Po jednym kubeczku

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Jan Chęciński
Tytuł Po jednym kubeczku
Pochodzenie Beczka pacierzy
Data wydania 1912
Druk A. A. Paryski
Miejsce wyd. Toledo, Ohio
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
Po jednym kubeczku.


— Dzień dobry panu, — rzekł sędzia, wchodząc do apteki.
— Dzień dobry, — odrzekł aptekarz uprzejmie. — A co pan sędzia dziś z tak kwaśną miną przychodzi?
— Niech dyabli wezmą, — niema już ludzi pewnych na świecie, — odpowiedział ponuro sędzia. — Wziąłem chłopaka do służby, zaufałem mu, obchodzę się z nim, jak niemal z bratem, a ten hultaj mię okrada.
— A cóż takiego zrobił? — wtrącił aptekarz zaciekawiony.
— Widzi pan, złapałem go jak mi wódkę wypijał.
— E co... to głupstwo...
— U pana wszystko głupstwo, — wtrącił prędko sędzia, — czyż pan nie wie, że od igiełki do rzemyka, a potem szubienica.
— Niechże no pan sędzia przyniesie tu tę flaszkę z wódką, a ja go już oduczę wtykania nosa do cudzej komory.
— A co pan chce zrobić? — zapytał udobruchany już nieco sędzia.
— Wleję do flaszki parę kropel emetyku, — odrzekł aptekarz. — Trochę chłopaka poszarpie, i będzie miał naukę na przyszłość.
Sędzia uśmiechnął się, wyszedł, a za parę chwil był już z powrotem. Wyjmując flaszkę, rzekł:
— Byleby się co złego nie stało.
— Proszę być spokojnym, to rzecz nieszkodliwa w małej ilości — odrzekł aptekarz i wpuścił zaraz parę kropel płynu do przyniesionej flaszki, potrząsnął nią, powąchał, potem znów nieco świeżego dolał spirytusu i znów flaszką zatrzepotał, następnie oddał sędziemu.
Na drugi dzień koło godziny 10 sędzia siedzi w aptece i rozmawia z aptekarzem. Wtem wpada do apteki kobieta, a składając ręce mówi:
— Panie japtykarzu, dajcie mi lekarstwa, bo mi chłopaka lejzok chycił.
— Co takiego się stało? — zapytał sędzia zadyszanej kobiety.
— Panie! — zwracając się do sędziego, — waszego chłopaka, co u was służy, mdli jak nieboskie stworzenie, cosik mu się stało.
Aptekarz zaciska wargi, aby śmiechem nie parsknąć, a wciąż mrugał oczyma do sędziego, który znów chustkę od nosa pcha do ust i śmiech tamuje.
Kobieta dostawszy lekarstwa, w mgnieniu oka z apteki wybiegła, a sędzia i aptekarz dając sobie teraz folgę — śmiali się do rozpuku.
Na drugi dzień zjawił się chłopak u sędziego: blady z zapadłemi oczyma — jakby z krzyża zdjęty.
— A cóż tobie chłopcze? — pyta troskliwie sędzia — tyś taki blady. Możeś ty chory, napijże się wódki.
— E... proszę pana sędziego, ja już nie będę pił.
— Napijże się... nalega sędzia....
Chłopak zaś trzęsąc głową, odrzekł z naciskiem:
— Ja już więcej pić nie będę.
Za jakiś czas poczciwego sędziego przeniesiono do innego miasteczka.
Z prawdziwym żalem pakowało manatki dobre sędzisko i wybierało się w drogę. Rzeczy miał nie wiele, to też sam ze swoją służącą spakował wszystko, bo chłopaków do posługi już nie trzymał. Coś tam pomogły sąsiadki, ale mało, bo służąca sędziego nie chętnie na to patrzała. Ale kiedy zajechał wóz i rzeczy zapakowane trzeba było już wkładać, wtedy pomoc była już potrzebna. Przy pomocy tedy pięciu sąsiadek, włożono na furę porozbijane skrzynie i poobwiązywane domowe sprzęty. Wreszcie siadł na wóz i sam sędzia, a podniósłszy kapelusz rzekł:
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — odjechał.
Służąca sędziego pobiegła teraz spiesznie do pierwszego pokoju, gdzie na ziemi stało może z 50 butelek różnego kształtu. Schyliwszy się nad niemi, brała jednę po drugiej do ręki, przytykała szyjkę do nosa i wąchała: Wzięła jednę, wącha i odstawia, bierze drugą, powąchawszy odstawia, sięga po dalszą, wącha, jest coś, rzekła: to wódka, chwała Bogu! Chowa pod zapaskę i wychodzi. A była to wódka owym emetykiem zaprawiona.
— Chodźcie siostry — mówi do sąsiadek — napijemy się po kubecku, boście pomagały.
Babom w to graj!
W mgnieniu oka były już wszystkie w izbie służącej. A i mąż służącej, który bezczynnie w domu siedział, poruszył się i ożywił.
— Dajno chłopie kubecek łykniemy se po jednemu, rzekła gospodyni domu, wyjmując z pod zapaski flaszkę z wódką. Nalewa też co tchu do kieliszka:
— Zdrowie twoje mężu! — i łyknęła.
Łyknął następnie i to ze smakiem chłop, potem każda ze sąsiadek wypiła również po jednym.
— Babo, mnie coś nie dobrze, — rzekł mąż do swojej, — dajże jeszcze jeden.
Kobiecina nalała co tchu świeży kubeczek, a mówiąc, zdrowie twoje! wypiła spiesznie i znów nalała pełny kubeczek, który również łakomie chłop do gardła przechylił. Aż tu nagle wszystkim zakręciło coś pod dołkiem i miękko im się robi: jedno patrzy na drugiego i mimo woli ręką zatykają usta. Pierwszy skoczył do kąta chłop i trzymając się ręką ściany... począł stękać, a następnie wymiotować, za nim jakby na komendę zerwały się sąsiadki i każda toż samo czyniła... Zebrało na womity i samą szynkarkę, która wyrzucając ze siebie wypity trunek, wołała: wynoście się, e e e... na pole e e e, bo mi podłogę powalacie.
Trzymając się, ściany, wyszli wszyscy. A był mały ogródek przed domem, w nim zaś wiele trawy. Na trawę tedy poupadały kobiety, której uchwyciwszy się rękoma, schylały co chwila głowę ku ziemi i z głębokości wnętrza oddawały wypity trunek.
Między niemi był mąż służącej, który najgłośniej ze wszystkich stękął jęczał.
Wnet zbiegli się sąsiedzi, a patrząc na to widowisko, śmiali się do rozpuku.
Dowiedział się o tem i aptekarz i śmiał się również co niemiara, a pisał zaraz do sędziego.
— Panie sędzio, nie pokazuj się do nas, bo by cię baby ukamienowały za marną wódkę, którąś im w spuściźnie po sobie zostawił.





[1]

Przypisy

  1. Powiastka ta jest współoprawna z bajką Beczka pacierzy, lecz nie jest wymieniona na ani okładce, ani na stronie tytułowej.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Chęciński.