Po wincie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Po wincie
Pochodzenie Z pola i z bruku
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1897
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


PO WINCIE.



Pan Adam powrócił do domu, o godzinie drugiej po północy.
We dworze było już ciemno, w czworakach i w mieszkaniu ekonoma również. Blady księżyc unosił się nad folwarkiem, oświetlał wysmukłe topole i przygarbione ze starości budynki; stróż nocny, z ogromnym drągiem w ręku, drzemał na progu śpichlerza; trzy wielkie kundle leżały na dziedzińcu.
Była cisza zupełna, nie zamącona żadnym szmerem; blade światło księżycowe kładło się na ścierniskach, na podorywkach świeżych, na łąkach, rudziejących miejscami, wkradało się do ogrodu, którego wszystkie aleje i dróżki, niby płowym kobiercem, pokryte były warstwą zeschłych, opadłych liści.
Pan Adam kazał stangretowi zatrzymać bryczkę przed stajnią, świśnięciem uspokoił kundle, aby nie szczekały i wszedł do dworku o ile mógł najciszej, bez szmeru.
Nie chciał przerywać słodkiego snu swojej małżonki, która w dzień dowodziła częstokroć, że dla człowieka spracowanego niezbędna jest partyjka winta, jako wypoczynek i rozrywka, w nocy zaś z wielkiem ożywieniem wykładała mężowi ten pogląd: że społeczeństwo, w którem ojcowie rodzin przepędzają noce przy kartach musi upaść, jako nie mające żadnych podstaw moralnych i etycznych.
Ponieważ pan Adam umiał to twierdzenie na pamięć, przeto wolał nie budzić małżonki i wślizgnął się do swego pokoju po cichutku, na palcach, z tą prawdziwą zręcznością, jaką się odznaczają koty i mężowie żon wymownych.
Pokój znajdował się na końcu obszernego domu, oddzielony od reszty mieszkania szeregiem innych stancyj, miał tylko jedno okno w ścianie szczytowej i drzwi do ogrodu.
Przez te właśnie drzwi wszedł pan Adam; nie zapalił światła, nie położył się do łóżka lecz usiadł na sofie, oparł głowę na dłoniach i pogrążył się w dumaniu.
Pokój był trochę oświetlony przez księżyc, przez okno widać było resztkę liści drgających na lipie i wysokie łodygi malw kwitnących.
Zegar gdakał monotonnie, za piecem odzywał się świerszcz.
Pan Adam powrócił z wizyty; był właśnie u sąsiada na przyjacielskiem zebraniu, gdzie grano w winta i gawędzono.
Pojechał, aby się rozweselić i rozerwać; a wrócił smutny, zgnębiony i przybity, w najgorszem usposobieniu, pełen zniechęcenia i apatyi.
Śliczna rozrywka! A pragnął jej, pożądał, należała mu się najsłuszniej, po dniu pełnym nieprzyjemnych wrażeń.
Niby właściwie dzień ten nie różnił się szczególnie od innych, nie przyniósł nadzwyczajnych wydarzeń, ani niespodzianek, ale względem dni poprzednich był on ową kroplą, przepełniającą naczynie.
Rozpoczął się od awantury w folwarku: ekonom ubliżył klucznicy z powodu pośladu dla kur. Ekonom miał za sobą słuszność, a klucznica panią, sprawa więc nie była do rozstrzygnięcia łatwą. Ekonom w pierwszej instancyi wygrał, lecz gdy się przebudziła ostatnia instancya, to jest pani, przegrał znowu sromotnie, a że wyrok ogłosiła sama strona wygrywająca, więc miał nieborak co słuchać.
Tegoż dnia była szkoda w lesie, sprawa w sądzie gminnym, parobek okulawił konia, a chłopak od trzody palił papierosa w chlewie i o mało całego folwarku z dymem nie puścił; wreszcie około godziny drugiej po południu powrócił z miasta pachciarz wysłany na zwiady, i przywiózł wiadomość, że wszyscy co najwspanialsi kupcy zbożowi i zarazem najwięksi ryzykanci, mają do żyta obrzydzenie, do pszenicy wstręt, a jeżeli patrzą jeszcze na owies, to więcej przez delikatność dla szlachty, aniżeli przez wzgląd na własny interes.
Zwyczajny dzień, nic osobliwego, taki sam, jak wszystkie inne, a jednak pan Adam czuł się zmęczonym, potrzebował rozrywki, odświeżenia myśli, rozmowy, i pani Adamowa namawiała go, żeby pojechał koniecznie.
Kazał zaprządz. Niedaleko, dwie mile, a konie dobre i drogi jeszcze nie rozchlapane po jesiennemu. W półtorej godziny później znajdował się już pod dachem gościnnego sąsiada, gdzie go przyjęto z otwartemi rękoma, tem bardziej, że akurat brakło partnera.
Wiadoma rzecz, że nie ma lepszej maszyny do zabijania czasu, do zapominania o troskach powszedniego życia, niż wint. Tani, ma się rozumieć, po pół grosza, nie dla marnego zysku przecież, tylko dla zabawy.
Oczywiście zaraz grę rozpoczęto, i naprawdę pan Adam zapatrzony w piki i kara, pochłonięty przez kombinacye gry, zapomniał chwilowo o wszystkich przejściach dnia i znalazł tak pożądany dla umysłu wypoczynek.
Gdyby był po skończeniu gry natychmiast pożegnał towarzystwo i odjechał, byłby powrócił do domu rzeźwiejszy na duchu, wypoczęty i pocieszony, byłby nawet dobry humor, gdyż karta szła i wstał od stolika z błogiem uczuciem zwycięzcy, który wszystkich współzawodników swoich pogromił i rozbił na proszek.
Niestety, po wincie bywa zwykle kolacya, przy kolacyi zaś i po kolacyi rozmowa, a ludzie jednego fachu mają ten chwalebny zwyczaj, że lubią o wspólnych troskach mówić i nawzajem się pocieszać.
Wskutek tego pocieszania, pieczeń z kartoflami, która na razie wydała się panu Adamowi wyśmienitą, po krótkiej chwili rozmowy ogólnej straciła smak; dla tejże samej przyczyny piwo nagle jakby skwaśniało, a herbata nabrała zapachu jakiejś aptecznej mikstury.
Są takie sposoby prowadzenia rozmowy i takie metody wzajemnych pocieszań, i takie rady, z których wynika, że żadnej rady nie ma, a tak zwany punkt wyjścia wcale nie istnieje.
Wartkie kółka gawędy obracały się prawie współcześnie około trzech głównych osi, a mianowicie: cen zboża, nadprodukcyi i parcelacyi.
Wszyscy zgadzali się na jedno: że to, co dziś jest, jest właściwie początkiem, po którym oczywiście nastąpi ciąg dalszy, aby znowu dać miejsce jeszcze dalszemu i jeszcze paskudniejszemu; że zakończenia i epilogu niepodobna przewidzieć, ale że, sądząc z tego, co się dzieje, można się domyślać, że będzie on tragiczny, smutny i ponury, jak noc grudniowa.
Każdy z biorących udział w rozmowie, oprócz pana Adama, który specyalnie po rozrywkę i pocieszenie przyjechał, miał zapas najświeższych i najpewniejszych wiadomości, nadeszłych niewiadomo jaką drogą, ale z najwiarogodniejszych źródeł: że zboża nikt kupować nie będzie, gdyż w całym świecie jest nadprodukcya, że gospodarstwa muszą upaść z kretesem, i że wreszcie, dla tych, którzy mają nieszczęście posiadać ziemię, jedynym środkiem jest: najpierw majątek na kawałeczki rozparcelować, a następnie... utopić się.
Pan Adam był z natury wrażliwy, więc tego rodzaju prognostyki przygnębiły go niezmiernie; stracił humor, do rozmowy się nie mieszał, i zaraz po kolacyi, choć go zatrzymywano koniecznie i namawiano jeszcze na dwa robry, pożegnał towarzystwo i odjechał, dziwiąc się w duchu sąsiadom, że mają ochotę do zabawy, wobec konieczności parcelacyi i utopienia się.
Noc jesienna chłodna była, pan Adam otulił się w burkę, przymykał powieki, usiłował zasnąć, ale na próżno, smutne widma trapiły go ciągle.
I w samej rzeczy, na cóż pracować, zabiegać, walczyć o byt, szarpać się przeciwnościami, jeżeli to nie ma doprowadzić do dobrego rezultatu?
W grze, jeżeli nie idzie, to składa się karty i mówi pas. Dlaczego inaczej postępować w życiu? Powiedzieć pas od razu i dać pokój, uchylić głowę przed twardą koniecznością, machnąć ręką i niech się dzieje, co chce. A jednak szkoda było tylu projektów, tylu zamiarów. Umysł wysilał się na przeróżne kombinacye i zdawałoby się, że niektóre z nich są wcale niezłe i praktyczne.
Deresze biegły po twardej drodze, wózek podskakiwał po jej nierównościach, w bladem świetle księżyca wyraźnie rysowały się wysmukłe topole i przygarbione zabudowania folwarczne.
Pan Adam ujrzał, że jest blizko domu. Wtenczas kazał zatrzymać konie przed stajnią, zeszedł z bryczki i pieszo, przez ogród dostał się do swego pokoju.
Jak się rzekło wyżej, nie zapalił światła, nie położył się do łóżka, lecz usiadł na sofie, wsparł głowę na dłoniach i pogrążył się w głębokiej zadumie.
Oczywiście, miał zamiar pomedytować przez chwilę, a potem dać wypoczynek strudzonym kościom i spocząć jak należy, ale od zamiaru do wykonania bywa czasem bardzo daleko.
Z jednej myśli rodziła się druga, z drugiej trzecia, dziesiąta i setna, później wszystkie, niby sieci w tkaninie, zmieszały się i złożyły na jedno tło szare, jak pochmurne niebo jesienne.
Później na tem tle zaczęły się rysować jakieś kontury, powstawały obrazy, z początku mgliste i niejasne, niby z latarni czarodziejskiej na biały padające ekran, następnie wyraźne, zarysowane ostro, z taką piekielną plastyką, jakby nie obrazami były, lecz samą rzeczywistością, naturą, prawdą najbardziej realną.
Czasem tak bywa. Człowiekowi skłopotanemu, pochłoniętemu przez myśl jakąś, rzeczywistość wydaje się niekiedy niewyraźnym, mglistym obrazem, a natomiast złudzenie, fantazya, przybiera dotykalne niemal kształty rzeczywistości.
Zdawało się panu Adamowi, że się znajduje w jakiejś nieznanej okolicy. Jest ona dość gęsto zaludniona i zabudowana.
Zdaje się, że mieszkańcy jej utrzymują się z rolnictwa, ale dziwne jest ono. Nie widać obszernych łanów pszenicy i żyta, nie złoci się w słońcu wąsaty jęczmień, nie chwieje kiściasty owies.
Na łąkach nie widać wielkich stogów, a i same łąki jakieś nowe. Porznięte są rowami w równych symetrycznych liniach, gdzieniegdzie wznoszą się wysokie amerykańskie wiatraczki do pompowania wody. Na powierzchni koła, zakreślonego promieniem wzroku pana Adama, widać wiele zabudowań. Są to eleganckie domki w stylu szwajcarskim, stajnie, obory i małe stodółki murowane, kryte blachą; gdzieniedzie wznosi się komin fabryczny, buchający kłębami dymu, a dokoła tych zabudowań ciągną się nie pola, lecz plantacye rozmaitych, nieuprawianych dotąd roślin, ogrody owocowe, lśnią się i błyszczą w słońcu okna licznych inspektów i szklarni; tu widać mały chmielnik, prowadzony na drutach, owdzie chwieją się wysokie łodygi buraków nasiennych i marchwi, tam znów zagon goździków mieni się szkarłatem.
Pomiędzy tymi ogródkami, plantacyami, pólkami, ciągnie się świetna szosa, równa, gładka, jak stół, obsadzona szeregiem grusz wyborowych, obciążonych wspaniałym owocem. Po szosie, na rowerach, jedna za drugą, pędzą baby z koszami produktów na targ, powietrze rozdziera ostry świst lokomotywy, pędzącej do poblizkiej stacyi drogi żelaznej.
Co to za kraj? co za jakiś świat szczególny.
Pan Adam wychodzi na szosę, spotyka jakiegoś przechodnia.
— Panie — zapytuje go — czy nie mógłbyś mi powiedzieć, w jakiej okolicy, w jakiej części świata ja jestem?
— Przecież pan tutejszy — odpowiada przechodzień, patrząc zdumionym wzrokiem.
— Ja? Tutejszy?
— No, jakżeż? Któż pana nie zna? Pan Adam z Maciejówki...
— Doprawdy?
— Szczególne żarty! Nie poznajesz mnie; sąsiad, czy co u licha? Jestem przecież Piotr z Babrańca, twój przyjaciel i zawsze życzliwy sługa.
— Kochane, poczciwe Piotrzysko! Wybacz, sąsiedzie. Zaspałem się trochę i jakoś te zmiany...
— Ano, zapewne, że zmiany. Cóż chcesz? ludzkość idzie naprzód.
— Gdzież się podziały pola? Gdzie zboże?
— Coś tobie jest, Adasiu, robisz takie zapytania, jak gdybyś z księżyca spadł. Jakie zboże? Ktoby zaś zboże siał teraz? Dawniej dobre były takie przesądy, ale dziś... za pół rubla masz korzec najpiękniejszej pszenicy zamorskiej, za dziesiątkę pud chleba, i jeszcze niektórzy piekarze, jako premium dla stałych odbiorców, dodają masło. Kto wobec tego będzie głupi bawić się w zboże?
— Więc to tak. Naturalnie, latifundyów już nie ma!?
— Eh! panie Adamie, nie bierz-że mnie na fundusz! Sam posiadasz największe latifundyum w okolicy i o latifundya pytasz. Że jesteś magnat, że się rozpierasz na całych pięciu włókach ziemi, to jeszcze nie racya, abyś miał drwić z człowieka, który wprawdzie posiada tylko półtorej włóki, ale, bądź-co-bądź jest obywatelem ziemskim i szlachcicem, od dwudziestu czterech pokoleń, biednie licząc.
— Ależ, człowieku...
— Za pozwoleniem, panie Adamie, nie od dziś już widzę, że jesteś pyszny i wywyższasz się nad drugich, dlatego, że masz szczęście.
— Ja, szczęście?
— To żeś onegdaj sprzedał nader korzystnie cały zbiór z plantacyi czosnku, żeś zgarnął do kasy ogniotrwałej tysiące, to cię wbija w dumę.
— Czosnku! Co ty mówisz?
— Nie przypisuj sobie zasługi, bo to podobno pachciarz tę myśli ci podsunął. Powiodło się nadspodziewanie, ale nie tryumfuj jeszcze, sąsiadeczku. Naprzód nie wiem, jak na tę plantacyę zapatrywać się będzie stronnictwo antisemickie, a powtóre na przyszły rok my także potrafimy uprawiać czosnek. Nie święci garnki lepią, pyszny panie!
— Ależ...
— O! przepraszam, kiedym już zaczął, to pozwól mi skończyć. Dawno leżało mi to na sercu i korzystam z okazyi, aby wypowiedzieć co czuję. Nie o powodzenie tu chodzi, ale o dumę twoją. Możesz być pewny, że współka uprawiaczy czarnej rzodkwi nie wybierze cię powtórnie na prezesa, a syndykat plantatorów chrzanu nie powierzy ci także swoich interesów. Będziesz dygnitarzem w towarzystwie hodowli i eksportu pijawek, dlatego że kupiłeś prawie wszystkie udziały, ale niedługo tego... Interes z pijawkami nie jest pewny, stracisz kapitał i spuścisz z tonu, sąsiadeczku.
— Bój się Boga, człowieku!
— Myślisz, że na fasoli zrobisz majątek. A zresztą, owszem, zrób, niech cię tam... Mnie to nic nie przeszkadza, gdyż dorabiam się na gorczycy i fabrykacyi musztardy, ale nie bądź taki zarozumiały, nie pytaj zwykłych śmiertelników o latifundya, skoro jesteś magnatem i posiadasz rozległe obszary.
— Panie Piotrze.
— Przepraszam... bądź pan zdrów!
— Ależ, słówko...
— Nie mam czasu, idę na kolej, aby wysłać depeszę po ocet, a następnie muszę pilnować zbioru estragonu. Nie każdemu płynie złoto za czosnek, inni muszą się męczyć i dobrze napocić, zanim przyjdą do kilku wagonów musztardy...
Z temi słowy zagniewany sąsiad odszedł; pan Adam zawrócił ku domowi.
Prawda, to jego dom, jego folwark, Maciejówka; tylko zupełnie inaczej wygląda, wszystko w miniaturze, wszystko zmniejszone, a jednak jeszcze uchodzi za latifundyum! Dziwne rzeczy, dziwne, ale naturalne. Przeobrażenie, metarfoza, ewolucya. Nieubłagane prawa rządzą ludzkością i folwarkami, człowiek zaś niczem nie rządzi, tylko musi się do różnych praw przystosowywać. Zając, z północy przeniesiony w nasze strony, zmienia białą szerść na rudą, kuropatwa w kraju śniegów białą się staje; dlaczegóżby posiadacz pięciu włók nie miał zostać magnatem, a strat, poniesionych na pszenicy, nie odbił na plantacyach czosnku?
Pan Adam zbliża się do dworku, ciekawy, jak też wygląda jego żona przy takiej zmianie losu, czy wyładniały córeczki, czy zawsze kochają ojca jednakowo?
Postanowił w duchu, że da im pokaźną sumkę na stroje. Kiedy czosnek tak płaci, to trudno, nie trzeba najbliższym żałować. Niech mają, niech wiedzą, że mąż i ojciec o nich pamięta.
Już bierze ręką za klamkę, już ma ją nacisnąć, gdy wtem słyszy odgłos szybkich kroków, sapanie i głos:
— Panie, wielmożny panie. Oj!...
To dawny pachciarz Berek, zadyszany, zaaferowany, biegnie, co mu sił starczy.
— Panie... oj... Niech pan idzie...
— Dokąd?
— Nad staw.
— Po co?
— Aj waj, panie! Tam bitwa jest, tam wojna jest, tam zaraz zacznie się lać krew!... Niech moje wrogi...
— Co ty chcesz?
— Oj, przepraszam, siądę tu na kamieniu, duch ze mnie ucieka. Z rybami zawsze tak.
— Przecież nie jesteś ryba!
— Oj! jeszcze gorszy mam los. Ryba przynajmniej siedzi w wodzie, a ja w ciężkich interesach i w potach.
— Mówże, o co chodzi?
— Proszę pana. Dziś rano przyjechali żydzi z Ogonowa nad staw; chcieli kupić ryb... trochę ryb... parę beczek. Ja sam im powiedziałem, że dziś będzie połów.
— Cóż nadzwyczajnego?
— Nic.
— Więc o cóż alarm?
— Żydki z Ogonowa to bajki, to spokojni ludzie, honorowi ludzie, płacą pieniądze, biorą towar. Tymczasem jeszcze rybacy nie zdążyli zapuścić sieci, przyjechali żydzi z Wykpiszek, też prosto nad staw i też po ryby.
— No i cóż?
— Jakto cóż? Zaczął się zaraz gwałt, awantura, kłótnia, przeklinania. Skakali sobie do oczów. Proszę pana, co tu gadać, ryby to łakomy towar, to pewny towar, przez to ludzie się o niego kłócą.
— Niech ich licho porwie, niech się kłócą, cóż mnie to obchodzi?
— Dlaczego nie obchodzi?
— Bo nie.
— Mnie obchodziło. Ja wdałem się między nich, ja pracowałem, ja zrobiłem zgodę. Mieli kupić cały połów do współki. Wszystko, co tylko się złapie. Już się zrobiło cicho, już siedzieli spokojnie, już czekali. Tymczasem nieszczęście...
— Cóż?
— Patrzymy... od Partaczkowa jadą dwie fury, zawzięci handlarze i gwałtowni ludzie. Od Bosych kaczek dwie fury... samych rozbójników, od Wydmuchów jedna fura tylko, aber git, czyste zbrodniarze!
— No?
— Proszę pana, ja mogłem pogodzić dwie partye, z biedą mogłem poradzić trzem, ale na pięć gatunków handlarzy, na pięć kompanij, ja nie jestem majster, ja nie mam sposobu! Oni się tam kłócą, oni się tam biją, oni sobie oczy wydrapują. Okropnie chciwi na zarobek; psu z gardła potrafią wydrzeć. Trzeba koniecznie, żeby wielmożny pan poszedł i zrobił między nimi zgodę.
— No, to idź do nich i powiedz, niech się uspokoją i czekają. Ja niedługo przyjdę i zrobi się licytacya na ryby.
— Licytacya, śliczne słowo, żebym tak zdrów był. Na takich łajdaków nie ma innego sposobu. Ja zaraz do nich pójdę, ja im powiem coś.
— Dlaczegóż nazywasz ich łajdakami? Przecież to twoi bracia, chcą kupić i zarobić!
— Oni bracia! To tak bracia robią? Nie; za dawniejszych czasów to się nie praktykowało.
— Nie?
— Niby wielmożny pan nie pamięta? Panowie licytowali in minus, a żydki czekali spokojnie, aż cena będzie co się nazywa, nizka... teraz żydki licytują towar i jeszcze się przytem biją, łapserdaki. Czy to rozumnie, czy to porządnie jest?
Pan Adam zapalił cygaro i szedł powoli nad staw, rozmyślając nad tem, że jednak najlepszy system sprzedaży płodów gospodarstwa, to właśnie licytacya.
Szedł powoli, patrząc nie bez zadowolenia na ruchliwą gromadę żydów nad wodą, kłócących się, gestykulujących zawzięcie.
Już go tylko rów oddzielał od nich, trzeba było przejść przez kładkę.
Źle stąpił i upadł.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Blady dzień jesienny zaglądał do pokoju, widać było przez okno, jak z lipy spadały resztki liści, malwa wdzięczyła się więdnącymi kwiatami.
Zegar wskazywał wpół do siódmej.
Pan Adam zerwał się z sofy, na której w siedzącej pozycyi przespał kilka godzin.
Obrazy widziane zniknęły, zastąpiła je rzeczywistość.
Pan Adam wyszedł do gospodarstwa. W stodole warczała młocarnia i tłukła kłosy pszeniczne; na dziedzińcu fornale szykowali pługi do orki. Pan Adam powlókł się za nimi, patrzył na szare skiby, kombinował, obliczał, ile ich uprawa kosztuje.
Pomimowoli wzrok jego skierował się na staw. Oczywiście jest masa wody, ale się żydzi nie biją, nie licytują towaru. Jakże mają licytować, kiedy w stawie ryb nie ma?
Od strony lasu nadjechał konno pan Piotr.
— Dzień dobry sąsiedzie — rzekł pan Adam.
— Dzień dobry.
— Nie gniewasz się?
— O co, u licha?
— O te latifundya i plantacye.
— Pierwszy raz słyszę. Skądże ci się to wzięło?
— Ot, widzisz, tak się wyśniło. Wstąp do mnie na herbatę, opowiem. Może to takie halucynacye strapionego człowieka, a może wskazówka na przyszłość. Słuchaj, Piotrusiu, czybyś ty plantował na przykład czosnek?
— Ależ, bracie, pokrzywę będę plantował tylko mi kupców daj na nią!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.