Przejdź do zawartości

Po tamtej stronie rampy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Po tamtej stronie rampy
Pochodzenie W zamyśleniu
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Data wyd. 1923
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


PO TAMTEJ STRONIE RAMPY.



 Szarpie się wicher i niesie wieści z oddali. Podobno w Wiedniu nasi aktorzy odnieśli wielki sukces. Codziennie listy, telegramy nadsyłane mi to potwierdzają. Dość wejść za kulisy, aby odczuć atmosferę radosną, która aż stamtąd płynie.
 — Górą nasi! — wołają wszyscy, nawet te martwe pionki, z których składa się ułuda, scenicznem Dziełem nazwana.
 — Górą nasi!
 I w półcieniu kulis, w ciszy prób monotonnych — dolatują szepty.
 — Czytaliście? Dyrektor Burgu... porównał — mówił, że bez zarzutu... „Neue Fr. Presse“ pisze, że to dusza narodu polskiego przemówiła, że...
 I cicho, półszeptem raduje się i cieszy pozostała gromadka. Nie tych „gorszych“, broń Boże! Ot! dowiedli dzielnie, że naprzykład moją Dulskę zagrali doskonale w tym drugim komplecie i mogli śmiało stanąć obok pierwszego zespołu. A dowodzi to bardzo wiele.
 Wystarczy przeczytać fejleton w „Neue Fr. Presse“, podpisany przez Paula Ziferera, aby zrorumiećzrozumieć, iż to, co nasi ponieśli nad Dunaj, to było coś więcej, niż sztuka aktorska, dyrektorska wola — i autorska praca.

............................................

 Dziś będę mówić tylko o aktorach, to jest o najliczniejszchnajliczniejszych kółkach i trybach teatralnej maszyny, ale nie jedynych. Bo niema nic bardziej skomplikowanego nad sceniczny ruch i rezultaty. Lecz dziś mówić będę o aktorach polskich tembardziej, że się tak jakoś składa, że oto przede mną leżą całe stosy dokumentów dowodzących, iż się coś w tej napozór butnej, hałaśliwej, nieznośnej drużynie, a w rzeczywistości uległej aż do przesady, nieopatrznej, biednej gromadce, skazanej na ciężkie roboty, burzyć zaczyna. Coś tam już jest im zanadto, czy to moralnie, czy materjalnie i czują, że rozstrzelenie się na wszystkie strony, egoizm, cieszenie się chwilą, nie prowadzi do niczego.
 Bo nigdzie, jak w stanie aktorskim, nie jest na miejscu przysłowie: „Co mnie dziś, jutro tobie“. Pominąwszy tę bandę w płaszczykach, podszytych wichrem, wiecznie w poszukiwaniu engagement, urządzających „wieczorki“ — opadających z rozpaczy na deski Colosseum — mamy często dziwne fakta pierwszorzędnych artystów lub artystek, siedzących nagle na bruku bez engagement. Ciężko jest dobić się stałego miejsca początkującym narybkom, ale często jeszcze ciężej tak zwanym tuzom. Wszystko zależy od porozumienia się z dyrekcjami, od luki w personelu, od pojęcia o poziomie, na jakim winna stać sztuka na odnośnej scenie.
 Mamy bowiem rozmaite teatry. Są takie, które „jadą“ tylko repertuarem, a aktorów zbierają początkujących, jak najtańszych, biorących gaże komiczne — ot, aby z głodu niepomarli. Na tych scenach „tryskają źródła poezji“ — wywłóczą się umarli wieszcze, którym nie trzeba płacić tantjem i szkółkę froeblowską podaje się na tle i w oprawie blagiersko tandeckiej.
 Są znów sceny, gdzie wszystko idzie bez planu i linij, gdzie bierze się do grania co Bóg da — bo aktorów i aktorek płaconych wspaniale jest huk — więc przecież — już jeżeli nie dla repertuaru, to dla — aktorów, warto pójść do teatru.
 Są znów teatry, w których niema ani repertuaru, ani aktorów, a przecież mimo to, te teatry są. Nigdzie jednak niema tak, ażeby był i repertuar i aktorzy — to jest linja i na niej umiejętnie porozstawiane, pewne siebie i strojne pionki. Stąd ciągle czegoś brakuje, czegoś niedostaje i — tu za wiele, tam za mało. I z tego żarcia się, polemiki ze szkodą Piękna i burzące zamiast budować. W tym wirze pracują aktorzy zdenerwowani — tracący wiarę w siebie, oddający część swego ducha na małostkowe niezadowolenia i nieprzetrawione chęci. Praca aktorów polskich jest nędzna i wyrobnicza nawet w najlepiej prowadzonym teatrze.
 Ośm, dziesięć prób jest cyfrą nieznaną w annałach teatru. Za granicą próbuje się czterdzieści, pięćdziesiąt razy jedną sztukę. Tam postępują z talentem aktorskim, jak z rośliną w cieplarni. U nas warunki fatalne każą bić rajtpaczem po karkach „twórczość aktorską“. To, co daje ze siebie aktor polski w warunkach, w jakich zostaje, są to rezultaty bajeczne, wprost niepojęte dla innych aktorów, dyrekcyj i reżyseryj — i niezrozumiałe.
 Miarą Burgu mierzono tę biedną garstkę, która wysiłkiem nadludzkim zużywa się na graniu prawie co tydzień premjery w normalnych warunkach — a grać tak musi, bo inaczej gaży nie będzie z czego zapłacić i połowa tych artystów pozostanie z końcem sezonu — na bruku.
 Bo oto — zbliża się lato — i z niem niepewność zaczyna stawać na progu mieszkań aktorskich. Czy odnowią ze mną kontrakt?... Co poczną!... Urządziliśmy się — trudno przecież ciągle tak bez gniazda... wszystko na raty... A czy pozostaniemy?
 W niektórych gniazdach też słychać szept.
 — Dzieci zaczęły chodzić do szkół, jeżeli znów nas przeniosą, trzeba będzie je wyrywać ze środowiska, rzucać gdzie indziej,indziej. Och! Boże! Boże!...
 Tak bywa, gdy — rozkwitają kwiaty jabłoni, gdy wiatr wiosenny gra po gałęziach jasno zielonych brzóz i wszystko śmieje się słońcu. Tak bywa po gniazdach, trwożliwie przyczepionych dokoła teatru, gdzie gra orkiestra i przebiega gama wesołego śmiechu rozbawionej publiczności.

............................................

 Więc się „wzruszają“ aktorzy, a przynajmniej pragną tego. Niby, że chcą jakiejś obrony swoich interesów, pośrednictwa w zawieraniu umów najczęściej (darujcie — ale po głupiemu zawieranych —), pewnej pomocy w razie popadnięcia w cichą, ukrytą biedę i ochrony przeciw wyzyskowi najobrzydliwszemu, bo kobiecego ciała... Ha no! tak, „il faut lachez le mot“ — aktorka musi się wyżywić, mieszkać, odziać na ulicę i wystroić na scenę, często za 30 guldenów miesięcznie, czasem za nic. Bywa także i tak. Sądzę, że zarządzający lupanarami mają więcej poczucia obowiązku, bo dają swemu personalowi jeść, dach nad głową, bilety do kąpieli, odzież na codzień i penioary, pończochy i podwiązki na występy wieczorne. — Aktorka.... dostaje trzydzieści, czterdzieści guldenów — czasem nic i występuje w stroju więcej skomplikowanym i kosztowniejszym od tych dam.
 Przeciwko temu odbył się wiec aktorek w Berlinie. Protestowały ostro i głośno. — U nas... milczą i poddają się losowi. Zapadają w sidła lichwiarskie i gorzej niż lichwiarskie. Potem się na nie (i one same na siebie) pluje z melancholją ciężkich przeznaczeń.
 A więc ten „Związek aktorów“, który się wykluwa ciężko i witany obojętnie — w Krakowie — chce być jakąś ochroną, jakimś sądem, aeropagiem, przed który przyszedłby taki aktor z trwogą o odnowienie kontraktu, taka kobieta, nie chcąca iść na utrzymanie, a mająca talent i potrzebna na scenie, taka cała trupa, wyzyskiwana i pędzona do roboty świątek i piątek i wreszcie sami dyrektorzy, przedsiębiorcy, także często szarpani przez swych artystów, którzy wyzyskują swą chwilę szczęśliwą z zapamiętałością tych, którzy długo głodowali i wreszcie dobrali się do pełnej misy...

............................................

 Ten „Związek aktorski“ powinien być zatem poparty zarówno przez aktorów, jak i przez dyrekcje. Unormowanie stosunków w tych chorych instytucjach powinno nastąpić za obopólną zgodą i porozumieniem się. Aktorzy bez dyrekcji, a dyrekcja bez aktorów istnieć nie mogą. To wiadome. Ale zarazem podjazdową walką to ich wspólne pożycie być nie może. — Teatr bowiem obecny w tych warunkach — (nietylko we Lwowie, ale wszędzie w Polsce) — jest oparty na systemie grożących niespodzianek. Grozi aktor dyrektorowi zawieszeniem pracy i zepsuciem puszczonej w ruch maszyny — grozi dyrektor aktorowi wyrzuceniem na bruk i widmem w postaci tak zwanej „dymy“.
 Pozostają sądy, a są to nader przykre sytuacje dla sędziów, którzy są zwykle ludźmi światowymi i kręcą się, jak piskorze, podczas gdy aktorzy i dyrekcja targają sobie nerwy, pokazują zęby i marnują czas i siły, mogące być zużytkowane dla Sztuki. Publiczność także nie lubi tego rodzaju widowisk — słowem nikt nie zyskuje a wszyscy tracą.
 Taki Związek aktorów byłby rodzajem zamkniętej pralni, gdzie prałyby się brudy kulisowe. Podczas, gdy z powodów społeczno-ekonomicznych, każdy zawód dąży do skupienia się i zrzeszenia zawodowego, jedni tylko artyści idą luzem, samopas, nie rozumiejąc, iż oni są także poważną siłą w gronie pracujących warstw społeczeństwa. Czas już najwyższy, aby to pojęli a dyrektorzy uczciwi, ci, którzy się nie boją światła dziennego, przyłożyli rękę do tej akcji ratunkowej.

............................................

 Bo źle się dzieje po tamtej stronie rampy — źle.
 Tam jest oprócz śmiechu, błazeństw, rzężeń przedśmiertnych, wspaniałych tualet, lubieżnych szeptów, krzyków bohaterskich — jest jeszcze trwoga przed jutrem, często (naprawdę) anemia, wywołana głodem, walka kobiecej godności i wreszcie abnegacja zupełna, pełna tragicznego zapadania w zastygłe śmierciodajne bagienko życiowe.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.