Przejdź do zawartości

Pochwała głupoty (zbiór, 1875)/Przedmowa/III. Życiorys Erazma, skreślony przez samegoż Erazma

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Erazm z Rotterdamu
Tytuł Życiorys Erazma, skreślony przez samegoż Erazma
Pochodzenie Pochwała głupoty (zbiór, 1875)
Redaktor anonimowy
Wydawca Nakładem tłumacza
Data wyd. 1875
Druk Drukarnia „Dziennika Polskiego“
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Życiorys Erazma,
skreślony przez samegoż Erazma.

Urodził się w Rotterdamie w wigilją[1] apostołów Szymona i Judy. Matką była Małgorzata, córka Piotra jednego lekarza, rodem z Siedmiogorza (Sevenbergen). Dwóch braci tego Piotra prawie dziewięćdziesięcioletnich widział w Dordrechcie. Ojcu było imię Gerard. Ten z pomienioną Małgorzatą w nadziei małżeństwa, żył w ścisłych stosunkach. Są nawet co twierdzą, że takowe małżeństwo w rzeczy samej było zawartem. Szemrali na to i rodzice i bracia Gerarda. Ojcem ich był Eliasz, matką Katarzyna, oboje najpóźniejszej dożyli starości: Katarzyna prawie do 95. r. wieku. Braci było dziesięciu, żadnej siostry z jednego ojca i matki, wszyscy żonaci, krom jednego. Najmłodszy był Gerard. Rodzice uradzili wspólnie (znasz skłonność staruszków), z tak wielkiej liczby synów poświęcić jednego na usługi Bogu, i rozmyślając nad tem, postanowili przeznaczyć tego, u którego będą na biesiadzie. Widząc Gerard, że wszyscy jednomyślnie wszelkimi sposobami chcą mu zagrodzić wstęp do małżeństwa, postąpił, jak postępują przywiedzeni do rozpaczy: uciekł tajemnie i z drogi napisał list do rodziców i braci, zapieczętowawszy pieczęcią, wyrażającą złączone ręce, kończąc temi słowy: bywajcie zdrowi, już was nigdy nie zobaczę. Tymczasem spodziewana przyszła żona pozostała brzemienną. Syn chował się u babki. Gerard udał się do Rzymu. A że wtedy nie znano jeszcze sztuki drukarskiej, on zaś miał piękny charakter, zajmując się więc tam przepisywaniem, zebrał sobie maleńki fundusik. Żył zawsze wesoło, jako młody; wkrótce potem oddał się naukom. Pięknie znał grecki i łaciński język. W prawnictwie nawet nie mały uczynił postęp, bo Rzym sławił się naówczas uczonymi ludźmi. Słuchał Gevariniego. Wszystkich starożytnych pisarzy własną ręką przepisał. Rodzice, dowiedziawszy się o jego w Rzymie pobycie, napisali do niego, że panna, o której starał się rękę, umarła. On uwierzywszy temu, został księdzem i całkiem oddał się teologicznym naukom. Gdy wrócił do kraju, poznał że go oszukano, ale i ona nigdy już potem nie chciała pójść za mąż, i on ją nigdy odtąd nie nagabał. Synowi starał się dać przyzwoite wychowanie, nieszczędząc kosztu, i już pięcioletniego oddał do szkoły. Ale w pierwszych latach żadnego nie okazał postępu w jałowych owego czasu naukach, do których nie był zrodzony. Gdy chłopak miał już dziewięć lat, posłał go do Dewenteru. Towarzyszyła mu matka, stróż i opiekunka młodocianego wieku. Szkoła ta stała podówczas na bardzo niskim, prawie barbarzyńskim stopniu. Uczono Pater mens[2] i czasowania słów. Trzymano się Ebrarda i Jana de Gerlandia; Aleksander tylko Hegiusz i Zintiusz zaczęli oznajamiać z lepszą literaturą. Od współuczniów nareszcie, którzy, starsi latami, słuchali Zintiusza, pierwszy raz zasmakował w lepszej literaturze. Nie raz potem słuchał Hegiusza, ale tylko w dnie świąteczne, w które zwykł był dawać lekcje wspólnie dla wszystkich. Tu doszedł do klasy trzeciej. Grasujące tam naówczas morowe powietrze wydarło matkę synowi, mającemu już wtedy 13. rok życia. Gdy ta zaraza coraz się szerzyła, i dom, w którym mieszkał, cały wymarł, wrócił do ojczyzny. Smutną wiadomość powziąwszy Gerard, zapadł na zdrowiu i wkrótce umarł. Oboje umarli, przeżywszy nie wiele co więcej czterdzieście lat wieku. Nieboszczyk za życia, trzech przeznaczył opiekunów, którym najwięcej zawierzał. W tych liczbie pierwszy był Piotr Winkel, nauczyciel w Gandawskiej szkole. Zostawił Gerard mierny, ale dostateczny fundusz, jeśliby tylko sumiennie opiekunowie nim się rozporządzili. I tak na nauki został odesłanym do Herzogenbosch[3], chociaż mógł już był postąpić i do Akademji. Ale opiekunowie, chcąc koniecznie poświęcić chłopca duchownemu stanowi, bali się Akademji. Tam przeżył, a raczej marnie stracił prawie całe trzy lata w klasztorze braci (zakonników), tak ich zazwyczaj nazywają, u których podówczas był profesorem Rombold. Ten dziwnie pokochał genjusz chłopca, i zaczął go namawiać wstąpić do ich zakonu. Chłopak wymawiał się zbyt młodocianym, nieświadomym wiekiem. Kiedy i tu pojawiło się morowe powietrze, przechorowawszy długo na czterodzienną febrę, wrócił do opiekunów, już się wdrożywszy nieco do pisania i wykształciwszy styl swój na kilku dobrych pisarzach. Jeden z opiekunów umarł z zarazy, dwaj pozostali nie dobrze się sprawiwszy z jego spadkiem, zaczęli go namawiać do zakonu. Młodzieniec, osłabiony febrą, która go przeszło rok dręczyła, nie był dalekim od pobożności, ale czuł odrazę do klasztornego życia. Odpowiedział przeto, że się namyśli. Tymczasem opiekun wynalazł ludzi, którzyby namowami, groźbami pokonali słaby umysł. Wyszukał także i miejsce dla niego w klasztorze kanoników regularnych w Delfcie, w kollegjum nazwanem Syon, głównym domie owej kapituły. Gdy nadszedł dzień odpowiedzi, chłopak rozsądnie się tłómaczył, że jeszcze nie zna ani co jest świat, ani co klasztor, ani nawet co jest sam; nim więcej siebie pozna, korzystniej będzie jeszcze lat kilka przepędzić na naukach w szkołach. Zgromił natychmiast Piotr Winkel tę stanowczą młodzieńca odpowiedź. Otóż, rzekł, napróżnom się starał wyjednać dla ciebie takie miejsce. Błazen i głupiec jesteś, nie masz dobrego ducha. Zrzekam się więc mojej nad tobą opieki, odtąd sam myśl o swojem utrzymaniu się. Młodzieniec odpowiedział, że chętnie przyjmuje to odmówienie, i w takim jest wieku, że już i bez opiekunów obejść się może. Widząc Winkel, że groźbami niczego nie dokaże, wzywa na pomoc także opiekuna, swojego brata. Ten jął się pochlebstw i przymilań. Zewsząd natarczywie napierają podszczuwacze. Miał kolegę, który zdradził przyjaciela; a lubo męczyła go febra, nie cierpiał jednak klasztoru, aż nakoniec trafem zdarzyło mu się w Emmaus czyli Stein, zwidzić klasztor tegoż zgromadzenia w blizkości Gandawy. Znajduje tam Korneliusza, z którym jako kolegą mieszkał kiedyś razem w Dewenterze. Ten nie był jeszcze przyjął zakonnej sukni. Zwidził Włochy, ale wrócił nie wiele zbogacony nauką. On to, tocząc, jak mówią, wodę na własne koło, z dziwną wymową zaczął mu żywo przedstawiać najświętszy rodzaj życia, mnóstwo książek, aż nadto wolnego czasu, spokojność i niemal anielskie towarzystwo. Jedno go wabiło, odstręczało drugie. Wzgardziwszy innem, wybrał to miejsce. Póki nie przywdział zakonnej sukni, był łudzony nadzieją. Tymczasem młodzieniec, chociaż widział, że tam nie wszystko odpowiadało jego zamiarom i chęciom, całe jednak zgromadzenie zagrzał do nauk. Gdy przed wykonaniem profesji chciał zakon porzucić, już wrodzony wstyd, już groźby, już wreszcie konieczność wstrzymały go. Uczynił więc profesją. Nakoniec poznał go Henryk z Brzegu (Bergen) kameraceński biskup. Ten spodziewał się kardynalskiego kapelusza, jakowy pewnieby i otrzymał, gdyby miał gotowe pieniądze. A że podróż do Rzymu wymagała człowieka biegłego w łacińskim języku, za zezwoleniem więc Utrechtskiego biskupa, które jedno już było dostatecznem, nie pominąwszy jednak i zgody na to przeora i generała zgromadzenia, wezwał go do siebie. Zatrzymawszy tedy zakonną suknię, postąpił do orszaku domowników biskupa. Kiedy tego zawiodła nadzieja na kardynalstwo i widział go niestałym w przyjaźni dla wszystkich, wyjednał, że go posłał na nauki do Paryża, zapewniwszy roczne utrzymanie[4]. Tam w kollegjum na Ostrej górce (Mont-aigu) od gniłych jaj i niezdrowego pomieszkania wpadł w chorobę. Wrócił więc do biskupa. Przyjęty uprzejmie. W Brzegu (Bergen) dopiero odzyskał zdrowie. Udał się do Hollandji w zamiarze pozostania u swoich. Lecz potem za namową tychże, wrócił do Paryża, gdzie pozbawiony wsparcia od swego mecenasa, więcej bujał niż się uczył (vixit verius quam studuit), a z powodu trwającej tam przez kilka lat zarazy cołok[5], musiał znowu wracać do ojczyzny. Kiedy nakoniec cały rok bez przerwy grasowała, znaglony był przenieść się do Lowanium, zwiedziwszy pierwiej Anglją, jedynie by się widzieć z Montygiuszem (Mount-joy), dawniej uczniem, a teraz mecenasem, raczej jednak przyjacielem, niż dobrodziejem. Wszystkich tedy znakomitych anglików zjednał sobie życzliwą przyjaźń za to szczególniej, że w podróży swojej do Francji, będąc na brzegach Dowareńskich ograbionym, nie tylko nie mścił się za doznaną krzywdę, ale wkrótce wydał nawet pisemko na pochwałę króla i całej Anglji. Wielkie nakoniec obietnice zwabiły go z Francji do Anglji. Tu zjednał sobie przyjaźń kantuaryjskiego biskupa. Gdy obietnice spełzły na niczem, ruszył do Włoch, które zwidzić było zawsze gorącem jego życzeniem. Więcej roku bawił w Bononji. Ztąd udał się do Wenecji i wydał swoje Przysłowia (Adagia), potem do Padwy, gdzie przypędził zimę. Wkrótce zawitał do Rzymu, gdzie go już wyprzedziła głośna sława. Na szczególne zasłużył względy Rafaela kardynała ś. Jerzego. Miałby dobry fundusz, gdyby po śmierci Henryka VII. a wstąpieniu na tron Henryka VIII listami złote obiecujących góry, nie był wezwany do Anglji. Tam zamierzał resztę życia przepędzić. Ale kiedy i tu nie ziściły się obietnice, przeniósł się do Brabancji i zalecony przez Jana Soważa, wielkiego kanclerza, wezwany do dworu cesarza Karola, został jego radcą. Przyczynę zmiany swojej sukni objaśnia w pierwszej księdze swojej odpowiedzi laikom. Słabego zawsze zdrowia często zapadał na febrę, szczególnie w wielkim poście, a to mianowicie od ryb, których samego zapachu znieść nie mógł. Był charakteru otwartego, szczerego i tak dalece zmierził sobie kłamstwo, że będąc dzieckiem jeszcze nienawidził kłamiących chłopców, a w starości nie mógł na nich patrzeć bez wyrażenia nieukontentowania. Z przyjaciółmi był mowny, czasem nawet gadatliwy, i chociaż nieraz oszukany zawsze jednak im wierzył. Nie był wybredny, z pism jednak swoich zawsze był niekontent. Nie podobała mu się nawet twarz własna i ledwie nie ledwie na prośby przyjaciół zezwolił, by odmalowano jego portret. Godnościami i bogactwy zawsze gardził, swobodę i wczas cenił nadewszystko. Cudzą naukę szczerze uwielbiał, i jeśliby był bogatym, byłby jedynym na świecie opiekunem jenjuszów. Do rozkrzewienia pięknych nauk nikt się od niego więcej nie przyłożył, za co ściągnął na siebie nienawiść mnichów i głupców. Do pięćdziesiątego roku życia w pismach swoich nikogo nie zadrasnął i sam nie był napastowany. Postanowił był sobie nieskalane zachować pióro. Pierwszy Faber uderzył na niego, bo Dorpiusza zamachy same przez się ustały. W odpowiedziach był zawsze delikatny. Tragedja Lutra ściągnęła na niego straszną nienawiść. A gdy obu, stronnictwom starał się dogodzić, oba go nielitościwie szarpały[6].





  1. Która przypada na dzień 28. Października 1467, lubo się w tem nie zgadzają pisarze; są bowiem, co twierdzą, iż się urodził 1466 r.
  2. Tak się zaczynała jakaś łacińska Gramatyka, zwyczajnie podówczas używana po szkołach.
  3. Miasto hollenderskie, inaczej zwane Im-Bosch, po francuzku Bois-le-Duc, stolica niderlandzkiej prowincji, północnej Brabancji, liczy teraz do 13.000 mieszkańców, po większej części katolików; sławne przepysznym katedralnym kościołem, jednym z najpiękniejszych w całych Niederlandach.
  4. Obraz Rozmowy: Rybożeństwo ἰχθυοφαγία.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Fragment niezrozumiały.
  6. Ciekawy czytelnik niech przeczyta list Erazma do M. Konr. Goklena, w którym mu powierza ten krótki rys swojego życia. Znajduje się on na czele jego listów londyńskiego wydania 1642. Czytamy w niem następne słowa: Ponieważ teraz nie pewny jestem mojego życia, winienem tobie, jako najszczerszemu z przyjaciół, powierzyć to, co mam najdroższego, to jest pamięć o mnie, która, jak wnoszę, ulegnie wielu potwarzom. Posyłam ci więc krótki rys całego mojego życia, to jest Iliadę nieszczęść. Nie było bowiem nigdy nikogo nieszczęśliwszego ode mnie itd.“ Quum autem subinde pericliter de vita, superest ut tibi amicorum sincerissimo commendem, quod habeo charissimum, memoriam mei, quam suspicor multis calumniis fore obnoxiam. Ita totius vitae meae compendium tibi mitto, hoc est Ίλίάδα κακῶν. Nihil enim unquam me natum est infelicius etc.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Erazm z Rotterdamu i tłumacza: anonimowy.