiedź na traktat Lutra, przeciwny napisał traktat o wolnej woli, której, rzecz niesłychana, Luter, nowoczesny człowiek, zaprzeczał.
Tymczasem imię Erazma tak było wielkiem, że wieść, iż ma się wziąć za pióro przeciw Lutrowi, więcej prawie narobiła w Europie hałasu, niż przygotowanie się do bitwy przy Pawji. Plan swego traktatu posłał on królowi angielskiemu Henrykowi VIII. wielkiemu katolickiemu kazuiście przedtem, nim się stał katem swoich żon, i, by na rok ożenić się z jedną ze swoich kochanek, pokłócił się z papieżem i mszę zamienił kazaniem. Rzeczy w tym czasie taki wzięły obrot, i sprawa Lutra na tak dobrej stanęła stopie, że ten sam Froben, któremu przed czterma laty groził Erazm swoją niełaską, jeśliby drukował pisma Lutra, teraz jego traktatu nie przyjął do druku. Umysły całych Niemiec tak były zjednane dla reformy, że żaden księgarz miast nadreńskich nie śmiał ogłaszać drukiem katolickich apologij, i pisać je, znaczyło to samo, co życie swoje narazić na niebezpieczeństwo. Dla tego tu o tem nadmieniam, żeby tego nie pośpieszoną przypisać brakowi odwagi pół opozycji, jaką Erazm chciał stawić przeciw Lutrowi.
Wreszcie śród tego wytężonego oczekiwania, jakie on obudził w Europie, i powinszowań, które mu się ze wszystkich stron sypały, w słabej jego ręce od gorzkiej niepewności drzało pióro. Dowodem wielkiego tego wnętrznego jego niepokoju są smutne owe wyrazy, jakie mu się wyrwały z pod pióra w jego listach. Było to życie poczęte na nowo już w wieku, w którym powinien był raczej myśleć o zejściu ze świata, lub przynajmniej o pozostaniu na nim, ile można najdłużej, w pokoju, nieinteresując się bynajmniej wypadkami, jakie się naokoło niego działy. Jak karciarz, który mniemał, że się już upamiętał, ostatnie dni swoje wystawia na wszystkie burze dawnej swojej namiętności, kość rzucona, pisał on do jednego z przyjaciół[15]. Występuję na arenę, zawiadamiał drugiego[16], w tym prawie wieku, jak mile Publiusz; nie wiem, co mię potka, ale oby moja walka posłużyła na dobro chrześćjańskiej społeczności! Czemuż, pisał do trzeciego[17], nie pozwolono mi w ogrodach muz zakończyć moją starość! Oto sześćdziesięcioletni starzec przemocą wywleczony na arenę gladjatorów, zamiast lutni trzymam w ręku siatkę[18].
Do tkliwych tych żalów na stracony swój spokój, na przerwane swoje literackie prace, na starość wciągniętą w zapasy mezkiego wieku, miłość własna wmieszała kilka jego przechwałek. „Jeźli się nie mylę, książka moja o wolnej woli, narobiła wiele hałasu. Już kilka zjadliwych paszkwilów rzucono na moją głowę. A wszelako nieprzyjaciele mnie się lękają. Niech sobie mię nienawidzą, byle się mię obawiali“[19]. Biedny Erazm parodjował słowa Nerona, i przypominając setkę wierszy Euniusza na tyranów, wyobrażał sobie, że i jemu nie brak żółci! I gdzieindziej[20]. „Chciałem obalić tyranję faryzeuszów, nie zaś zamienić ją drugą. Służyć, by służyć, wolę być niewolnikiem papieży i biskupów, jakiemiby oni nie byli, niż tych brutalskich tyranów, nieznośniejszych od ich nieprzyjaciół!“ Coż to! Erazm zapala się gniewem, Erazm wychodzi z umiarkowania? Będzie-ż Erazm na stronie czystych katolików? Czytaj kilka wierszy wyżej. „Podjudzili mię i podszczuli najjaśniejszy król angielski i papież Klemens VII. swoimi listami!“ Ot gdzie tajemnica uniesienia i zapału Erazma, przyniósł mu je goniec z Rzymu i Anglji. Jutro, gdy będzie Erazm sam jeden, ochłonie i wróci do swego umiarkowania, do tolerancji, do swych powątpiewań. „Radbym był nie występować na luterańską arenę, będzie pisał do kantuaryjskiego biskupa[21], jeśliby mię nie wezwali do tego moi przyjaciele, oraz ojciec św. i królowie, i gdybym sam im nie był przyrzekł coś wydać w tym przedmiocie“. Do roczerskiego biskupa będzie mówił: „winszujesz mi zgoła nie wiem jakiego zwycięztwa[22], wiem tylko, że zamiast jednej, muszę wytrzymywać trzy walki. Napisałem traktat o wolnej woli, chociaż znałem, że się biłem nie na swojem polu. Widać takie było moje przeznaczenie, żebym w wieku, w jakim jestem, z miłośnika muz został szermierzem. ... Z rozkazu Cesarza wciągnięty na scenę Laberjusz opłakuje hańbę, na jaką go wystawiono, sześćdziesięcioletniego starca; wyszedłszy z domu Rzymianinem rycerskiego stanu wrócił do niego komedjantem. Czyż nie podobny jestem do Laberjusza?“ Oto szczere uczucia Erazma, oto zgodny sam z sobą i, jak zwyczajnie, wymówny.
W naszych czasach ten traktat o wolnej woli nie dałby się czytać; nie dla tego, żeby w nim nie było nic ważnego, ale że ta księga jest razem i ważną i bezpożyteczną. We wstępie dość trafnie obmyślanym, dowcipnym, pełnej ironicznej skromności i szczerego umiarkowania, przedstaw sobie rozumowania bez końca o woli człowieka zgodzonej z boską przedwiedzą (praescientia). Z teologicznego zapatrywania się w całej swej obronie wolnej woli Erazm ma słuszność. Dobrze dobrane dowody, umiejętnie wyłożone podstawy, na których się opiera; jest żywy, przekonywujący, loiczny, pełen wymowy, jaką to roterdamskie dziecię cechuje pewien wrodzony attycyzm, słowem, jest to właśnie narzędzie, które w ręku Demostenesa dla niedbałych Aten zastępowało miejsce stałego, nieustającego wojska przeciw Filipowi, a w ręku Cycerona piorunem druzgocącym Katylinę i ukrywającym hańbą Werresa. Ale wszystkie te pomysły są martwe, cała ta umiejętność zwodniczą; jest to intelligencja poruszona na wiatr, są to próżne walki z cieniami.
Traktat ten, który miała wtedy czytać i kommentować intelligencja całej Europy, zaledwoby dziś zdołał utrzymać bez wypoczynku uwagę jakiego erudyta, jakbyśmy ją nie przedstawili sobie skupioną i specjalną, jedno wykonanie dzieła cokolwiek ma życia; materjały zginęły marnie. Ubolewać przychodzi nad własnym naszym rodzajem i zobojętnieć na wszystko, co go zajmuje, kiedy widzisz, jak najpiękniejsze zdolności zmarniały w jałowych, czczych i martwych formułach; zamiast wziąć się do prawd wiecznych, całe swoje życie szermowali z sofizmami, i jak myśl ludzka, myśl, która odkrywa światy i czyta na niebie, w pewne epoki historji ludzkości roni tylko nieużyte ziarna, które żadnego nie wydadzą plonu, wtedy nawet, kiedyby jej obłędy i zbratanie się z bydlęcemi namiętnościami zlały te ziarna krwią ludzką!
A cóż to było, nad czem się tak unosili Henryk VIII, Klemens VII, Karol V, Tomasz Morus, Fiszer, Sadolet, Henryk Stefan, Melanchton, Ekolampadjusz, Budeusz, najuczeńsi królowie Niemiec, najsławniejsi biskupi Europy, i co Sorbonę tak na Erazma zajadłą prawie ukoiło? To, że mnisi i teologowie niebędąc w stanie zrozumieć ten traktat, wzbraniali się go czytać, żeby nie osłabnąć w nieubłaganej swojej ku autorowi nienawiści, że sam nawet Luter pozwalał go Melanchtonowi uwielbiać, i nie mogąc go zbić, miotał tylko obelgi. Oto definicja tej wolnej woli, zgodzonej i pojednanej z łaską i boską przedwiedzą; oto co Cyceronistom biesiadnikom Sadoleta kazała przez uszanowanie powstać ze swoich w starożytnym kształcie fotelów, a Lutrowi miotać się na katedrze w Wittenbergu. Wyjąwszy kilku szczerych katolików i niemieckiej liczby ludzi bezinteresowanych, którzy kochali Erazma dla jego liberalnych zalet, traktat o wolnej woli, nieprzyjaciół jego więcej tylko rozjątrzył, a przyjaciół zrobił bardziej niewyrozumiałymi i wymagającymi. Przed pojawieniem się jeszcze tego dzieła, Erazm odbierał już oświadczenia tchnące wyrzutami. Żal, pisano do niego, żeś tego nie zrobił wcześniej. Jerzy, książe saski, mówił mu: Nieszczęście, że Bóg cię nie natchnął tą myślą przed trzema laty; nie doszlibyśmy do tego, do czego teraz, i żeś od pierwszego dnia nie napadł na Lutra otwarcie, zamiast prowadzić z nim tajemną, głuchą wojnę. I tak w oczach najlepszych jego przyjaciół, pierwej już, nim się pojawiła, ta księga straciła swój urok; trzeba było położyć na niej datę trzema laty pierwej. Gorzej daleko było, kiedy ta księga wyszła nakoniec na świat; wszyscy jego wielbiciele jęli się ją krytykować, a to właśnie stępiło ciosy wymierzone przeciw Lutrowi. Nie znajdowano w niej ani obelg, ani nienawiści, ani potwarzy, a nawet pod koniec czytano kilka słów o pierwszych latach jego przeciwnika, o jego pierwszych pismach; była to więc księga, której brakowało przedmiotu, co w niej było dobrego, było nie w miejscu, reszty nie należałoby zgoła pisać. Wyrozumiali byli z niej kontenci, w przekonaniu, że to był tylko początek nieprzerwanej, ustawicznej bez wypoczynku wojny, i pierwszym z seciny tego rodzaju traktatów. Tym sposobem rozporządzano się ostatniemi latami znamienitego starca, wydzierano mu jego spokój, dzielono się rzadkiemi przerwami jego cierpień, pozbawiano mu snu.
Do tych wymagań łączyła się nikczemna ciekawość; chciano widzieć ścierające się dwa najznamienitsze imiona chrześćjaństwa; było to widowisko, z którego obiecywano sobie podwójne ukontentowanie: ukontentowanie opinji i teatru; biada temu z dwóch zapaśników, któryby kazał na siebie zbyt długo czekać!
Tym sposobem Erazm różnie zawiódł oczekiwania swoich przyjaciół. Co zaś do nieubłaganych jego nieprzyjaciół mnichów i ich stronników, traktat jego, podwoił tylko wrzaski. Jakby instynktem dokładnie odgadywali rolę Erazma w tej wielkiej kłótni. Bardzo dobrze odróżnili ową przyprawę racjonalizmu, jaka się przebijała w jego wyznaniu wiary i nie chcieli katolika, co traktował w przedmiocie jak o osobistej swojej własności: „Erazm zniósł jajka, mówili oni nieokrzesanym swoim językiem, Luter wysiedział pisklęta. Luter był zarażony, ale tę zarazę przyszczepił mu właśnie Erazm. Erazm, to piłatowy oprawca, smok o którym mówią psalmy.“ Dobrze byłoby, wołał inny, żeby ten człowiek nigdy się nie rodził, dając znać niewyraźnie, że stosem należałoby to złe przykrócić. Niektórzy z mnichów kazuiści mieli w swej celi portret Erazma, na który każdy ranek patrzali z dzikiem ukontentowaniem; drudzy głośno mówili: nie jestże to rzecz oburzająca, tyle ludzi skazać na śmierć w Niemczech za rozprzestrzenie herezji Erazma, a twórca tych herezji po dziś dzień jeszcze żyje.
Kiedy Luter przeczytał ów traktat Erazma o wolnej woli był zrazu zdziwiony; zamiast obelg, które spodziewał się znaleźć, widział dowody, znajomość rzeczy, umiarkowane roztrząsanie, oszczędzanie własnej swojej osoby. Z początku uwielbiał umiarkowanie swojego współzawodnika; ale kiedy wziął się za pióro, owo pierwsze wrażenie pierzchło natychmiast przed jego popędliwością i nawyknieniem do złorzeczeń. Jako odpowiedź na traktat Erazma napisał przeciwny o woli niewolniczej, w którym, jeśli nie na serjo, dowodził na pozór, że człowiek jest w rzeczy samej niewolnikiem swych namiętności; że w każdym czasie, pod wszelkimi sztandarami i we wszelkich sprawach kocha on swobodę tylko dla siebie, a nienawidzi jej u drugich; że lubieżnicy i symonjacy konstancjeńskiego soboru słusznie spalili na stosie Hussa i Hieronima z Pragi, ponieważ ci znamienici męczennicy nie zgadzali się w zdaniu z soborem; że zwycięzka swoboda, gdy weźmie górę, wkrótce staje się despotyzmem, że on, Luter, dla tego tylko nie rozpalił na nowo stosu Hussa, by na nim upiec Erazma, że nie miał na swoje rozkazy siepaczy Henryka VIII, wielkiego wielbiciela traktatu o wolnej woli. Co do istoty rzeczy, w odpowiedzi na erudycją Erazma napchał teologicznej erudycji, naciągał teksta pisma św., przekręcał, fałszywie przytaczał cytaty, nieszczędząc obelg. Dwie omyłki Erazma, do których umiał go wciągnąć Luter, zapewniły ostatniemu zwycięztwo; naprzód, że Fryderyka Elektora Saskiego, przyjaciela i obrońcę Lutra, prosił za potwarze ukarać autora o woli niewolniczej, nierozsądkiem było o to prosić, pewnym będąc, że mu to odmówią; powtóre, że się przeniewierzył wrodzonemu swemu charakterowi, i w ślad za Lutrem rzucił się do swarliwej polemiki, i niemając do tego ani oryginalności, ani wymowy, wręcz przeciwnie Lutrowi, któremu ta praktyka była wrodzoną, podsycana skądinąd wielką odwagą, wystąpił z lichą jakąć retorycznością i z ubieloną głową chciał gromić złamanym już głosem. Oto do czego Luter doprowadził Erazma. Umiarkowanie stanowiło całą siłę Erazma, Luter go z niego wyparł; wielką już to jest wygraną: zdemoralizować swych przeciwników, zmuszając ich wyrzec się wrodzonego charakteru, a przyjąć jakiś naśladowczy i retoryczny. Luter zatrzymawszy najlepsze swoje zalety, wszytkie swoje przywary, jakby przelał na Erazma, zaszczepił mu obelżywość, a sam zatrzymał moc i gwałtowność.
Erazm wpadł w sidła; pole, którego na nieszczęście użył swych pismach do naśladowania swego przeciwnika, było straconem dla jego zwycięztwa. Sam Melanchton, taki wielbiciel Lutra, czytając jego traktat o woli niewolniczej, z goryczą narzekał na jego gwałtowność, i w listach swoich starał się zbić krążącą pogłoskę, jakoby w tem obelżywem pismie Lutra i sam brał udział. Po odpowiedzi Erazma na to pismo: „Patrz, mówił do Melanchtona z tryumfem Luter, jaki twój Erazm i tak chwalone jego umiarkowanie! To wąż.“ Pomyślny wiatr wiał dla Lutra. Ten człowiek znaglił stany zrzec się powagi swojego wieku; ten człowiek już stojących u grobu doprowadził do zadania kłamstwa godności ich przeszłego życia, ten człowiek zmusił umiarkowanie rumienić się przed samem sobą, szczęście wyraźnie mu sprzyjało. Od tej chwili gwałtownie został zerwany wszelki przyjaźny związek między Erazmem i Lutrem. Rozhukany herezjarcha i jego zwolennicy osypali Erazma obelgami, nie przebaczyli mu nigdy tego, co w nim nazywali oziębłością i kiedy nasz uczony, postanowiwszy pozostać rzymskim katolikiem, pochwalił księgę Henryka VII. przeciw Lutrowi, reformatorowie nie robili już z nim żadnej ceremonji, a ich przewódźca do tego stopnia posunął swą zuchwałość, że go nawet oskarżał o ateizm. Jedyną moją winą, mówi Erazm, było moje umiarkowanie; wina ta, w oczach dwóch stronnictw, jak to zwykle bywa w czasie rewolucji, była do nieprzebaczenia, katolicy równie jak i protestanci byli na niego oburzeni. Nieprzyjaciele nie zostawili go w pokoju i w ostatnich dniach jego życia; wszystkie prasy Frobena zajęte były drukowaniem jego apologji. Sorbona, teologowie, kazuiści, zuchwali z obu partji, Henryki, Beddy, Karpi (ten ostatni był księciem), których imionom gwałtowność nie zjednała nieśmiertelności, widzieli go aż do końca uzbrojonego przeciwko złośliwym ich krytykom. Pierwszy jaki nędznik, umiejący jakie takie bazgrać potwarze, znajdował chlubę w zakłóceniu ostatnich dni godzin znamienitego starca. Wszyscy, zdawało się, chcą go bezcześcić, wszyscy wydzierali sobie zaszczyt z resztki tego poniżenia, do jakiego w sprawie religji wtrącił go Luter. Ale najwięcej jątrzyło niezliczonych jego nieprzyjaciół owo niezachwianie pozostałe w nim umiarkowanie, albo raczej religijna niepodległość, żeby i tę podbić i wyrugować go z pozycji środkującej między dwóma obozami, których przewodźcami były głowy szalone i ludzie czynu; na to się wysilały wszystkie gwałtowne umysły, zniecierpliwione jego ostrożnością, chcąc uprzątnąć z placu reformy wstecznych przyjaciół obrońców pokoju i chrześćjańskiej filozofji. Erazm nie ustąpił kroku: na pozór mógł się on zapalać; ale w gruncie pozostał wierny zasadom pokoju, chrześćjańskiej, moralnej i spokojnej łagodnej reformy; on się nie mógł rozstać z tym pięknym obrazem chrześćjańskiej filozofji, który miał przeżyć wszystkie teologiczne spory.
Na pytanie, czy Erazm był więcej katolikiem, niż protestantem, czy protestantem, niż katolikiem, pytać się bowiem, czy był całkiem jednym lub drugim, byłoby rzeczą naiwną, można odpowiedzieć, że, być może, miał on nieco więcej przesądu, niż religji, a więcej nieco religji, niż sceptycyzmu. Przeżywszy gniłe jabłka i wilgotne niezdrowe pomieszkanie w Paryżu w kollegium na ostrej górze, pisze dziękczynny hymn św. Genowefie; ślubuje ukończyć swój komentarz na list św. Pawła do Rzymian, jeśli ten go zachowa od następstw spadnięcia z konia. Innym razem opanuje go jakaś obawa czarta; będzie opowiadać o ekzorcyzmach, tonem człowieka, który nieco wierzy w opętanych; dostrzeżesz w nim tego zajmującego i niepokojącego powątpiewania o nieprzyjacielu rodzaju ludzkiego, jakie my dziś mamy o niewątpliwości przepowiadania jasnowidzących i spirytystów[23].
Co się tyczy dwóch ścierających się podówczas z sobą dogmatów, nie obrażał go dogmat protestantcki od wczoraj wyległy, który on widział wychodzącym z głów zapalonych, lub zwichnionych, owoc tylu dobrych jak i złych rzeczy, potrzeb koniecznych jak i podrzędnych zachcianek, wiedzy i niewiadomości, ludzi znakomitych i ślepego motłochu, ducha i ciała, rozumu i obłąkania, i mniej jeszcze chciał religji skleconej przez wichrzycieli (nebulones), jego czasu, niż wiary rzymskich katolików, obracanej w handel i osobistą korzyść. Przeciwnie katolicki dogmat zalecał się w jego oczach starszeństwem, tradycją, długim pocztem intelligencji; wierzył więc weń i przez uczucie i nawyknienie. A jeśli śledząc wszystkie zmiany i skażenia, jakim uległ ten dogmat od czasu swojego nastania, nie mógł nie dostrzedz z jednej strony, że w dzieło boskie wmieszała się ręka ludzka; jeśli wnikając w chrystjanizm po zamoralną jego stronę i wielki przepis ludzkiej równości, wśród tych studiów obudzało się w nim powątpiewanie; z drugiej za to, strony wrażenia młodości, wydartej dla duchownego stanu, których mimo dojrzałego wieku zachował na sobie odcisk; osnuta na tym dogmacie ogromna materjalna władza; polemika, w której, zapuszczając się nieraz dalej swego rzeczywistego przekonania, z każdym dniem koniecznie pozbywał się człowiek nieco ze swoich powątpiewań i stawał się wierzącym przez miłość własną, stosunki jego z królami i papieżami i zaszczyt upowszechnionej wiary; wszystko to więcej go skłaniało ku katolicyzmowi, niż protestantyzmowi, i że koniecznie należało mu umrzeć w tej lub drugiej wierze, zmuszało go przyznać pierwszeństwo jakkolwiek nie pewnej, ale starej rękojmi katolicyzmu, przed obietnicami nowego od wczoraj tylko protestantyzmu.
Wreszcie i czyż mógł on czuć, myśleć i postępować inaczej, widząc świeże, tak bijące w oczy piękne owoce nowej i z takiem uwielbieniem i zapałem głoszonej nauki. Z początku sprzyjając całej tej sprawie i niezmienną swoją powagą przyczyniwszy się poniekąd do jej wzrostu, od r. 1524. zachwiany jej owocami i wprowadzony w wątpliwość wkrótce potem tak o niej pisze: „Ta nowa ewanielja zrodziła nam nowy także rodzaj ludzi, zuchwałych, bezwstydnych, obłudnych, bluźnierców, kłamców, oszustów, potwarców, z sobą niezgodnych, nikomu niepożytecznych, wszystkim szkodliwych, rokoszanów, szaleńców, pieniaczy, krzykaczów, którzy mi tak obmierzli, iż gdybym znał jakie miasto wolne od tej zgrai, wywędrowałbym tam.“[24]. Przed Melanchtonem nawet nie taił swojego zdania o owocach tej nowej ewanielji, kiedy mówi o nich, że w ustach tylko mają ewanielją, słowo Boże, wiarę, Chrystusa i Ducha ś., a obyczaje ich inne o nich dają świadectwo; że w tym nowym kościele widzi tylko nowych obłudników, nowych tyranów, ale ani jednego źdźbła ducha ewanielicznego.“ A Gerhardowi Geldenhauerowi, który, z katolickiego księdza przeszedłszy do luteranizmu, ożenił się w Wormacji, tam i w Strasburgu szerzył nową naukę, wydał w końcu pismo wyzywające książąt, aby dobra klasztorne pozabierali i ewangelikom oddali, oraz dodał do niego fragment z jednego z dawniejszych pism Erazma i tak ułożył tytuł, iż się wydawać mogło, że Erazm jest całego dzieła autorem, odpowiadając na to w piśmie: Przeciw tym, którzy się fałszywie ewangelikami być mienią, tak mówi: „Cóż nam przynosicie lepszego i ewanielji godniejszego? ... Spójrzyj na ów lud ewangelicki, a obacz iżali mniej puszcza wodze rozpuście, lubieżności, łakomstwu, niż ci, którymi się brzydzicie? Pokaż mi chociażby jednego, któregoby ta okrzyczana ewangelja z pijaka zrobiła trzeźwym, z dzikiego łagodnym, z chciwego dobro czynnym, z złorzeczącego życzliwym i uprzejmym, z bezwstydnego skromnym. Ja ci wielu pokażę, którzy się stali gorszymi, niż byli.... Modlitwy publiczne odrzucone; lecz teraz największa część wcale się już nie modli... Msza zniesioną, lecz cóż świętszego na jej miejsce przyszło? ... Nigdym nie wszedł do ich kościołów, alem ich często widział wracających z kazania, jak gdyby przez djabłów opętanych; gniew i wściekłość była na ich twarzach, i z nich wszystkich żaden się nawet nie odkłonił ani mnie, ani kilku zacnym mężom, którzy szli ze mną, wyjąwszy jednego staruszka. Rzekłbyś, że to wychodzą żołnierze, mową swojego wodza zagrzani do zaczepnego i wstępnego boju. Któż kiedy widział kogo na ich kazaniach rzewnie opłakującego swoje grzechy, bijącego się w piersi, lub wzdychającego? Największa część ich kazania zajmuje lżenie życia duchownych, i jeśli prawdę mówią, często raczej zapalają do buntu, niż do pobożności. Spowiedź odrzucona, ale teraz największa część i Bogu się nawet nie spowiada. Przykazanie postu i wstrzemięźliwości od niektórych pokarmów zniesione, ale tymczasem oddają się opilstwu i tak niektórzy uszli judaizmu, aby zostać epikurejczykami. Zdeptano nogami ceremonje, ale duch na tem nic nie zyskał, owszem, mojem zdaniem, wiele utracił. ... Ustawy ludzkie zamienione zostały znowu na ustawy ludzkie, ba mniej ludzkie. Imię tylko zmieniono, zowią je słowem bożem; zresztą tak rzecz cała w niczem nie jest łagodniejszą, iż wielu mężów zacnych dobrowolne wygnanie przenosi nad tę nową okrzyczaną wolność. Tak się pozbywają jarzma ludzkiego ci, którzy kark swój pod waszę poddają ewangelję; zaiste obawiam się raczej, że największa ich część w miejsce ciężkiego jarzma ludzkiego, dźwiga cięższe jeszcze jarzmo szatana. ... Jakież to co chwila podnosi zaburzenia ten lud ewangelicki? Jakże często dla błahych przyczyn porywa się do broni? ... swoich nawet duchownych słuchać nie chcą, jeśli ich uszu pochlebstwami nie łechcą, a nawet ci muszą być przygotowani, że ich wypędzą, gdyby się mieli poważyć z niejaką tylko śmiałością życie swoich słuchaczy karcić. ... Apostołowie, aby się tem bardziej mogli oddać ewangelji, albo się nie żenili, chociaż mogli, albo żony swoje uważali za siostry. Teraz kwitnie ewangelja, bo kapłani i mnichy wbrew ustawom wprawdzie ludzkim, wbrew ślubom własnym żenią się. Spójrzyj tylko, izali ich małżeństwa czyściejsze są od małżeństwa tych, których za pogan uważają. Wiesz, spodziewam się, jakiebym ci mógł tu opowiedzieć powieści, gdybym chciał; nie ma bowiem potrzeby to opowiadać, co każdemu jest znanem, rzeczy, które albo zwierzchność, albo lud z woli, lub wbrew woli zwierzchności publicznie napiętnował. Nikogo nie miłują, krom siebie, nie słuchają, ani Boga, ani biskupów, ani książąt, ani zwierzchności, służą mamonie, brzuchowi i pożądliwości ciała, a jednak chcą za ewangelików uchodzić i odwołują się na Lutra, jako swego nauczyciela i mistrza.“[25].
[25] Żeby zaś kto nie posądził Erazma w tej mierze o osobistość lub stronnictwo, niech posłucha samego Lutra, twórcy nowej nauki, który już w r. 1525 tak mówił o owocach swojego dzieła: [25]„Mojżesz subtelnym był nauczycielem; pierwsze przykazanie dobrze ludowi wyłożył, — i różne im niecnoty wyrzucał, aby sobie i na coś innego, nie tylko na ziemię obiecaną zasłużyli. Zupełnie tak jak my się około kochanej ewangelji zasługujemy i pracujemy, tak, iż nasi teraz ewangelicy siedm razy są gorsi niż byli przedtem. Bo, odkądeśmy się ewangelji nauczyli, kradniemy, kłamiemy, żremy i żłopiemy i wszelkich nieprawości się dopuszczamy. Jednegośmy djabła wypędzili, a siedm gorszych w nas natomiast wstąpiło, jak się o tem na książętach, panach, szlachcie, mieszczanach, chłopach przekonać można, którzy mimo gróźb boskich bez żadnej żyją bojaźni.“ Na Niemców szczególnie często wylewa całą żółć swoją, że za dobrodziejstwo ewangelji, którą im przyniósł, niewdzięcznością i pogardą słowa bożego mu się odpłacają i zowie ich narodem barbarzyńskim (barbara haec et vere bestialis natio) i nie dziwiłby się, gdyby ich Pan Bóg za to tłuc zaczął błyskawicami, piorunami, a nawet Turkami i djabłami z piekła.“ „Takiemi bezecnemi świniami jesteśmy, my zatraceni Niemcy, iż ani karności, ani rozumu nie mamy, a kiedy co o Bogu słyszy my, uważamy to jakby baśnie szalbierskie.“ A na innem miejscu zowie ich pustym, dzikim ludem, ba półdjabłem, półczłowiekiem.“ Teraz często z ubolewaniem o tem wspomina, że z nauki jego o wierze takie wyciągają wnioski, i krzyczą: Dobrze teraz, nie potrzebujemy wykonywać dobrych uczynków! „Wiedzą, mówi, że nieczystość i łakomstwo są grzechem, ale się o to nie pytają, bo się wszyscy spuszczają na wiarę, która ich bez dobrych uczynków zbawić może. Ja sądzę, że to musi być tak, że ci, którzy zostali ewangelikami, gorszymi są po przyjęciu ewangelji, niż byli przed jej przyjęciem. Doświadczamy niestety codziennie, że ludzie teraz pod prawem tej ewangelji większą i zaciętszą nienawiścią pałają i zazdrością, gorszymi są w skąpstwie, łakomstwie, ździerstwie, niż byli przedtem pod panowaniem papieża. Jakoż widać, że ludzie teraz są skąpsi, niemiłosierniejsi, wszeteczniejsi, zuchwalsi i gorsi, aniżeli byli pod papieztwem. Gdyby mi Bóg nie był oczu zamknął, i gdybym był te zgorszenia przewidział, nie byłbym nigdy rozpoczął tej, ewangelji nauczać. Często już myślałem przestać opowiadać, bo ludzie stają się przez to codziennie zatwardzialszymi, krnąbrniejszymi i jadowitszymi. Któżby także był chciał rozpocząć opowiadanie, gdybyśmy naprzód byli wiedzieli, że to za sobą pociągnie tyle nieszczęścia, zaburzenia, bluźnierstwa, niewdzięczności i złości. Czytaj papieżników książki, słuchaj ich kazań, a znajdziesz, iż to jest jedyną ich podstawą, na której się opierają, przeciwko nam zuchwale biją, wytykając, że z tej nauki nie dobrego nie wyszło. Gdyby to była święta, zbawienna nauka, mówią mądrzy ludzie, toby się ludzie stawali przez nią lepszymi i pobożniejszymi. Ale skoro się tylko ewangelja nasza rozpoczęła i rozchodziła, przyszło okrutne zaburzenie, powstały w kościele rozdwojenia i sekty; uczciwość, dyscyplina i karność się rozwiązały. Albowiem teraz rozpusta z wszelkim rodzajem występków, grzechów i sromoty jest pomiędzy wszystkimi stanami daleko większa, niż była przedtem, dopóki ludzie, a szczególnie pospólstwo jakaśkolwiek bojaźń, jakieśkolwiek wędzidło powściągały, które teraz jak koń bez wędzidła żyje i broi wszystko, co mu żądze nasuwają. Winę całego tego plugawstwa i nieszczęścia (które zaiste nie jest małem ani drobnem), zwalają nasi przeciwnicy na naszę naukę i kochaną ewangelję. Ci, którzy muszą jeszcze znosić tyranją, krzyczą dzień i noc dopominają się (naszej nauki) — a nasze świnie, które mają chleba zbawiennego podostatkiem, i pełne kosze okruszyn, od zbytku ani go powąchać nie chcą; bo ryjakiem go swoim wywracają, żyją w nim, depcą go nogami i uciekają precz.“ Z goryczą i żółcią nie mniejszą mówi bardzo często o lekceważeniu i znieważaniu predykantów. „Dziś, powiada, nie ma stworzenia więcej wzgardzonego i upośledzonego nad predykanta, chłop nawet nie uważa go za więcej, jak błoto i ...... Mówią, że do zbawienia już nie potrzeba predykantów, bo im to sama wiara daje, daleko im potrzebniejszy skotarz lub świniarz, niż pleban. Przedtem kiedy djabłu służyli, wszystkie worki były otwarte dla mnichów, kościołów i t. p., a teraz, kiedy mają czyste, prawdziwe słowo Boże i prawdziwy kościół, wszystkie są na żelazne łańcuchy pozamykane, wszyscy odzierają i rabują dawne kościoły, a nie ma ktoby dał. Ani na kościół, ani na kazalnicę, ani na szkołę nikt teraz nic nie chce dać. Dziury plebanowi w dachu załatać nie chcą, aby się sucho mógł wyspać i zmuszają go, aby sobie sam pasł krowy i świnie, i stają się z ludzi bydlętami i bestjami. Gdyby mogli kaznodzieję głodem umorzyć, jak najchętniejby to uczynili; prześladują nawet kaznodziejów i gdyby ich z kraju mogli wygnać, skwapliwieby to uczynili.“[26].
Nie mniej wiarogodnym i wymównym świadkiem jest i Georgius Wicelius, z katolickiego kapłana, przez kilka lat luterski predykant, cierpkim doświadczeniem i niepokojem sumienia wcześnie z tej błędnej drogi nawrócony, ale który i po nawróceniu się swojem żadnej już posady duchownej nie piastował, a nawet zbliżenia się do katolickiego duchowieństwa unikał, aby go o jednostronność nie posądzono. Tę sprawiedliwość oddają mu i protestanci nawet, jak Neander. Umarł w Moguncji 1574 r. W jednym liście pisanym w r. 1533. przytacza powody, które ludzi do przyjęcia tej nauki skłaniały: „Największa część przyłączyła się do tej nowej nauki nie w skutek namysłu lub rozumu i roztropności, ale zwabiona słodyczą błogosławieństw, albo znęcona nadzieją swobodniejszego życia, albo uwiedziona pragnieniem zniesienia praw kościelnych i zniszczenia znienawidzonej karności, albo zmuszona bojaźnią swoich książąt. Wieluż bowiem pomiędzy wszystkimi jest takich, których bojaźń Boża i miłość królewstwa niebieskiego do tego przywiodła? Pospólstwu podobała się ta nowa sekta bardziej, aniżeli kościół, który z nauką o wierze łączył potrzebę dobrych uczynków dla tych, którzy pragną dostąpić zbawienia; bo ona głosiła dogmat, że wiara sama zbawić może. Uczynki zaś ogłosiła za obojętne, a nawet z takim przyciskiem ten kwas swój o uczynkach wpajała, iż prawie wszyscy, którzy się wyznaniem tej sekty chełpią, wstręt do uczynków mają. Któżby nie wolał lekko sobie wskoczyć do niebieskiej ojczyzny, aniżeli iść do niej z ciężarem? A jeśli przez samą tylko wiarę można wejść do niej, cóż tedy po uczynkach.“[27]. „Chełpiąc się ewangelją ucisnęli ją w opłakany sposób. Chrystusa głoszą, a są Chrystusa nieprzyjaciołmi, chociażby tylko dla samej nauki o uczynkach, której tak nienawidzą, iż wypowiedzieć nie umiem. Poznałem, jak z powodu tej bydlęcej sekty przeistaczają chrystjanizm na Turcyzm, kościół na jaskinią łotrów, sakramenta na ekskrementa, śpiewanie psalmów na ryk bydlęcy, zgodę na rozdwojenie, porządek na zamieszanie. Widziałem, jak obumierają dzieła pobożności, uczynki religijne, nauki boskie, ćwiczenie, karność, umartwienie, czuwanie, bojaźń, wstyd, wiara, sumienie; a natomiast, jak się bez miary wzmagają sekty, dzieła bez religii, przywiązanie do świata, niesmak do rzeczy niebieskich, rozwiązła swawola, żądze używania, zuchwalstwo, rozpusta, wiarołomstwo, rozwięzłość, lubieżność, jednem słowem wszystko, co jest niebieskiego na ziemskie zmieniają. Przyznaję, że i przed tem rozdwojeniem zbywało na szczerej pobożności i uczciwości w życiu publicznem, lecz teraz gwałtem wszystko się wali. Potrzebował wprawdzie kościół lekarstwa, ale go nie użyto, a złe w dwójnasób się powiększyło. Do tego już doprowadzili zwolennicy Lutra, że nigdzie mniej nie można wyznawać ewangelji, jak tam, gdzie oni rej wodzą. Pomiędzy katolikami można się przecie wzajemnie do powinności zachęcać, można o służbie bożej mówić, o dobrych uczynkach, o pokucie i przeciw grzechom śmiertelnym; tu wszystko inne, tylko tego nie. Gdyby kto pomyślał na dobre o poprawie życia, nazwą go zaraz Faryzeuszem, szkaradnym obłudnikiem i musi słyszeć: Ty sam jeden chcesz inaczej żyć, jak inni ludzie? Chceszże, głupiuchny, sam jeden dobremi uczynkami niebo zdobywać? Gdyby Chrystus uczynków ludzkich potrzebował, nie byłby na Kalwarji pokutował. Zna on ułomność naszą i chętnie przebacza grzesznikom, jak czytamy, że jest ich towarzyszem i że ich jeszcze przed sprawiedliwymi powołał, byle tylko jego ewangelją kochali i w nią wierzyli“[28] [28] Skądże to pochodzi, że się tak bardzo z odpuszczenia grzechów radujecie, a o zatrzymaniu nie, a przecież jedno i drugie od tego samego Chrystusa wyszło; u was o niczem innem nie słychać, jak tylko o odpuszczeniu i przebaczeniu, a nie widzicie, że tem zwodzeniem więcej grzechów siejecie, niż gładzicie. Lud wasz zaiste jest taki, iż tylko nauki o odpuszczeniu, a nigdy o zatrzymaniu grzechów nie słucha, jest zawsze godnym rozwiązania, a nigdy związania. O wygodni teolodzy, o ćwiki! Bo gdybyście mieli tak często związywać, jak rozwiązujecie, zostalibyście, wy naczelnicy sekty, sami z samą wiarą waszą, i musielibyście po utracie panowania i ludu waszego, jak wilcy z wilkami w jakiej jaskini siedzieć[29].
[29] „O wy hultaje, jakeście wy pięknie po ewangelicznemu przystroili życie chrześćjańskie waszem opowiadaniem łaski! Tak, krzyczą zaraz, ty chcesz z Chrystusa zrobić Mojżesza i batożnika, a oni robią z niego raczej Epikura i zamtużnika swojem rozwiązłem życiem i hultajskiemi przykłady.“ „Powszechne skargi dowodzą dostatecznie, co sumienia od was dobrego i pewnego dostały, tak, iż pomiędzy wielu ledwo jeden się znajdzie, któryby w tym czasie rzeczywiście wiedział, co ma wierzyć; każdy wisi pomiędzy niebem a ziemią, i z pomiędzy tak wielu zdań, któreście w świat puścili, nie może znaleść jednego, któreby go zaspokoić mogło, i dla tego teraz więcej jest wątpliwości, niż kiedykolwiek było. — O jak niejeden umiera teraz w wątpliwościach, a nawet pomiędzy waszymi popami i najlepszymi obywatelami. Większych i okropniejszych wątpliwości nie zaznało jeszcze nigdy chrześćjaństwo. — Gdyby się w tych latach było tyle dobrego, ile złego stało; gdyby ludzie w tym stopniu byli pobożni, w jakim są bezbożni, wtenczas przechwałki wasze każdemu grzmiałyby w uszach, że to wszystko słowo Boże zrobiło. O coby się to działo! Któżby się w obec waszej chełpliwości ostał? Lecz teraz, kiedy się wszystko zepsuło i bezbożnem stało, to tego czyste słowo nie zrobiło. Skoro się tylko zapytamy o owoce nauki luterskiej, już wasza przegrana. Gdyż kto tylko nie stracił pięciu swoich zmysłów, ten widzi, słyszy, wącha, chwyta, czuje, że przez waszą sprawkę wszystko w całym świecie się popsuło, i nie byłoby dziwu, gdyby najsilniejszych z was te okropne skargi i narzekania przed czasem już siwizną okryły. Lecz was ten krzyk nie obchodzi, bo wy sobie wygodnie siedzicie za stołem, chłodzicie się winem i gracie sobie przytem w kostki. A jeśli was czasem wiatrek trwogi zawieje, to wasza filantia i wasz spiritus paredrus zaraz odwróci temi słowy: Jednak mamy słowo boże. Że go jednak nie macie, tylko wasze własne, są tego dowodem złe owoce. Miałożby wasze ciernie rodzić winne jagody, oset figi? Jaki zasiew, taki owoc, zasiew nie dobry, chociażbyś owoce przechwalał, jak możesz.“ L. c. 43.
Jawna jest wodzów rozpusta i tyranja; są do najwyższych tego świata zaszczytów wyniesieni, królewskiemi darami i obfitemi dochodami obsypani. Całe ich życie pełne miękkości i przepychu. Na dogodzeniu ciału na niczem im nie powinno zbywać. Tam znajdziesz częste i kosztowne uczty, nocne pijatyki, tańce, muzykę i inne rzeczy, które zaiste apostołom ubogiego Chrystusa i reformatorom kościoła przystają. Homer, zda się, miał ich życie przed oczami, kiedy mówi: zawsze lubimy uczty, tańce i śpiewy, mieniące się szaty, ciepłe kąpiele i dziewki. Ta szóstka wypasła sześć uczynków miłosierdzia. Po pierwszych można poznać ewangelików, ostatnie mają być znakiem Faryzeuszów. Grzeszenie jest w tych czasach bezpieczne i jedna przyjaciół, dobrze czynić jest połączone z niebezpieczeństwem i ściąga nienawiść katolikom. Gdzież tedy są ci, którzy papieżników bez końca żyli o dogadzanie ciału? Gdzież są ci, którzy głosicielom ewangelji pitagorejską powściągliwość przepisywali? Lecz darmo, trzeba było takim krzykiem nieostrożnych Niemców zwabić! Tyranja ich przeciw każdemu, kto tylko zaraz i we wszystkiem nie zgodzi się na to, co od nich wychodzi, jest okropną. Cisna nią każdego, plebanów, nauczycieli, mieszczan, chłopów, gdyby który z nich posągowi tego króla babylońskiego nie miał pokornego oddać pokłonu i ręki jego ucałować“[30].
[30] I tak już samego Lutra i innych przerażały okropnie tej nauki owoce. Na zupełne rozprężenie się obyczajów i wyuzdaną rozwiązłość żalą się Aretiusz, professor z Marburga, Konrad Klauser, rektor w Zürich, Maciej Schenk, rektor w Augsburgu, Konrad Porta, który, mówiąc o pannach, powiada, że po otrząsieniu się z głupstw papiezkich djabeł teraz z siedmiu gorszemi jeszcze duchami przyszedł i trapi szczególnie panny. Za czasów papieztwa zbytecznemu często oddawały się umartwieniu, ale się także trudniły modlitwą i innemi zbawiennemi sprawami; teraz tajemne rozpustne zaślubianie się tak się upowszechniło, iż tego już sobie nikt za grzech nie poczytuje. Włóczą się hultaje i hultajki, żenią się i idą za mąż, aby hultaić, potem skraść, co się im uda, uciec, a z małżeństwem sobie postąpić, jak Tatarzy lub cygani“[31].
Bugenhagen 1531, Osiander 1537, Korwin 1541, Mathesius Sarcerices, sami protestanci, i. w. i. utyskują na niepojęte wzmaganie się grzechów nieczystych wszelkiego rodzaju. Ostatni z nich powiada, że przedtem starzy ludzie nie wiedzieli w tej materji tego, co dziś wiedzą dzieci. Co Jerzy, książę Saski, już w r. 1526 zarzucał Lutrowi, co Wiceliusz już swego czasu opisywał, to się jeszcze po nich wzmogło. Z pomiędzy wielu innych przytoczę jedno miejsce z Sylwestra Czekanowiusza (Czekanovius), który w formie djalogu pomiędzy plebanem Polakiem, a Luteraninem Morawczykiem opisuje zepsucie obyczajów tak pomiędzy katolikami, jak protestantami. „Niech mi kto powie, czy w całej przeszłości był kiedy czas, w którymby bez względu na płeć i na wiek, tak wściekła panowała lubieżność, jak w naszych czasach. Pewno nigdy! Gdyż ów samowładny wyrok Lutra: człowiek śmiertelny tak mało ma w swojej mocy powściągliwe życie, jak to, żeby nie wypluł, i mężczyzna tak niezbędnie potrzebuje kobiety i odwrotnie kobieta mężczyzny, jak pokarmu i napoju — uważają wszędzie jak gdyby za przykazanie boże. Tę chorągiew czystości i powściągliwości wywiesił naprzód Neron, cesarz i ten tyran skalawszy się najbezecniejszą lubieżnością, wypowiedział: że nie podobną jest rzeczą, aby młodzieniec lub panna, mężczyzna lub niewiasta, jeśli są zdatni do tego, mogli się wstrzymać od zaspokojenia żądzy cielesnej. Tę neronjańską chorągiew pochwycił Luter i wywiesił ją w Niemczech, a teraz wszystko, zwierzęcą pędzone chucią, co tylko jeść i pić może, ciśnie się bezwstydnie do tej chorągwi. Widzimy, jak teraz młodzi ludzie, publicznie we wszeteczeństwie żyją, a chociaż ich od tego występku odwodzisz, jednak się domagają kobiet. Widzimy, jak dziewczęta, jeśli je żądza wszeteczna do upadku przywiodła, lub jeśli się już bezwstydnej oddały rozpuście, bezczelnie się zasłaniają tą Neronjańską ustawą Lutra, tego tyrana, który z samego siebie robiąc wnioski na wszystkich, utrzymywał: że czyste i powściągliwe życie jest dla człowieka rzeczą nie podobną, gdyż zaspokojenie żądzy płciowej tak jest niezbędnem, jak jedzenie i picie“[32].
Któryż więc dopiero protestant z dobrem sumieniem będzie mógł mieć za złe Erazmowi, i jak to wszakże wielu postąpiło i postępuje, policzyć to na karb jego płochości, niestałości umysłu i prawie niewiary, że takie i tak bujne owoce nowo głoszonej nauki, mimo całe jego wahanie się, i że tak powiem, sceptycyzm, nie tylko nie mogły go dla niej zjednać, ale owszem odstręczyły i jawnie skłaniały na stronę katolicyzmu? W rzeczy zaś samej należał on zawsze tylko do siebie samego; mógł się skłaniać już do jednej, już do drugiej partji, stosownie do tego, jak więcej się od której spodziewał dla tolerancji i nauk; ale pozostał człowiekiem wszystkich rzeczy trwałych, które namiętności ludzkie ukryły pod formami zamienionemi teraz w wojenne hasło, i Bogu, który tchnął weń wysokie słowo chrześćjańskiej filozofji, podobało się, żeby jego piękna i słodka intelligencja rozważała jedną z tych prawd, które od czasu, jak zostały ogłoszone, mają w sobie życie jeszcze wielu wieków. —
Jeśli znaczenie i ważność pisarza można oceniać liczbą listów tak przezeń jak i do niego pisanych, i różnością opinji jego korrespondentów, tedy ten ogrom listów, (więcej tysiąca jego własnych), wszelkich opinij, wszystkich stronnictw, wszystkich stanów, świadczy o wielkim na nauki wpływie Erazma, wpływie, który może się nazwać epoką. Jest to dowód pewnego rodzaju intellektualnej przewagi, do której każdy się obraca z zaufaniem, by posłyszeć wyrok potwierdzenia lub odrzucenia. On to jest owym wielkim człowiekiem, do którego, jakby do bieguna wiedzy i współczesnej intelligencji naturalnie ciężyli wszyscy jego czasu, a którego czas i rozum stały się jakby własnością ogółu. W rzeczy samej tak naukowe jak i religijne odrodzenie się zachodniej Europy w szesnastym wieku, jak do punktu, dążyło ku Erazmowi. Śród owego wahania się i niepewności wewnętrznej wiedzy, jakie towarzyszyły i sprzyjały przejawom reformy, wszyscy współcześni zwrócili się ku Erazmowi. Każdy czuł w sobie pewne odnowienie pojęć, z którego słowami nie umiał sobie zdać sprawy. Wyjaśnić przeczucia i życzenia każdego, wynaleść język dla tego powszechnego oczekiwania, które unosiło umysły do nieznanej przyszłości, było zadaniem i rolą Erazma. Trzymał on, że tak powiem, w swym ręku czas niejakiś wiedzę wszystkich, i w środkującem mniemaniu, między roztrząsaniem i wiarą, utwierdził niezliczone owe umysły, które się czuły być pociąganemi, jedne do biernej niewiary, drugie ku otwartej rewolucji. Wkrótce wystąpił Luter i wydarł mu ostatnich, on lepiej kierował ich sprawą, był to człowiek rewolucji. Erazm aż do ostatniego dnia swojego życia utrzymał przy sobie wszystkich ludzi rozsądnych, tolerujących, bezinteresownych, z pomiędzy niezachwianych katolików i jawnych reformatorów. Było to ostatnie jego królestwo, królestwo trwalsze i rzeczywistsze, niż było to, z którego wyzuł go Luter. Dla tej massy rozsądnych, i ku chwale naszego rodzaju, wtedy nawet licznych umysłów, Erazm był czołem i organem; a czemuż nie mam powiedzieć, królem? Jakiż bowiem poddany powiedział kiedy to o królu, co Nauzea, radźca króla Fryderyka, mówił o Erazmie: „Chociaż nas oddzielają od niego kraje, tak wielkie jego znaczenie, tak nas ciągnie do niego, że, czy to rozmyślamy, czy piszemy, czy dyktujemy, czy jemy, czy pijemy, czy śpimy, czy czy czuwamy, o nim tylko myślimy, jego obraz zawsze nam stoi przed oczyma. Rozpamiętywanie o tym wielkim człowieku pochłania wszystkie inne myśli słyszymy go, widzimy, każdego przybyłego zdaleka pytamy: czy żyje on jeszcze? Co porabia? Jak się ma? Co nam jeszcze nadeszle z nowej swojej Afryki“[33].
W rzędzie tych tak wylanych, tak czułych osób, które, jak się wyraża tenże Nauzea, przepadały za nim, liczył Erazm wielu królów. Ze wszystkimi znakomitymi ludźmi, przedstawicielami w całej Europie środkującej opinji między czystym katolicyzmem i buntowniczym protestantyzmem, w ciągu ostatnich dwóch lat swego życia Erazm codzienną listową prowadził korrespondencją. Największej liczby i najrozciąglejszych listów przedmiotem były wypadki, postęp reformy, dzieła wydane przez jej nauczycieli, właśnie między Erazmem i jego nieprzyjaciołmi: Stuniką, Redda, całą Sorboną. Radzono się go, proszono o informacją, kierunek; odpowiadał obszernie, rozwijając i rozbierając przedmiot, i listy jego były czytane i rozpowszechniane jak jakie traktaty. Znaczna ich liczba traktowała o stanie nauk; w wielu zawierał się sąd o znamienitych jakich ludziach świecką erudycją, albo biografie znakomitych zmarłych.
Trzecią kategorję składały listy, które on regularnie w pewny oznaczony czas posyłał do najpierwszych swoich przyjaciół, jako oznakę swojej u nich pamięci; były to cudne, czarujące; w nich zwykle mówił o swojem domowem życiu, o fizycznych tak męzko wytrzymanych swoich cierpieniach, o swojej starości, swoich studjach, i tych olbrzymich zdumiewających trudach. Do czwartego nakoniec rzędu należały wszystkie listy czystej grzeczności; odpowiedzi na pochwały; listy na prośbę tych, co się przed swoimi chcieli niemi pochlubić; listy hołdu królom i księżętom, w których, przez ich tajnych radźców, składał powinszowanie; listy dziękczynne za otrzymane od ważnych osób upominki. Na to wszystko starczyło Erazma.
Przedstawiam go sobie w maleńkim jego domku w Bazylei, w pobliżu frankfurtskiego rynku, w chwili wyprawiania swych listów i traktatów we wszystkie końce Europy. Napada na niego tak bolesny paroksyzm kamienia, że, jak się on smutnie wyraża, jeśli ma jakiego nieprzyjaciela, ten go powinien zaprzestać nienawidzieć i te męczarnie uważać za dostateczną pomstę za siebie[34]. Siedząc na swojem łożu boleści, słaby, trzęsąc się od febry, redagując swój list do Chrystofora, Bazylejskiego biskupa o wyborze pokarmów i innych punktach zakonnej karności, jednemu ze swych sekretarzy dyktuje różne listy do swoich przyjaciół. Czterech gońców czeka w Bazylei na jego odpowiedzi, jeden z Rzymu, drugi z Francji, trzeci z Hiszpanji, czwarty z Saksonji[35]. Jeśli był kiedy męczennik pracy, był nim zapewne Erazm. Niewolnik swej sławy, swoich przyjaciół, nieprzyjaciół, ciekawych, obojętnych, kiedy go wszyscy światli ludzie zachodniej Europy ogłosili naczelnym wodzem umiarkowanej partji, widział, że bez względu na czas musi umrzeć, i bez wytchnienia iść aż do końca; i on nie miał wolnego czasu, jedno owe dość częste godziny, w które napad choroby krępował mu ręce, usta i myśli.
Ale mój Boże, jakież to życie! Co to za skała Syzyfa wiecznie wtaczana na górę i z niej się staczająca! Nie znać żadnego dnia, o którym mógłbyś powiedzieć: należy do mnie! widzieć przemijające wiosny i lata, nieskosztowawszy tego, co nazywamy rozkoszą odrodzenia się i zapomnieniem starości; nie umieć rozróżnić jasnego od słotnego dnia, jedno przez zwolnienia i wzmagania się cierpień kamienia; wstawać każdy ranek z jedną i tąż samą trudnością podźwignąć się, z tą samą bryłą do toczenia, a kłaść się z żalem tego, co się zostawuje po za sobą, i tego, że odwidziny przyjaciół, czas spoczynku odjęły ci chwile; każdą noc przepędzać w owych dolegliwych marzeniach, z piersią przygniecioną wampirem, co to my nazywamy sławą, i który się wżera aż do kiełków twych myśli; nie być w stanie wydostać się z trudów, ale całe życie być do nich przykutym, jak rzemieślnik do swego warstatu; stracić uczucie samotności, ciszy, zebrania myśli, szczególnych roskoszy, których smak tępi się przez nieużycie; żyć zawsze z ludźmi, przez ludzi i dla ludzi, tak w przeszłości, jak i teraźniejszości, na łonie ich ksiąg, lub w warowni ich kłótni, i nie znać ani jednej z tych chwil, w które myśleć i czuć jedno i toż samo znaczy, gdzie się już nie żyje pamięcią i naśladowaniem, ale instynktem, i gdzie myślisz o Bogu, który nie jest ani Bogiem sekt, ani filozofów, Bogiem formuł, ani Bogiem systematów, ale Bogiem dobroczynnym, który niebo i ziemię napełnia życiem, każe przemawiać wszystkim istotom i wykonywać swój bieg wszystkim ciałom niebieskim; nakoniec przez pracę wpaść w powolną i trawiącą gorączkę, która cię robi niezdolnym do spoczynku; oto jakie było życie Erazma, jaka jego sława!
Życie Erazma było pasmem ciągłych podróży, przenoszenia się z miejsca na miejsce i czasowego bawienia w różnych stolicach i miastach Europy. Po długich wahaniach się osiadł nakoniec w Bazylei; skąd Niemcy i Francją zarzucał swemi pismami. Mając na celu zawsze swoją niepodległość i niechcąc nikomu zawdzięczać swego losu, osłabionem chorobami zdrowiem, starością, trudnością, wreszcie podróżą wymówiwszy się grzecznie od ofiarowanej mu gościnności przez Henryka VIII, Franciszka I, który mu złote obiecywał góry[36], Karola V i wielu miast i książąt, a nawet papieżów, którzy radzi byliby go widzieć obok siebie, przed innemi oddał pierwszeństwo Bazylei, jako środkującemu, spokojnemu i dobrze urządzonemu miastu, gdzie teologowie byli wyrozumiali i umiarkowanie i ścieranie się starych i nowych pojęć nie przejawiało jeszcze swojej gwałtowności. W niem żył Erazm spokojnie, poważany w towarzystwie tkliwego swego i dawnego przyjaciela Frobena i kilku innych. Wspierany groźną drukarnią tego znamienitego człowieka, kierował wszelkim religijnym i literackim ruchem w Niemczech, przez swój niezmiernie płodny jenjusz i ogromny wpływ, jak z ogniska roztaczał promienie na całą Europę, będąc przedstawicielem prasy swego czasu. On kochał Bazyleę; był tam otoczony publicznym szacunkiem, i za gościnność wywiązywał się miastu płodami swych trudów i swoją sławą; nęciły go tam i uczucia serca, jedno z dzieci Frobena, chrzestny jego syn, któremu dał imię Erasmius, imię, którego żałował, że sam nie nosił z dzieciństwa, jako więcej zgodne z grecką etymologią, niż Erasmus. Dla wychowania tego dziecka, wielkich, jak mówi, nadziei, pisał on krótkie książeczki i traktaty, jemu to mianowicie poświęcił swoje Rozmowy Colloquia[37]. Do Bazylei przykleił się Erazm i przyrósł, jak ostryga i gąbka do skały, odpowiadając bowiem kiedyś na czynione sobie przez mnichów podobne zarzuty niedbalstwa, że nie jest ani ostrygą ani gąbką, mówi sarkastycznie, że niedorzeczny jest taki zarzut od ludzi, którzy, codzień zmieniając pastwisko, tam spieszą, gdzie gęstszy widzą z komina dym i większe w kuchni ognisko“[38]. W roku nakoniec 1531 osiadł w Bazylei na stałe mieszkanie, i lubo Froben z otwartem sercem ofiarował mu u siebie i gościnność i nawet pensję, ni jednej, ni drugiej nie przyjął; kazał sobie kupić niewielki z dość obszernym ogródkiem domek z altanką w ogrodzie, do tej to altanki w pogodne dni uczęszczał Erazm nie dla wypoczynku, ale dla pracy. Z tego to skromnego zacisza wyszły nieoszacowane jego trudami wydania łacińskich i greckich pisarzy: Arystotelesa, Euripidesa, Ksenofonta, Demostenesa, Izokratesa, Plutarcha Luciana, z rzymskich: Cycerona, Katona, Seneki Liwjusza, Swetonjusza, Kurcjusza, Owidjusza, Plinjusza, Terencjusza, których dzieła uczone jego i biegłe pióro dla uczonego świata na nowo przystępnemi zrobiło; tu on okazał olbrzymią usługę religji i kościołowi opracowaniem dzieł celniejszych najznakomitszych greckich i łacińskich ojców kościoła, greckie tłómacząc na łaciński język, a jedne i drugie w poprawnym krytycznie tekście opatrzywszy objaśnieniami, mianowicie: Chryzostoma, Originesa, Bazylego, (Homiljusza), Cyprjana, Atanazego, Ambrożego, Arnoljusza, Augustyna, Hieronima i innych;[39] tu także sporządził krytycznie poprawiony grecki tekst nowego testamentu, jego także na język łaciński tłómaczenie z objaśnieniami, a nareszcie peryfrazą.
Pierwsza boleść, jaka mu zraniła serce w Bazylei, była nagła śmierć jego przyjaciela Frobena. Strata brata[40] nie tak była dla niego dotkliwą, jak strata tego człowieka, którego on kochał za słodycz jego w obcowaniu, za te usługi, jakie oddał pięknym naukom; kochał go za szczerość jego charakteru, nieskazitelność obyczajów, za umiejętne prowadzenie swojego handlu i wylanie się dla przyjaciół. Byłto człowiek bez żółci i niedowierzania, który wolał raczej być przez ludzi okradzionym, niż obrazić ich swojem niezaufaniem, niepomny na największe krzywdy, pamiętny najmniejszych sobie usług, słodki, przyjemny, przystępny więcej niżby przystało na gospodarza domu i ojca familji, i nieraz, łatwość go oszukać, skusiła chwiejącą się uczciwość niektórych osób. Erazm robił mu za to wyrzuty. Froben uśmiechał się i nazajutrz wpadał w też same sidła. W jednej rzeczy był on dość zręczny i przebiegły, to jest w sztuce znaglenia Erazma przyjąć od niego jakikolwiek upominek. Nigdy nie bywał tak wesół, jak w dzień, w który czy to podstępem, czy prośbami, udawało mu się dopiąć, by przyjaciel jego uległ tej słodkiej przemocy. Cała wymowa Erazma pierzchała przed jego nieodstępną bez końca delikatnością. Czy Erazm posyłał służącego kupić dla niego materji na nową suknię, Froben, zwietrzywszy to, jak się zabawnie wyraża Erazm[41], bez jego wiedzy z góry opłacał. Ni prośbami, ni groźbami nie dał się już nakłonić wziąć swoje pieniądze napowrót. To były jedyne ich kłótnie rzadko napotykane w świecie, mówi Erazm, gdzie każdy stara się ile można wyciągnąć najwięcej z drugich, a sam dać im jak można najmniej. Jego professja robiła mu naiwne ukontentowanie. Z pierwszemi próbkami druku sławnego jakiego pisarza, którego zamierzał wydać, z pewnym rodzajem zadowolenia i pychy i z rozpromienioną twarzą przybiegał do Erazma i drugich swoich przyjaciół, by im pokazać te próbki, jakby to za wszystkie jego prace i koszta druku jedyną było nagrodą. Wydania Frobena sławiły się poprawnością. Nigdy wreszcie nie drukował innych, jak tylko same poważne dzieła, i nie splamił swej pracy paszkwilami, jakkolwiek te stanowiły podówczas korzystny handel; nie chciał rozgłosu dla swojej sławy przez źle nabyte pieniądze. Jednego dnia, dostając z półki jakąś książkę, spadł z drabiny i bez zmysłów, ze ztrzaskaną głową zaniesiony do łóżka po dwódniowym umarł letargu. Na jego nagrobku dwa zrobił Erazm napisy, grecki i łaciński; oba dowcipne i tkliwe; rzadki przykład wzajemnego szacunku i przyjaźni między pisarzem a księgarzem[42].
To ustronie naszego uczonego nie zostało wszakże bezpiecznem. Groźniejszy nierównie niż śmierć Frobena wypadek znaglił go opuścić Bazyleę. Długi czas wstrzymywana reforma mądrem postępowaniem rządu i ograniczana tylko roztrząsaniem, znalazła nakoniec tam dość siły, by mogła się domagać publicznego jej przyznania. Erazm patrzał na to niechętnie; niczego nieśmiano przedsiębrać względem takiego człowieka, ktory tam żył pod rękojmią publicznej wiary; ale szemrano na niego we wszystkich kółkach, i najzapaleńsi dopytywali się, czy nie ma innego jakiego neutralnego miasta, gdzieby się mógł on ukryć z dwóznaczną swoją bezstronnością. Po za murami miasta przyjaciele jego katolicy użalali się, że pozostał w mieście zarażonem herezją; i chociaż on najbardziej niewyrozumiałych wszelkiemi siłami starał się w tej mierze uspokoić, chociaż widziano, jak on, w ciągu przynajmniej dwónastu dni, czytał pierwszą część niewydanego jeszcze traktatu Lutra, pisał na to odpowiedź, kazał ją wydrukować, potem przejrzał na nowo i przedrukował, żeby odparcie napaści przypadło w ten sam czas, co i napaść, i żeby w przeciągu czasu między dwoma jarmarkami, nie mogli tryumfować przyjaciele Lutra, że nikt się nie zjawił, coby jego zarzuty obalił[43]; nieprzyjaciele jednak głosili, że on na dwóch stołkach siada, by się wydostać z kłopotu, i że, przez tajemne pokątne porozumiewanie się z professorami i zdaniami swemi w odpowiedzi Lutrowi, sprzeniewierza się Bazylei. Ekolampadiusz (Hausschein)[44], jeden z przewodźców partji w Bazylei, który dotąd w dobrych wreszcie z Erazmem zostawał stosunkach, urażony za czynione niby sobie jego przycinki w rozmowie Cyklop, pierwszy dał powód do kłótni i hasło do zawichrzenia. A że ten człowiek zbyt obstawał za Lutrem, by mógł pozostać przyjacielem Erazma, i miał za sobą całe zastępy ludu gotowego do broni, Erazm widząc grożącą burzę zamyślał od tej chwili porzucić swoją zagrodę, i, chociaż więcej niż sześćdziesięcioletni starzec, rozpocząć na nowo tułackie życie.
Nim uśpiał porobić do tego potrzebne przygotowania, rewolucja wybuchnęła w Bazylei. Mimo świeży zakaz rządu od kilku dni zbierały się tam schadzki, i ludzie gwałtownie radzili rzucić się na katolickie kościoły i zniszczyć ogniem statuy papistów. Dla poparcia postanowienia rządu, katoliccy mieszkańcy miasta wzięli się do broni, schadzkowe tłumy uzbroiły się nawzajem i oba stronnictwa dla stoczenia bitwy już wystąpiły na plac. W porę wdał się w to senat; mieszczanie złożyli broń, toż samo i lud, ale tylko by po niejakim czasie znowu się wziąć do niej. Reformiści zawyrokowali zniszczyć wszystkie statuy i obrazy katolickiej religji. Całą massą z armatą wystąpili na plac i tam, w ciągu wielu nocy, śród powszechnej trwogi ogromne rozpalali stosy. Domy jednak i osoby szanowali; w niczem ich nie można obwinić, chyba tylko w nagłej ucieczce konsula, który ratował się w łodzi, i tym tylko sposobem uszedł śmierci, która go czekała, jeżliby dłużej pozostał w mieście. Inni także pouciekali z Bazylei, ale senat w jedną noc oczyściwszy się z katolickich swych członków pod karą utraty praw obywatelstwa wezwał ich do powrotu, co i uczyniło wielu. Nowa władza, wyszła z ludu, położyła koniec zamieszkom, i kazała rzemieślnikom bez najmniejszego warchołu to wszystko uprzątnąć, co tylko z ozdób kościoła mogło być zachowanem. Reszta zostawiona woli ludu, który teraz mógł zadośćuczynić swej nienawiści ku obrazom świętych. Co tylko było z drzewa, spalono; co z marmuru, kamienia lub metalu, podruzgotano w kawałki. „A to wszystko działo się z takiem najgrawaniem się, że ja się dziwię, mówi Erazm, że święci, co to kiedyś za maluczkie siebie obrazy, tak wielkie czynili cuda, teraz żadnego zgoła nie uczynili cudu[45]. Dwóznaczne słówko, a które można razem uważać i za ironiczny przytyk nieprzyjaciela świętych, i za pobożny wykrzyk zdumienia czciciela obrazów.
W ślad zatem msza w Bazylei i całej okolicy została zniesioną i pod karą śmierci zabroniono ją obywatelom tajemnie odprawiać w swych domach. Reakcja na tem się wstrzymała. Ludem przez swój wpływ władał Ekolampadjusz, a senat przestrzegał umiarkowania i zapobiegał gwałtom. Żadnego ani obywatela ani cudzoziemca nie pokrzywdzono, ani na osobie ani na majątku. Ale każdy dzień widziano nowe gwałtowne ruchy i nowe postanowiania senatu. Erazma ogarnęła bojaźń, posłał więc sekretnie prosić króla Ferdynanda, by mu kazał przybyć do siebie i dozwolił swobodnego przejazdu do swego państwa i krajów Cesarza. W tymże czasie, by zabezpieczyć się od grabieży, wyprawił przed sobą z małą eskortą swoje srebro, pierścienie, wazy i wszystkie cenne przedmioty, które zawdzięczał hojności znamienitych swoich przyjaciół. Potem nieco kazał otwarcie nająć dwie fury pod swoje księgi i manatki. Wkrótce i sam miał puścić się w drogę, ale w nocy tak silnego dostał kataru, że niepokojony o następstwa sekretnego przygotowania się do odjazdu, za co słusznie mógł się na niego gniewać senat, musiał pozostać w Bazylei.
Wieść o tem prędko się rozeszła, i już Ekolampadjusz wyraził swoje z tego nieukontentowanie. Erazm posłał go prosić siebie odwidzić; ten, tak był szlachetnym, przyszedł, i chociaż był teologiem i zwycięzcą, nie miał jednak za złe Erazmowi, że się z nim nie zgadzał w niektorych punktach podczas rozmowy, która się toczyła o teologji. Przyrzekł wreszcie Erazmowi swoją protekcję i imieniem miasta bezpieczeństwo, a nawet dla tysiąca słusznych powodów usiłował odradzić mu odjazd. „Ale, rzekł Erazm, wszystkie moje rzeczy są w Fryburgu. Dobrze więc, jedź i sam, ale daj słowo, że wrócisz. Ja zabawię kilka dni w Fryburgu, a potem udam się dokąd mię Bóg powoła.“ Pożegnawszy się i uścisnąwszy ręce rozstali się. Opuszczając Bazyleę, którą był przybrał sobie za ojczyznę, jeśli wierzyć, gdy już wsiadał do łodzi, w chwili, jak sądzimy, bardzo niepokojącej go względem uczuć ludu, który był świadkiem jego odjazdu, na pożegnanie tego miasta napisał łaciński czterowiersz, który, jak i podobny inny napisany przezeń po przybyciu do Fryburga, dziwnie maluje jego charakter, mieszaninę wesołości i tkliwej czułości; czemuż nie mam powiedzieć? charakter we wszystkiem pośredni, równie daleki od szalonych namiętności, jak i uczuć zbyt żywych. „{{roz*|Bywaj mi zdrowa Bazyleo, żegnam cię, któraś ze wszystkich miast w ciągu wielu lat najmilszą mi dawała gościnność. Z tej łodzi, która mię ma unieść, życzę ci szczęścia wszelkiego z całego serca, a nadewszytko, żeby do ciebie nigdy nie zawitał bardziej zawadzający gość, jakim był Erazm“[46].
Opuściwszy Bazyleę, zastał swoje bagaże czekające na niego w jednem u brzegów Renu miasteczku, skąd już lądem udał się do Fryburga w Bryzgowji. Władze tego miasta przyjęły go z największą czcią i uniesieniem, i imieniem Arcyksięcia Ferdynanda ofiarowały mu gospodę w jednym domu, w którym przepędził pierwsze chwile swojego pobytu. Z początku podobał mu się klimat; w Fryburgu zdawał mu się klimat więcej umiarkowanym, niż w Bazylei, gdzie od mgły z Renu krzepł nieraz i drżał, przeszywany nią nawskroś, jak się wyraża w kilku miejscach swych listów. Było to bezwątpienia złudzenie; zdawało mu się, że się pod lepszem znajduje niebem, bo się ratował od rozruchów w Bazylei, i że podróż, zmuszająca go przerwać prace, pokrzepiła nieco słabe jego ciało. Po kilku miesiącach pobytu pierzchło to złudzenie; z pracą, do której wziął się z większym zapałem, wróciła i słabość ciała, upadek sił, znużenie i wszelkie przykrości, co i najjaśniejsze zasępiają niebo, klimat zdał mu się też przykrym. Zwolnienie ostrych cierpień stanowiło dla niego zdrowie; było to po bolesnej chirurgicznej operacji, nieco snu, i tego przyjemnego znużenia, jakie się czuje po wielkich cierpieniach. „Pojednałem się ze snem, pisał on do jednego z przyjaciół czarującą łaciną[47]; a jednak ledwo się wlekę.“ Te były najlepsze jego dni, w tych to rzadkich i krótkich przerwach on już kończył, już rozpoczynał na nowo, już poprawiał swe prace, dla których dziś nie starczyłoby sił i dwóm najzdrowszym ludziom; pomijając liczne obszerne listy o punktach nauki, lub innych przedmiotach, które go ze znużenia bez cierpień, w nowe pogrążały męczarnie. Znał on to, mówił o tem i użalał się przed przyjaciółmi, a jednak nie porzucał pióra. Sława, ten okrutny tyran, więcej wymusza od ludzi, niż sama cześć, dobrze wiedząc o tem, chętnie człowiek dla niej poświęca swe życie, które stanowi wszystko, co tylko dać jej może; dla niej on powoli sam siebie zabija.
Prawie siedmdziesięcioletni Erazm, wyniszczony, wygasły, miał pewny rodzaj próżności przyspieszyć sobie to samobójstwo. Znał, że nieprzyjaciele każdy dzień puszczali wieści o jego śmierci, jeden od spadnięcia z konia, który mu roztrzaskał głowę, drugi z nieuleczonej choroby; bardziej śpieszni i niecierpiący zwłoki twierdzili, że już umarł i pogrzebion, wymieniając i miejsce i rok, miesiąc, nawet godzinę; przysięgając, że sami byli na kondukcie i własnemi nogami przydeptali jego mogiłę. Wiedział o tych wszystkich pogłoskach i odpowiadał na nie przywodząc w czynność wszystkie prasy Fryburga i Bazylei i zdawało się więcej nabierał życia, by większą obudzić niecierpliwość życzenia swej śmierci.
Nie koniec na tem; jeśli nie zajmował się sadzeniem i szczepieniem drzew, budował. Już to przez niezależność, by nikomu nie być obowiązanym, już by się wydostać z niezdrowego, opuszczonego i zrujnowanego pałacu, w którym go umieścił Ferdynand, kupił on sobie dom i zajął się jego przerabianiem, jakby na długi pobyt. „Gdyby ci powiedziano, pisał do Jana Rinkjusza[48], że siedmdziesięcioletni Erazm ma się żenić, pewniebyś się kilka razy przeżegnał. Tak Rinkjuszu, miałbyś ty słuszność. Otóż ja robię coś takiego, co jest równie trudnem, nie mniej nużącem i z moim charakterem i skłonnościami całkiem niezgodnem. Kupiłem sobie dom dość pozorny, ale wygórowanej ceny. Któżby wątpił, że rzeki wrócą do swego źródła, widząc, że ubogi Erazm, który nadewszystko przekładał literacką gnuśność, zrobił się pieniaczem, architektem, zawierającym ugody, budowniczym, i, porzuciwszy Muzy, cały zajęty cieślami, slósarzami, mularzami, szklarzami?“ Niestety! w tym domu nie ma i kącika, gdzieby mógł umieścić malutkie swoje ciało.“ Kazał w nim wygotować sobie naprędce pokoik z kominkiem i podłogą, ale swąd od wapna nie dozwalał jeszcze w nim zamieszkać. Otóż dwa ma domy, z których w żadnym bez niebezpieczeństwa, nie może pozostać; jeden ofiarowany przez księcia, ale opuszczony i niezdrowy, jak wszystkie domy ofiarowane przez grzeczność, drugi nieukończony, lub za świeży, żeby w nim bez narażenia swego zdrowia można było zamieszkać! A już się uskarża na biegunkę, która go ma porwać!
W tym samym czasie, kiedy wydatki jego się zwiększyły, dochody uszczupliły. Z dwóch pensyj, które pobierał z Anglji, dochodziła do niego ledwo czwarta ich część, bo bankierowie zawsze sobie część potrącali, a nieraz jeszcze i ta czwarta część bywała skradzioną na wielkiej drodze. Pensją z Flandrji skradł przyjaciel, któremu całkiem zaufał, i któremu powierzył swe życie. Co do pensji wyznaczonej przez Karola V, tej on nie otrzymywał ani grosza; „Czy nie powróci więc Erazm, pytał on sam siebie, do ewanielicznego ubóstwa“[49].
Chwila była po temu, by mu robić ofiary. Tylu książąt znużonych gadulstwem zwyczajnych swych teologów, życzyłoby rozerwać swoją nudę delikatną i dowcipną biesiadą z znamienitym starcem. Tylu wysokich dostojeństw prałatów, ubogich umysłów, pragnęłoby posługiwać się rozumem Erazma! Ale Erazma nie omamiają więcej obietnice; oto w pół wieku ledwo się dopiero przekonał, że obietnice wiążą tylko tego, kto je przyjmuje, a bynajmniej tego, co się z niemi oświadcza. Biskup trydentski, kardynał, Bernard, prosi go skorzystać z jego znaczenia u Ferdynanda: chce li posady, czy pensji? „Na coż mi kościelna godność? odpowiada Erazm. Byłbyto nadmiar ładunku na konia, który się chwieje. A co do zbierania pieniędzy, byłoby to pod koniec mego życia równym nierozsądkiem, jak w końcu podróży zwiększać swoje zapasy żywności. Całe moje życzenie mieć spokojną starość, jeśli nie wesołą i kwitnącą, jaką widzę, cieszy się wielu.“
Paweł III Papież życzył mieć w kollegium kardynałów jakiego uczonego erudyta; zagadano o Erazmie. Ale mu zarzucano naprzód stan jego zdrowia tak mało odpowiedny obowiązkom kardynalstwa; powtóre szczupłą jego fortunę: trzy tysiące dukatów dochodu stanowiły nieodzowny warunek kardynalstwa. Przyjaciele Erazma prosili, żeby mu poruczono jakie kościelne obowiązki, z którychby dochód uzupełnił wymaganą dla kapelusza cyfrę. O tych zabiegach ich dowiedział się Erazm, i ostro zganił. Do czego chcieć nawalić kościelne obowiązki na człowieka, który każdy dzień spodziewa się umrzeć i który nieraz życzy sobie śmierci, tak jego boleści były okrótne! „Ja zaledwo odważam się przestąpić próg mojego pokoju, mówi on, a perspektywa iść z siłą nawet oślą mię przeraża. To wychudłe i prześwięcające się ciało moje, może tylko przetrawionem oddychać powietrzem, a chcą, żeby tylu nieszczęściami przygnieciony człowiek robił zabiegi o obowiązki i kapelusze“!
Wymówka ta i niezgadzanie się były szczere. Sumienie jego, skłonności, chęć wytchnienia w ostatnich dniach życia, wszystko mu wzbraniało tej zapóźnej dumy. Jakieżby on zadał kłamstwo całemu swemu życiu, jeśliby go ujrzano obleczonego w purpurę, jego, który kiedyś tak uwielbiał prostotę pierwiastkowego kościoła, w tej pochwale przytykając nieznacznie bogactwu prałatów i przepychowi ich życia? Jakżeby on figurował w procesjach, lub konklawach, postępując za wysokimi kardynałami, wystrojonymi jak baronowie na wojnie, i kierującymi swymi dziarskiemi końmi, jak cesarscy paziowie, on złamany starzec, wsadzony na muła między dwóma żokiejami, albo jak kobieta niesiony w lektyce?
Czyż nie przyszłoby się mu uczyć obłudnego i popędliwego języka prałatów rzymskiego kościoła i z apostolczą żarliwością powstawać na reformę, jemu, co to o niej mówił zawsze swobodnie i tak wyśmiewał fałszywą żarliwość, zapędy i obłudę? Nie więcej go nęciły i pieniądze, jak posady. Niczego mu więcej nie było potrzeba, jak tylko mieć czem opłacić swoich służących, ogrzać pokój bez pieca, kiedy niekiedy wypić łyżkę starego burgundskiego wina zaprawionego lukrecją, posłać przywołać natychmiast najlepszego miejscowego lekarza, być w stanie bez pomocy Frobena odnowić swoją suknię i futro, utrzymać kilku gońców na wielkich drogach Niemiec i Flandrji; czegoż mu więcej było potrzeba.“
Siedm lat przepędził w Fryburgu, śród nieprzerwanych prawie cierpień i prac bez wytchnienia; miał razem na swym, karku i cyceronistów i luteranów, wielką kłótnię religijną i wielką swego czasu kłótnię literacką. Lutra i Budeusza, i dwie czy trzy zarazy, które około niego porwały jego przyjaciół i jego służących. Nieszczęścia te stały się nie do przeniesienia. Pomału ten słodki humor i to nawyknienie do miłej sarkastyczności, jaką nie tracił i wśród cierpień, zastąpiła miejsce jakaś smętność pełna przeczucia. Chciało mu się znowu widzieć prawdziwą swoją ojczyznę Bazyleę, mały ogródek Frobena i ową altankę, w której przetłómaczył kilka dzieł Chryzostoma; chciał dopatrzyć druku swojego Ekklezjasty, którego oddał do drukarni Frobena, jakby ostatni hołd Bogu i ludziom.
Cały miesiąc Maj 1525 r. tak nieznośne cierpiał boleści, że lekarze, nieumiejąc temu pomódz, radzili mu zmienić pobyt. Na noszach więc dostawiono go do Bazylei, jedynego miasta, które on pokochał, bo w niem znalazł swobodę i przyjaciół. Przed siedmiu laty opuścił je niespokojne, zagrożone zamieszaniem; znalazł teraz ciche, spokojne w karbach poważnych obyczajów, a całą jego ludność w pierwszym zapale ku nowej wierze. Przyjaciele przygotowali mu taki pokoik, jaki, wiedzieli, że lubił: nie wielki, bez pieca, i na piętrze. Z początku poczuł ulgę; to przeniesienie się mu posłużyło; ale potem w miesiącu Sierpniu, w którym to najmniej do roku umiera ludzi i umierający nie tracą nadziei, „tu, pisał on, nie tak mi źle, jak pierwej, bo powiedzieć, że dobrze, nie mam nadziei, przynajmniej w tem życiu.“
Niezważając na to, robił jeszcze projekta. W liście swoim od 17 Maja 1536, prosi niejakiegoś Bonsalot, skarbnika, wydostać ze złego procesu Gilberta Kognata, kiedyś jego służącego, który mu, jako posiadający francuski język, będzie bardzo potrzebny w podróży do Bezanson. Życiopisarz Erazma Beatus Renanus niesłusznie mu przypisuje zamiar udania się do Brabancji, dokąd go wzywała węgierska królowa Marja. Brabancja zbyt była blisko Lowanium i jego teologów. Erazm chciał w Bazylei ukończyć swego Ekkleziastę, a potem udać się do Bezanson, gdzie, wiadomo, oddawna spisywał się z senatem, i który należał do krajów Cesarstwa. Bazylea nieco go niepokoiła; miał w niej najlepszych przyjaciół, ale, za powrotem, więcej nieprzyjaciół, niż w Fryburgu. Zresztą mogła go śmierć zaskoczyć w tem heretyckiem mieście, a nie chciał, żeby śmierć jego stawiono w kontraście z jego życiem. Człowiek pośredni aż do końca, wybrał był miasto bez wyraźnej barwy, gdzie rzymski katolicyzm żadnych nie mając ważnych nieprzyjaciół, wolny był od przesady i uniesień walki. Bogu podobało się inaczej. Ten niewielki pokoik, jaki mu w Bazylei urządzili jego przyjaciele, miał być pokoikiem i jego śmierci. Reforma, której zapędy wstrzymywał on przez dwanaście lat, miała mu oddać ostatnią posługę, i przeciw katolikom stać się pokładnicą tak tajemnicy ostatnich jego westchnień, jak i jego grobu złożonego w Bazylejskiej katedrze już zamienionej wtedy w protestancki kościół.
Śród tych wszystkich myśli zaskoczyło go śmiertelne przesilenie. Z początku nie myślał, że umrze; bo od kilku lat każda choroba zdawała mu się ostatnią, a nawyknienie do niebezpieczeństwa czyniło mu je niestrasznem. Pomimo więc najokrótniejszych boleści, i w krótkich przerwach, kiedy chorobach zdawało się zwalniała, kontynował pisać o czystości kościoła i krytyczną poprawę Origenesa. Ale styrany ciągłemi trudami, okrótnie wyniszczony boleściami podagry i kamienia, wycieńczony przytem przeciągłą dyzenterją, nagle stracił siły, wypuścił z rąk pióro i uznał siebie pokonanym. Zrobił to, jeśli tak można się wyrazić, z ujmującym wdziękiem, aż do ostatniej chwili zachowując tę słodką i życzliwą ironję, która była naturalną cechą jego myśli. Kiedy na kilka dni przed jego śmiercią, przyszli go odwidzić przyjaciele, zapytał ich uśmiechając się: „gdzież wasze rozdarte szaty, gdzie popiół, którym macie posypać swe głowy.“ Ku wieczorowi 15 Lipca 1536 r. zaczęła się agonja. Podczas tej walki, ostatniej ze wszystkich walk człowieka, słyszano go po kilka razy powtarzającego po łacinie i po niemiecku te wyrazy, którymi chrześćjański filozof i teraz odstrychał się od katolickiego dogmatyzmu: Mój Boże, wyzwól mię! Boże mój, zakończ moje cierpienia! Boże mój, zmiłuj się nade mną. Te były ostatnie jego jęki. Około północy wyzionął ducha.[50]
Całe miasto, konsul, senat, profesorowie akademji towarzyszyli pogrzebowemu pochodowi. Uczniowie zanieśli jego zwłoki i złożyli w katedralnym kościele, niedaleko chóru, w kaplicy dawniej poświęconej najświętszej Pannie. Bazylea zachowała dla Erazma pamięć matki dla przysposobionego syna. I po dziś dzień pokazują tam dom, w którym umarł Erazm, jego pierścień, pieczątkę, szpadę, nóż, testament własną pisany ręką, w którym swój majątek przeznacza dla starych i słabych ubogich, dla panien na wydaniu, a których ubóstwo mogłoby wystawić na niebezpieczeństwo ich niewinność, dla chłopców dobrej nadziei; testament, który nie jest ani testamentem dogmatycznego katolika — tenby wszystko odpisał klasztorom, ani reformisty — któryby swoje dziedzictwo poświęcił na rozprzestrzenienie nowej religji; ale człowieka kochającego dobro, i umiejącego go robić, słowem człowieka pośredniego we wszystkiem; nakoniec widzieć tam można jeden z jego portretów, dzieło pędzla sławnego Holbejna[51].
Tu byłoby miejsce treściwy i ostateczny skreślić obraz Erazma. Mało historyków może się oprzeć pokusie w kilku zwięzłych treściwych wyrazach zawrzeć charakter i życie wyższych ludzi; i, jak mówi poeta, zważyć w swem ręku sławę Hannibala. Tego rodzaju obrazy mogą robić cześć talentówi malarza, ale prawda, jeśli przytem niczego nie traci, tedy pewnie i nie zyskuje. Zapewne ogólny rys znamienitych ludzi, którzy działali pod wpływem namiętności i żądzy jedynie bardzo wielkiego czynu, może mieć więcej prawdziwych stron i nie być umiejętnem tylko ćwiczeniem stylu. Ale co do ludzi wyższych, których sławę stanowiło wiele zrozumieć i pojąć, a mało twierdzić, i którzy działali więcej rozwagą niż namiętnością, rysy takich ludzi zbyt są liczne, zbyt rozmaite, tyle mają odcieni, że nie dałyby się ująć w odpowiedne ramki. Któżby śmiał sobie pochlebiać, że w kilku głównych rysach potrafi przedstawić Erazma, niegrzesząc ani przeciw historji, ani przeciw ludzkiej naturze? Jest to obraz do niewykonania, do czego nie czujemy się na siłach; nawiasem tylko chyba powiemy, że szczerość, niepodległość umysłu, z trochą ironji, nieodstępnej towarzyszce wesołości, stanowiły główne cechy charakteru Erazma. Wstrzemięźliwy, nieprzyjaciel zbytku, do przymiotów swoich liczył szlachetność, a do cnót dobroczynność. Zarzucano jego obyczajom w młodości, i, ponieważ tu nie piszemy jemu panegiryku, trzeba powiedzieć prawdę, że jeśli dał się kiedy powodować swej skłonności do płci pięknej, natychmiast rzucał te niegodne siebie więzy, które go nigdy nie robiły niewolnikiem. Usterki jego młodości były chwilowe, okupione rzeczywistemi wielkiemi cnotami, zgładzone cierpieniami starości. Co pozostało po Erazmie, nigdy nie zaginie; jest to pomnik wzniesiony przezeń naukom i prawdzie. Szlachetny jego obraz stoi w oczach potomności jak graniczny słup między cywilizacją i dzikością, oświatą i ciemnotą, na którym chciałoby się czytać napis, który on jeden mógł zastosować do siebie: cedo nulli — nikomu nie ustąpię.
Krytyk, któryby patrzał na niego przez ledwo dającą się przejrzeć mgłę, przez jaką właśnie widzimy niedokładnie jego epokę, i któryby nieczytając go, sądził o nim z samej tylko bardzo zamglonej i niepewnej opinji, jaka pozostała po nim w ludzkiej pamięci, mniejby się być może wahał i zrobiłby fałszywy szkic tego wielkiego człowieka. Ale kto go badał w jego dziełach, kto poznał to wielkie życie, całe spisane w ścisłem znaczeniu tego wyrazu, to jest którego wszystkie myśli i wszystkie czynności odbiły się na papierze, ten nie będzie się kusił o tak łacną cześć, i woli wyznać, że go krępuje różnostronność osoby, niż ją gwałtem wsadzić w zbyt ciasne ramki.
W życiu Erazma daje się spostrzegać jednoczesność pomysłu i wydania jego na jaw. Tylko Froben drukował w miarę, jak myślał Erazm. Zaledwo jaką myśl rzucił on na papier, już ona nie należała do niego: robotnik Frobena przychodził mu ją zabrać i jeszcze nie zaschłą niósł do prasy. Chciwa publiczność nagliła polemika pisarza do niepodobnego do wiary pośpiechu w pracy, i on puszczał w świat niewyrobione, niewykończone swoje pomysły, a przyjaciele i nieprzyjaciele wyrokowali o nich jakby dokonanych z namysłem i rozwagą. Stąd surowi krytycy upatrają w nim wiele sprzeczności, niepomni, że gdy człowiek spostrzega się i swój błąd poprawia, nie można tego nazwać sprzecznością, chociaż ta jego sprzeczność więcej była w wyrazach, niż w rzeczach, a częściej w faktach, śród których żył Erazm, niż w samym Erazmie. I któryż publiczny człowiek nie był czasem sprzecznym sam z sobą? Uderzających wreszcie i że tak powiem wołających sprzeczności nie ma, są one raczej podobne do falujących przypływów i odpływów tego badawczego umysłu, którego myśl długo śledziła wszystkie punkta fałszu i prawdy, nim się ostatecznie utwierdziła we względnej pewności.
Piękny byłby obraz Erazma, gdybyśmy go schwycili w stanowczych tylko chwilach jego życia, kiedy po rozwadze i pod zmiennemi wrażeniami, jakie na niego wywarły wypadki, dobitnie i jasno opisuje to, czego od niego można było oczekiwać, i o ile mu pozwalała wewnętrzna wiedza. Piękny także byłby obraz jego moralnych przymiotów, gdybyśmy wykazali te tylko jego czyny, w których był najwięcej niezachwianym, i przebaczyli mu pewne słabości, które były w obyczajach jego czasów, jak naprzykład te prośby o pieniądze niehańbiące w ową epokę, kiedy przyjętem było, żeby człowiek prosił o chleb, kiedy mu go brakowało, a nie było w modzie rzucać się z okna lub topić. Ale obraz ten w pewnych względach wierny, nie byłby kompletnym. Rościągać zaś go do czynności podrzędnych, do cnót i słabości, domniemań ustalonych i wrażeń niestałych, do charakteru i temperamentu, byłoby to nie obraz skreślać, ale pisać historją. W rzeczy samej jedna tylko historja możliwą jest o tych olbrzymach, których myśl dotykała wszystkiego, i którzy wpływali na swój wiek więcej przeczeniem niż twierdzeniem; taki tylko obraz Erazma byłby rzeczywistym. Historja takich ludzi, jeden tylko chronologiczny wykaz ich intelligencji, więcej byłby pouczającym o ludzkości, niż historja całego nawet jakiego narodu. Ale gdzież się znajdzie pisarz dla tak pięknego zadania? Wreszcie my żyjemy w czasach, w które tego rodzaju zadania nie wielu interesują. Dzieciom brakuje dziś czasu poznać swoich rodziców, i my nie znając trzech ćwierci przeszłości, śpieszymy do niepewnej przyszłości.
Na płody literackie Erazma nie należy zapatrywać się z punktu widzenia sztuki; mówiąc właściwie w dziełach Erazma nie ma sztuki; jest w nich bystry rozum, imaginacja, porządek, żywość, wytworność, kwiecistość, ale to wszystko jeszcze nie stanowi sztuki. Delikatny owoc tysiąca odpowiedniości, z których jedne zależą od szczęśliwego daru pisarza, drugie od jego epoki, w którą żył i języka, w jakim pisał, sztuki w ścisłem znaczeniu tego wyrazu nie można znaleść w pisarzu, który pisze nie w macierzystym języku, i w epoce jeszcze tępego naukowego poczucia, ale który gromadzi materjały, z jakich w szczęśliwsze epoki ma powstać piękna i trwała budowa sztuki. Jak sam Erazm, tak i ci wszyscy znamienici ludzie, co się ukształcili i rozwinęli przez czytanie dzieł własnych, byli tylko filologami, niektórzy obdarzeni przymiotami wyobraźni, co to siłą zapału i uniesienia w uczonym języku stworzyli pewien rodzaj naturalnej wymowy. Ale najlepsze ich dzieła nie wytrzymałyby rozbioru krytyki, któraby swoje zasady i swoje piękności poczerpnęła z arcydzieł epok prawdziwie uczonych, gdzie rodowity język, wynikły z kraju i narodu, w dojrzałe i wykończone formy ujął ów ogólny zasób pojęć, który kolejno raz poraz zasila wszystkie literatury. O takich więc ludziach, a najznamienitszym ze wszystkich Erazmie, sądzić należy z punktu czysto historycznego; trzeba im oddać sprawiedliwość za to raczej, co oni przygotowali, niż za to, co zrobili; raczej za ich poszukiwania i badania, niż twory.
Do Lutra największa część pism Erazma była naukową. Religijne spory zaskoczyły go śród badań tak świeckiej jak i świętej filologji; wtedy bowiem nauki i, jak je nazywano, nauki piękne, wyzwolone, stanowiło badanie współczesne, tak starożytności świeckiej, jak i chrześćjańskiej. Erazm mając wtedy czterdzieści lat wieku, z nich dwadzieścia lat poświęcił pracom nad gramatyką, leksykologją, urządzeniem szkół, i tu i owdzie przeciw-barbarzyńskiej[52], jak ją nazywał, polemice naukowej, wręcz występując przeciw niewiadomości i duchowi zawiści mnichów. Kiedy był oddany do Dewenterskiej szkoły założonej przez znamienitego Rudolfa Agrykolę, tknąć się języka i literatury greckiej było wtedy jeszcze herezją. Liche elementarne książki, kuchenną pisane łaciną z podziałami i subtelnościami na wzór Tomasza i Skota; retoryka mająca włożyć młodzież do rezonowania ze wszystkimi pozorami rozumowania, a nadomiar nieszczęścia, żadnego dawnego, to jest starożytnego pisarza, któryby mógł jej umysł sprostować, to stanowiło całą publiczną instrukcją w Niemczech i Hollandji, we Francji i Anglji.
Włosi wybrnąwszy wtedy z barbarzyństwa z pogardą patrzali na całą zachodnią Europę, i jak w czasy dawnej Romy, wszystkich, co żyli po za Alpami, uraczali nazwą barbarzyńców. Skarbów swoich strzegli oni dla siebie, i jak bywa: psuli je, już przez tę dziwną pretensją samym jednym je rozumieć, jak i śmieszną dumę inicjatywy, która traci pojęcie swych własnych tajemnic. Tymczasem Niemcy dotarli i wdarli się w przybytek, i przynieśli z sobą kilku greckich i łacińskich pisarzy. Niemcy już stały się krajem głębokiej i wytrwałej filologji; w krótkim czasie mogły już swoich uczonych stawić przeciwko uczonym Włoch, i swoje wydania przeciwko ich wydaniom. Była to bolesna rana dla Włoch i to swoje nieukontentowanie wykazywali, ubiegającym się o uczone stopnie w uniwersytetach zadając temata, w których łaskawym przeciwnikom dowodzili wyższość Włoch przed Niemcami, Rzymian przed barbarzyńcami.
Erazm uczeń Hegiusza, ucznia także sławnego Rudolfa Agrykoli, kontynował dzieło tych dwóch znakomitych nauczycieli. Ale obdarzony więcej czynnym i przedsiębiorczym jeniuszem, bardziej niecierpiący przeszkód, zamiast swoją wiedzę i swoją gorliwość zamknąć w murach szkoły, za pośrednictwem prasy wystąpił z niemi przed całą publicznością Niemiec, Anglji i Francji, które chciwie otworzyły oczy na te promienie przyjemnego światła powziętego z Włoch, pomimo dziką chęć uczonych tego kraju, trzymać je pod korcem. W kilku satyrycznych pismach, alluzjach i listach wyśmiewając mnichów i wszystkich uprzywilejowanych głupców, co się żywili ciemnotą, dotykał jednocześnie wszystkich punktów początkowego i wyższego wychowania, wydając swoje przekłady z greckich i łacińskich pisarzy[53], gramatyki i słowniki[54], ogólne i specjalne traktaty[55] i skazówki uczenia[56]. Sięgając nawet za obręb nauk, już przekładem traktatów Galliena, już swojemi deklamacjami o medycynie, starał się tę sztukę wydostać z zamętu empirizmu i astrologji, jakowy obrażał przynajmniej rozum, jeśli nie więcej zabijał ludzi niż medycyna uzasadniona. Większa część tych dzieł i traktatów pisanych już w kształcie dyalogów, już z okazałością poważną i zaszczyconą nazwą deklamacji, na wzór deklamacji starożytnej, to podzielonych na krótkie i treściwe rozdziały, to przeplatanych przykładami służącymi do zrozumienia i zatrzymania w pamięci prawidła, kształcąc umysł młodzieży silnie budziła jej wyobraźnią. Erazm posiadał tajemnicę rozpowszechnienia dzieł pouczających, umiał on pisać i przyjemne i razem pożyteczne księgi.
Z innego niemniej wzniosłego poglądu, którzy i dziś jeszcze mógłby być stosownym i w porę, w tymże czasie, kiedy pisał traktaty dla uczenia młodzieży, nakreślał plany wychowania[57], i w tym celu tłumaczył dla niej najlepsze starożytne, moralne dzieła[58]. W przedmowie pisanej w r. 1524, klasyfikując swoje dzieła dla kompletnego ich wydania, dzieli swe naukowe dzieła na dwie kategorje, jedna zamyka dzieła do uczenia, druga, dzieła wychowania. Mały jego traktat o obyczajności dzieci, napisany dla księcia Were, Henryka Burgundzkiego, jest księgą pełną wdzięku i zdrowego sądu, w której zajmujący się tym przedmiotem ku swemu zdumieniu znaleźliby to, co im się zdaje rzeczą świeżą, że tak powiem tylko wczorajszą, a co od trzechset lat spoczywa w tej księdze dla tego, że martwy język więzi wyrażone w niej myśli.
Naczelnem dziełem tak dla sławy Erazma, jak i dla wpływu, jaki ono wywarło na kierunek nauk, były jego Przysłowia. Wielu nie wie, co to za księga, i być może, nie można im tego mieć za złe; jakaż bowiem rzeczywista, żywa, silna myśl wyraźnie przebija się w przysłowiach? Co może nas nęcić do tego zapomnianego dzieła wyższego umysłu? A jednak, mówiąc bez przesady, ta księga czas niejakiś oświecała koniec piętnastego i początek szesnastego wieku. Przedstaw sobie starożytnej mądrości przysłowia, zdrowego ludowego zmysłu, wyjęte z ksiąg greckich, łacińskich, hebrajskich, tłumaczone i objaśnione przez Erazma, zaprawione dowcipnemi jego własnemi myślami, jego doświadczeniem i sądem i całą tą praktyczną mądrością, jaka tylko była w jego epoce. Była to księga niezmiernie ważna dla przyszłych losów nowożytnych literatur. Było to pierwsze odkrycie tych dwóch faktów, że rozum ludzki jest jeden, że człowiek nowożytny jest synem człowieka starożytnego, i że literatury są tylko składem ludzkiej mądrości. Poprzedzająca Erazma epoka z całej starożytności zatrzymała i przyswoiła sobie jałowe jakieś formuły, o które ścierano się po szkołach na pięści; wyrazy zastępowały miejsce pojęć i myśli, litera miejsce rozumu. Przychodzi Erazm, i w jednej księdze wskrzesza dawniejszych czasów obyczaje, zwyczaje, życie prywatne i publiczne, dowcip, imaginacją i zdrowy zmysł; pokazuje, że cała mądrość jest spadkiem po nich, że całe światło od nich pochodzi, w licznych porównaniach dawniejszych i współczesnych rzeczy, daje widzieć ich rodowód, spólność pochodzenia, naturalne następstwo i wynik ostatnich z pierwszych, i jakim sposobem zdrowy rozum ojców może ich dzieci ustrzedz od usterków i błędów. Taki był skutek tej księgi, jeżli mam wierzyć przeważnym i wiele znaczącym pochwałom, z jakiemi ze wszech stron o niej się odzywano, a szczególnie pełnemu wyrazu i znaczenia wyrokowi znamjenitego Budeusza. „Przysłowia, mawiał on, jest to skarbnica Minerwy[59], do której się udajemy jak do ksiąg Sybilli“. Ocenienie trafne i sprawiedliwe, pokazujące wyraźnie przedmiot księgi, i mierzące jej wartość powszechną praktycznością. Pomysł ten w jednej księdze i jak się wyrażał Budeusz, w skarbnicy Minerwy, zawrzeć cały rozum starożytnych czasów, tak był powszechną potrzebą epoki, że w tymże czasie, kiedy Erazm gromadził do Przysłów materjały, Polidor Wirgiliusz pisał także traktat o przysłowiach. To współubieganie się miało, zda się z początku poróżnić go z Erazmem; ale po kilku wzajemnych objaśnieniach stali się oni najlepszymi przyjaciołmi. Pomysł więc tej pracy należał do wszystkich postępowych umysłów; ale wykonać go i zrobić popularnym mógł tylko jeden Erazm. Liczba greckich i rzymskich przysłów, które zebrał z najlepszych starożytnych pisarzy, przechodzi 4000, a z dołączonemi przezeń objaśnieniami stanowi cały spory tom w arkusz[60]. Że do tego zbioru weszło wiele zmysłowych, obrazowych sposobów mówienia, jak n. p. ukłóć w gniazdo os, (irritare crabrones), i moralnych maksym, które, gdy im odbierzesz pewną, stałą, obrazową formę, nie należą do rzędu przysłów, trzeba go w tem uniewinnić, bo mu szło więcej o poznajomienie ciemnych swoich współczesnych z jak największą liczbą, ile można, wyobrażeń, niż o podanie zbioru przysłów, któreby w ścisłem znaczeniu słowa, były przysłowiami. Dziś już jest przyjęta zasada o każdym pisarzu sądzić z celu, jaki miał przy napisaniu swej księgi. Gdyby więc, chciał kto dzisiaj sporządzić zbiór greckich i rzymskich przysłów, tedy przy dzisiejszem bogactwie myśli i wielkiej znajomości klassyków, musiałby ten zbiór inny wcale mieć cel, niż praca Erazma, i stosownie do tego innego celu, inne musielibyśmy mieć po nim i wymagania. Objaśnienia jego i przypisy do Przysłów często w sobie zawierają tak obszerne ustępy o politycznym i religijnym stanie jego czasu, pełne satyrycznych, ostrych czasem, alluzyj do postępków książąt, a szczególniej do uczoności potwornej teologji scholastyków. Pracę tę wysoce cenili współcześni i podziwiali niezwyczajną jego oczytaność i dokładną znajomość zwyczajów, obyczajów i instytucyj starożytnych, niepostrzegając, że ta jego znajomość bardzo była ogólną i powierzchowną i nie połączona bynajmniej z koniecznem i krytycznem odróżnieniem czasów i okoliczności. Nie przeczył temu on i sam, owszem nieraz zeznawał, że więcej myśli wylewa, niż wyrabia, i że mu łacniej księgę napisać, niż ją przejrzeć i poprawić[61]. Ale ta ogólność i powierzchowność znajomości starożytności, jak i liczne innego rodzaju błędy[62], których się dopuścił, dają się uniewinnić nowością podówczas tych studjów, i oraz brakiem słowników i dobrych wydań. Mogło to wreszcie pochodzić z właściwego jego charakteru, ale nie można wątpić, że do tego pośpiesznego traktowania przedmiotu przyczyniła się też chęć sławy i ile można najwięcej i najprędzej przez pisma nauczyć drugich i zmusić czytelnika do własnego rozmyślania. Dla tego to właśnie tyle mu przyniosło ukontentowania i przyjemności zebranie i objaśnienie przysłów i maksym, przez co kształcił swój styl, wzbogacał się w wiadomości, i już ten sam skutek sprawiał w drugich, już obudzał w nich smak do klassycznej literatury[63].
Oprócz Przysłów wydał on jeszcze podobne dwa dzieła: Zbiór przypowieści[64], wyjętych z Arystotelesa, Pliniusza i Seneki[65] i zbiór krótkich zwięzłych i trafnych maksym czyli apoftegmatów[66], wyjętych najwięcej z Pliniusza, wyłożonych parafrazą i objaśnionych miejscami innych pisarzy. Zbiory te, które wedle swojej natury nie są dziełem pewnego oznaczonego czasu, a które mogły by być zebrane przy największej tylko jego uwadze tego wszystkiego, co czytał, przeważny i istotny wywarły wpływ na własny jego sposób pisania i wysłowienienia się. Bo gdy czytając klassyków, szczególnie zwracał on swoją uwagę na wydatne wielkie myśli, zdania, maksymy, krótkie obrazowe sposoby mówienia, stare bajki i moralne zdania, wszystko to przeniósł i w swój sposób pisania, który stał się przez to bogatym w myśli, popularnym i pełnym maksym. Zresztą ta chęć jego układania zbiorów (collectanea) i w zmienionym nieco stroju ogłaszać je drukiem, zdaje się pokazała się i samemu już jemu podejrzaną, jako zapewne niebędąca znamieniem uczonego, szukającego jedynie prawdy i jasnego przekonania się; gdyż przyznaje się, że sam nie wie, jaki to duch tak silnie go do tego pobudził[67]. —
Sąd jego o starożytnej literaturze jest wyrównaną i przesadzoną pochwałą, i dziś nie możemy się nań zgodzić. Tak bowiem mówi o Cyceronie: „Pism jego o starości, przyjaźni, powinnościach i badań tuskulańskich nie mogę czytać, nie całując ich i nie oddając hołdu czci tej pobożnej duszy, boskim natchnionej duchem. Pierwsze miejsce należy się bezwątpienia księgom pisma św., jednak i u pogańskich pisarzy nieraz natrafiam na tak czyste, święte i boskie wyrazy, że przekonany jestem, że duch boży ożywiał pierś tych mężów, gdy to pisali. Duch Chrystusa dalej ani wątpić działa, niż sobie wyobrażamy, i wielu może należeć do rzędu świętych, którzy w naszych spisach nie są zamieszczeni.“ A przytoczywszy owe słowa Sokratesa, które ten mędrzec wyrzekł przed samą śmiercią: Nie wiem czy nasze dzieło Bóg pochwali; to pewna, że wszelkiemi siłami staraliśmy się mu podobać. Mam atoli nadzieję, że on nasze usiłowania za dobre policzy, powiada: „Słysząc te wyrazy wstrzymać się nie mogę, bym nie zawołał: święty Sokratesie módl się za nami. Równie mam za święte i dusze Wirgilego i Horacego“[68]. Jeśli żydzi przed objawieniem Ewanielji, mimo swą grubą i zamgloną w rzeczach boskich łatwowierność, mogli być zbawionymi, czemuż być nie może zbawionym i poganin, który nie znał nawet zakonu Mojżesza, chociaż przy grubej swej znajomości, zwłaszcza skoro żył nie tylko cnotliwie, ale święcie? Jeźli kto zarzuci, że on jest sługą bałwanów, którym palił kadzidła, odpowiadam, robił to, być może nie z własnego przekonania, lecz z panującego zwyczaju i żeby zadość uczynić obrzędom ludowej religji.“
Gdyby takie zdania dziś były wypowiedziane, sprawiedliwie byłyby uważane za przesadzone, a we względzie chrześćjańskiego sposobu myślenia, za zuchwałe. Ale wtedy, kiedy wielkie, szlachetne, głębokie myśli, które znajdywano u starożytnych, wcale były nowe i w tak ogromnej sprzeczności z panującą czczością myśli, ubogim i niepodobnym do wiary sposobem myślenia wieku, w którym naukę moralną miano za religję, a chrześćjaństwo za najlepszy moralny systemat, jeśli nie dają się usprawiedliwić, tedy zapewne uniewinnić. Szkodliwych skutków nakoniec, jakie z tego przeceniania i uwielbiania i wynikającego z niego zbyt wielkiego wpływu klassycznej literatury na właściwy i samoistny rozwój Zachodu i na nauki wyniknął, Erazm wtedy nie mógł jeszcze przewidzieć.
Dla wykształcenia wdzięku potocznej mowy przyczyniły się szczególnie jego poufne rozmowy, które on mianowicie, jeśli nie jedynie, w tym celu napisał. Całkowicie wyszły one dopiero w r. 1524. Nie można ich czytać nie zachwycając się niewymownym wdziękiem i giętkością wyrażenia; zdumiewać się nawet prawie przychodzi, i ledwo wierzyć, żeby kto martwą mowę w tak wysokim stopniu mógł przejąć i sobie przyswoić. Zapewne język łaciński nie był dla Erazma martwym, ale jego macierzyńską mową, gdyż on porzuciwszy wszelki inny żyjący język, w tym tylko starał się wykształcić i wydoskonalić. Co się tyczy treści tych rozmów, to, być może, żadne inne pismo jego nie wykazuje nam tak jasno i dobitnie stanowiska, jakie Erazm zajmował, jako chrześćjanin. Jak forma ich odznacza się wdziękiem i wytwornością, tak treść zupełnym brakiem chrześćjańskiego ducha. Wszystko, co w tej księdze, ma nauczyć i poprawić, ma tylko na celu przyzwoitość w oczach świata i nienaganne życie, ale bynajmniej nie prawdziwą pobożność, i żadnego względu na to, co jedynie może uczynić człowieka rozumnym, zadowolonym i szczęśliwym. Wprowadza naprzykład dwie młode kobiety[69], z których jedna, drugiej, żyjącej z mężem w niezgodzie, daje rady, jak go może sobie pozyskać i przywrócić domowy pokój. Ale nie ma tam mowy o szczerej miłości, cierpliwie znoszącej przywary męża, nie o pokorze i chrześćjańskiem poddaniu się wyższej woli, która nas stanowi właśnie w takie okoliczności, jakie dla moralnego naszego i religijnego rozwoju i ukształcenia są najwięcej pomocne, nie o cierpliwości, nadziei i wierze, ale się wymaga tylko roztropność, ta nawet nieraz przebiegłość i podstęp, a przytem obraża moralne uczucie, i o małżeńskich stosunkach w taki mówi sposób, że w młodych ludziach, dla których mianowicie jest przeznaczona ta księga, musi koniecznie obudzić najnieprzyjemniejsze i najniegodniejsze wyobrażenie. Nie ma tu miejsca uniewinnienie, że Erazm nie swoje wyraża zdanie, ale tylko chce przedstawić dwie kobiety, jakie w pospolitej i niższej klasie ludu znaleść się mogą, z ich pojęciami i wyobrażeniami; gdyż z całego toku, jakim wprowadza mówiącą z nich rozsądną i dającą rady, jaśnie się pokazuje, że on jej rady znajduje wcale dobremi i zgodnemi z własnem jego przekonaniem. Tak samo i w rozmowach o występnem życiu mnichów, nalega tylko na pewną moralność i zewnętrzną przyzwoitość, nie mniej jak i we wszystkiem, co się odnosi do religji i chrześćjańskiego ducha. Najlepsze więc z nich są te, które albo są żartobliwe, albo satyryczne i przytem nie mają na celu uczyć w rzeczach tyczących się religji, jak n. p. prawdziwie dramatyczna i zabawna rozmowa o rozbiciu się okrętu, znajoma wycieczka i napad na niemieckie austerje czyli gospody, lub rozmowy pod następnemi napisami: Widmo, rozmowa starców, uczta poetów, rozmowa kawalera z panną i wiele jeszcze innych. W tych swobodnie można się napawać czarującem wyrażeniem, niebędąc obrażonym miałkiem, pustem rezonowaniem. Przeciwnie, kogoż to nie obrazi, że śród poważnej jakiej rozmowy napotykamy brudne żarty, albo w jej końcu nagle płaskie koncepta i nikczemną słów igraszkę, jak n. p. w końcu apoteozy Reuchlina, oraz rozmowy o wierze i innych.
Rozmowy te niektórzy z początku ganili[70], a później Sorbona, podżegana przez jej Syndyka Noela Bedę, ciemnego i namiętnego człowieka, potępiła je i w całej zabroniła Francji, że się w nich znalazło wiele zdań błędnych, gorszących i bezbożnych, z ubliżeniem a nawet pogardą mówi się o twórcy chrześćjańskiej religji i jej świętych ćwiczeniach i obrzędach. Tym są one niebezpieczniejsze, powiadają, że przy czarującym i płynnym stylu zawarty w nich jad łacniej i niepostrzeżenie wsięka w czytelnika. W Hiszpanji osądzone były na stos, a nakoniec, po śmierci wszakże już Erazma, w Rzymie, za Pawła IV. papieża, przez inkwizycją zabronione dla całej katolickiej Europy. Sorbona te główne przytacza powody potępienia księgi, że się w niej w nieprzyzwoitych mówi wyrazach o odzieniu mnichów, o czynionych ślubach i czci oddawanej świętym i ich relikwiom, o pielgrzymkach do miejsc świętych, spowiedzi, zwyczajach i obrzędach kościoła, teologicznych dysputach, postach, wyższości małżeństwa nad bezżeństwem, wzywaniu świętych i modłach za umarłych. Naturalnie takie sądy współczesnych o swoich rozmowach uważał Erazm za fałszywe, jak równie i nasze zdanie, że jeśli nie z tych, to z innych słusznych powodów, nie możemy tej księgi zalecać młodzieży, małoby cenił, jedno i drugie nie mogło być inaczej z punktu jego intellektualnego i religijnego rozwoju. Tak, kiedy się dowiedział, że jego Rozmowy zostały zabronione w Anglji, pisał do kanclerza kardynała Wolseya, że się on zdaje na bezstronny sąd jego, jako umiejącego po łacinie i po grecku, i jeśli co w nich znajdzie bezbożnego, to i sam on chętnie się przyczyni do ich wytępienia, jeśli zaś lekkie tylko napotka błędy, to takie dla dobra młodzieży łatwo dadzą się sprostować. Rozumie się, on był przekonany, że w nich znajdą błahe tylko chyba i łatwe do poprawienia usterki. Mimo jednak te jego tak zgubne sądy żadna z ksiąg jego nie doznała powszechniejszej wziętości. Niezliczone wydania, już z objaśnieniami, już bez nich równie jak przekłady na francuzki, angielski, niemiecki, hiszpański, hollenderski i włoski języki, pojawiły się częścią za jego jeszcze życia, częścią po jego śmierci, i dziś jeszcze jest to książka bardzo upowszechniona i czytana i na równi z klassykami w stereotypowanych wydawana drukach.
Niemniej jak do wskrzeszenia pięknych czyli wyzwolonych, jak je podówczas zwano, nauk, przyczynił się Erazm i do rozkrzewienia nauki teologji. Żeby teologów obeznać z Ojcami kościoła, wielu z tych z greckiego przełożył na język łaciński, łacińskich zaś przejrzał, różne ich odpisy porównał i wtedy przygotował do druku. Tak Ireneusza, Cyprjana, Hilarjusza, Hieronima i Augustyna. Zasługa jego w tych przedsięwzięciach jest także nieoszacowana; żadnych bowiem nie miał on poprzedników ani pomocy, i pierwszy sam sobie musiał torować drogę krytyki; a chociaż nieraz zbłądził, o wątpliwych jednak miejscach trafnie sądził i podał domysły, które potem już wykształconą krytyką zostały stwierdzone. Praca ta jak i inne w tymże przedsięwzięte celu, jako to: Wykład i mowy na Psalmy[71], Metoda prawdziwej teologji[72], Ewangeliczny kaznodzieja[73], i tym podobne, przeważny wywarły wpływ na poprawę nauki teologji, i jak on sam, tak równie i rozsądniejsi współcześni cieszyli się i chlubili z jego wpływu i przyczynienia się do przywrócenia i rozprzestrzenienia prawdziwej logicznej uczoności[74]. „Nieraz, powiada, ganiłem scholastycznych teologów mojego czasu, nad których mózgownice niczego nie ma obłąkańszego, nad mowę bardziej barbarzyńskiego, a których cała wiedza była splotem wykrętnych i sztucznie powiązanych mniemań; teraz zaś można widzieć udających się do źródeł, czytających dzieła ojców kościoła i ślęczących nad uczonymi językami nietylko młodych teologów, ale i starych doktorów. Rozumniej dysputują i poprawniej piszą, i pochlebiam sobie, że do tej szczęśliwej zmiany przyczyniły się i moje nie małe zapewne w tym celu trudy.“ Podobnie pisze i co się tyczy pięknych, wyzwolonych nauk. „Jam to zachęcił Niemców do zajęcia się niemi, a pomyślny skutek uwieńczył moje usiłowania; ja rozproszyłem grubą ciemnotę i straszną niewiadomość, które nam dotychczas zarzucali Włosi, i nauki i sztuki całe wieki zagrzebane w pomroce znowu szczęśliwie w naszym wieku rozkwitają i pełne życia na wszystkie rozpościerają się strony[75]. Jeśli kto stan nauk, w jakim one znajdowały się przed trzydziestu laty, porówna z dzisiejszym, przekona się, jak wiele ja dla nich zrobiłem[76].
Ale naczelnem jego, co do teologicznych nauk, dziełem jest Nowy Testament, wydany przez niego w Bazylei z początku w greckim języku z tłumaczeniem łacińskiem, w znamienitej, na wzór weneckiej Alda Manuceusza, Jana Frobena drukarni, pod redakcją uczonego Jana Amerbacha. Leon X. w tym czasie został wyniesiony na stolicę św. Piotra; Erazm, który go znał kardynałem, winszował mu tego wyniesienia i prosił razem pozwolenia poświęcić mu to dzieło. Chociaż tłumaczenie łacińskie tak w tekście, jak i w objaśnieniach ganionem było przez nieprzyjaciół autora, papież nie tylko przyjął dedykacją, ale i zatwierdził drugie wydanie, a cały uczony świat z niezmiernym spotkał je oklaskiem, tak dalece, że i kardynał Xymenes umieścił je w swojej Polygloccie, która dopiero w r. 1520 pojawiła się na świat. Z niezmordowaną pracą porównał on nie liczne, jakie mógł mieć pod ręką, dawne rękopisy, co mu zabrało wiele lat nieskończonych trudów[77]. „Oby [77]
to, pisze on do jednego z przyjaciół, tyle mogło przynieść pożytku chrześćjaństwu, ile mi kosztowało starań i pracy.“ Życzenie to jego w pełnej mierze uwieńczyło się; bo dzieło tak chciwie było chwytane, że, jeszcze za jego życia, pięć nowych i coraz poprawniejszych miało wydań. Same nagany, jakim od późniejszych, nowszych szczególniej krytyków, uległ, dowodzą, że Erazm przedsięwziął coś nadzwyczajnego, i że do krytycznego wykładu pisma ś. sam sobie torował drogę i ulżył takową dla następnych. Jeden mu chyba można zrobić zarzut, to jest brak pewnych krytycznych zasad i dowolny, na jednych nieraz domysłach tylko opierający się wykład i poprawę tekstu, chociaż nie rzadko te jego domysły późniejsi stwierdzili swemi badaniami. Łaciński przekład, który on wydał obok greckiego tekstu, więcej go nieraz zajmował zda się, niż sam oryginał, całkiem nowy, nie zaległy bynajmniej od Wulgaty i często w ważniejszych nawet miejscach całkiem z nią sprzeczny. Dla ulżenia zrozumienia pisma ś. szczególniej osobom świeckim i duchownym, nieznającym języka greckiego, lub biorącym się do tego bez znajomości prawideł krytyki, on wyłożył nowy testament parafrazą, to jest tak jasno i obszernie, że bez kommentarza łacno daje się rozumieć, przyczem nieświadomym kaznodziejom wskazał sposób, jak każdy oddzielnie tekst należy wykładać. Praca ta, chociaż przy jego, jako pisarza, wprawie, mniej niż inne kosztowała mu trudów, z powszechną radością była przyjętą, i mniej mu ściągnęła nieprzyjaciół, niż wydanie nowego testamentu[78]. Henke uczony tłumacz życia Erazma przez Buryniego, taki daje sąd o niej. „Dzieła w takim planie, tak obszernie w zrozumiałej, czystej i pięknej mowie napisanego, do czasów Erazma nie było. Posłużyło ono bezspornie najdzielniej do poprawy jak samej nauki, tak i sposobu nauczania, był to przewodnik swobodnych, szlachetnych, ewanielicznych zasad; dzieło tak dla uczonych i myślących, jak dla głów niedouczonych i tępych, dla duchownych równie jak świeckich.“ Melanchton tak dalece podziwiał to dzieło, że, jak się wyraża, nie śmiałby przedsięwziąć nową parafrazę[79]. Herder zaś, nie wielki skądinąd znawca wszelkich parafraz, wytworne jego i piękne wysłowienie nazywa przezroczystym srebrnym strumieniem.
Mimo nieocenione jego zasługi, położone tak dla wyzwolonych jak i teologicznych nauk, i mimo tę tak sprawiedliwie zasłużoną ogromną, jako, być może, najuczeńszego w swoim czasie, sławę, żadne wszakże, wedle świadectwa biskupa Jowiusza i za naszych czasów Webera[80] ważne i pełne erudycyi dzieło, nie zjednało mu tyle sławy, a przynajmniej rozgłosu, dodajmy i tyle razem nieprzyjaciół, ile jego Pochwała Głupoty, nad którą tu jako stanowiącą przedmiot naszej pracy, szczegółowiej nieco się zastanowimy. Dotykać ludzkich namiętności, jest to powstawać przeciwko sobie samemu, było to zawsze prawdą w czasach Erazma, jak i Moliera, nie szukając przykładu u dawniejszych. Nie raz mawiano, że satyra dzielną zawsze była bronią, dosięgającą nie tylko zdrożności, ale i występki, ja tego nie powiem. Gdyby mię zapytano, kto więcej wpłynął na poprawę obyczajów: Erazm, czy Molier, nie umiałbym odpowiedzieć. To pewna, że jeden i drugi uzbroili przeciwko sobie tych, których wyśmiewali: nieuków i mnichów, jaśnie wielmożnych i świętoszków. Plan do tej satyry szkoły Lucjana, pełnej wesołości, humoru, dowcipu, żywej wyobraźni i śmiałości, ułożył on sobie w powrocie z Włoch do Anglii, by, jak mówi, jadąc konno, zająć się czem lekkiem i przyjemnem, a potem dopiero w Londynie, w domu Morusa, w siedmiu dniach wypracował. Jest to satyra na wszystkie stany, a szczególnie na duchownych i teologów, gdyż oni to właśnie naczelne wtedy zajmowali miejsce i rej wodzili. Głupota uracza swymi przymiotami wszystkich, począwszy od zakonnika do papieża. Cała hjerarchja duchowna odbiera od niej napomnienia, skądinąd bardzo rozsądne, zwłaszcza gdy przychodzi do pierwszych szczeblów, do ludzi okrytych mitrą i purpurą. Małą tę książeczkę trzeba czytać w wydaniu z dołączonemi w tekście rozrzuconemi uszczypliwemi objaśnieniami, to jest rysunkami Holbejna, które wprowadzają w działanie jenjalne obrazki Głupoty. Osoby Erazma, zakłopotane nieco w najpiękniejszych perjodach tekstu, w rysunkach Holbejna nabierają życia i poruszają się. Głupota w osobie kobiety, w kołpaczku z długimi oślimi uszami, z przyczepionemi do ich końców brzękadełkami, w orszaku nieodstępnych swoich towarzyszek i towarzyszów: miłości własnej, pochlebstwa, lekkomyślności, lenistwa, roskoszy, lenistwa, roskoszy, nierozmysłu, miękkości, żartu i snu, jako twórcami i wspieraczami wszystkich ludzkich czynności, wstępuje na mównicę, i dowodzi, że mianowicie ona jedynie osładza smutne życie bogów i ludzi, zlewa na nich wszelkie, jakie tylko w stanie są przyjąć, uciechy, i że czem się bardziej od niej oddalają, dążąc do mądrości, tem godniejszymi stają się politowania. Dowodzi zaś tego przebiegając życie naprzód olimpijskich bogów, a potem ludzkie we wszystkich jego okolicznościach, jako to: miłości, przyjaźni, małżeństwie, ucztach i t. p., począwszy od kolebki aż do grobu. Całą tę książeczkę tak krytycznie rozbiera Adolf Müller[81]. W pierwszej połowie stanowiącej prawie trzecią część całego pisma, tak jest prosty i łatwy, i czytany z przyjemnością, ale potem taki następuje nieład i brak związku, że trudno wskazać jakikolwiek plan, wedle któregoby Głupota, szydząc i łając, przechodziła od jednego do drugiego przedmiotu. Ten zamęt jeszcze się bardziej powiększa przez to, że satyryzuje nie sam Erazm, co nieodmiennie byćby było powinno, jeśli pismo w ogóle za satyrę miało uchodzić, ale swoje słowa kładzie w usta Głupoty, co wszystko stawi w dwóznacznem świetle i nieraz rodzi się wątpliwość, czy głupota swoim zwyczajem mówi głupio, czy przez nią sam Erazm mówi rozumnie. Sam też przytem tytuł księgi byćby był powinien: Głupoty Pochwała Głupoty (μωρίας ευκωμίον μωρίας.) Ale Erazm użył tej zamiany, jako wybiegu[82], którym mógłby się obronić od ostro dotkniętych mnichów i teologów, i odpowiedzieć im, że on bynajmniej nie odpowiada za to, co głupocie stosownie do jej charakteru każe mówić. Wielu rzeczywiście nie postrzegło się na tym wybiegu i, czego właśnie sobie życzył, tem go uniewinniali, ale, mimo to, niezręczny wybieg i omyłka zawsze pozostają; gdyż jeśli chciał pisać satyrę, powinien był albo sam wystąpić, albo wprowadzić osobę zgodnego z nim poglądu i przekonania; jeśli zaś do tego nie miał odwagi i wprowadził mówiącą głupotę, to nie powinien był używać formy satyry, bo za prawdę może uważać i głupota tylko to, co mówi sama z siebie. Wedle istoty rzeczy powinna ona była uważać siebie za istną prawdę i piorunować przeciwko mądrości, jakby przeciw głupocie, tak jednak, żeby przy jej sądzeniu i rozumowaniu świeciły na twarzy i barwa i charakter głupstwa. Zadanie takie byłoby nader trudne, jako wymagające największej przenikliwości i bystrości dowcipu, i nie łatwo mógłby je rozwiązać Erazm w siedm dni, siedząc na koniu i chcąc tylko rozpędzić nudę. Że zaś właściwie nie głupocie każe samą siebie chwalić, ale chwali ją sam, najjaśniej się pokazuje, skoro wszędzie pierwszą osobę zamienimy na trzecią. Wszystkie myśli są Erazma i dosłownie mogłyby mu być w usta włożone, skoro tylko, ja robię to i owo, zamienimy na głupota robi to i owo. Wyjąwszy niektóre nieliczne słów igraszki i sposoby mówienia, jak: nie jestem do tego stopnia głupią[83], czego nie mógł mówić od siebie. Z drugiej strony często, zda się, on nie wytrzymuje swej roli, to jest zapomina, że nie on mówi, ale Głupota i to wystawując siebie jako twórczynię ludzkiego szczęścia, tak, kiedy mówi: cóż to jest takiego w dzieciach, za co my ich tak słodko całujemy, ściskamy i im schlebiamy? że ręka nawet najokrótniejszego wroga spieszy ich wydostać z toni nieszczęścia, jeśli nie czarującą ich prostota i głupota?[84]; lub kiedy wytyka złe skutki głupstwa, które głupota koniecznie musiałaby ukryć. Tak np. są tacy, co pożyczają pieniądze, by długi za płacić, i przy pożyczonych pieniądzach myślą, że są bogaci[85]. Nie mogła tak mówić Głupota, na własną biedę dodaje: wkrótce atoli całkiem się rujnują. Dalej: jestże co głupszego, jak dla lada jakich nic nie znaczących powodów wszczynać procesa, z których obie strony z większą wychodzą stratą, niż korzyścią?[86]. Najczęściej wyraźnie widzisz, że nie głupota mówi, ale on sam, kiedy mądrość, z której szydzi, jest nie rzeczywistą, lecz tylko pozorną mądrością. Tak Sokratesa i Platona przywodzi jako mędrców i ich wyśmiewa, tymczasem, jak są oni przedstawieni, są to tylko mędrcy głupi i godni śmiechu. Dla uniewinnienia tego panującego skądinąd w całem piśmie zamętu, można byłoby powiedzieć: że właśnie głupoty jest cechą wszystko gmatwać, i bez celu i planu, błąkać się po rozmaitych przedmiotach; ale ten nieład i brak planu powinny byłyby być tylko pozorne, jak to bywa zwykle w muzycznym quodlibet, którego najwyższe zadanie na tem zależy, żeby przy największym zewnętrznym braku związku przedstawić całość skutkiem wewnętrznej jedności i harmonji. Uważane jako dzieło sztuki, dzieło to, zdaniem mojem, nie powiodło się; co się zaś tyczy pojedyńczych, oddzielnie wziętych w niem postrzeżeń, po większej części są trafne, chociaż nie brak i chybionych. Kiedy np. czytamy: Nikt nie chce im (głupim) szkodzić, dzikie nawet zwierzęta, jakby czując ich niewinność, ustępują im z drogi[87]. Nie wiem jaki z tych słów można sens wydobyć, rozumiej je sobie, jak chcesz, i chociażby w tem nawet co innego można było powiedzieć, niż, że to ma być dowcip. A to bardzo często napotykamy. Na usługi swemu dowcipowi przekręca historje i pisarzy. W innem miejscu mówi głupota: Nie zazdroszczę bynajmniej innym bogom, że im w ofierze przynoszą ziarnka kadzidła, placki, kozła lub świnię, ja mniemam, że mię czczą z największą pobożnością, skoro mi i sercem i duszą, i na wszystkich miejscach hołdy oddają i we wszystkiem pełnią moją wolę. Miejsce to wedle naszego przynajmniej uczucia, jakże krzywdząco i z poniewieraniem nam przypomina czysto biblijne obrazy i wyrażenia. Tak bez najmniejszego uszanowania mówi on o pisarzach starego i nowego testamentu, i z ich wyrażeń robi igraszkę: „Wielki król Salomon chlubi się swoją głupotą, gdy mówi: najgłupszy jestem między ludźmi; a także Paweł, Apostoł pogan, w liście swoim do Koryntjan z upodobaniem nadaje sobie nazwę głupca: jako głupiec to mówię, większy niż kto drugi, jakby sobie za hańbę poczytał ustąpić komu w głupstwie. W podobnym tonie i z większą jeszcze obrazą uczucia na pisana jest i cała ostatnia część pisma, i właśnie dla tego bardziej oburza, że wyraźnie przy tem wyświeca się cel pisarza: nauczyć i poprawić mnichów i teologów z ich przesądów i niewiadomości wydobyć. Przeciwnie inne miejsca dowcipne są i dosadne i z żartobliwą napisane lekkością. Taki „królowie zostawują pobożność gminowi, ten sługom kościoła, świeccy duchowni zwalają ją na zostających pod regułą zgromadzeń, ci na mnichów, mnisi wolniejszej reguły na mnichów reguły ściślejszej, a ci na mnichów żebraczych, ci znowu na kartuzów, u których jednych tak się ona kryje, że nie łacno jej się domacać[88]. Równie: tu i owdzie napotykamy godnych uczniów Pytagora szkoły, którym wszystko tak dalece zdaje się być wspólnem, że co nie jest troskliwie strzeżonem, z najlepszym sumieniem zabierają jak własną puściznę[89].
Dzieło to dla wieku, w którym żył Erazm, nieocenione miało korzyści; niedostatki bowiem, jakie my w niem upatrujemy, zaledwo wtedy dawały się poczuć, a pewnie nie były poznane; odznaczające się zaś szczególne zalety: różnorodne bogactwo w piękne, trafne i pełne dowcipu i znaczenia myśli, obfitość i potoczystość stylu, massa praktycznych wiadomości, najłatwiejszy znajdywały wstęp, i od wszystkich, przynajmniej oświeceńszych, z radością były powitane.“ Na tem kończy Adolf Müller.
Zaledwo Pochwała Głupoty dostała się w ręce kilku przyjaciół, pojawiła się natychmiast we Francji, gdzie ją wydrukowano zrazu z niedokładnego i niepełnego rękopisu. W ślad za pierwszem wydaniem tej księgi, która wkrótce na wszystkie niemal języki została przełożoną, nastąpiły natychmiast siedem, czy ośm innych, a uczony medyk z nad Renu Gerard Listrjusz, biegły w językach greckim, łacińskim i hebrajskim, autor wielu ważnych dzieł, natychmiast napisał do niej objaśnienia i wydał w Bazylei 1522 u Frobena pod tytułem: Commentarii in Desid. Erasmi Rotterdami Encomium Moriae[90]; a sławny angielski poeta Owen[91], łaciński wierszopis epigrammatów, takie napisał dwa łacińskie wiersze na Pochwałę Głupoty:
Stultitiae laudem scripsisti primus, Erasme,
Indicat ingenium stultitia ista tuum.
Pierwszyś Erazmie pisał Głupoty Pochwałę,
Która rozniosła twego jeniuszu sławę.
Uderzające podobieństwo tego Listrjusza z Erazmem co do uczoności, stylu, humoru, dowcipu, sarkastyczności, sposobu myślenia, pochodzenia wreszcie z nad Renu, nakoniec i imienia Gerard, jakie nosił ojciec Erazma, zrodziło było u wielu podówczas podejrzenie, że objaśnień tych jest autorem sam Erazm, który, by uniknąć zarzutu dumy, że sam własne dzieło objaśniał, za zgodą przyjaciela, jego zakrył się nazwiskiem; drudzy zaś tego byli zdania, że Listrjusz w napisaniu swych objaśnień posługiwał się przynajmniej pomocą Erazma. Bezzasadność pierwszego mniemania, którego autorem był Piotr Opmejer, w dziele opus chronologicum str. 454, okazuje się jak ze świadectwa Franciszka Irenika (Germania Exegesis lib. 2. cap. 41. p. 44), tak z Biblioteki Gessnera str. 274 skłaniającego się więcej do ostatniego mniemania, nakoniec z licznych miejsc listów samego Erazma do Zosiusza str. 419. Marcina Dorpiusza str. 270. Jana Paludana, Jakóba Wimfelinga, nakoniec Listów ns. 13 str. 448.
O tej Pochwale Głupoty sam Erazm tak pisze do księdza de Saint Bertin: „Przedmiot sam z siebie jest zabawny; wreszcie na nikogo nie napadam nieprzyzwoicie, lub z krzywdą: w satyrze mojej nikogo nie wymieniam po imieniu, oprócz siebie samego. Dzieło to, niewchodząc w jego wartość, dobrze było przyjętem wszystkich uczonych, królów, książąt, biskupów, kardynałów, wszystkim przypadło do smaku, a jego świętość papież Leon X. przeczytał je od deski do deski[92].“ Mówią, że ten papież rzeczywiście przeczytawszy tę księgę z największą przyjemnością, rzekł z uśmiechem: Nasz Erazm także ma odrobinę głupstwa. Nie od rzeczy tu będzie przytoczyć inne także wyrazy Erazma, którymi się uniewinnia w liście do wszystkich przyjaciół prawdy: „Pisałem Pochwałę Głupoty w czasy zupełnego pokoju, kiedy świat głębokim snem zasypiał w obrzędach i ludzkich przepisach, nigdy bym ją nie był napisał, gdybym mógł przewidzieć burzę, jaka w tych czasach miała się zerwać. Ale uważ, kochany czytelniku, jak głupi jest wniosek (mnicha pseudonima Ludwika Leopolda), że Głupota obala papieztwo, wytykając niektóre zdrożności papieżów, gdyby tak było, toby obalała i wszystkie ludzkiej społeczności stany, gdyż żadnego nie zostawiła bez nagany[93].“
Ale zasłużyć na pochwałę uczonych nie dość jeszcze było w owe czasy, kiedy więcej było mnichów, niż ludzi uczonych; świętoszkowie i teologowie wołali w niebogłosy, że to zgorszenie, a nawet herezja. Trzeba wyznać, że ta dowcipna satyra, w której autor rozbiera wszystkie warstwy społeczeństwa, zbyt ostre rzucając pociski na poświęcone osoby, od ukrytego w celi mieszkańca klasztoru, aż do nastepcy ś. Piotra, pojawiła się w bardzo krytyczną porę. Chociaż imię Lutra nie było jeszcze wtedy zaburzyło Niemiec; Anglii nie przyszło jeszcze było do głowy: wyłamać się z pod duchownej władzy świętej stolicy; ale napróżno odzywał się Erazm, że księga jego pojawiła się w chwili głębokiej ciszy; napróżno w liście do wszystkich przyjaciół prawdy protestował, że nigdyby tego nie zrobił, gdyby był przewidział burze, jakie się w owe czasy zerwały. Mimo to wszystko, wbrew wszelkiej sprawiedliwości, oskarżono go, że jeśli nie pierwszy wywołał, tedy przyśpieszył religijną rewolucję. Nie uniewinniając bynajmniej zbyt ostrych żartów, jakie pozwala sobie czynić Głupota z występków bardzo upowszechnionych po klasztorach, oraz z tych niedorzecznych teologów, którzy wtedy najdziksze, że nie powiem najbezbożniejsze, publicznie wzniecali kwestje; nie uwalniają nowego naszego Lucyana od przygany, że z równą wolnością traktował święte, jak i świeckie rzeczy; sądzimy atoli, że nie można obwiniać Erazma za to przynajmniej że nam skreślił takie obrazki; dość przeczytać historję owych czasów, poznanie obyczajów wieku służy razem obroną i komentarzem satyry. Naszem zdaniem język Głupoty daleki jeszcze jest od błazeńskiego i cynicznego romansu księdza Meudona, Pawła de Koka, Eugeniusza Sue i innych, co swymi brudami zalewają Europę i prowadzą do zupełnego rozprzężenia obyczajów i jawnego nihilizmu; bezbożność zaś Strausów, Renanów, Fejerbachów i niezliczonych innych, przewyższa wszystko, co złośliwy krytyk mógłby upatrzyć w Pochwale Głupoty[94].
Ale żeby nas nie oskarżano, że się unosimy zapałem wszystkich tłumaczów, którzy, jak mówi jeden żartobliwy pisarz, podobni są do Noego, pierwszego wydawcy upojonego swem dziełem, czytelnikom naszym radzimy samym osądzić ważność tego wypadku, uniewinnić lub potępić obżałowaną stronę, zawsze jednak pamiętając, że imię jej jest Głupota.
Sebastjan Fesz, Bazylejczyk, na pochwałę Głupoty ozdobioną dowcipnymi rysunkami Holbejna, taki napisał epigramm:
Rex Macedonum Coo tumidus pictore, cani se,
Maconiae doluit non potuisse sene.
Stultitiae potior sors est; hanc alter Appeles
Pingit, et eloquium laudat, Erasme, tuum.
Aleksander Apellem był dumny bez miary,
Lecz bolał, że go Homer nie mógł chwalić stary.
O wiele zazdrośniejszy jest Głupoty los,
Drugi ją sławi Appeles i Erazma głos.
Pochwała Głupoty na wszystkie języki, nawet po kilka razy była tłumaczoną; język francuzki z ostatniem tłumaczeniem Nisarda, ma ich dziesięć. I teraz jeszcze tam i ówdzie pojawiają się nowe tłumaczenia, tak dalece to pismo wszystkim przypada do smaku. Przełożoną została i na rosyjski język:
Похвала Глупости Дезидерія Эразма Ротердамскаго писанное за 330 лѣтъ предъ симъ. Переводъ съ лашинскаго подлинника. Москва 1840 года 12.[95] въ университетской типографіи: i drugie wydanie w Petersburgu 1867. Ale czy to z powodu surowej cenzury, czy, że ostatnia część pisma, gdzie się wyśmiewają kolejno wszystkie stany, a najwięcej zastępy różnych katolickich zakonów, zdała się tłumaczowi mniej interesującą rossyjską publiczność, ledwo tylko pierwsza, ogólna część, wyszła z druku. Nakoniec niedawnymi czasy pojawiło się tłumaczenie czeskie pod tytułem: Erazima Roterdamského encomium moriae čili chvála bláznovstvi. Uspořádal Dr. Ign. Jan Hanuš. gr. 8. (XVI — 82 str.) Prag 1864 F. Řivnáče. W polskim języku, ile mi wiadomo, dotychczas tłumaczenia tego pisma brakowało.
Na zakończenie tego naszego wstępu dołączamy tu spis wszystkich dzieł Erazma, sporządzony przez samegoż Erazma[96], który dość jest przebiedz, żeby mieć wyobrażenie o jego pisarskim talencie, zdumiewającej pracowitości i uniwersalnej wiedzy.
Dzieła jego zebrane wyszły z druku w Bazylei u Frobena w IX tomach w arkusz. Tom I. zawiera; De copia verborum et rerum libri duo. — Theodori Gazae Grammatices libri duo. — Sintaxis — Ex Luciano versa: Saturnalia, Cronocolon, epistolae saturnales, de luctu, abdicatus, Icaromenippus, Toxaris, Alexander, sive Pseudomantis, Somnium, Timon, Tyramiva — Erasmi declamatio Lucianicae respondens. De iis, qui mercede Conducti degunt. Dialogi amatorii XVIII. Hercules Gallicus. Eunuchus, de sacrificiis, Lapithae sine convivium. De astrologia. — De ratione conscribendi epistolas. — De pueris statim ac liberaliter instituendis — De ratione studii — De laude medicinae — Libanii aliquot declamationes versae. Similium liber unus — Colloquiorum liber — De recta latini graecique sermonis pronuntiatione. — Ciceronianus, sive de optimo dicendi genere — De civilitate morum puerilium — Galeni exhortatio ad bonas artes — Quaedam latine versa. Epitome in elegantias Laurentii Vallae — Euripidis Hecuba et Iphigenia versibus latinis reddita Erasmo interprette — In nucem Ovidii commentarius — Epigrammata. T. 2) Adagiorum opus- Adagiorum chiliades quatuor cum sesquicenturia — in quo explicantur proverbia. T. 3) Epistolarum opus. — T. 4) Plutarcho versa: de discrimine adulatoris et amici, quomodo utilitas capitur ab inimicis. De tuenda bona valleudine — Principi maxime philosophandum — Animi an corporis graviores morbi — Num recta dictum sit Λάϑε βιώσας — De cupiditate divitiarum — De cohibenda iracundia — De curiositate — De vitiosa verecundia. Apophtegmatum libri VIII. — Moriae Encomium, hoc est stultitiae laus — Panegyricus ad Philippum Burgundiorum principem — Ad eundem carmen gratulatorium — Institutio principis christiani — Socratis oratio ad Nicoelem regem de regno administrando, Erasmo interprete. — Declamatio de morte, sive consolatio ad patrem filii obitu ad flictum — Declamatiuncula gratulatoria nomine episcopi — Pacis querimonia undique gentium ejectae — Lingua, sive de linguae usu et abusu. Precatio ad D. Jesum de pace ecclesiae — Xenophontis tyrannus, et interpretatione Erasmi — De senectutis incommodis carmen. T. 5) Enchiridion militis christiani — Oratio de virtute amplectenda — Ratio verae theologiae — Paraclesis, sive hortatio ad philosophiae christianae studium — Exomologesis, sive modus confitendi — Enarratio Psalmi 1. Beatus vir — Enarratio Psalmi 2. Quare fremuerunt gentes. — Paraphrasis in psalmum 3. Domine quid multiplicati — Concio in Psalmum XIV. Quum invocarem — De puritate ecclesiae Christi — Enarratio in Psalmum XXIII. Dominus regis me — De bello Turcis inferendo consultatio — Enarratio in Psalmum XXXIV. Benedicam Domino in omnitempore — Enarratio in Psalmum XXXIX. Dixi custodias vias meas — De amabili Ecclesiae concordia — Concio in Psalmum 86. — De magnitudine misericordiarum Domini concio — Virginis et Martyris comparatio — Concio de puero Jesu — Epistola consolatoria ad virgines sacras — Christiani matrimonii institutio — Vidua christiana — Ecclesiastes sive de ratione concionandi — Modus orandi Deum — Symbolum sive catechismus — Precationes — Precatio Domini — ea digesta in VII partes juxta dies totidem. — Paean virgini matri dicendus. — Oratio ad Mariam in rebus adversis — De contemptu mundi — De taedio et pavore Christi disputatio — De praeparatione ad mortem — Ode de casa natalitia Jesu. Hymni varii — Expostulatio Jesu cum homine pereunte — Liturgia virginis Lauretanae — Carmen votivum Genovefae — Commentarius in duos hymnos Prudentii, de natali et epiphania pueri Jesu — Christiani hominis institutum, carmine — Epitaphia in Odiliam — T. 6) Novum Testamentum ex graeco ejus versione, editione et eum annotationibus. T. 7) Paraphrases in Mathaeum — In Marcum, In Lucam — In Joannem — In Acta — In Epistolas Pauli ad Romanos — ad Corinthios I. — ad Corinthios II. — ad Galatas — ad Ephesios — ad Philippenses — ad Colosseuses — a Thessalonicenses I. — ad Thessalonicenses II. — ad Timotheum I. — ad Timotheum II. — ad Philemonem — In Epistolam Petri I. — In Epistolam Petri II. — In Epistolam Judae — In Epistolam Jacobi — In Epistolam Joannis I. — In epistolam Joannis II. — In epistolam Joannis III. — In epistolam ad Hebraeos — T. 8) Ex s. Chrysostomo versa: Adversus Judaeos Homiliae V. De Lazaro et divite — Homiliae IV. — De visione Homiliae V. De Philogonio martyre Homilia I. — De orando Deum Libri II. — De David et Saule libri III. Quum praesbyter esset designatus Homilia I. De fide Annae Homiliae II. Commentariorum in acta Apostolorum Homiliae IV. Commentariorum in II. ad Corinthios Homiliae VII. In epistolam ad Galatas — In epistolas ad Philippenses Homiliae II. — Ex s. Athanasio de spiritus. Epistolae II. — Contra Eusebium de Nycaena synodo, epistolae II. Apologetici duo adversus eos, qui calumniabantur, quod in persecutione fugisset. — De passione Domini Homilia I De hoc, quod scriptum est: Euntes in vicum, qui contra vos est. De virginitate — De peccato in Spiritum s. — De Spiritu sancto.
— Ex Origine: de vita, phrasi, operibus Origenis. Fragmentum in Evangelium Mathaei — Ex Basilio: Principium Esaiae. De spiritus. liber. De laudibus jejunii Homiliae II. — De pace et discordia contra factiosus. — Oratio infunere Berthae de Nejen. — Carmina varia — T. 9) Epistola apologetica ad Mart. Dorpium — Ad Jacobum Falerum stapulensem — Ad Jacobi Latomi dialogum, detribus linguis et ratione studii theologici. — Ad Joannem Atensem pro declamatione matrimonii — Apologia de in principio erat sermo — Apologiae tres ad notationes Eduardi Lei. — Ad Jacobum Lopium Stunicam — Adversus Sanctium Caranzam — De loco omnes quidem resurgemus — In Natalem Beddam — Adversus debacchationes Petri Sutoris Cartusiani — Ad Antopologiam responsio. — Appendix de scriptis Todoci Clitovei — Declamationes adversus censuram theologorum parisiensium — Ad Phimostenum — de divortio — Ad Juvenem Gerontodidascalum — Ad monachos quosdam Hispanos — Ad Album Pium Corporum principem — De esu carnium. — De libero arbitrio diatribe — Hyperas pistae diatribes libri II. — Adversus servum arbitrium Martini Lutheri — Purgatio adversus epistolas Lutheri — Detectio praestigiarum libelli cujusdam — Adversus pseudo-evangelicos epistola — Ad Eleutherium epistola — Ad Grunnium epistola — Ad fratres Germaniae in ferioris — Spongia adversus aspergines Hutteni — Pantalabus, sive adversus febricitantem — Adversus mendacium et obtrectationem — Antibarbarorum liber — Ad quosdam Graeculos epistola. — Responsio ad Petri Cursii defensionem — Epistola de termini sui inscriptione — Epistola ad Henricum Ducem.
- ↑ Ob. Meyer Geschichte der Künste und Wissenschaften. T. 1. str. 229 i Webera Lehrbuch der Weltgeschichte mit Rücksicht auf Kultur-, Literatur- und Religionswesen T. 2 str. 20 nn.
- ↑ Jan Reuchlin, nie mniej uczony, jak i ze swego charakteru godny szacunku mąż, urodzony około 1455 r. w Pforzhejmie niedaleko miasta Durlak w Marchji Badeńskiej i Spiry, prawie współczesny Erazmowi, chociaż ten go przeżył, biegły w literaturze greckiej i łacińskiej, pierwszy wypracował łaciński słownik i pierwszą łacińską gramatykę, nie mniej był i głęboki teolog. Ale największą zasługę położył w hebrejskim języku, który on, uważany dotąd za przedmiot rabińskiej uczoności podniósł do godności chrześcjańskiej wiedzy[1], co jeśli mu z jednej strony zjednało wielką sławę, z drugiej było powodem rozmaitych prześladowań od mędrków owego czasu. Niejakiś Pfefferkorn, z żyda chrześcjanin, i Hogstraten, kolońskich Dominikanów przeor, napadli na poznanie pism talmudycznych i kabalistycznych i porobiwszy z nich niesumienne wyciągi domagali się od cesarza Maksymiljana rozkazu, by te pisma we wszystkich jego krajach były spalone. Kiedy zaś uczona w tej mierze rozprawa Reuchlina, jako jego obrona, przeznaczona jedynie dla mogunckiego biskupa, którego decyzji cała sprawa była oddaną, a szczególniej jego Speculum oculare, wpadły w ręce kolońskich mnichów, mających na swej stronie uniwersytety Paryski, Lowanieński, Erfurtski i moguncki i pomienione pismo speculum oculare było potępionem i publicznie spalonem, Reuchlin widząc grożące swemu życiu niebespieczeństwo, broniony przez najświatlejszych ludzi wszystkich krajów, apellował do papieża, który wyznaczywszy sędzią tej sprawy biskupa Spiry, a potem rozebrawszy ją i w swojej kurji, nakoniec nakazał milczenie obu stronnictwom. W tej kłótni od 1509 r. aż do 1522, w której cały uczony świat Europy brał udział, Erazm trzymał się na uboczu starając się pojednać ścierające się stronnictwa i na żadną sam nie przechylając się stronę. Kiedy zaś Reuchlin w roku 1522. w Stutgardzie umarł wieku 67, Erazm napisał na cześć jego Rozmowę pod tytułem: Apotheosis Capnionis, to jest ubóstwienie Reuchlina, nazwawszy go z greckiego Kapnio, jakowy wyraz to samo, co w niemieckiem Reuchlin, znaczy dymek. Bo wtedy wszystkich uczonych było słabostką imiona swe lub nazwiska przerabiać na odpowiedne greckie lub łacińskie. Tak i sławny uczeń Reuchlina Melanchton, tak był nazwany z greckiego, co znaczy czarna ziemia, że po niemiecku zwał się właściwie Schwarzerd co w tym języku także to samo znaczy.
- ↑ Ob. Meyer Geschichte der Künste und Wissenschaften. T. 1. str. 229 i Webera Lehrbuch der Weltgeschichte mit Rücksicht auf Kultur-, Literatur- und Religionswesen T. 2 str. 20 nn.
- ↑ List 590. Gr. D.
- ↑ List. 1319. E. F.
- ↑ Enchiridion militis christiani.
- ↑ Enchiridion militis Christiani.
- ↑ List do Sadoleta 1270. D. E.
- ↑ List 545. B. F.
- ↑ List 436. D. E.
- ↑ List 745 — 746.
- ↑ Falarys wygnany z Krety, swej ojczyzny, przeniosłszy się do Agrygentu miasta Sycylji, około r. świata 3379 zawładnąwszy tem miastem a potem i całą prawie wyspą tak okrótnie rządził, że odtąd Falaryzmem nazywano okrótne rządy, a tyranów Falarysami. On bowiem kazał żywcem palić ludzi w miedzianym wole, żeby nieszczęśliwi zamiast ludzkich jęków, naśladując wydawali ryk wolu, pierwszego, który go zrobił, kazawszy w nim spalić. Lucjan szczególnie i inni, bronią go od tego okrócieństwa. Jest pod jego imieniem 137 listów, którym jednak krytycy odmawiają autentyczności.
Mezencjusz, król Cery, czyli Agylli w Etrurji i razem władzca podległych Etruskom Rutulów, wedle Wirgiljusza, za swoje okrucieństwa wygnany z Cery szukał schronienia u Turna i pomagał mu w wojnie z Eneaszem, wedle jednych (Eneid 8. 480 nn. 10. 689 nn. 785) zabity przez Eneasza, wedle drugich, przez syna tego Askanjusza w pojedynku. - ↑ Permittas hanc veniam oviculae tuae.
- ↑ List do Melanchtona 828. C. D.
- ↑ List 813. B.
- ↑ List 812. E. F.
- ↑ List 835 E. F.
- ↑ Gladiatorami, od gladius, miecz, nazywali się u Rzymian szermierze, czyli zapaśnicy, zwykle z wojennych jeńców, lub niewolników i przestępców skazanych na gardło, nieraz i dobrowolnie poświęcających się temu rzemiosłu, w cyrku lub amfiteatrze dla zabawy rzymskiego ludu potykali się już z sobą, już z dzikiemi zwierzętami, wyćwiczeni pierwej w tej sztuce od tak nazwanych lanistae, w umyślnie na ten cel urządzonej szkole. Od broni, jaką uzbrojeni potykali się, różne mieli nazwy. Tak nazwani retiarii siatkarze, w prawem ręku trzymali siatkę, którą starali się na przeciwnika narzucić i go zaplątać, a w lewem narzędzie na kształt wideł, którem go zabijali. Lud rzymski do tego stopnia upodobał sobie tę dziką zabawę, że tylko i wołał: panem et circenses, chleba i widowisk w cyrku. Panny nawet westalskie pierwsze na tych okrutnych igrzyskach zasiadały miejsce i częstokroć z ich rozkazu te nieszczęśliwe nieludzkiej zabawy ofiary pasujące się ze śmiercią dobijano. Ten dziki pełen zgrozy zwyczaj dokładnie opisał Prudencjusz:
„I już leżącego skromna panienka każe wskróś przeszywać mieczem, by się nie ukryła i iskra życia, gdy zemdlały i skaleczony ostatnie czyni wysiłki tchnienia“.
....... pectusque jacentis
Virgo modesta jubet converso pollice rumpi,
Ni lateat pars ulla animae vitalibus imis,
Altius impresso dum palpitat ense secutor. - ↑ List 813. B.
- ↑ List 812. E. F.
- ↑ List 814. A.
- ↑ List 815. A. E.
- ↑ Kwestja religji Erazma zajmowała nie tylko współczesnych jemu, ale i późniejszych pisarzy; oskarżano go, jeśli nie o zupełny Ateizm, tedy o Arjanizm i przeto często go zwano Ariazmus, ba nawet Errazmus. Ob. A. Fabricius de religione Erazmi w jego opuscula Hamburg 1738. I dziś jeszcze jak katolicy, tak i protestanci, niemogąc mu przebaczyć niezachwianego i upartego owego niemieszania się w religijną kłótnię, chcą przedrzeć się w tajniki jego myśli, i jeśli nie przeniknąć i zbadać, tedy odgadnąć i wyświecić rzeczywiste jego o religji zdania. Ob. Eberhardi, Warum blieb Erasmus Katholik? (Zeitschrift für die historische Theologie 1839. S. 21. n. n.) Tudzież: Franz Otto Stichart Erazmus von Rotterdam. Seine Stellung zu der Kirche und zu den kirchlichen Bewegungen seiner Zeit. Leipzig 8. 1870.
- ↑ Hic nobis hoc novum evangelium gignit novum hominum genus praefractos, impudentes, fucatos, maledicos, mendaces, sycophantas, inter se discordes, qui mihi adeo displicent, ut si quam nossem civitatem ab hoc genere liberam, eo demigrarum. Epp. Lib. XIX. p. 604. u Döllingera: Die Reformation, ihre innere Entwickelung und ihre Wirkungen. Regensburg 1848. T. 1. st. 10. n.
- ↑ Quid nobis profertis melius et evangelio dignius?... Circumspice populum istum evangelicum et observa, num minus illic indulgeatur luxui, libidini et pecuniae, quam faciunt ii, quos detestamini. Profer mihi, quem istud evangelicum ex commessatore sobrium, ex feroci mansuetum, ex rapaci liberalem, ex maledico benedicum, ex impudico reddiderit verecundum. Ego tibi multos ostendam, qui facti sunt se ipsis deteriores... Excussae sunt preces solennes; sed jam plurimi sunt, qui nihil prorsus orant... Abrogata est missa, sed quid illi sucscesit sacratius?... — Nunquam illorum ecclesias sum ingressus, sed aliquando vidi redeuntes a concione, velut malo spiritu afflatos, vultibus omnium iracundiam ac ferociam miram prae se ferentibus, neque quisquam erat omnium, qui mihi viris aliquot honestis comitato deferret honorem, quem exhibemus quibus libet, praeter unum seniculum. Sic opinor discedunt milites a concione ducis ad proelium ad ϑοῦριν ἄλκήν exhortati. Quis unquam vidit in illorum concionibus quenquam pro peccatis suis fundentem lacrymas, tundentem pectus, aut ingemiscentem? Jam quanta pars ibi consumitur in laceranda sacerdotum vita ac — si verum narrant — frequenter in iis sermonibus, qui magis faciunt ad seditiones, quam ad pietatem? Abrogata est confessio, sed interim ne Deo quidem confitentur plurimi. Abjectus est cum jejuniis ciborum delectus, sed interim graviter indulgetur crapulae, et ita quidem effugerunt judaismum, ut coeperint esse Epicurei. Protritae sunt ceremoniae, sed nihil accesit spiritui, imo multum decessit meo quidem judicio. ... Interim constitutiones humanae, constitutionibus humanis, imo parum humanis mutantur. Titulus modo mutatus est, vocatur enim verbum Dei; ceterum res adeo nihilo est mitior, ut complures boni viri, praeferant ultroneum exilium isti magnifice decantatae libertati. ... Sic excutiunt jugum hominum, qui vestro evangelio submittunt cervicem. Magis vereor, ne plerique pro gravi jugo hominum, portent gravius jugum diaboli. ... Quos subinde tumultus excitat populus evangelicus? Quoties quam levibus de causis procurrit ad arma? ne suis quidem ecclesiastis satis obtemperans, nisi dicant blanda auribus: profligandi etiam, si liberius in vitam eorum invehantur. ... Apostoli, quo magis vacarent evangelio aut abstinebant ab uxoribus, quas ducere licebat, aut legitime ductas vertebant in sorores. Nunc floret evangelium, quod sacerdotes et monachi contra leges certe humanas, contra professionem suam ducunt uxores. Circumspice, num castiora sint eorum conjugia, quam aliorum, quos ducunt pro ethnicis. Agnoscis, opinor, quas hic fabulas tibi possim referre, si libeat, neque enim necesse est, ut notissima referam, quae vel magistratus, vel plebes, reclamante vel connivente magistratu, publicitus designavit. ... Interim dum neminem amant praeter sese, dum nec Deo, nec episcopis, nec principibus ac magistratibus obtemperant, dum mammonae, gulae, ventri et inguini serviunt, postulant haberi pro evangelicis et Lutherum magistrum praeferunt. Oper. T. X. p. 1578-1580, Ap. Döllinger l. c. p. 13. 14. 15.
- ↑ U Döllingera l. c. T. I. str. 285. 282 — 291. 292. 294. 297. 298. 300. 317. Ein armer Dorfpfarrer ist jetzt der allerverächtlichste Mensch, der da sein mag, als dass kein Bauer jetzt ist, welcher ihn nicht ganz für koth und Dreck hält und mit Füssen tritt, wie den leider jetzt vielen geschieht. Auslage d. 45. Ps. Walch. V. 577. L. c. str. 318 — — 320 — 322. Kto się tego rodzaju skarg i żalów do przesycenia chce naczytać, znajdzie je w mowach biesiadniczych Lutra. Dr. Martin Luther’s sinnreiche Tischreden nach den Hauptstücken christlicher Lehre verfasst. Nene wohlfeile ausgabe. Tomy 2. Stuttgart und Leipzig 1836. Szczególnie T. I. Cap. 22. Von der Welt und ihrer art. §. 60. str. 180. Die Welt ist immer ärger geworden, nachdem das Evangelium wieder an den Tag gekommen und gepredigt worden. §. 69. 74. 75. 91. 95. Cap. 9. Von der Sünde. §. 6. Cap. 22. Von dem Predigtamt oder kirchendinern §. 42. 43. 62. 64. 65. 72. 91. 113. 114. 120. 122. i w. —
- ↑ Maxima pars manus illi dedit, non consilio aut ratione prudentiave, sed vel allecta dulcedine benedictionum, vel attracta spe liberioris vitae, vel adducta cupiditate abrogationis legum ecclesiasticarum, atque abolitionis disciplinarum, odiosarum, vel adacta terrore principum suorum. Nam quotusquisque omnium est, quem ille traxit metus Dei et regni coelestis amor? Placuit vulgo schisma prae Ecclesia, quia haec tradebat cum fidei doctrina rectorum operum doctrinam ei, qui olim conregnare cum filio Dei, gaudeat, illud vero solius fidei dogmation tradit. Opera antem μίσα docuit, imo ita suum de operibus fermentum inculcavit, ut abhorreant ab operibus, quotquot fere sese schismatis professione jactant. Quis non malit levis irrumpere in coeli patriam, quam onustus? Si sola fide irrumpitur, quor sum operibus opus est. Epist. ad R. A. J. C. H. C. c. 3. ap. Döllinger 1. c. p. 35 — 36.
- ↑ Evangelium profitentes, Evangelium oppresserunt miserandis modis, Christum sonantes, Christo infesti sunt, vel ob doctrinam operum, quae non possum dicere, quam aegre ferunt. Cognovi occasione, brutae istius sectae sensim perverti Christianismum in Turcismum, Ecclesiam in speluncam, sacramenta in excrementa, conciones in delectationes, verbum Dei in verbum Lutheri, Psalmodiam in Theriodiam, concordiam in discordiam, ordinem in confusionem. Vidi decrescere officia pietatis, opera religiosa, studia divina, exercitia, disciplinas, castigationes, vigilias, metum, pudorem, fidem, conscientiam; crescere vero in immensum sectas, facta irreligiosa, studia mundi, acedium rerum divinarum, licentiam, delicationem, audaciam, libertatem, perfidiam, voluptatem, lasciviam et breviter mutari coelum terra. Fateor laborabat ante divisionem eam et pietatis sinceritas et vitae publicae integritas, sed nunc valde utraque inclinatur: Opus erat remedio vitiis ecclesiae, at nunc, remedio omisso, duplicatum malum cernimus. — Huc enim rem adduxerunt, qui κατἀ Lutherum sunt, ut nullibi minus liceat Evangelium confiteri, atque ubi ipsi primas tenent. Apud ecclesiasticos licet mutuo commonefacere officii, licet verba facere de cultura Dei, de bonis operibus, de poenitentia, contra peccata capitalia, hic nihil minus. Si quis nunc studeat emendatiori vitae, protinus phariseus est et tetricus, hypocrita. Audit: Tune solus contra morem aliorum vis vivere? Tune solus coelum bonis operibus pulsabis stultule? Si eguisset opusculis humanis Christus, non luisset in Calvaria. Novit is fragilitatem nostram, facile ignoscit peccatoribus, quorum esse socius legitur, quosque prae justis vocavit, dummodo evangelium ament et credant. L. c. p. 37. 38.
- ↑ Qui fit ut tam delectemini remissione peccatorum et non item retentione, quum utraque ab eodem Christo sit? Omnia vestra crepant nihil nisi remissionem et non videtis eo lenocinio vos plura peccata serere, quam tollere. Populus vester idoneus est scilicet, qui semper audiat remissiones, nunquam retentiones, et dignus qui semper solvatur, nunquam ligetur. — O commodos theologos, adeoque o catos. Nam si toties ligaretis, quoties solvitis, soli cum sola fide linqueremini duces factionis et petendae latebrae vobis essent, in quibus amisso regno populoque cum lupis lupi degatis. L. c. 40.
- ↑ Manifesta est archevangelistarum luxuria atque tyrannis. Ad summos evecti honores saeculi hujus sunt et donis regiis amplisque proventibus ditati. Vita horum plane mollis, plane splendida est. Curandae horum cuticulae nihil deesse omnium oportet. Sumptuosa hic et crebra convivia, nocturnae potationes, choreae, musicae deliciae, et cetera, quae scilicet apostolos pauperis Christi, et restauratores Ecclesiae decent. Homerus, credo, vidit, qualum vitam isti vivant, quum ait. At semper cordi nobis epulaeque, chorique, cantusque, et variae vestes et balnea calida, concubitusque. Horum sex sunt, cedunt iis sex opera misericordiae. Per priora cognoscuntur Evangelici et per posteriora illa pharisaei. Peccare hoc tempore tutum est et parit amicos. Bene operari cum periculo conjunctum invidiam catholicis conciliat. Et ubi sunt, qui Papistas ob vitam carnalem tot modis proscindebant? Ubi sunt, qui Evangelicis praeconibus frugalitatem quandam Pythagoricam decernebant? Verum ita oportuit incautis Germanis dare verba, donec inescarentur. Tyrannis eorum mirifica est in eos, qui nolunt omnia sua laudare. Eam vero exercent in suos parochos, ludimagistros, cives, agricolas, si qui forte statuam regis Babylonici non suppliciter adorent et manum ejus exosculentur. Retectio Lutherismi 1538. g. 7. 6. 8. a. b. ap. Döllinger l. c. p. 101. 102.
- ↑ Döllinger l. c. T. II. p. 431—433.
- ↑ Döllinger l. c. p. 439. Zob. Bezżeństwo kapłańskie w kościele katolickim przez X. Jana Chryzostoma Janiszewskiego. Gniezno 1860. Część 1. str. 492. n. n.
- ↑ Friderici Nauseae Monodia T. 1. wydania w Lejdzie.
- ↑ List 787. B. C.
- ↑ List 777. E. F.
- ↑ Rex Gallus montibus aureis invitat ad se. List 787.
- ↑ Powstając bowiem na sfałszowane ich wydanie we Francji przez jakiegoś Dominikanina i broniąc się od zarzucanych mu w nich herezyj, w Coronis apologetica, de sycophantiis et imposturis <span class="n0kh" title="[Korekta] 'cujusdam'" style=" display:none">cujusdemcujusdam Dominicani, qui in Gallia Colloquia Erasmi a se ridicule interpolata edi curaverat, tak mówi: „Znaglony byłem zapobiedz tym bredniom. Dołożywszy nakoniec więcej nieco pracy, niektóre rzeczy dodałem, żeby dać większą objętość księdze i żeby była godną, być przypisaną Janowi Erazmiuszowi, synowi Jana Frobena, chłopcowi wielkich nadziei: to się stało w r. 1522.“
- ↑ List 250 F.
- ↑ List 955 D. E.
- ↑ Erazm, jak widać z jego listów, miał jeszcze o trzy lata starszego brata, leniwego do nauk, ale mocnego zdrowia, przebiegłego i lubiącego klasztorne orgia, ale ten zawcześnie umarł. List. 1053. F. P.
- ↑ Sub adoratus. List 1054. A. F.
- ↑ List 1855. D. E.
- ↑ List. 1056.
- ↑ Ob. Oekolampad. Johann der Reformator von Bazel, mit Portrait in Holzschnitt Bazel 1862. Porównaj: Erasmus v. Rotterdam, Historisches Spiel aus der Reformationszeit. Winterthür, Lücke 1865.
- ↑ Listy 1188 i 1189.
- ↑ Gdy przybył do Fryburga, a przez kilka wciąż tygodni lał ulewny deszcz, w tem smutnem nastrojeniu umysłu następny napisał Epigram:
Jam Basilea vale, qua non urbs altera multis
Annis exhibuit gratius hospitium.
Hinc precor omnia laeta tibi, simul illud,
Erasmo Hospes uti ne unquam tristior adveniat.
Bazyleo! ty moja, ty najdroższa gościno,
Bądź szczęśliwa, a gdy ja w stronę idę inną,
Gdy cię żegnam z tej łodzi, życzę by w twe progi
Taki, jak ja, już nigdy nie zaszedł gość drugi.Obsecro, quid sibi vult, ingens quod ab aethere nimbus
Noctes atque dies sic sine fine ruit?
Terrigenae quoniam nolunt sua crimina flere,
Coelum pro nobis solvitur in lacrymas.
Czemuż ten deszcz, powiedźcie, tak się z nieba sroży,
Że nowym w dzień i w nocy nas potopem trwoży?
Że nie opłakujemy nasze przewinienia,
Niebo przeto w tej mierze nas sobą zamienia. - ↑ List 1296. E. F.
- ↑ List 1418. D. F.
- ↑ List. 1292. E. F.
- ↑ W 7 tomie dzieł Krasickiego mamy przytoczony list do Kochleusza z rękopisów wyjęty Heidelbergskich, opisujący śmierć Erazma. (
list ten znajduje się w tekście Erazm z Roterdamu) - ↑ Z rozkazu rady miasta miano wiele pogrzebowych mów, a z postanowienia uniwersytetu pochwałę; krom tego wiele napisano nagrobków, z których tu przytaczamy następne:
Juljusz zaś Skaliger po miłych uczonych z Erazmem tarczkach następne na zgon jego napisał wiersze:
Lis oritur: meus est, Germania dicit, Erasmus!
Gallia stans contra clamitat esse suum.
Hanc interveniens litem mala Parca diremit,
Neutrius hic vestrum sed meus, inquit, erit!
Musarum columen, cujus per saecula vivit
Nomen, in hac urna pulvis, Erasme jaces.
Żwawy spór Francuz z Niemcem o Erazma zwodzi,
Każdy go swojej sławy klejnotem przyznaje,
W tem Parka niezbłagana między niemi staje,
I Erazma jak swego zabrawszy ich godzi.
Znikome prochy jego w tej urnie zawarte
Lecz imię w wiecznych czasów jest wniesione kartę.Mortuus est IV. Id. Julias. Jam septuagenarius, anno a Christo nato MDXXXVI.Dezyderjuszowi Erazmowi Roterdamskiemu, mężowi pod każdym względem największemu, którego niezrównaną we wszelkim rodzaju nauk uczoność, z równym złączoną rozsądkiem pobożność i podziwiać i uwielbiać będzie Bonifacy Amerbach spadkobierca, Hieronim Froben i Mikołaj Episkopjusz naznaczeni wykonawcami ostatniej jego woli, najlepszemu swojemu opiekunowi (patrono) nie dla pamięci, bo ją unieśmiertelnił swojemi pismami, w których do końca świata żyć nie przestanie, lecz dla śmiertelnych zwłok jego, które tu są złożone, ten głaz położyli.Umarł 12. lipca mając niespełna lat 70, roku od narodzenia Chrystusa Pana 1536. - ↑ Anti-barbarorum liber primus.
- ↑ Przekład dwóch trajedji Euripidesa: Hekuba i Ifigenia; oraz Dyalogów Lucjana.
- ↑ Traktat o częściach mowy. — Tłumaczenie greckiej gramatyki Teodora Gazy — Grecki słownik.
- ↑ Dyalogi o należytem wymawianiu greczyzny i łaciny. — De duplici rerum et verborum copia. De ratione conscribendi spistolas.
- ↑ De ratione studii.
- ↑ Pueros ad virtutem et litteras liberaliter instituendo, idque protinus a nativitate, declamatio.
- ↑ Tłumaczenie moralnych traktatów Plutarcha.
- ↑ Logothecam Minervae.
- ↑ Opus adagiorem, in quo explicata proverbia 4251 w kompletnem wydaniu stanowi cały tom drugi. Przypis 102.
- ↑ Congelio Epist. 402. pag. 425. Effundo verius quam scribo omnia, ac molestior est recognoscendi quam cudendi labor. Natura sum extemporalis et ad recognitionem mire piger. — Botzemio l. c. Ego, quod semel aggressus sum, fere perpetuo cursu absolvo, nec castigandi taedium unquam devorare potui. —
- ↑ Porówn. Le Clerc Bibliotheque choisie F. 1. p. 388. do 394.
- ↑ Botzemio l. c. Caeterum ubi perpenderemus, quantum ad elegantiam et copiam dictionis adferant momenti sententiae argutae, metaphore aptae, proverbia similiaque schemata, decreveramus ex omni scriptorum probatorum genere quam maximam harum rerum vim congerere, et in suam quaeque classem digerere: quo magis essent in promptu his, qui stilum exercere vellent, ad parandam orationis facultatem et copiam.
- ↑ De parabolis sive similibus ex selectis quibusdam auctoribus, liber unus. T. 1.
- ↑ Aegidio. Epist. dedicat 17. Lib. 29. w wydaniu londyńskiem. Nuper enim dum Aristotelem, Plinium ac Plutarchum locupletandis adagiorum chiliadibus relego, dum Anneum Senecam a mendis quibus ille non contaminatus erat, sed prorsus extinctus, repurgo, has obiter annotavi, tibi munusculum haudquaquam ingratum futuras.
- ↑ Apophtegmatum libri veto T. 4.
- ↑ Botzemio. Tentavimus et declamationem, ad quam magis eramus compositi natura, quam ad illa collectanea, in quae tamen maxime nos impulit, nescio quis genius.
- ↑ Colloquia familiaria. Convivium religiosum.
- ↑ Colloquia. conjugium.
- ↑ Buscher spicileg. 11. p. 25. Henkelius a concionibus et confessionibus Mariae, reginae Hungarie viduae, Erazmo. I spicileg. 18. p. Culbertus Tonstallus Episcopus Londinensis Erazmo.
- ↑ Conciones, enarrationes, paraphrases in Psalmos. T. 5.
- ↑ Ratio verae theologiae T. 5.
- ↑ Ecclesiastes sive concionator Evangelicus, De dignitate, puritate, prudentia caeterisque virtutibus Ecclesiae T. 5.
- ↑ Turzo Episcopus Erazmo Ep. 479. p. 522. Tum sincerae quoque illius Theologiae puritas et sanctissima studia, prope ad interitum redacta, te parente, de duce, veluti renata toto orbe reflorescunt. — Compendium vitae. In provehendis bonis litteris nemo magis profecit, gravemque ob hanc rem invidiam subiit a barbaris et monachis.
- ↑ Thomae Cardinali Eboracensi. Ep. 317. p. 321. Mihi sat est quod hoc laudis fero, si tamen promereor, ut dicar unus ex eorum numero fuisse, qui crassissimam barbariem ac pudendam infantiam, quas hactenus nobis opprobrabat Italia, ab hisce regionibus depellere conati sunt.
- ↑ Mesiae Hispano Ep. 1103. p. 1254 (1530). Quod si quis conferat seculum, quod fuit ante annos triginta sex apud nos, cum hoc, quod nunc est, intelliget, an aliquid litteris contulerit Erasmus. Curbio Epist. 1276. p. 1496. i Hajoni Hermanno Epist. 689. p. 806.
- ↑ Miał tylko ich pięć i to z późniejszych wieków, i przeto mylne i niepewne. Laurentius Valla septem bonae fidei codices se secutum fuisse testatur. Nos in prima recognitione quatuor graecis adjuti sumus, in posteriore quinque: deinde consultis, tum emendatis aliquot latinae linguae voluminibus.
- ↑ Melchior Adam in vita Erasmi p. 43. Quas (paraphrases) dubium est majorene studiosorum applausu orbis exceperit, an majori alacritate ipse scripserit, hic sum, inquit, in meo campo.
- ↑ Histor. Eccles. von Hottinger T. 6. p. 37: Melanchton paraphrases Erasmi adeo laudat, ut sine pudore alias moliri non posset.
- ↑ Weber Dr. Georg. Lehrbuch der Weltgeschichte mit Rücksicht auf Cultur, Literatur und Religionswesen Leipzig 1861. T. 2, str. 22.
- ↑ Leben des Erasmus von Roterdam. Eine gekrönte Preisschrift Hamburg 8. 1828. str. 230—235.
- ↑ Zob. Przedmowę dedykacyjną do Morusa. Tum si quis est, quem nec ista placare possunt, is saltem illud meminerit, pulchrum esse a stultitia vituperari, quam cum loquentem fecerimus, decoro personae serviendum fuit.
- ↑ Nec jam usque adeo stulto sum.
- ↑ Quid est enim illud in infantibus, quod sic exosculamur, etc. nisi stultitiae lenocinium.
- ↑ Est, qui versuris atque aere alieno divitem se esse putat, mox decocturus.
- ↑ Quid stultius est, quam ob causas, nescio quas, certamen ejusmodi suscipere, unde pars utraque semper plus aufert incommodi quam boni?
- ↑ Adeoque illis nemo nocere cupit, ut ferae quoque beluae ab illorum injuria temperent, sensu quodam innocentiae naturali.
- ↑ Apud quos solos sepulta latet pietas, et adeo latet, ut vix umquam liceat conspicere.
- ↑ Alibi videas Pythagoricos quosdam, quibus usque adeo omnia videntur esse communia, ut quicquid usquam incustoditum nacti fuerint, id velut haereditate obvenerit, aequo animo tollant. Jestto alluzja do owych słów Pytageresa: τῶν φίλων τὰ κοινά u przyjaciół wszystko wspólne.
- ↑ Listrjusz w liście do Paludana tak pisze o księdze „Pochwała Głupoty“: „Ale w niej wiele się znajduje miejsc, które tylko uczeni z wytężoną uwagą mogą zrozumieć, już to z powodu tu i owdzie rozsianych grecyzmów, już z powodu i częstych i niewyraźnych alluzyj, już z powodu delikatności i subtelności żartu, który czuć może chyba tylko człowiek bystrego dowcipu i bardzo przenikliwy w badaniu i sądzeniu. Nic bowiem dowcipniejszego, jak uczenie żartować. Oderwawszy więc kilka godzin od moich studjów nad greckim i hebrajskim językiem, a szczególniej nad medycyną, którym zwykle się poświęcam, objaśniłem mojego Erazma Pochwałę Głupoty, dodawszy do niej w miejscach do tego potrzebujących przypisy“. Verum sunt in ea permulta quae nonnisi ab eruditis et attentis possint intelligi: partim ob graecitatem, passim admixtam, partim ob allusiones et crebras et tacitas, partim ob argutiam in jocando, quam non facile sentiat, nisi qui naris est emunctissimae. Nihil enim ingeniosius, quam erudite jocari. Proinde suffuratus aliquot horas studiis meis, quae graecis et hebraicis litteris praecipue vero rei medicae solitus sum impendere, scholiis in loco additis, Erasmi mei Moriam illustravi.
- ↑ Owen (Ovenus), angielski poeta zmarły 1622, sławny łacińskiemi swemi dla ich zwięzłości epigrammatami, niektórem jednak zbyt wolnemi, pochowany w Londyńskim kościele ś. Pawła z takowym nadgrobkiem:
Parva tibi statua est, qui parva statura, suppellex
Parva, volat parvus magna per ota liber;
Sed non parvus honos, non parva est gloria, quippe
Ingenio haud quisquam est majus in orbe, tuo.
Parva domus texit, templum sed grande, poetae
Tum vere vitam, cum moriuntur agunt.
Mały twój posąg, mała bowiem postać była;
Takiż majątek; mała i książka sprawiła,
Żeś wielkiej sławy dostał, i w wielkiej zalecie
Szacowne twoje pisma zostały na świecie.
Z małego domku w wielkim kościele złożony,
Jak poeta żył w nędzy, po śmierci uczczony.
Tłumacz. Krasickiego. - ↑ W liście 10 księgi. Ad haec argumentum ipsum per se jocosum est, neque tamen ullum hominum genus insector odiosius; neque quemquam nominatim taxo, nisi me ipsum. Postremo opus qualecunque est, placet eruditis totius urbis omnibus, hoc, placet episcopis, archiepiscopis, regibus, cardinalibus, atque ipsi Leoni Pontifici Maximo, qui a capite ad calcem usque totum perlegit.
- ↑ Omnibus veritatem amantibus ks. 12. p. 888. Moriam scripsi tranquillis rebus, quum mundus altum indormiret cerimoniis ac praescripsis hominum, haudquaquam scripturus, si horum temporum tempestatem exorituram praescissem. Sed attende lector amice; stultissimam hujus autoris (monachus is est psvdoviuos Ludovicus Leopoldus), collectionem: si Moria ideo tollit papatum, eo quod attingit quaedam vitia Pontificum, eadem opera tollit universos humani generis ordines, quoniam nullum omnino praeterit intaxatum.
- ↑ O tej Pochwale Głupoty sławne jest zdanie Pawła Jowjusza Nuceryńskiego biskupa w Obrazach i Pochwałach znakomitych ludzi (Icones et elogia clarorum virorum). „Wydał Erazm Głupotę i najwięcej przezto zrobił imię swoje głośnem, na wzór Lucjana tu i owdzie postępki wszystkich stanów przypisując głupocie. Dzieło wprawdzie ostrym dowcipem nader zabawne i przyjemne nawet dla ludzi poważnych i uczonych, ale wcale nieprzyzwoite dla kapłana, gdyż i z rzeczy boskich zdaje się nieraz szydzić. Zganiony wszakże za tę swoję śmiałość, wkrótce cały się oddał świętym naukom z taką usilnością i zapałem nadzwyczajnego swego jeńjuszu, że już to tłumacząc z greckiego, już pisząc kommentarze nikt więcej od niego ksiąg nie napisał“. Edidit Moriam Erasmus, atque inde primam nominis famam longissime propagavit, imitatione Luciani satirae pungentes aculeos passim relinquens, omnium sectarum actionibus ad insaniam revocatis. Opus quidem salsa aspergine perjucundum vel gravibus et occupatis; sed sacrato viro prorsus indecorum, quum divinis quoque rebus illusisse videretur. Sed mature demum quod ejus intemperantiae, male audiendo poenas daret, sanctiores litteras complexus est, tanta robustissimi ingenii contentione, ut vertendo graeca, et commentarios excudendo, plura quam quisquam alius volumina publicaret etc.
- ↑
Ta liczba to prawdopodobnie cena egzemplarza. - ↑ Catalogi duo operum Des. Erasmi Rotterodami ab ipso conscripti et digesti cum praefat. D. R. Amerbachii. Accesit in fine epitaphiorum ac tumulorum libellus etc. Bazil. Froben 1537. 4.0