Po co dzień ich budzi.../XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Po co dzień ich budzi...
Pochodzenie Liote (nowele)
Data wydania 1905
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
XIV.

Noc pomroką senną, skwarnym zaduchem przesyconą, znów objęła poddasze. W ostatniej izbie Joanna, umordowana gorzkiemi myślami o Piotrze, coraz nędzniej wyglądającym, obszarpanym, brudnym, wychudłym — nie mogła do późna usnąć.
Do oporu dłuższego nie czuje już sił. Dziś mówił jej, że chyba weźmie kartkę do szpitala, bo bóle rozłamują mu ręce, nogi i krzyż. Popatrzyć na niego — istny Piotrowin z grobu wywleczony. Ha, trudno, nie odmieni się ta dola.
— Jutro powiem Leonowej, niech kąt mój odnajmie.
A może — może, teraz będzie on już innym, może to zupełna poprawa, wyrzeczenie się raz na zawsze trucizny, ogłupiającej tę słabą głowę. To marzenie ukrywa się w najskrytszej głębinie jej pomyśleń. Gdyby się ziściło — życie ich, kto wie — natrafiłoby może na inną kolej, podobną do kolei innych po ludzku żyjących, ślubnych stadeł.
Wybita zupełnie ze snu, z boku na bok przewracając się, na twardem pościeleniu, posłyszała tuż obok żałosne westchnienia i wplatające się do nich tłumione odgłosy łkania.
Płakała Agnieszka, próżno — by jej nie dosłyszano — zatykając usta rogiem poduszki.
Była w Joannie przenikliwość istoty cierpiącej, rozliczną i z gorzkich najbardziej gorzką nędzą napojonej. Nie zadając sobie, ani tamtej pytań, odrazu z zupełną jasnością, bez powątpiewań, może po akcencie płaczu, odgadła, co te łzy wyciska.
Wstała, podeszła do Agnieszki i nachyliwszy się szepnęła:
— Żeby matki nie obudzić i niechby inni nie posłyszeli. Narzuć może cokolwiek na siebie — wyjdziem do sieni.
Strach, okrutny strach przed nieszczęściem jakiemś, tuż w pobliżu cza tującem, nękał Agnieszkę — daleko odegnawszy pamięć płomiennej chwili. Teraz on sam jeden nad całą istotą jej panował. Uciec przed nim, przytulić się do kogoś, szukając obrony...
Skwapliwie posłuchała Joanny.
Nie ubierając się, spódnicę tylko wziąwszy, cicho przemknęły się między śpiącymi, minęły przylegający do poddasza stryszek, gdzie chrapanie czyjeś słyszeć się dawało — zapewne ktoś tu sobie z izby przeniósł posłanie; po kilku schodkach zeszedłszy, u skrętu do niższego piętra na stopniach usiadły przed oknem rozwarłem.
Na dworze czerń nocy rozrzedzoną już była nasiąkającym w nią od wschodu brzaskiem. Rama okienna obejmowała zatopione w szarości jednostajnej, równej, szczyty dachów kilkui wieży kościelnej nad nimi. Cichością ukojoną, czy też zmartwiałą ze światu wiało.
I prawie nie mącił jej szept dwu kobiet przytłumiony, urywany, dla nich samych tylko zrozumiały — szept kobiecej żałości, skarg, wyznań na półsłowie zatrzymujących się.
Joanna objęła dziewczynę, głaskała jej włosy, przytulała jej głowę do swojej piersi. Ten poryw współczujący, litościwy, rodził się w niej z poczucia wspólności fali, przewalającej się pod niemi, pochwytującej je obie wraz z setkami innych, unoszącej je dokąd, po co? Przedstawia się Joannie obraz jakiejś rzeki. Płynie po wodzie gałąź równiutko, spokojnie, jakby się ślizgała z fali na falę. A w tem podleci z boku pęd nowy, chwyta ją i niesie, gdzie wir, gdzie zapamiętałość wód, pianą ociekających. Pośród szumu i łoskotu jeno zakręci się gałęź, wpadnie do lejka i albo już się nie pokaże, albo drobne z niej kawałki. Są, które się ustrzegą, ale tych co się nie ustrzegą, na złą dolę wydanych — jak dużo, jak dużo.
Żałość dla Agnieszki rozbudziła w Joannie wspomnienie dawnej krzywdy swojej, < gorzkiej, obmierzłej.
— Tyś Agnieszko poniosła to od kochanego człowieka i nie wspomnisz tej chwili z jakimciś obrzydzeniem wstrętliwem, jak gadu zimnego dotknięcie się przypomina. A ja...
I widzi siebie równie młodą, świeżą, jak Agnieszka, ale więcej zdrowia, siły, wesela wprost z wiejskiej zagrody przywiezionego mającą, rumianą i kraśniejącą, żywą jak skra, a przecież gotową pokłonić się i uszanować starszych, mądrzejszych, »uczonych«.
Pierwsza służba. Przypomina sobie tę panią poważną, surową, z przypruszonymi siwizną włosami. Syn do niej właśnie był podobny — z twarzy — jednako też małomówny, grzeczny a nieprzystępny. I dziś jeszcze z równą siłą odzywa się w niej oburzenie, wstręt na myśl o ohydzie tej chwili gwałtu, dokonanego po obmyśleniu tysiącznych ostrożności, by łajdactwo się nie wydało, dokonanego na zimno. Nie chciał pieszczot — tylko nasycenia. Nie zdobył się na rzucenie choćby z litości jednego serdeczniejszego słowa. Obszedł się z nią jak z rzeczą. Nie ma mocy, któraby wskrzesić mogła to, co w niej zabite zostało w owej chwili i potem, gdy matka z podłością oczu nie mrużącą rzuciła jej:
— Nigdy nie uwierzę — to ty prędzej uwiodłaś jego, łajdaczko! Policyi cię oddam, która takie jak ty spisuje.
Łzy jej płyną jeszcze po latach.
— Tyś szczęśliwsza, szczęśliwsza — szepnęła, tuląc głowę Agnieszki.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.