Pochwała głupoty (zbiór, 1875)/List do Marcina Dorpiusza
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | List do Marcina Dorpiusza |
| Pochodzenie | Pochwała głupoty (zbiór, 1875) |
| Redaktor | anonimowy |
| Wydawca | Nakładem tłumacza |
| Data wyd. | 1875 |
| Druk | Drukarnia „Dziennika Polskiego“ |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Nie oddano mi własnoręcznego twojego listu; ale jeden z przyjaciół nie wiem jakim sposobem dostawszy, kopiję jego pokazał mi w Antwerpji. Ubolewasz nad niefortunnem pojawieniu się na świat Głupoty, chwalisz, że się zajmuję krytycznem wydaniem Hieronyma, Nowego testamentu ogłaszać nie radzisz. Tym twoim listem, mój Dorpiuszu, nie tylko się nie obraziłem, ale, chociażeś zawsze był dla mnie drogim, jeszcze Cię więcej odtąd pokochałem: tak przyjacielsko napominasz, tak mile strofujesz. Zaiste jest to cechą prawdziwej chrześćjańskiej miłości, że, nawet gdy najsurowiej karci, razy swoje właściwą sobie zaprawia słodyczą. Mnóstwo codzień od uczonych otrzymuję listów, w których mię nazywają ozdobą, słońcem, księżycem Niemiec, i, uraczając innemi najokazalszemi imionami, raczej mię obarczają niż zdobią. Z nich jednak, wierzaj mi, żaden nie zrobił mi tyle przyjemności, ile pełen wyrzutów list mego Dorpiusza. Słusznie mówi ś. Paweł, że miłość nie myśli złego 1. Kor. 13, 5.: czy głaszcze, czy się gniewa, ma na celu jedynie pożytek. Ceniąc twoją przyjaźń, bardzobym życzył znaleźć czas na list twój Ci odpisać. Niczego bowiem tak gorąco nie pragnę, jak tego, żeby wszystko, czem się tylko zajmuję, zasłużyło na twoją pochwałę, twoją, mówię, którego prawie boski genjusz, niezrównaną uczoność i trafny sprawiedliwy sąd tak wysoko cenię, że wolę zasłużyć na pochwałę jednego Dorpiusza, niż tysiąca innych. Ale że teraz cierpię jeszcze ckliwość po morskiej podróży, zmęczony jestem konną jazdą i zajęty uporządkowaniem moich manatek, tymczasem więc postanowiłem lepiej Ci jakkolwiek odpisać, niż przyjaciela zostawić w takiej o mnie opinji, czy to nabytej z własnego przekonania, czy powziętej od tych, co Cię namówili do napisania tego listu, żeby pod cudzą maską samym wystąpić na scenę. Naprzód więc szczerze mówiąc, żałuję prawie, żem wydał Głupotę. Prawda, ta książeczka zjednała mi nieco sławy, a raczej rozgłosu, ale cóż mi po sławie, kiedy do niej łączy się nienawiść. Chociaż, o bogowie! cóż to jest wszystko, co zwyczajnie nazywają sławą, jeżeli nie czcze i marne imię powzięte z rodu? Nie mało podobnej opinji zakradło się i u chrześćjan, kiedy nieśmiertelnością nazywają głośne imię, przekazane potomności i jakichkolwiek przymiotów zaletę. Wydaniu wszystkich ksiąg jedyny był u mnie cel, jedyna dążność: jakikolwiek przynieść pożytek, a jeżelibym tego nie dopiął, żadnej najpewniej nie zrządzić szkody. Chociaż przeto widzimy, jak wielcy nawet ludzie nadużyli pism swoich do wylania w nich swych uczuć, kiedy jeden opiewa głupie swoje miłostki, drugi sypie pochlebstwa tym, których chce zaskarbić, inny napaść odpiera piórem, inny sam rozwodzi się ze swemi zasługami i w roztrąbianiu swoich pochwał przewyższa samego Trazona, samego Pyrgopolinika; ja zaś lubo z mierną zdolnością i skąpą nauką, o to jednak zawsze dbałem, aby przynieść pożytek, a przynajmniej nikogo nie obrazić. Homer aż do ckliwości wylał w swych wierszach swoją nienawiść ku Tersytowi. Jakże wielu w swoich rozmowach wybuzował Plato, nie oszczędzając imion? Komuż przybaczył Arystoteles, który nie przebaczył ani Platonowi, ani Sokratesowi? Demostenes wylał żółć swoją na Eschinesa. Cycero na Pizonie, Watynjuszu, Sallustjuszu, Antonjuszu i suchej jak mówią, nitki nie zostawił. Jakże wielu po imieniu wyśmiewa i kąsa Seneka? A nawet i między nowszymi Petrarka na jakiegoś lekarza, Laurencjusz na Pogjusza, Polytanus na Skalę, pióra miasto broni użyli. Wskaż mi choć jednego tak skromnego pisarza, żeby w swoich pismach o kimkolwiek nie odezwał się z przekąsem? Sam Hieronym, mąż tak pobożny i poważny, często niepohamowanym uniesiony gniewem znęca się nad Wigilancjuszem, zbyt złośliwie napada na Jowinjana, nad miarę oburza się na Rufina. Było to zawsze zwyczajem uczonych, że swoją boleść i radość, wszelkie burze swego serca wynurzali przed nimi, jakoby przed najserdeczniejszymi przyjaciołmi. Ba nawet nie mało znajdziesz takich, co dla tego tylko pisali księgi, żeby się w nich wywnętrzyć ze swemi uczuciami i tym sposobem przekazać je potomności. Ja zaś w tylu już wydanych przezemnie księgach, kiedy tak wielu najszczersze oddałem pochwały, czyjąż, proszę, kiedykolwiek oczerniłem sławę, na kogoż choć najmniejszą rzuciłem plamę? Jakiż naród, jaki stan, jakiegoż człowieka po imieniu wytknąłem? A jeślibyś wiedział, mój Dorpiuszu, wiele to razy byłem do tego wyzywany potwarzami, którychby nikt inny nie przeniósł? Zawsze jednak stłumiłem boleść serca, i więcej baczyłem na to, co o nas potomność powie, niż na co zasłużyła ich bezczelność. Jeśliby drudzy rzecz całą tak znali, jak ja, nigdyby mię żaden nie nazwał uszczypliwym, ale owszem słusznym, skromnym i umiarkowanym. Lecz zawszem tak myślał. Co komu do naszych osobistych uraz? albo poco one mają być wiadomemi mieszkającym daleko lub potomkom? Ja postąpię nie tak, jak oni warci, ale jak na mnie przystało. Przytem żadnego nie ma tak mi nienawistnego nieprzyjaciela, któregobym nie życzył sobie zrobić, jeśli można, moim przyjacielem. Pocóż mam do tego zagradzać drogę? Pocóż mam teraz pisać to na nieprzyjaciela, czegobym kiedyś nie życzył napisać na przyjaciela? Dla czegoż mam czernić tego, któremu nie mógłbym potem przywrócić jego czystości, gdyby na to zasłużył? Wolę zgrzeszyć chwaląc tych, co na to nie zasłużyli, niż ganić, co są tego warci. Jeśli bowiem niesłusznie kogo pochwalisz, to przepisują szczerości, a jeśli chociażby i godnego nawet niesławy właściwemi jego opiszesz kolorami, to się liczy na karb nie jego postępków, ale twojej złości. Nie mówiąc już o tem, że jak z krzywd oddawanych wet za wet nieraz wszczyna się straszna wojna, tak ze wzajemnych obelg najniebezpieczniejszy często roznieca się pożar. A jeśli rzecz niechrześćjańska krzywdę krzywdą odpierać, tak nie szlachetna za swoją urazę przykładem kobiet mścić obelgami. Te powody były dla mnie pobudką, że pisma moje zachowałem zawsze niewinne, niekrwawe i nigdy ich nie splamiłem najmniejszą skazą. A do czego dążyłem w innych moich pismach, do tego samego i w Głupocie, chociaż odmienną drogą. W skróceniu (Enchiridium) prosty dałem obraz chrześćjańskiego życia. W księdze o ukształceniu panującego jawnie wskazałem, jakie zalety on mieć powinien. W panegiryku pod pokrywką pochwały, mówiłem to samo ubocznie, co tam w oczy. I w Głupocie, w kształcie żartu, ten sam cel co i w Skróceniu. Napomnieć chciałem, nie ukąsić; być pożytecznym, nie obrazić; przyczynić się do poprawy ludzkich obyczajów, nie zaś im zaszkodzić. Plato, tak wielki filozof, chwali w czasie uczt częste zachęcania do picia, sądząc, że niektóre wady, których surowość nie mogłaby poprawić, przez podchmielenie się winem dadzą się usunąć. A i Flakk jest tego przekonania, że żartobliwe napomnienie nie mniej skutkuje jak i poważne. Cóż, mówi, przeszkadza żartem mówić prawdę? Satyr. ks. 1. satyra 1. w. 54—25. Nie uszło to uwagi najrozumniejszych dawnych mężów, którzy najzbawienniejsze prawidła życia woleli podać w śmiesznych i na pozór dziecinnych apologach czyli bajkach, dla tego, że prawda sama z siebie cierpka, osłoniona szatą przyjemności, łacniej przenika w ludzkie serce. Jest to właśnie ów miodek, którym, jak mówi Lukrecjusz, lekarze, lecząc dzieci, smarują piołunową czarę. I nie dla czego innego dawni owi królowie wprowadzali do swoich pałaców ten rodzaj błaznów, jedno żeby tych wesoły dowcip, bez niczyjej obrazy, lżejsze niektóre przywary wykrywał i poprawiał. Do tego rzędu zaliczyć i Chrystusa, być może, byłoby rzeczą nieprzyzwoitą: wszakże jeśli jakimkolwiek sposobem można rzeczy boskie porównywać do ludzkich, czyż jego przypowieści nie mają czegoś wspólnego z apologami dawnych? Ewanieliczna prawda, owinięta tą ułudą i przyjemniej się przesyła i głębiej zapada w serce niż przedstawiona nagą. Liczne tego przykłady znajdujemy w dziele ś. Augustyna o nauce chrześćjańskiej. Widziałem jak niezliczona liczba ludzi i to w każdym stanie życia skażona była najgłupszemi opinjami; więcej życzyłem, niż się spodziewałem lekarstwa. Zdało mi się przeto, żem wynalazł środek za pomocą tej sztuki wkraść się w zdelikacone serca a nawet z przyjemnością uleczyć. Nieraz też zauważyłem, że ten zabawny i żartobliwy sposób napomnienia wielu szczęśliwie się powiódł. Jeśli powiesz, że osoba, którą wprowadzam, zbyt jest podłą, żeby pod jej maską rozprawiać o ważnych przedmiotach, w tem jednem chyba poczuję się do winy. Nie dbam, kiedy mię nazwą niedorzecznym, ale nie chciałbym ujść za uszczypliwego; chociaż i z tego mógłbym się całkiem uniewinnić, jeśli nie czem innem, tedy przykładem tylu poważnych ludzi, których wyliczyłem w przedmowie. Cóż miałem robić? Wróciwszy z Włoch gościłem naówczas u mojego Morusa. Ból nerek kilka dni przetrzymał mię w domu; biblioteka moja nie była jeszcze przywiezioną, a chociażby i była pod ręką, choroba nie dozwalała zająć się czemś ważniejszem. Niemając więc czego robić, zacząłem pisać pochwałę Głupoty, nie żebym miał ją kiedy wydać, ale żeby przez to oderwać myśl od nieznośnej choroby. Pierwsze zarysy pisma udzieliłem kilku przyjaciołom, żeby wspólnie przyjemniej się pośmiać. A że im się nadzwyczaj podobało, nalegali bym kontynuował: posłuchałem, i to mi kosztowało mniej więcej tygodnia czasu; jakowy przeciąg, zważywszy małoważność przedmiotu, zdał mi się za długim. Potem ciż sami, co mię do tego nakłonili, przesławszy książkę do Francji postarali się oddać do druku, wszakże z kopji rękopisu nie tylko błędnego, ale nawet niepełnego. Jak przytem nie podobała się ta książeczka, już to jest dowodem, że w przeciągu zaledwo kilku miesięcy siedm miała wydań i to w różnych miejscach. Sam się zdziwiłem, co się tam komu podobało? Jeśli to, mój Dorpiuszu, nazwiesz nierozsądkiem, masz we mnie przyznającego się do winy, a przynajmniej nie zaprzeczającego. Tym sposobem i z nudy i ulegając przyjaciołom popełniłem niedorzeczność i to raz tylko w życiu. I któż jest zawsze rozumny i nie ma swoich chwil obłąkania? Lecz sam przyznajesz, że inne moje pisma zasłużyły na pochwałę pobożnych równie jak i uczonych ludzi. Cóż to więc za tak surowi krytycy, albo raczej sędziowie areopagu, że nie raczą przebaczyć człowiekowi ani jednej nawet chwili nierozsądku? Za cóż do tego stopnia zrzędni, że obrażeni jedyną śmieszną książeczką, gotowi natychmiast wyzuć pisarza ze swych względów za tyle uprzednich bezsenności? Wieleż to mógłbym naliczyć niedorzeczności drugich, w każdym względzie większych od tej, a nawet u wielkich teologów, kiedy wymarzywszy jakieś zwadliwe i jałowe kwestje, za najniedorzeczniejsze głupstwa, jakby za wiarę i ojczyznę idą z sobą na noże? I oni te śmieszne dramy, głupsze nad same Atellany, odegrywają nawet bez masek. Ja nierównie byłem skromniejszym, bo chcąc być niedorzeczniejszym, przystroiłem się w maskę Głupoty: i, jak u Platona Sokrates zakrywszy sobie oczy sypał pochwały miłości, tak i ja w masce odegrywałem rolę. Piszesz, że ciż sami, którym się nie podobała treść, chwalą i dowcip i uczoność i wymowę, ale się gniewają za zbyt wolną uszczypliwość. Ale ci krytycy więcej mi przyznają, niżbym sam chciał, chociaż nie cenię takiej pochwały, zwłaszcza od tych, u których nie widzę ani dowcipu, ani nauki, ani wymowy. Zaiste, mój Dorpiuszu, gdyby oni mieli te zalety, nie obrażaliby się tak bardzo żartami, więcej pożytecznymi niż dowcipnymi i uczonymi. Zaklinam ciebie na Muzy, powiedz, jakież mają oczy, uszy i smak ci, których obraziła uszczypliwość w owej książeczce? Naprzód możeż być jaka uszczypliwość tam, gdzie krom mego niczyje zgoła nie cierpi imię? Czemuż nie pamiętają tego, co tyle razy powtarza Hieronym, że gdzie o występkach mówi się w ogólności, tam niczyjej osobie nie robi się krzywdy? A jeśli kto się obraża, nie ma się za co gniewać na pisarza, sam staje się winnym swej krzywdy, bo sam siebie zdradza, wykazując, że to się do niego właśnie stosuje, co powiedziano o wszystkich tak, że mówiąc prawdę, nie powiedziano o nikim, chyba kto sam dobrowolnie zastosuje do siebie. Alboż nie widzisz, że w całem dziełku nie tylko się wstrzymałem od wykazania imion osób, ale nawet i żadnemu narodowi nie chciałem zbyt przyganiać. Przebiegając bowiem właściwą każdemu narodowi miłość własną, Hiszpanom przypisuję wojenną sławę, Włochom nauki i wymowę, Anglikom wystawne stoły i piękność, i innym także coś takiego, co każdy radby w sobie widzieć, a najpewniej z roskoszą posłyszeć. Przytem, kiedy trzymając się osnutej treści przechodzę wszystkie rodzaje ludzi, i przyganiam wszystkim z osobna przywarom, gdzież, proszę, napotyka się co albo nieprzyzwoitego albo uszczypliwego? Czyż gdzie odkrywam stek zbrodni? Czyż poruszam ową tajemną ludzkiego życia kałużę? Któż nie wie, jak wiele można byłoby powiedzieć o złych papieżach, niegodnych biskupach i kapłanach, występnych królach, słowem o każdym stanie, jeślibym przykładem Juwenala nie rumienił się napisać to, co drugim nie wstyd robić? Wytknąłem tylko zabawne i śmieszne niektóre rzeczy, ale tak wytknąłem, że nawiasem przypominam niekiedy bardzo ważne rzeczy, o których i bardzoby należało im wiedzieć. Wiem, że Ci brak czasu zajmować się takiemi fraszkami, wszakże kiedykolwiek znajdziesz wolną chwilę, rozbierz, proszę z uwagą śmieszne owe Głupoty żarty, a przekonasz się, że one może nieco więcej są zgodne z duchem Ewanielistów i Apostołów, niż niektórych świetne, jak sądzą, i godne wielkich mistrzów dysputy. A i sam nawet w swoim liście przyznajesz, że co się tam opowiada, wiele ma w sobie prawdy. Jednak sądzisz, że nie należało delikatne obrażać uszy kolącą prawdą. Jeśli myślisz, że pod żadnym warunkiem nie wolno mówić otwarcie, i że nigdy nie trzeba występować z prawdą, chyba kiedy nie razi, czemuż lekarze gorzkich używają leków i świętą gorycz między najcelniejsze liczą środki? A jeśli oni to robią dla uleczenia chorób ciała, jakże nierównie słuszniejsza to samo robić nam w leczeniu chorób umysłu? Nalegaj w czas, nie w czas, karz, proś, łaj, mówi ś. Paweł 1. Tym. 4, 2. Apostoł chce wszelkiemi sposobami karcić występki, a Ty żadnego wrzodu nie chcesz się dotknąć? Zwłaszcza kiedy się to dzieje z takiem umiarkowaniem, że nikt nie może się obrazić, chyba kto sam siebie umyślnie obraza? Jeśli jest jaki środek bez obrazy drugiego uleczyć ludzi z występków, ze wszystkich, jeśli się nie mylę, najskuteczniejszy jest ten jeden, kiedy się niczyje nie wymienia imię, i zamilcza się o tem, czego wspomnienie obrażałoby uczciwe uszy. Jak bowiem w komedji bywają tak nieprzyzwoite rzeczy, że ich nie wypada oczom widzów przedstawiać, a dość tylko opowiedzieć; tak i w ludzkich obyczajach są niektóre do tego stopnia ohydne, że nie można o nich mówić bez obrazy skromności. Kiedy nakoniec to, co się kładzie w usta śmiesznej osoby, dla uniknienia obrazy mowy śmiechem się tylko i w żarcie opowiada. Czyż nie widzimy, jak nieraz bywa skuteczny stosownie i w porę powiedziany żarcik okrutnym nawet tyranom? Jakież, proszę, prośby, jaka poważna mowa mogłaby tak łacno zmiękczyć serce owego króla, jak żart żołnierza? Owszem, powiada, jeśliby nas nie opuściła butelka, powiedzielibyśmy tobie rzeczy daleko przykrzejsze. Król się rozśmiał i przebaczył. Nie bez przyczyny dwaj najwięksi retorowie M. Tulliusz i Kwintylian tak starannie uczą o śmiechu. Delikatna i dowcipna mowa taki ma urok i taką siłę, że nawet do nas zręcznie powiedziane przycinki nam się podobają, jak o Cezarze z pism wiadomo. A więc jeśli przyznajesz, że to prawda co napisałem, i że więcej zabawne niż nieprzyzwoite, możnaż było dla poprawy wspólnych ludziom przywar trafniejszy jaki obmyślić sposób? Naprzód sama przyjemność nęci do czytania, a znęconego nie odpuszcza. W innych bowiem rzeczach każdy upędza się za czemś innem, przyjemność zarówno wszystkim się podoba, chyba kto do tego stopnia jest nieczuły i głupi, że nie smakuje w uczonej przyjemności. Przytem ci, co się tam obrażają, gdzie niczyje nie wytyka się imię, zdają mi się bardzo charakterem zakrawać na tych kobiet, co się gniewają za wszystko powiedziane o złych kobietach, jakoby te przycinki do każdej się stosowały, i przeciwnie pochwały oddane cnotliwym kobietom tak się im podobają, jakoby to, co do jednej, lub drugiej tylko się odnosi, służyło już na pochwałę wszystkich. Mężczyznom obcy być powinien taki nierozsądek, bardziej jeszcze uczonym, a najbardziej teologom. Jeśli ja tu jaki znajduję występek, od którego wcale jestem wolny, nie obrażam się, ale sobie winszuję, że daleki jestem od tych przywar, którym widzę wielu podległych. Jeśli się dotyka jaki wrzód, i ja widzę siebie samego jak w zwierciedle, i w tym razie nie ma powodu do gniewu; jeślim rozsądny, skrywam co czuję i nie wydaję sam siebie; jeślim poczciwy, napomniany strzedz się będę, żeby mi kiedykolwiek wyraźnie nie powiedziano w oczy takiego przycinku, jaki się tam znajduje bez wykazania imienia. Dla czegoż tej książeczce nie przebaczą przynajmniej tego, co sami idioci tym zwyczajem przebaczają komedjom? W tych bowiem jak wiele i jak uszczypliwych robi się przycinków monarchom, księżom, mnichom, żonom, mężom i komuż nie? A jednak, że po imieniu nikt się nie wytyka, wszyscy się śmieją, i każdy albo szczerze zeznaje w duszy swój niedostatek, albo rozsądnie skrywa. Najgwałtowniejsi nawet tyrani znoszą swoich trefnisiów i błaznów, kiedy nieraz wyraźne od nich słyszą sobie przygany. Imperator Flawiusz Wespazjan nie zapłonął zemstą, że jakiś trefniś w oczy mu powiedział, jakoby miał minę gniecącego się na stolcu[1]. A cóż to za jedni tak drażliwi, że nie mogą znieść samej Głupoty, śmiejącej się z ludzkiego życia bez wymienienia czyjegokolwiek imienia? Nigdyby nie wygnano dawnej komedji, jeśliby się powstrzymała od wytykania imion znakomitych ludzi. Ty zaś, mój Dorpiuszu, wyraźnie prawie piszesz, jakoby książeczka Głupoty oburzyła na mnie całe teologów grono. Do czegoż było, powiadasz, tak ostro napadać na grono teologów, i ubolewasz nad moim losem. Pierwiej wszyscy, mówisz, z ochotą czytali twoje dziełka, pragnęli cię poznać osobiście teraz Głupota, jakby jaki Dawus, wszystkich na ciebie oburzyła. Przekonany jestem, że, co mówisz, mówisz nie w zamiarze mię ukłuć; ja też przed tobą postaram się wytłumaczyć. Czyż, proszę, znajdujesz obrażonem całe teologów grono, jeśli co powiedziano na głupich i złych teologów, niegodnych tego imienia? Ale takiem prawem oburzyłby na siebie i cały rodzaj ludzki ten, kto by co powiedział na ludzi występnych. Byłże jaki kiedykolwiek do tego stopnia nierozsądny król, żeby zaprzeczył, że niektórzy z królów są źli i niegodni tego zaszczytu? Jakiż biskup tak zarozumiały, żeby nie wyznał tegoż samego o swojem gronie? Jednoż tylko grono teologów w tak wielkiej liczbie nie ma mieć żadnego głupiego, żadnego nieuka, a samych tylko liczy Pawłów, Bazylich i Hieronymów? Owszem bywa przeciwnie, im jakie powołanie jest ważniejsze, tem mniej ma jemu odpowiednich. Więcej znajdziesz dobrych kapitanów okrętu, niż dobrych królów, więcej dobrych lekarzy, niż dobrych biskupów. I to nie służy na hańbę całego stanu, a tylko na pochwałę niewielu, którzy w najpiękniejszym zawodzie najlepiej się sprawili. Powiedz mi, proszę, dla czegoż więcej obrażają się teologowie, jeśli tylko są jacy, co się obrażają, niż królowie, niż pierwsze osoby stanu, niż urzędnicy, niż biskupi, niż kardynałowie, niż sami papieże? nakoniec niż kupcy, niż mężowie, niż żony, niż prawnicy, niż poeci? (żadnego bowiem stanu nie przemilczała Głupota), chyba że do tego stopnia są głupie, że każdy do siebie stosuje to, co w ogóle powiedziano o złych. Ś. Hieronym pisał do Eustochji o panieństwie, a w księdze tej takiemi farbami maluje obyczaje złych panien, że i Apelles nie potrafiłby lepiej swym pędzlem. Czyż się Eustochja obraziła? czyż się gniewała na Hieronyma, że oczernił stan panieński? ani trochę, i dla czegoż? dla tego, że rozsądna dziewica nie liczyła na swój karb tego, co się mówiło o złych; owszem rada była, że napominano dobrych, aby się w takich nie wyrodziły, cieszyła się, że napominano złych, aby takiemi być przestały. Pisał do Nepocjana o życiu duchownych, do Rustyka o życiu zakonników, i dziwnemi maluje kolorami, dziwnie dowcipnemi przycinkami karci występki jednych i drugich. Nie obrazili się bynajmniej ci, do których pisał, bo wiedzieli, że się to nie stosowało do nich. Czemuż się nie obraził Wilhelm Montioius nie pośledni między magnatami dworu, że Głupota wiele żartowała z przydwornych? Bo sam będąc najlepszym i najrozsądniejszym mężem, był przekonany jak i w rzeczy samej było, że co się mówiło na złych i głupich magnatów, zgoła się nie odnosiło do niego. Jakże wiele żartowała Głupota ze złych i świeckich biskupów? Czemuż się tem nie obraził biskup kantuaryjski? Bo jako człowiek pod każdym względem najcnotliwszy, nie mógł tego stosować do siebie. Na cóż mam Ci dalej po imieniu wymieniać wielkich królów, innych biskupów, opatów, kardynałów, mężów sławnych nauką, z których żadnego dotychczas z powodu Głupoty nie czuję bynajmniej ku mnie zniechęconego? Nikt mię nie przekona, żeby ta książeczka miała wszystkich oburzyć teologów, prócz, być może, niektórych i to nie wielu, którzy, albo jej nie rozumieją, albo zazdroszczą, albo są tak już zrzędnego charakteru, że zgoła niczego nie chwalą. Nie można bowiem zaprzeczyć, że między nimi są niektórzy tak nieszczęśliwego umysłu i sądu, że nietylko do teologji, ale do żadnych zgoła nauk są niezdolni. Nauczywszy się atoli kilku reguł z Aleksandra Galla, i liznąwszy najgłupszej sofistyki, wbiwszy potem w swoją pamięć dziesięć zdań z Arystotelesa, nawet ich nie zrozumiawszy, nakoniec nauczywszy się tyleż kwestji ze Szkota lub Oki, i, czego jeszcze brakowało, mając zamiar dopełnić z Katolika, Mammetrekta i tym podobnych słowników, lub wreszcie z rogu obfitości, dziwnie jak nos zadzierają, bo nic nie ma zuchwalszego nad nieumiejętność. Tacy właśnie gardzą i Hieronymem, jako grammatykiem, dla tego, że go nie rozumieją. Tacy to wyśmiewają greczyznę, hebrajszczyznę, a nawet łacinę. I chociaż głupsi są od świni, wyzuci nawet ze zdrowego rozsądku, marzą sobie, że są u szczytu wszelkiej mądrości. Wszystkich krytykują, potępiają, wyrokują, o niczem nie wątpią, w niczem się nie wahają, wszystko znają. A właśnie dwóch lub trzech takich nieraz wszczynają wielkie tragedje. Jestże bowiem co zuchwalszego i upartszego nad niewiadomość? Oni wszelkiemi siłami stawią opór pożytecznym naukom, chcą w gronie teologów coś znaczyć, i lękają się, żeby, jeśli się nauki odrodzą i świat opamięta, nie okazało się, że niczego nie umieli ci, którzy dotąd zdawało się, że wszystko znali. Oni to hałasują, oni wichrzą, oni spiskują przeciw mężom oddanym lepszym naukom. Nie do smaku takim Głupota, bo nie umieją oni po grecku, ani po łacinie. Na takich to nie teologów, ale raczej teologji kuglarzów, jeśli, być może, i powiedziano co za ostro, cóż to ma do grona najznakomitszych dobrych teologów? Jeśli bowiem gniewają się przez żarliwą pobożność, za cóż się mianowicie gniewają na jedną Głupotę? Jak bezbożnie, jak bezwstydnie, jak szkoliwie pisał Poggiusz? On jednak jako chrześćjański pisarz jest w ręku wielu i na wszystkie niemal przełożony języki. Jakichże obelg, jakich przeklęstw nie miota na duchownych Pontanus? A jednak czytają go z przyjemnością i zachwytem. Wieleż to sprośności jest w Juwenalisie? A niektórzy znajdują go pożytecznym nawet dla kaznodziejów. Jak złośliwie pisał o chrześćjanach Tacyt, jak uszczypliwie Swetonjusz? jak bezbożnie wyśmiewa nieśmiertelność duszy Plinjusz i Lucjan? Dla nauki jednak czytają go wszyscy, i słusznie. Jednej tylko Głupoty ścierpieć nie mogą za kilka żarcików, nie z dobrych teologów, godnych tego imienia, ale z głupich kwestyj mnichów i śmiesznego tytułu Mistrze nasi. I dwóch lub trzech głupców przystrojonych w teologiczną szatę, chcą przeciwko mnie zapalić nienawiść, jakobym grono teologów obraził i potępił. Ja tak cenię teologiczne nauki, że zazwyczaj jedne je tylko i nazywam naukami. Tak poważam, tak szanuję to grono, że do niego jednego chciałbym przystać i należeć. Chociaż wstyd nie dozwala mi przywłaszczać sobie tak świetnego tytułu, bo wiem jakie zalety i nauki i życia zdobić powinny imię teologa. Powołanie teologa jest coś nadludzkiego. Zaszczyt ten należy biskupom, z którymi nie mogę się równać. Ja przestaję na nauczeniu się owej Sokratesa maksymy, że nic zgoła nie umiem, i na staraniu się, ile sił starczy dopomódz drugim w naukach. Zaiste nie wiem gdzie się kryją ci dwaj, lub trzej teologiczni bogowie, o których mówisz, że na mnie są bardzo niełaskawi. Po wydaniu Głupoty nie w jednem byłem miejscu, żyłem w tylu akademiach, w tylu ludnych miastach, nie widziałem nigdy żadnego na mnie zagniewanego teologa, prócz jednego lub drugiego z liczby tych, którzy są wrogami wszystkich nauk. Ale i ci jednak nigdy w oczy nie uskarzali się na mnie i nie wymagali odwołania. Że coś tam zaocznie o mnie mówią, nie dbam o to, polegając na zdaniu tylu dobrych. Jeżelibym się nie lękał, mój Dorpiuszu, być posądzonym o fałsz i chełpliwość, jakżebym wielu mógł tobie naliczyć teologów, sławnych świątobliwością życia, znamienitych nauką, poważnych godnością, a z nich kilku nawet biskupów, którzy mię nigdy tak nie kochali, jak po wydaniu Głupoty, i którym ta książeczka więcej się podoba niż mnie samemu. Wyliczyłbym ich tu po imieniu, ale się boję, by za Głupotę nie dostało się i tym znamienitym mężom od trzech owych teologów: owszem prawie się nie mylę w moim domyśle, że między wami, jeden tylko zda mi się, jest sprawcą tej tragedji, którego gdybym we właściwych jego przedstawił kolorach, pewnieby się nikomu nie zdało dziwnem, że takiemu mężowi niepodobała się Głupota; owszem mnieby się samemu nawet nie podobała, jeśliby takim przypadła do smaku; chociaż i sam z niej nie jestem kontent. Więcej ważę zdanie rozumnych i światłych teologów, którzy nietylko nie wyrzucają mi uszczypliwości, ale chwalą nawet moje umiarkowanie i otwartość, że zuchwały przedmiot traktowałem bez zuchwalstwa, i w żartobliwej rzeczy żartowałem, a nie kąsałem. Bo, że jednym odpowiem teologom, o których słyszę że się jedni oni obrażają któż nie wie jak wiele zazwyczaj krąży przymówek obyczajom złych teologów? Głupota nie dotyka się tego zgoła; żartuje tylko z ich pustych kwestyj, a i te nie bezwarunkowie potępia, a tylko tych gani, co na nich jednych zakładają całość teologicznej nawy i szczerem szermowaniem słów, czyli logomachją jak mówi św. Paweł, tak są zajęci, że nie mają czasu zajrzeć ani do Ewanielji, ani do proroków, ani do apostołów. Dałby Bóg, mój Dorpiuszu, żeby mniej było zarażonych tą przywarą! Mógłbym ci wskazać takich, co już zgórą ośmdziesiąt lat przeżywszy, tyle wieku strwonili na te brednie, a nigdy nie zajrzeli do Ewanielji, a o czem tylko słyszałem, sami się w końcu do tego przyznali. Ja nawet i w osobie Głupoty nie poważyłem się powiedzieć tego, na co nieraz słyszę utyskujących wielu, i to teologów, ale prawdziwych teologów, to jest ludzi uczciwych, głośnych z nauki, i którzy naukę Chrystusa z samych wyczerpnęli źródeł. Oni, ile razy są sam na sam z tymi, przed którymi mogą mówić szczerze i otwarcie, ubolewają nad znów wprowadzonym na świecie rodzajem teologji i pragną przywrócenia dawnego. Jestże co bowiem nad ten świętszego, co poważniejszego, coby tak ujmowało serce i przedstawiało nam owe boskie Chrystusa dogmata? Dzisiejszy zaś, że nie wspomnę zakału i potworności barbarzyńskiej skażonej mowy, że nie wspomnę niewiadomości wszystkich pięknych nauk, nieznajomości języków, tak jest zagmatwany Arystotelesem, tak, skażony ludzkiemi wymysłami, i czysto świeckiemi ustawami, że nie wiem czy tchnie on czystym i prawdziwym Chrystusem. Bywa bowiem, że zbyt się zapuszczając w ludzkie tradycje, daleko się odstrycha od pierwotworu. Ztąd nieraz teologowie znagleni inaczej mówić do ludu, niż myślą sami, lub mówią przed przyjaciołmi, a często pytającym się i nie umieją dać odpowiedzi: bo widzą, że co innego nauczał Chrystus, a czego innego każą uczyć ludzkie tradycje. Jaki, proszę, związek między Arystotelesem a Chrystusem? Jaki między sofistycznemi wykrętami a tajemnicami odwiecznej mądrości? Do czegoż tyle labyryntów kwestyj? między któremi jakże jest wiele jałowych, wiele już tem samem szkodliwych, że są źródłem sporów i kłótni. Prawda, że niektóre rzeczy powinny być badane, niektóre zadecydowane. Nie przeczę. Ale też przeciwnie wiele jest takich, które rozumniej jest przemilczeć niż badać. A o czemś nie wiedzieć, jest także cząstką wiadomości; wiele i takich o których lepiej powątpiewać, niż wyrokować. Jeżeli wreszcie i trzeba zawyrokować, życzyłbym żeby się to działo ze wszelką skromnością, bez dumy i zuchwalstwa i to na podstawie ksiąg św., a nie wedle ludzkich mniemań i rozumowań. A teraz nie ma końca drobiazgowym kwestjom, między któremi znowu jakaż niezgodność familij, szkół i stronnictw? i co dzień z wyroku nowy wyradza się wyrok. Słowem do tego rzecz doszła, że los sprawy zawisł nie tyle od przepisów Chrystusa, ile od scholastycznych definicyj i władzy jakichby nie było biskupów. Temi rzeczami tak zagmatwane jest wszystko, że prawie nie ma nadziei powrócić ludziom do prawdziwego owego chrześćjanizmu. Te i bardzo wiele innych rzeczy widzą i opłakują najświętsi a przytem i najuczeńsi mężowie, a jako sprawczynię tego wszystkiego obwiniają szczególnie tę zuchwałą i bezczelną zgraję tegorocznych teologów. O jeślibyś, mój Dorpiuszu, mógł spokojnem okiem zajrzeć w myśli mej duszy! przekonałbyś się zapewne, jak o wielu jeszcze rzeczach umyślnie tu zamilczam. A tych Głupota albo się zgoła nie tknęła, a jeśli się i dotknęła, tedy najpewniej zlekka, bym nikogo nie obraził. Takąż samą ostrożność i we wszystkiem starałem się zachować, żebym czego nie napisał nieprzyzwoitego, czego dla obyczajów szkodliwego, czego buntowniczego, lub coby się zdało dążyć do pokrzywdzenia któregokolwiek stanu. Jeśli tam co powiedziano o czci świętych, znajdzie zawsze coś dodanego, co jawnie dowodzi, że się gani nie co innego, jak przesąd tych, co nie tak, jak należy, czczą świętych. Równie jeśli co się mówi na królów, na biskupów, na zakonników, zawsze dołączam coś takiego, co upewnia, że to nie powiedziano na krzywdę powołania, ale na zepsutych i niegodnych swojej godności, a to żeby karcąc przywary złych, nie obrazić którego dobrego. I kiedy znowu tak postępowałem zamilczając wszelkie imiona, usiłowałem, ile mogłem, żeby nawet i źli nie mogli się obrazić. Nakoniec kiedy się to wszystko dzieje w żartach i przycinkach przez zmyśloną i śmieszną osobę, nawet opryskliwym i zrzędnym starałem się dogodzić. Owo zaś znajdujesz powiedzianem nie tylko zbyt uszczypliwie, ale nawet bezbożnie. Jakże bowiem, mówisz, mogą znieść pobożne uszy, kiedy szczęście przyszłego życia nazywasz niejakimś rodzajem obłąkania? Powiedz mi, kochany Dorpiuszu, kto Ciebie tak uczciwego człowieka nauczył tego obłudnego rodzaju potwarzy? albo, czemu bardziej wierzę jaki podstępny oszust nadużył twej szlachetności do napiętnowania mię taką potwarzą? Podobnym sposobem umieją ci najzłośliwsi potwarcy, wytykać dwa gołe oderwane słowa a czasem i przekręcone, opuściwszy to, co cierpką skądinąd mowę łagodzą i objaśniają. Tego wybiegu uczy wprawdzie w swoich prawidłach Kwintylian, kiedy nam każe sprawę naszą w najlepszem przedstawiać świetle, przywodząc wszelkie dowody i co ją tylko może złagodzić, umniejszyć i skądinąd poprzeć: przeciwnie sprawę przeciwnika, zamilczając to wszystko, ile można, z najgorszej wyłożyć strony. Oni jednak nie z prawideł Kwintyliana, ale z własnej bezczelności powzięli tę sztukę, której skutkiem często bywa, że co opowiedziane temi słowami, jak napisano, bardzoby się podobało przytoczone inaczej niezmiernie razi. Proszę Ciebie, przeczytaj, to miejsce i pilnie rozważ, po jakich stopniach i przez jaki bieg mowy do tego doszedłem, że ową szczęśliwość nazwałem rodzajem obłąkania. Oraz uważ, jakimi to wyraziłem słowy, a zobaczysz, że tam znajduje się to, co pobożne uszy nie tylko nie powinno razić, ale nawet bawi. W twojej cytacji jest obraza a nie w mojej książeczce. Kiedy bowiem Głupota wszystkie rzeczy starała się uraczyć imieniem głupstwa, i dowodziła, że szczęście ludzkie głównie zależy od głupoty, wszystkie przebiegłszy stany dotarła aż do królów i papieżów. Przeszła potem do Apostołów a nakoniec i do Chrystusa, którym pismo ś. przypisuje niejakiś pozór głupstwa. Nie ma się czego lękać, żeby komu nie przyszło do głowy, że Apostołowie i Chrystus Pan rzeczywiście byli głupi, ale że i w nich nawet była jakaś podobna do naszych słabostka, która obok wiecznej owej i najczystszej mądrości, mogłaby się zdać niedoskonałą mądrością. Ależ ta sama głupota podbija wszelką ludzką mądrość świata, tak właśnie jak prorok wszelką ludzką sprawiedliwość porównywa do szaty kobiety skalanej swoją słabością, nie żeby sprawiedliwość dobrych była zmazaną, ale że to, co w człowieku jest najczystszem, w porównaniu z niewypowiedzianą ową czystością Boga, jest w pewnym względzie jakby zakałem. A jak mądrość przedstawiłem głupstwem, tak znowu głupotę robię rozumem, a obłąkanie zdrowym rozsądkiem. Żeby zaś zmiękczyć to, co się wraz miało powiedzieć o szczęściu świętych, mówię pierwiej o owem trojakiem obłąkaniu, które przywodzi Plato, a z których najszczęśliwsze jest owo obłąkanie kochanków, które niczem innem nie jest, jak tylko uniesieniem i niejakimś zachwyceniem. Zaś pobożnych zachwycenie nie co innego jest, jak niejakimś przedsmakiem przyszłej szczęśliwości, w której wszyscy będziemy pochłonięci przez Boga i bardziej egzystować w nim niż w sobie. Kiedy zaś kto wychodzi z siebie, cały zatapia się w to, co kocha i w tem czuje roskosz, stan właśnie taki Plato zowie szaleństwem. Czyż nie widzisz, jak tuż zaraz starannie odróżniam rodzaje głupoty i obłąkania, żeby jaki prostak nie pomylił się w naszych wyrazach? Ale, powiadasz, co do rzeczy nie spieram się: lecz same słowa rażą pobożne uszy. Tak czemuż też same uszy nie obrażają się, słysząc św. Pawła mówiącego: co głupstwem jest Boga i głupstwo krzyża? Czemuż niepozywają przed sąd św. Tomasza, który o zachwyceniu św. Piotra tak pisze: kiedy pobożnie głupieje, zaczyna mowę o namiotach?[2] Święte owo i błogie zachwycenie nazywa zgłupieniem, a jednak to się śpiewa w kościołach. Czemuż mię przedtem nie oskarzano, kiedy, w jednej przedmowie nazwałem Chrystusa zaklinaczem? Św. Hieronym nazywa Chrystusa Samarytaninem, kiedy był żydem. Św. Paweł nazywa Go także grzechem, jakbyś powiedział więcej niż grzesznikiem, nazywa też i przeklęstwem. Jakże bezbożna byłaby potwarz, gdyby kto chciał to złośliwie tłumaczyć? jak pobożna pochwała, jeśli kto tak rozumie, jak pisze św. Paweł. Gdyby kto podobnie nazwał Chrystusa rozbójnikiem, cudzołożnikiem lub pijakiem, czyżby wszyscy uczciwi nie pozatykali sobie uszu? Ale jeśliby kto w przyzwoitych wyłożył wyrazach, i w toku mowy mało pomału jakby za rękę doprowadził czytelnika do tego, jak On zwycięzca przez krzyż, zdobycz zabraną przez piekło powrócił Ojcu; jak z synagogą Mojżesza, jakby z Urjasza żoną się połączył, żeby się narodził z niej ów łagodny i pokój lubiący naród; jak upojony trunkiem miłości siebie samego nam poświęcił; jak wprowadził nowy rodzaj nauki, różny wcale od maxym wszystkich mędrców i głupców któż, proszę, mógłby się obrazić? zwłaszcza kiedy te wyrazy, każdy z osobna, znajdujemy w pismie św. użyte w dobrem znaczeniu? W przysłowiach (bo mi to nawiasem przyszło na myśl) Apostołów nazwaliśmy Sylenami, owszem i samego Chrystusa jakimś Sylenem. Gdyby jaki nierozsądny i złośliwy tłumacz bez namysłu wyrazy te okrzyczał za krzywdzące, byłożby co niesprawiedliwszego? Ale niech przeczyta pobożny i sprawiedliwy, co napisałem, a pochwali allegorją. Dziwię się zaś, że ci panowie nie raczyli zwrócić swojej uwagi na to, jak w tem wszystkiem ostrożnie się wyrażam, i zaraz jaką poprawką staram się złagodzić, tak bowiem piszę: ale ponieważ raz już przyodziałam się we lwią skórę, pokażę, że i szczęśliwość chrześćjan, której się dobijają tylu trudami, niczem innem nie jest jak niejakimś rodzajem obłąkania i głupstwa. Nie obrażajcie się wyrazami, rzecz samą raczej rozważcie. Czy słyszysz? Że o rzeczy tak tajemniczej rozprawia Głupota, łagodzę to naprzód przysłowiem, że lwią przywdziała skórę. I nie prosto nazywam głupstwem lub obłąkaniem, ale głupstwa i obłąkania niejakimś rodzajem, żebyś na mocy dystynkcji czyli rozróżnienia, które w ślad dołączam, rozumiał głupstwo pobożne i obłąkanie szczęśliwe. Nie przestając na tem, dodaję: niejakimś, żeby każdy rozumiał, ze tu jest nie prosta mowa, a figura. Nie dość na tem, proszę nie urażać się, do czego brzmienie wyrazów mogłoby dać powód; i ostrzegam, aby więcej baczyli na to, co się mówi, niż jakiemi wyrazami i to wszystko zaraz z początku zdania. Wsamem zaś rozwinięciu przedmiotu jestże co zgoła, coby nie było powiedzianem pobożnie i ostrożnie, a nawet z większem uszanowaniem niż na Głupotę przystało? Lecz już wolałem na chwilę zapomnieć jej charakteru, niż ubliżyć godności przedmiotu, wolałem obrazić wymowę niż pobożność. W końcu nareszcie mowy, żeby kto nie wziął za złe, że o tak świętym przedmiocie wprowadziłem mówiącą śmieszną osobę to jest Głupotę, następnemi słowami upraszam mię nie obwiniać: Alem dawno już zapomniała, kto jest i przekroczyła granice. Jeśli się więc wam zda, żem zbyt zuchwale niedorzeczy i za długo mówiła, pamiętajcie proszę, że to mówiła Głupota, a przytem kobieta. Widzisz jak wszędzie nie zapomniałem usunąć powód do obrazy. Ale nie zwracają na to uwagi ci, których uszy nawykły tylko do propozycyj, wyników i wniosków. Króm tego książeczkę poprzedziłem przedmową, w której staram się zagrodzić drogę do wszelkiej potwarzy i nie wątpię, że ona dla wszystkich rozsądnych w tej mierze wystarcza. A cóż zrobisz z tymi, którzy przez upor charakteru nie chcą na tem poprzestać, lub zbyt są głupi, żeby moje usprawiedliwienie się zrozumieć mogli? Bo, jak mówił Symonides, Tessalczycy zbyt są głupi, żebym chciał ich oszukiwać, tak i niektórzy zbyt są uparci, żeby się dali przebłagać. Wreszcie nic dziwnego, że, kto szuka tylko powodu do potwarzy, zawsze znajdzie co okryć potwarzą. Kto z takiem usposobieniem umysłu czytałby księgi ś. Hieronyma, znalazłby mnóstwo miejsc dostępnych potwarzy, a może, w tym najprawowierniejszym doktorze znalazłby co i godnego imienia herezji. Nie mówiąc już o Cyprjanie, Laktancjuszu i innych podobnych. Któż wreszcie kiedykolwiek słyszał, żeby śmieszny przedmiot rozbierali teologowie? A jeśli koniecznie chcą tego, czemuż takimże sposobem nie rozbierają zabawnych i śmiesznych pism tegoczesnych poetów? Wieleż znajdą tam rzeczy nieprzystojnych, a nawet sprośnych i tchnących dawnym poganizmem? Ale że te pisma nie liczą się między poważne, żaden z teologów nie ma do nich pretensji. Ja się jednak nie chcę uniewinniać tych przykładem. Bo ja i żartem nie chciałbym nic napisać takiego, coby jakimkolwiek sposobem mogło obrazić chrześćjańską pobożność. Chciałbym tylko, żeby się kto znalazł taki, coby raczył to zrozumieć, com napisał, i był do tyle sprawiedliwy i uczciwy, iżby zechciał pojąć, a nie szukać do potwarzy powodu. Lecz kto taki ma rozum jak ci, którzy naprzód żadnej nie mają zdolności, mniej jeszcze zdrowego sądu, którym przytem zgoła są obce piękne nauki i raczej są tylko zarażeni tą potworną i zagmatwaną nauką, niż w rzeczy samej uczeni; oraz nieprzyjaciele wszystkich umiejących to, czego nie umieją sami, i nie z innym zamiarem biorą się do czytania, jedno aby tylko spotwarzyć coby nie było, a co, być może, i nie zupełnie rozumieją; taki, gdy od potwarzy zechce być bezpiecznym, nigdy pewnie niczego nie poważy się napisać. A cóż jeżeli przytem niektórych z takich skłania do potwarzy żądza sławy? Nic bowiem chełpliwszego nad niewiadomość złączoną z przekonaniem o swojej wiadomości. Gdy więc płoną nie ukojoną żądzą sławy, a nie mogą się jej dobić dobrymi środkami, wolą iść za przykładem owego Efezkiego szalonego trzpiota, co się wsławił spaleniem najsławniejszej na całym świecie świątyni, niż żyć w zapomnieniu. A że sami nic godnego czytania nie są w stanie wydać, całkiem przeto zajęci są naganą pism znakomitych mężów. Mówię to o drugich, nie o sobie, który zgoła niczem jestem i żeby kto nie sądził, że mię to obchodzi, sam książeczkę Głupoty mam za nic. I cóż dziwnego, jeśli tacy, o jakich tylko co mówiłem, wybrawszy jakie zdania wyrwane z wielkiego dzieła, jedne ogłaszają za gorszące, drugie za nieskromne, inne za źle brzmiące, inne za bezbożne i trącące herezją? nie żeby one w rzeczy samej takiemi były, ale że sami to wszystko już z sobą przynoszą. Czyż byłoby nie słuszniej i nierównie godniej chrześćjańskiej szczerości względnem postępowaniem podniecać dążność uczonych ludzi? a jeśliby co przypadkiem i wypadło nierozmyślnego, albo patrzeć na to przez palce, albo łaskawie tłumaczyć, niż szukać złośliwie co potwarzać i postępować, jak oszczerca, a nie jak teolog? Jakże nierównie rzecz korzystniejsza udzielając się wzajemnie nauczać, lub się uczyć: i, że użyję słów ś. Hieronyma, na polu pisma zabawiać się bez naszej przykrości? Ale dziwna rzecz, jak oni w niczem nie znają środka. Jednych pisarzy tak czytają, że chociaż wyraźny napotykają błąd, bronią ich pod błahym pretekstem; względem drugich tak są niesprawiedliwi, że jakby rozważnie i ostrożnie nie było co powiedzianem, zawsze znajdą co ganić. Kiedy tak postępują, gdy się wzajemnie szarpią, zabijając napróżno i swój i drugich czas, czyż nie byłoby daleko pożyteczniej obrócić go na uczenie się greckiego, hebrajskiego, a już nieodmiennie łacińskiego języka? których znajomość do zgłębienia pisma ś. tak jest niezbędną, że sprawiedliwie zdaje mi się bezczelnym ten, co nie znając ich przywłaszcza sobie imię teologa. A przeto, jak Ci sprzyjam, mój Marcinie, nigdy Cię nie przestanę zachęcać, abyś do twoich nauk dołączył i wyuczenie się przynajmniej greckiego języka. Zdolności twoje nie pospolite. Styl poważny, jędrny, płynny i porywający dowodzi nie tylko zdrowego, ale i płodnego umysłu. Wiek nie tylko zdrowy, ale czerstwy i kwitnący: a zwyczajny kurs nauk już ukończyłeś szczęśliwie. Jeśli te tak piękne początki zamkniesz poznaniem greckiej literatury, wierzaj mi, rokowałbym i sobie i drugim, że z Ciebie coś tak wyjdzie wielkiego, czego dotychczas żaden z nowszych teologów jeszcze nie dokazał. A jeśli mniemasz, że przez miłość prawdziwej pobożności gardzić należy wszelką ludzką nauką i myślisz do tej mądrości z mniejszym nierównie dojść kosztem niejakiemś przemienieniem się w Chrystusa; a wszystko inne godne poznania lepiej widzisz w świetle wiary, czem w ludzkich księgach: nie mam Ci co zarzucić. Jeśli zaś, jak się rzecz ma teraz, obiecujesz sobie zapoznać się z prawdziwą teologją bez znajomości języków, zwłaszcza tego, w którym wiele jest napisano ksiąg śś. grubo się mylisz. Obym Cię mógł tak łatwo do tego nakłonić, jak gorąco pragnę: bo pragnę nie mniej jak Cię kocham i życzę powodzenia twoim studjom; kocham zaś i życzę jak najgoręcej. Jeżeli zaś nie mogę Cię nakłonić, chciałbym żebyś nalegając prośbom przyjaciela, przynajmniej sprobował. Jeśli potem nie przyznasz, że rada była prawdziwie przyjacielska, wolno Ci będzie zrobić zemną, co zechcesz. Jeśli warta cokolwiek moja miłość ku tobie, jeśli co znaczy wspólność ojczyzny, jeśli choć cokolwiek cenisz nie mówię moją naukę, ale zapewne ten pracowity mój trud w pięknych naukach, jeśli szanujesz wiek (bo co do lat mógłbym twoim być ojcem), niech ja, jeśli nie dowodami, wymodlę to u Ciebie czy łaską, czy powagą. Jeśli Cię do tego nakłonię, wtedy dopiero i tylko wtedy, co mi zwykłeś przyznawać, zdam się sobie prawdziwie wymównym. A kiedy mi się to uda, oba sobie winszować będziemy, ja, żem poradził; ty, żeś posłuchał. A lubo teraz ze wszystkich najwięcej Cię kocham, przez to jednak, jeśli tylko można, jeszcze Cię więcej pokocham, że dla samego Ciebie uczyniłem Cię droższym, w przeciwnym razie lękam się, żebyś gdy wejdziesz w dojrzalsze lata, nauczony doświadczeniem nie pochwalił wtedy mojej rady, i nie zganił swojego zdania i jak zazwyczaj bywa, błędu swego nie postrzegł wtedy, kiedy jemu zaradzić już będzie zapóźno. Mógłbym Ci wielu przytoczyć, którzy już osiwiali zaczęli odmładniać w tych naukach, bo nakoniec postrzegli, że bez nich wszelka nauka jest płytka i ślepa. Ale dość już o tem, wracam do twego listu. Ponieważ zdaniem twojem, tem tylko można przebłagać nienawiść teologów i do pierwszych wrócić u nich względów, jeślibym jako palinodię czyli odwołanie, przeciwko pochwale Głupoty napisał pochwałę mądrości, napominasz więc i zaklinasz abym to zrobił; ja, mój Dorpiuszu, który nikim nie gardzę, króm sobą samym i bardzo bym życzył, wszystkich, jeśli można zjednać sobie ludzi, chętniebym się podjął tego trudu, jeżelibym tylko nie przewidział zawczasu, że ta powzięta ku mnie nienawiść kilku oszczerców i nieuków, nie tylko się tem nie da potłumić, ale owszem bardziej się jeszcze wzmoże. Za najlepszą przeto rzecz osądziłem nie tykać się tego wrzodu i nie poruszać tej kamaryńskiej kałuży. Jeśli się nie mylę, lepiej uspokojenie się tej jędzy zostawić czasowi. Przystępuję teraz do drugiej części twojego listu. Nadzwyczaj pochwalasz moją pracę około krytycznego wydania Hieronyma i zachęcasz do podobnych studjów. Zachęcasz już biegącego, chociaż ta rzecz tyle ma w sobie trudności, że do niej nie zachęty a bardziej pomocy potrzeba. Nie wierz mi odtąd, jeśli mówię nieprawdę. Ci, których tak bardzo rozdrażniła Głupota, nie pochwalą i wydania Hieronyma, bo nie łaskawsi są oni dla Bazylego, Chryzostoma, Nazianzena, jak dla mnie; chyba że dla mnie są hojniejsi w obelgach, bo uniesieni zapałem nie wstydzą się czasem i na te świeczniki krzyczące wygadywać rzeczy, boją się o swoją władzę i dla tego lękają się pożytecznych nauk. Żebyś zaś wiedział, że to nie mówię napróżno, gdym już wziął się do roboty i wieść się o tem rozniosła, niektórzy poważni, za jakich uchodzą, mężowie i zawołani, jak się im samym zdaje, teologowie, dopadli do drukarza zaklinając na wszystko, co święte, żeby nic greckiego, nic hebrajskiego nie przyjmował do druku, że w tych pismach lęgnie się wielkie niebespieczeństwo, pożytku ani na grosz i że tylko dla ciekawości napisano. A przedtem jeszcze, gdym bawił w Anglji, zdarzyło mi się bawić się szklanicą z jednem Franciszkanem pierwszego rzędu Skotystą, który zdaniem gminu zdawał się być bardzo mądrym, a wedle własnego wszystko umiał, gdym przed nim wynurzył mój zamiar względem wydania Hieronyma, mocno się zdziwił, coby tam takiego było w Hieronymie, czegoby nie rozumieli teologowie; człowiek do tego stopnia nieuk, że zdumiałbym się, gdyby on choć trzy wiersze ze wszystkich dzieł Hieronyma należycie zrozumiał. Dodał pocieszny ten człowiek, że jeśli o czem w przedmowach Hieronyma powątpiewano, wszystko to dostatecznie wyjaśnił Briton. Cóż, proszę, mój Dorpiuszu, poczniesz z takimi teologami, chyba tylko nastręczyć biegłego medyka, coby mózg ich uleczył. A podobnych ludzi jest nie mało, którzy w zebraniu teologów silnie gardłują i wyrokują o chrześćjańskiej prawdzie. Lękają się i strzegą się jak zarazy tego, co ś. Hieronym, co Origenes, żeby prawdziwymi być teologami, już pod starość takim nabyli trudem. Augustyn zaś, już będąc biskupem i starcem, w wyznaniach swoich ubolewa, że za młodu stronił od tych języków, które w wykładzie ksiąg św. silnieby go wsparły. Jeśli w tem jest niebezpieczeństwo, nielękam się takiego niebespieczeństwa, którego sobie ci mędrcy tak gorąco życzyli; jeśli tylko ciekawość, nie chcę być świętszym od Hieronyma, którego jak krzywdzą tacy nazywając ciekawością to, nad czem się on tak trudził, niech sami dobrze pomyślą. Jest dawna papiezka bulla o naznaczaniu nauczyciela dla publicznego wykładu kilku języków; o uczeniu się zaś sofistyki, filozofji Arystotelesa, nigdzie ani słowa nie znajdujemy wzmianki; owszem w bullach wyraża się wątpliwość, czy ich się należy uczyć lub nie, i przytem uczenie się ich ganią wielu i znakomitych pisarzy. Czemuż więc lekceważymy to, co powagą swoją rozkazali papieże, a chwytamy się tylko tego, o czem wątpiono, lub owszem nawet ganiono? Chociaż to samo ich potkało w Arystotelesie, co i w księgach śś.: wszędzie zjawia się owa Nemezis mścicielka wzgardzonego języka i tu się często mylą, marzą, bredzą, badają, potykają się i same androny prawią. Tym to zawołanym teologom winniśmy, że z tak wielu pisarzy, których w swoim spisie wylicza Hieronym, tak mało do nas doszło, dlatego, że pisali to, czego mistrze Nasi nie rozumieli. Im winniśmy, że dzieła Hieronyma tak mamy skażone i pocięte, że więcej prawie jest trudu w przywróceniu prawdziwego ich tekstu i całości, niż on miał w ich napisaniu. Co zaś w końcu mówisz o wydaniu Nowego Testamentu, dziwię się zaiste, co się z tobą stało, albo gdzie najprzenikliwsze oczy twego genjuszu patrzały. Chcesz żebym nic zgoła nie zmieniał, chyba coś jest bardzo ważnego u Greków: i powiadasz, że w Wulgacie, której zwyczajnie używamy zgoła nie ma błędów. Sądzisz, że nie wolno pod żadnym względem zmieniać tego, co w ciągu tylu wieków tak zgodnie było przyjętem, i tylu soborami zostało zatwierdzonem. Jeżeli tak jest, czemuż, proszę, uczony mój Dorpiuszu, nieraz inaczej przywodzi Hieronym, inaczej Augustyn, inaczej Ambroży, niż my czytamy? Czemuż Hieronym wiele miejsc wyraźnie i gani i poprawia, które jednak czytamy w naszej Wulgacie? Cóż tu poczniesz? kiedy się tak wszystko zgadza, to jest, kiedy inaczej mają rękopisy greckie, kiedy z nich przywodzi Hieronym, kiedy się to znajduje i w najdawniejszych łacińskich kopijach, i kiedy się daleko lepiej z sensem zgadza? Czyż odrzuciwszy to wszystko swojego tylko rękopisu trzymać się będziesz, skażonego, być może, przez przepisywacza? Nikt i nie mówi, że w piśmie ś. jest jakiekolwiek kłamstwo: bo i o tem nadmieniasz; a wszystko to, o co się tak spierają z sobą Hieronym i Augustyn, nie stanowi powiadasz, rzeczy. Ale rzecz sama woła, i, jak mówią i ślepy naocznie może się przekonać, że nieraz czy to przez nieumiejętność tłumacza, czy przez niedbalstwo źle jest oddana myśl greckiego oryginału, nieraz prawdziwe i istotne czytanie zostało skażone przez nieumiejętnego przepisywacza (jak to się i codzień zdarza), często zmienione przez niedouczonych i mało bacznych. Któż więcej sprzyja kłamstwu, czy ten co poprawia, i prawdziwy tekst przywraca, czy ten co prędzej dopuści zrobić pomyłkę, niż ją sprostować? Bo taka jest własność zepsutych, że jeden błąd rodzi drugi. A prawie wszystkie te zmiany, które robimy, więcej się odnoszą do emfazy, czyli wzmocnienia myśli, niż do samego sensu, chociaż nieraz i wielka część sensu jest tylko emfazą. Ależ nieraz zachodzi niezmierna różnica. W każdym takim razie, proszę Cię, do czego się ucieka Augustyn, do czego Ambroży, do czego Hilary, do czego Hieronym, jeżeli nie do greckich źródeł? A chociaż te i postanowieniem kościoła są zatwierdzone, Ty jednak jeszcze się ociągasz, usiłujesz zbić lub raczej przez zmianę pisarskich znaków czy dystynkcją uniknąć. Piszesz, że w owym wieku greckie rękopisy od łacińskich były poprawniejsze, a teraz przeciwnie, i nie należy polegać na księgach tych, co się odstrychnęli od rzymskiego kościoła. Trudno żebym uwierzył, że piszesz to z przekonania. Cóż więc każesz robić? nie czytać ksiąg tych, co się odstrychnęli od prawowiernej wiary? Za cóż więc przyznają tyle powagi Arystotelesowi poganinowi, który nigdy nie zasłyszał o wierze? Cały naród żydowski także się odstrychnął od Chrystusa, żadnej więc wagi nie będą u nas miały psalmy i prorocy jego językiem pisane? Przebież wszystkie punkta, w których Grecy nie zgadzają się z prawowiernymi łacinnikami, żadnego nie znajdziesz, któryby wyniknął ze słów N. Testamentu, albo któryby miał związek z naszemi poprawkami. Zachodzi tylko spór o słowo hypostasis, o pochodzeniu ś. Ducha, o obrzędach, o ubóstwie kapłanów, o władzy Rzymskiego papieża. Lecz nic tego nie dowodzą z pofałszowanych rękopisów. A cóż powiesz, kiedy się przekonasz, że tak tłumaczył Orygines, tak Chryzostom, tak Bazyli, tak Hieronym? Czyż w owym już wieku ktoś sfałszował greckie rękopisy? Alboż kto kiedy dowiódł, że rękopisy greckie choć w jednem słowie były sfałszowane? Dla czegoż wreszcie mieli je fałszować, kiedy z nich nie bronią swoich dogmatów? Nie zapominaj przytem, że w każdym rodzaju nauki greckie rękopisy poprawniejsze były od łacińskich, co przyznaje i M. Tulliusz skądinąd i bardzo niełaskawy na Greków. Bo rozdzielność liter, akcenta i sama trudność pisma, już były przyczyną, że nie tak łacno być mogły skażone; a jeśliby co i było skażonem, łacniej dałoby się sprostować. Że, piszesz dalej, nie należy odstępować od tej wersji czyli Wulgaty, zatwierdzonej tylu soborami, robisz to jak zwyczajni teologowie, którzy coby nie weszło w powszechny zwyczaj, wszystko to zwykli przypisywać powadze kościoła. Wskaż mi choć jeden synod, któryby ją zatwierdził. Bo kto zatwierdził, skąd się wzięła, kto jej autorem, nikt nie wie. Że nie jest ona Hieronyma, same już jego przedmowy dowodzą. Ale dajmy, że ją jakiś synod i zatwierdził, pytam czy tak zatwierdził, że już zgoła nie wolno z greckich źródeł niczego poprawiać? Czy też i wszystkie błędy razem zatwierdził, które różnymi sposobami wkraść się mogły? Czy wyrok ojców w tych mianowicie wyrazach był zawarty? Czyją jest ta wersja nie wiemy, a jednak na niej polegamy, i nie zważamy, że niektóre miejsca inaczej brzmią w rękopisach greckich, chociaż i poprawnych, że inaczej je przywodzi Chryzostom, albo Bazyli, albo Atanazy, albo Hieronym, chociażby to i bardzo się zgadzało z sensem Ewanielji; a jednak w innych rzeczach opieramy się na powadze tych pisarzy. Jeżeli i potem jakimkolwiek sposobem, czy to od niedorzecznych i zuchwałych, czy od nieumiejętnych, pijanych, niedbałych przepisywaczy, będzie co skażonem, zmienionem, dodanem, opuszczonem, czemuż takąż powagą nie potwierdzamy tego wszystkiego i naprzyszłość? ale nikomu nie pozwalamy w przyjętem raz piśmie cokolwiek odmienić. Śmieszne prawidło, rzeczesz, a takiem ono koniecznie być musi, kiedy mię od tego trudu odstręczasz powagą synodu. A cóż na to powiemy, kiedy się przekonamy, że nawet i tej wersji wydania są z sobą niezgodne? Czyż i tę niezgodność synod także zatwierdził, zapewne przewidując jakie kto miał porobić odmiany? Oby, mój Dorpiuszu, stało czasu papieżom wydać w tym przedmiocie zbawienne ustawy, któreby kazały przywrócić i ustalić prawdziwy tekst pomników dobrych pisarzy, sporządzić i zachować prawdziwe ich egzemplarze. Ale nie chciałbym, żeby w tej radzie zasiadali ci fałszywego imienia teologowie, którzy tego jedynie patrzają, by to, czego się sami nauczyli, miało tylko cenę. Czyż się oni nauczyli czegokolwiek, coby nie było najniedorzeczniejszem i razem najbardziej pomięszanem i zawikłanem? Jeśli tacy zagarną w swe ręce władzę, niechybnie nastąpi to, że zamiast najszacowniejszych starożytnych pisarzy, świat będzie znaglony ich najniedorzeczniejsze brednie uważać jak jakie wyroki, które tak dalece są pozbawione wszelkiej dobrej nauki, że ja jeśli mam nabyć nie lepszą naukę, wolę być nawet miernym nieukiem, niż tego rodzaju najlepszym uczonym. Oni to nie chcą, żeby się coś prawdziwego przywróciło i ustaliło, by się nie zdało, że sami czegoś nie znali. Oni to stawią nam przed oczy zmyśloną powagę synodów: oni to zwiększają grożące niebespieczeństwo wierze i kościołowi, który podpierają swojemi barkami, lepiejby naładowaną podpierali furę tym sposobem mydlą oczy ciemnego, nieoświeconego i przesądnego gminu, u którego, że za teologów uchodzą, nie chcieliby tej opinji utracić. Boją się, żeby, kiedy niedokładnie przywodzą pismo ś., jak się to często dzieje, nie cisnął im kto w oczy powagę greckiego lub hebrejskiego tekstu, i żeby się nie okazało natychmiast to czystem marzeniem, co przytaczali za wyrok. Św. Augustyn, mąż tak znakomity a przytem biskup, nie wstydził się uczyć nawet od roczniaka. Oni gotowi wszystko raczej przywrócić do góry nogami, niż dopuścić, żeby się komu zdało, że sami czegoś nie znają, co się gruntownej tyczy nauki. Chociaż tu niczego nie widzę, coby tak bardzo było ważnem dla czystości chrześćjańskiej wiary; a jeśliby i bardzo było ważnem, tem więcej wartałoby trudu. Nie ma się czego lękać, żeby wnet wszyscy nie odstąpili Chrystusa, jeśli da się słyszeć, że coś znalazło się w piśmie ś., co albo przepisywacz nieuk i drzemiący skaził, albo jaki partacz tłumacz niewiernie przełożył. Grozi niebespieczeństwem coś innego, o czem tu umyślnie zamilczam. Czyż nie prawowierniej byłoby, zaniechawszy sporów, ochoczo, czem kto może, przyłożyć się do wspólnego pożytku, i jąć się tego oburącz, a przytem bez zarozumiałości uczyć się tego, czego nie umiesz, i bez nienawiści uczyć tego, co umiesz? A jeśli są jacy do tego stopnia nieuki, że niczego dobrze nie mogą nauczyć, i tak dalece zarozumiali, że się sami niczego uczyć nie chcą, takich, ponieważ nie wielka jest ich liczba, zostawmy w pokoju, i miejmy raczej na uwadze dobre, lub dobrej nadziei umysły. Przypisy moje, niewypracowane jeszcze i, jak mówią, tylko co z igły zdjęte, pokazałem kiedyś czcigodnym mężom największym teologom, najuczeńszym biskupom: i oni wyznali, że z tych moich jakkolwiek początkowych ramot wiele im przybyło światła w zrozumieniu pisma ś. Namieniasz, że Laurencjusz Walla, już przedemną tem się zajmował; wiedziałem to dobrze, bo pierwszy jego przypisy starałem się ogłosić. Widziałem też i Jakóba Fabra objaśnienia na listy ś. Pawła; oby ich trudy w tej mierze zrobiły niepotrzebnemi moje! Pewnie Walla, chociaż więcej mowca, niż teolog, i ja niezgadzam się z nim w kilku miejscach zwłaszcza tyczących się teologji, już za to samo wart wielkiej pochwały, że tekst grecki z łacińskim pilnie porównał kiedy nie mało jest takich teologów, którzy nigdy nie przeczytali z kolei całego Nowego testamentu. Zaś Jakób Faber wtedy dopiero miał w ręku swoje kommentarze, kiedy sam już wziąłem się był do tej pracy, a na nieszczęście w przyjacielskich nawet rozmowach żadnemu z nas nie przyszło na myśl wspomnieć o swoim zamiarze. Co porabiał wtedy się dopiero dowiedziałem, kiedy dzieło jego wyszło z druku. I jego usiłowania bardzo pochwalam, chociaż i od niego także w niektórych miejscach mimo mej woli różnić się muszę, a z takim przyjacielem gotów jestem zgodzić się we wszystkiem i zawsze, jeśli tylko nie przyjdzie się mieć w widoku więcej prawdy niż przyjaźni, osobliwie co do ksiąg śś. Lecz nie dość jeszcze rozumię, dla czego mi tych dwóch stawisz przed oczy, czy żeby mię odstręczyć od rzeczy, którą się już ktoś drugi zajmuje? Ale ja się postaram dowieść, że nawet i po tak znakomitych mężach nie bez przyczyny ten trud przedsięwziąłem. Czy chcesz mi dać poznać, że tych ludzi praca podoba się teologom? Czy to Laurencjuszowi pomogło co przeciwko dawnej ku niemu nienawiści, nie wiem. Fabra, jak słyszę wszyscy chwalą. Cóż, jeśli ja nie zupełnie taki sam lub podobny trud przedsiębiorę? Laurencjusz wskazał tylko niektóre miejsca i to, jak widać nawiasem, i ledwo się dotknął. Faber wydał swoje kommentarze tylko na listy ś. Pawła i ich swoim zwyczajem przetłumaczył: a jeśli w czem się nie zgadza, nawiasem ostrzegł. Ja cały Nowy Testament z greckiego przełożyłem, obok z greckim tekstem, żeby każdy mógł łacno porównać. Osobno przyłączyłem przypisy, w których już dowodami, już dawnych teologów powagą popieram, że nie bez namysłu zmieniłem to, co poprawiłem, żeby tej poprawce przydać wiary, albo żeby nie tak łacno mogło być zepsutem to, com poprawił. Obym mógł tego dopiąć, o co się tak usilnie starałem! Bo co się tyczy do sprawy kościoła, nie lękam się te moje ramotki każdemu dać biskupowi, każdemu kardynałowi, każdemu nawet papieżowi, byleby był taki, jakiego mamy. Nakoniec nie wątpię, że gdy wyjdzie księga, sam mi tego będziesz winszował, który teraz od wydania odstręczasz, bylebyś choć trochę, zasmakował w tych naukach, bez których o tych rzeczach zdrowo sądzić nie można. Patrz, mój Dorpiuszu, tą przysługą podwójne zjednasz sobie względy, raz u tych teologów, w których imieniu tak się pięknie sprawiłeś ze swego poselstwa, drugi raz u mnie, któremu za tak przyjacielskie napomnienie dasz dowody swego przywiązania. Ty wzajemnie nie miej mi za złe tego mojego równie otwartego usprawiedliwienia się, i, jeśliś rozumny, posłuchaj raczej mojej rady, który twoją tylko jednego popieram sprawę, niż tych, którzy talent twój, dla pięknych dany rzeczy, nie dla czego innego chcą przeciągnąć na swoją stronę, jedno żeby zdobyciem takiego wodza swoje obwarować szranki. Niech oni, jeśli mogą, idą za lepszem, jeśli nie, ty jednak szukaj co najlepszego. Jeśli nie możesz ich poprawić, o co, bardzobym życzył, byś się postarał, tedy przynajmniej sam się strzeż, by cię nie zrobili gorszym. Postaraj się przytem tak sumiennie poprzeć u nich moją sprawę, jak ich popierałeś u mnie. A, co być może, przejednasz ludzi i przekonasz, że co robię, nie robię tego na pohańbienie tych, co nie umieją tych języków, ale robię dla ogólnego wszystkich pożytku, który dla każdego będzie dostępny, jeśli tylko zechce z niego skorzystać; nikogo nie obciąży, jeśli woli bez niego się obejść: że obok tego tak jestem usposobiony, że, jeśli się kto znajdzie, co będzie mógł, lub chciał czegoś lepszego nauczyć, ja pierwszy swoje zdanie porzucę, odwołam, a na jego się zapiszę. Uściskaj ode mnie Paludana, jemu też opowiedz tę kłótnię za Głupotę, bo przyjaciel mój Listrjusz jemu dedykował swoje do niej objaśnienia. Porucz mię względom uczonego Newiusza i miłego D. Nicolai de Beveris; przełożonemu ś. Piotra kłaniaj. Opata Menarda, któremu hojne oddajesz pochwały, a, ile cię znam, nie wątpię, że słuszne, już dla Ciebie kocham i szanuję, i przy pierwszej zręczności nie omieszkam w moich listach z pochwałą się o nim odezwać. Bywaj zdrów najdroższy Dorpiuszu.
Antwerpja 1515. r.