Pożegnanie jesieni/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Ignacy Witkiewicz
Tytuł Pożegnanie jesieni
Data wydania 1927
Wydawnictwo F. Hoesick
Drukarz Drukarnia Narodowa
w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Rozdział II

NAWRÓCENIE I POJEDYNEK


Była 9-ta rano, gdy Józia Figoń otwierała drzwi od sypialni Heli Bertz, wpuszczając tam, jak kota do pokoju, w którym jest szczur, księdza Hieronima Wyprztyka z Zakonu Paralelistów, doktora teologji i profesora Najwyższej Dogmatyki na uniwersytecie tu i w dalekiej Antjochji. Ojciec Hieronim był to wysoki, (na 2 m. 10 cm.) chudy blondyn, z olbrzymim orlim, skrzywionym na lewo nosem. Nie miał w sobie nic klasztornego. Jedynie dla nadania osobie swej większego znaczenia jako łowcy dusz, wstąpił do misjonarskiego zakonu. Tylko niebieski pas na czarnej sutannie zwiastował w nim Paralelistę. Pochylił się naprzód, wyciągając szyję, jak kondor i starał się przebić swym świdrowatym wzrokiem półmrok dusznej sypialni. Zapach kolacji (dobrej), perfum z leśnej jesiennej, gencjany i jeszcze czegoś... („Ha — już wiem“, pomyślał) — tak: subtelny zapach „orgji cielesnej“, jak się wyrażał — podrażnił jego czułe nozdrza mikrosplanchika i niedoszłego schizofrenika. W chwilach takich: obowiązkowego zbliżenia się do rzeczy niedozwolonych, ksiądz Hieronim „nasycał się najbardziej rzeczywistością“. Określenie to znane było w kołach pewnych narkotystów i jeszcze jakichś „istów“ życiowych, pomiędzy których zabłąkało się paru jego uczni, z czasów kiedy był katechetą, czyli jak mówiono, cierpiał na katecheksję. Nagle, z przesyconego zawiłą kombinacją zapachów mroku, przebiwszy kłąb rodzących się nieprzyjemnych uczuć i żalu i złości, które przeszły w „tło zmięszane“) wystąpił przed nim obraz śpiącej Heli. Rozsypane, kręcące się, rude włosy otaczały lubieżnie, jakby w skurczu rozkoszy, skręconą jej głowę. Jedna, gwałtownie dysząca, prześliczna pierś kształtu indyjskiej dagoby, z małą, niewinną jak kwiatek różową brodawką, wąska, o wysokiem podbiciu, niebieskawo-biała noga i ręce — to wywalone było na wierzch. Reszta ciała wyginała w seksualnie-obiecujący szkic cienką, ciemno-czerwoną kołdrę. Ksiądz Wyprztyk coraz wyraźniej nasycał się rzeczywistością... Ale zaraz ocknął się i przechodząc nagle w inny wymiar, uczynił: ze zmysłowego obrazu płaską plamę wspomnienia, na uciekającej przeszłości i zatrzasnął ciężkie wrzeciądze woli, poza któremi, we wnętrzu swej ognistej, namiętnej istoty, w piekiełku, gdzie chował nadworne, nie dające się zabić monstra, dyszała, między innemi, niedotłamszona nigdy do końca, żądza życia. Już transponował tę energję za pomocą zawiłych, jemu tylko znanych wzorów, na inne, wyższe wartości. Dotknął długim, kościstym, opatrzonym w płaską poduszeczkę, palcem, nagiego ramienia swojej przyszłej ofiary, na którą od kilku lat już czatował.
— Jak się masz, mrówkolwie? — szepnęła Hela, budząc się na wesoło. Zakończenie zapomnianego w chwili przebudzenia snu było rozkoszne. Coś absolutnie niekreślonego szło w górę, rozprzestrzeniając się wachlarzowato, w przyjemnem zatraceniu poczucia przestrzeni.
— Czy znowu w tym tonie zamierzasz mówić ze mną, krnąbrna córeczko? Wychodzę i tym razem nigdy już nie wrócę — rzekł Wyprztyk, bez cienia urazy w głosie. Hela ocknęła się zupełnie.
— Nie, ojcze: tym razem chcę się przechrzcić naprawdę. Tylko nie żądaj odemnie wiary, dziś, zaraz, na czekaniu. Czuję się bardzo źle sama ze sobą. Nie mogę wyzbyć się uczucia zupełnej samotności i pustki, mimo przyjaciółek i przyjaciół.
— A nawet kochanków — obojętnie zauważył Ojciec Hieronim, pociągając zlekka nosem.
— Tylko dziś — właśnie po raz pierwszy oddałam się z całą świadomością pewnemu młodemu człowiekowi, ale z tem zastrzeżeniem, że ślub nasz odbędzie się w najbliższych dniach. Jest katolikiem i... —
— I w tym celu....?
— Nie, nie tylko w tym, jakkolwiek to wchodzi też w system działających sił.
— W ognisku tych potęg nie widzę prawdziwego natchnienia, mającego źródło swoje w wiecznej prawdzie — ironicznie zauważył ksiądz.
— Ojcze, ja nie zniosę dłużej tego tonu i języka, którego ojciec używa, zarówno w stosunku do krnąbrnych kucharek, jak i do mnie. Jestem sama w znaczeniu metafizycznem... odczuwam wszystko jako majak. Ja przecież czytałam wiele — ze mną nie można tak.
— Właśnie dlatego, że jesteś zbyt oczytana w filozofji chciałem cię zażyć od strony zupełnej prostoty. Ale skoro nie, to nie. Wytoczę argumenty cięższe.
— Przedewszystkiem jak pozbyć się tego gniotącego uczucia samotności? Ja chcę żyć, a wszystko mi się z rąk wymyka i wszystko „jest nie to“. Chyba mam warunki, aby stworzyć sobie życie takie, jakiegobym pragnęła? A tu nic: życie płynie obok jakby, a ja wołam was wszystkich niemym głosem, którego nikt nie słyszy i mimo, że jesteście ze mną, uciekacie ciągle w dal przeszłości. Każda rzeczywistość ma dla mnie żałosny smak niepowrotnego wspomnienia nigdy nie byłego wypadku. Ja chcę wierzyć, bo to jedynie nada sens ostateczny wszystkiemu, mimo, że gdzieś na dnie duszy, a raczej intelektu, będę uważała to za rezygnację, za świadomy upadek.
— Tak. Wiem o tem: jest to pragmatyczny pogląd, który tępię wszędzie, gdzie mogę. Najpłytsza doktryna jaka istnieje — zastosowana zresztą dobrze do marności naszych czasów. Wszyscy jesteśmy pragmatystami, w znaczeniu czysto zwierzęcem: chodzi nam o to, aby nam było dobrze: każdemu bydlęciu, ba: komórce o to chodzi. Ale różne są stopnie tego, co jest dobre: jest cała hierarchja pożyteczności i przyjemności, dla której ustawienia w samem, czystem pojęciu pragmatyzmu niema kryterjów: zupełna względność.
— Kryterja są społeczne — wtrąciła Hela. — Pęd ludzkości ku coraz większej społecznej doskonałości stwarza kryterja dla tablicy wartości w każdej epoce. Kryterja pragmatyzmu muszą być społeczne, inaczej każda bzdura mogłaby mieć pretensje do względnej chociażby prawdziwości. Po zbankrutowanej demokracji, przychodzi komunizm, czy syndykalizm, ale wszystkie ideje te, z których dwie pierwsze są wyrazem nietrwałego stanu rzeczy w stadjach pośrednich, mogą opierać się na pragmatyźmie, zarówno, jak i na oświeconym absolutyźmie. Tylko że w dawnych czasach uświadomiony pragmatyzm był społecznie niepotrzebny...
— Poczekaj, córeczko: w zasadzie zgadzam się z tobą, ale wprowadzasz takie zamięszanie nadmiarem koncepcji, że nigdy z niego wybrnąć nie zdołamy. Za dużo chcesz powiedzieć odrazu. Dziś chodzi o jedno tylko: abyś uwierzyła w konieczność twego nawrócenia i to właśnie nie z pragmatycznego punktu widzenia. Musisz uwierzyć nawet wtedy, jeślibyś z tą chwilą miała antycypować najgorszy nawet subjektywny stan duszy, na czas nieograniczony.
— Przyjemna perspektywa. Ja chcę być metafizycznie szczęśliwa i koniec. Obowiązkiem twoim, ojcze, jest dać mi to.
— Przestań być choć na chwilę bardzo bogatą żydóweczką, o nadmiernie wyostrzonym intelekcie — zresztą typowo po semicku nie-twórczym — przestań raz czegokolwiek wymagać. Poddaj się tak, jak dla eksperymentu poddawałaś się hypnozie. Chodzi o „nastawienie“ — bez odpowiedniego nastawienia niczego zrozumieć nie można. Musi na początku być ta podstawa, to, co naprzykład Husserl, w stosunku do swojej teorji, nazywa „phenomenologische Einstellung“. Pieniądze twoje nic tu nie pomogą, choćbyś je wszystkie oddała na mój klasztor. Przysięgam ci, że nie to jest moim celem.
— Podświadomie...
— Wszystko można przenicować bez dowodu, przy pomocy pojęcia podświadomości. Dobre jest ono między psychoanalitykami. Wykluczmy je z naszych rozmów na zawsze. Ukórz się przed ideją, którą przedstawiam, a nie przedemną. Czyż dowodem za mną nie jest właśnie to, że ty właśnie, mimo twoich bogactw, piękności, żydowskiej pychy i, powiedzmy otwarcie: mądrości, musiałaś zwrócić się do mnie, do mego świata, po odpowiedź na najistotniejsze, bo metafizyczne udręczenie.
— A może jest w tem jedynie interes papy? Może ja osłaniam tylko sobą, jakąś brudną czysto żydowską machinację? Może to wasza sugestja wspólna...?
— Nie: ojciec twój, którego przywiązanie do jego wiary niezmiernie cenię, w głębi duszy zrozpaczony jest z powodu twego zamiaru. Ale inna rzecz, że i on przyjąć chrzest musi. Nie śmiał ci tego zaproponować, abyś pokryła ten jego czyn wobec drugich — wiesz kogo?? — maską twego pozornego, czy rzeczywistego despotyzmu. I mimo całej rozpaczy, z radością uchwycił jednak tę sposobność. Zemści się to na nim w ten sposób, że będzie najgorliwszym katolikiem za rok, lub dwa. A jednak już teraz jest finansowo szczęśliwy, gdyż jako żyd nie mógłby wejść w pewien krąg międzynarodowych interesów. Teraz dopiero stanie się prawdziwą siłą.
— Siłą godną opanowania przez księdza? O, jakżeż ty się potwornie dajesz nabierać, ojcze Hieronimie!
— Rozdwojenie ducha u istot tak potężnych, jak twój ojciec, musi być straszliwem cierpieniem — zagadał kwestję ksiądz Hieronim.
— Dosyć tych życiowych roztrząsań — przerwała mu Hela. — Ani ksiądz, ani ja nie zrozumiemy nigdy istoty afer mojego ojca. Zostawmy go w spokoju. Jako człowiek życia jest ksiądz naiwny jak małe dziecko. Ja chcę mówić o tem, w czem naprawdę objawia się twoja siła. Wiem, że jako kobieta nie istnieję dla ciebie zupełnie. To już imponuje mi bardzo...
— Nie jest to tak pewne, jak ci się wydaje, moja córko. Wchodząc tu, doznałem dziwnego wrażenia: chcesz, to ci powiem: pomyślałem sobie, że całe życie moje nie byłem tym, którym być miałem.
— Więc może miał ksiądz być uwodzicielem? Czy może mam to uważać za oświadczyny i chęć rozpoczęcia innego życia?
— Teraz ja mówię: dosyć! Cokolwiekbądźbym pomyślał — czasem myśli się rzeczy straszne, które szepce wprost do ucha zły duch — on jest, on jest tu z nami...! Chroń nas, Najświętsza Matko! — szepnął nagle ze strachem, a w szepcie tym, był utajony krzyk.— Otóż — mówił twardo — czegokolwiekbym nie pomyślał, wiem napewno, że niema rzeczy, ani książki, ani osoby, ani cierpienia — byłem torturowany w Małej Azji — które zmienićby mogło moje czyny i myśli. Jestem nienaruszalny, nie do zgwałcenia: w tem jest moja siła, którą bez żadnej pychy, jak przyrząd mierniczy, objektywnie oceniam.
— Już w tem właśnie, co mówi ojciec o braku pychy, jest pycha — ale tak można się bawić aż do nieskończoności. Mów, księże, mów wprost do mojej samotnej jaźni, poza tym pokojem, poza tym domem, w abstrakcji od papy, kochanków i całego świństwa mojego życia.
— Tak nie można, córko. Pozujesz i tem peszysz mnie, mówiąc popularnie. Jedyna rzecz, której się naprawdę wstydzę, to fałszywy patos u kogoś. A po drugie, to jest właśnie błąd twój: ta chęć uniezależniania poznania od zasług życiowych. Nie można oddzielać etyki od metafizyki. Życie twoje musi się zmienić, a wtedy poznasz prawdę ostateczną, staniesz się tej prawdy godną. Jeśli nie znasz jej dotąd, to, przy twoich umysłowych danych, jest to winą tylko twego życia, a nadewszystko pewnych uczuć, które, zamiast pokonać, hodujesz, jak te obrzydliwe kwiaty w cieplarniach twego ojca.
— Mogę to zrobić, ale tylko jako eksperyment, bez żadnej wiary w jego skuteczność. Pewne uczucia można zabić, zabijając jednocześnie siebie.
— Rób co chcesz, bylebyś zaczęła. „Zaczynajcie, Bóg dokończy“ — nie pamiętam kto to powiedział. Ten sposób samobójstwa będzie napewno lepszym od tego, którego używałaś dotąd. A jako cel ostateczny: zbawienie wieczne.
— Banalne postawienie kwestji, jak na słynnego księdza Wyprztyka. Mam wrażenie, że twoja ustępliwość, ojcze, twoja wolnomyślność, powiem nawet myślowa rozwiązłość, jakiś prywatny modernizm, to tylko metody złapania mnie, raczej osaczenia.
Ksiądz Hieronim opanował odruch gniewu wewnątrz peryferji swego olbrzymiego ciała i twarz nie drgnęła mu nawet.
— Nie będziesz mnie analizować, dziecko — mówił łagodnie. Nie starczy ci sił, mimo całego żydowskiego przemądrzenia. A nadewszystko nie wystarczy wyrazów, nawet gdybyś coś tam czasem odgadła.
— Co za pogarda! Ach, ty, chamski goju, wyprztyku, niedorosły do kostek idejom, którym służysz! Ty, który bez twego księżostwa byłbyś pastuchem świń; ty, który dla karjery wyrzekłeś się równych sobie kobiet, jakichś parszywych, zidjociałych aryjskich pastuszek, aby być wielkim władcą w wymierającej pustyni katolickich omamień...
— Pamiętaj, że do stanu księżego zostałem zmuszony przez rodzinę i nie żałuję tego. Cześć za to mojej nieboszczce matce — złożył ręce jak do modlitwy. Umyślnie nie zwracał uwagi na jej obelgi — był to akt pokory. Hela śmiała się bezczelnie. — A teraz dosyć: Mówisz, że jesteś samotna — ja nie będę dla przekonania ciebie o słuszności moich metod odsamotnienia używał słów niegodnych twego rozumu, łagodnych powiedzeń o miłości i poświęceniu...
— Godnych za to tych związków kucharek, pomywaczek i szwaczek, w których sumieniach jesteś wielkim cudotwórcą i magiem, ojcze Wyprztyku.
— Milcz i słuchaj — zasyczał ksiądz i podniósł ciężką łapę do góry. „Gotów mnie zbić naprawdę“, pomyślała Hela. Ale od bicia do „tego“ jest tylko jeden włosek. A — gdyby nie to, że go potrzebuję duchowo, terazbym go uwiodła. Ciekawa jestem coby zrobił gdybym go tak oplotła rękami i nogami.“ Ksiądz nie opuszczał dłoni i nagle zwinął ją w groźny kułak. Hela skuliła się w łóżku, jak obita suczka.
— Tylko pozwól mi, ojcze na jedną rzecz: każę przenieść tu telefon z tamtego saloniku. Mój narzeczony i kochanek bił się dziś na pojedynku. Ja chcę się dowiedzieć... —
— Na pojedynku! Czy to jest po polsku? Nie i nie. Teraz będziesz słuchać mnie. — Powstrzymał ją od wyskoczenia z łóżka silnem uderzeniem palców po niebieskawem ramieniu. Syknęła z bólu i skryła się cała pod kołdrę. Wyprztyk mówił:
— Jesteśmy oboje dość naładowani filozofją, aby nie wiedzieć, że ostatecznie wszystkie znane systemy nie są w stanie dać rady Tajemnicy Istnienia. — Hela wynurzyła się z pod kołdry, z wyrazem skupionym i dalekim wszelkim ziemskim sprawom. Nic ludzkiego niebyło jednak w tej twarzy, mimo zupełnego oderwania się od ziemi. Wyglądała jak dziwnie mądry ptak. „Uduchowione zwierzę, nie człowiek“, pomyślał ksiądz Hieronim i mówił dalej: — Ja nie będę ciebie przekonywał o nicości każdego z systemów z osobna. Ale wspomnę parę dla przykładu, a szczególniej te, w których typowo występują wielkie bloki problemów zasadniczych. Po pierwsze: psychologizm nie wystarcza sam sobie i wprowadza pojęcia obce założeniu „wyjścia z bezpośrednio danych“, „aus dem unmittelbar Gegebenen“. —
— Proszę się streszczać — powiedziała obojętnie Hela.
— Fenomenologizm w ostatecznem rozwinięciu nie różni się bardzo w założeniach od najnowszej wersji psychologizmu, jak to widzimy z porównania „Transcedentalnej Systematyki“ Corneliusa z „fenomenologiczną filozofją“ Husserla. Eidetyczną psychologją jest ta pierwsza książka i nic więcej, używając fenomenologicznej terminologji.
— Ależ ojcze: Husserl obraziłby się bardzo…
— Ja nie wchodzę w subtelności: chodzi mi o wielkie rysy. Dalej: co dała nowa logika w obrębie filozofji? Czy Bertrand Russell powiedział istotnie coś nowego, mając do rozporządzenia cały potworny aparat, który wytworzyli obaj z Whiteheadem, chyba jedynie w tym celu, aby umożliwić ludziom, operującym znaczkami, lekceważenie każdej myśli, wyrażonej inaczej, jako nie dość ścisłej. I słusznie powiedział Poincaré logistykom: „macie skrzydła — powiadacie — czemu więc nie latacie?“
— Nudny jest ojciec jak… —
— Nie mówię już o potwornych w swej bezczelności blagach Bergsona i płytkości beznadziejnej pragmatyzmu, który, za cenę użyteczności, dopuszcza wszelką bzdurę do rangi prawdy. Nie mówię też o całej masie przyczynków i „niedoczynków“. Wiemy, że pogląd fizyczny jest w gruncie rzeczy statystycznym, że nie daje nam objektywnej prawdy, nie mogąc życia wyrazić w swoich terminach — jest tylko wtłoczeniem rzeczywistości, z pewnem przybliżeniem, w schemat najdogodniejszy w danym punkcie rozwoju matematycznej fikcji. Przybliżenie to osiągnęło dziś maximum w teorji Einsteina i wątpię, aby poszło dalej. Pogląd fizyczny jest konieczny, to inna rzecz, ale konieczny wogóle, a nie w tej, czy w innej swojej postaci. Ale stosuje się prawie — powtarzam: prawie absolutnie! — tylko do kompleksów rzeczywistości bardzo różnego rzędu wielkości w stosunku do nas: w astronomji i budowie materji jest na swojem miejscu; a każdy dowolny ruch jakiejś żywej istoty przeczy całej fizyce.
— A jak definjuje ksiądz rzeczywistość? — spytała Hela z perfidną minką. — Czy może teorja wielości rzeczywistości Leona Chwistka...
— Nie wspominaj nawet tego monstrum. Rzeczywistość jest jedna: jest nią zbiór wszystkich jakości aktualnych i byłych — czyli wspomnień, w trwaniach wszystkich indywiduów w danej różniczce czasu. Chwistek albo nazwał poglądy rzeczywistościami — ale wtedy, jeśli nie przyjmie się poglądów koniecznych, można otrzymać nieskończoność rzeczywistości — albo poprostu koncepcja jego jest zupełnie niezrozumiała i kwalifikuje się do sfery sztuki. Jako logika uznaję go, jako filozofa — nie. Otóż: wielkie problemy w nauce są wyczerpane, poza bijologją, która, w postaci bardzo naiwnych koncepcji, walić będzie o mur głową, to znaczy beznadziejnie starać się opisać bez reszty życie w obrębie mechanizmu, podczas gdy witalizm błąkać się może w dowolnościach à la Bergson, nie przekraczając pewnej granicy ścisłości — nowych pojęć koniecznych nie stworzy: liczba ich jest ograniczona. — Odetchnął zadowolony z tej masy „truizmów“, które z siebie wyrzucił. Oczywiście były to truizmy dla pewnej umysłowej sfery tylko. Dla innych mogły być objawieniami, tembardziej z ust księdza Hieronima. A zresztą była to tylko negatywna strona wykładu, trampolina, z której miał się odbić, sprężyna, którą naciągał, aby wypuścić pocisk ostateczny, mający zdruzgotać beznadziejny dotąd sceptycyzm Heli. Ale poco czynił to wszystko? Oczywiście, „podświadomie“ kochał się w niej bez pamięci i tylko dlatego zwalczał nieprzezwyciężone umysłowe trudności dla zbawienia jej duszy — tak powiedziałby każdy współczesny pseudo-inteligentny freudysta. Ale kto o tem mógł wiedzieć napewno? „Czy ja się w niej podświadomie nie kocham? — spytał sam siebie w myśli ksiądz Hieronim. — „Ale przecież sama taka wątpliwość jest już uświadomieniem sobie przedmiotu wątpienia, a więc nie może być tu mowy o podświadomości. Ergo, nie kocham się wcale“. Uśmiechnął się do tych myśli, stanowiących taki kontrast z poprzednią przemową i mówił dalej: — Dlatego, nie mogąc się niczego spodziewać stamtąd, skąd starano się, jeśli nie zabić, to w każdym razie zastąpić czem innem religję, musimy dojść do wniosku, że jest ona najwyższym objawem ducha ludzkiego i jedyną formą przezwyciężenia Tajemnicy Bytu. Powszechność tego zjawiska, a także w istocie swej zawsze te same skutki jego: spotęgowanie twórcze jednostki, na równi z udoskonaleniem społecznej organizacji i powszechnością dobra…
— Tylko do pewnego punktu historji dwie te właściwości potęgują się jednocześnie, a potem musi nastąpić ofiara pierwszej na rzecz drugiej.
— Jeśli religja zginie — co byłoby dowodem, że Bogu eksperyment z nami nie udał się — zgadzam się z tobą, jeśli nie, nieznane jeszcze możliwości kryje przyszłość.
— Ależ właśnie religja ginie na tle zaniku indywiduum w uspołecznieniu.
— Mówisz o ludzkości jakby o maszynie jakiejś. Jeszcze — powtarzam: jeszcze nie pora! Przyszłość jeszcze jest w naszych rękach i tak ją możemy ukształtować jak zechcemy. Ale do tego konieczna jest hierarchja duchów. Tę samą zupkę żłopać mogą wszyscy, ale duchów niwelować nie wolno, bo może się wyczerpać cierpliwość Boga.
— Ale jak tego zabronić?
— Przez nową antymaterjalistyczą organizację zbiorowej świadomości, a to może stać się tylko przez religję i to chrześcijańsko-katolicką. Dotąd szliśmy w kierunku społecznym…
— No, no — czy ksiądz nie przesadza.
— Nie, wiesz, dziecko, że w sumie tak było. Były pewne przystosowania do warunków — państwo kościelne naprzykład — ale nieistotne. Nurt pierwotnego chrześcijaństwa dotrwał aż do naszych czasów. Ale dziś właśnie musi się ten indywidualistyczny element jego spotęgować, aby nie dać się zdystansować przez obietnice materjalistycznych systemów. Zbawienie duszy jednostki zawsze było dla nas rzeczą pierwszą, a nie napchanie żołądków masy. Otóż to wszystko dowodzi, że chęć wyminięcia problemu religji jest symptomem upadku danego indywiduum, danej kultury, a nawet całej ludzkości, o ile nie cofnie się ludzkość ta z okropnej drogi w kierunku materjalizmu życiowego i myślowego sceptycyzmu, ku którym pcha ją walka klas i rozwiązanie jej przez socjalizm, doprowadzony do ostatnich konsekwencyj, lub syndykalizm. Ideje upaństwowienia wszystkiego i ludzkości bez państwa — oto wrogie siły wszelkiej twórczości ducha.
— A jakież jest inne rozwiązanie?
— Ja nie jestem utopistą społecznym, tylko księdzem — rzekł z namaszczeniem Wyprztyk. — Jeśli każdy będzie całą siłą dążył do chrześcijańskiej doskonałości, wypadkową dążeń tych może być zbiorowość, której form teraz przewidzieć nie możemy.
— O, tu jest cała naiwność księdza. A ja czasem mam ochotę przeciąć ten węzeł i trzasnąć do djabła i papę i pałac i pieniądze i puścić się na wielkie wody: zostać komunistyczną agitatorką. To jest jedyna prosta konsekwencja najwyższych etycznych założeń.
— Na co ty nie masz ochoty, moje dziecko! Przyznaj się że czasami masz nawet chętkę uwieść mnie — rzekł już wewnętrznie pewny siebie ksiądz Hieronim. Otrzymał za to lekkie uderzenie w kolano nogą cudownej piękności i białości aż niebieskawej. Mówił dalej nie drgnąwszy nawet: — A więc: jeśli nie chcesz zginąć w straszliwej pustce, w której cię zostawią i ludzie — zazdrosni o twoją wyższość — i twoje własne uczucia — bo gwałtownością twoją spalisz wszystkie przewody — i myśl ta, którą się puszysz jak indor — bo nienasyconą absolutem jesteś tak samo, jak i ja, musisz pójść za mną. Ale nie z łaski, z nudy i dla kaprysu, jako dumna z bogactwa i urody bankierska córka, tylko jak pokutnica, oczekująca kiedy jej z łaski rzucą jakiś ochłap wyższej świadomości. Boże! — mówił innym tonem, jakby do siebie — na myśl o tem, że z mojem poczuciem rzeczy ostatecznych i z ich nieujętością w żadne pojęciowe karby, mógłbym nie być katolikiem, ogarnia mnie przerażenie gorsze, niż jeślibym ujrzał przed sobą otchłań piekielną. — Złożył ręce i trwał w dziękczynnej modlitwie.
Hela zamyśliła się, obejmując nogi za kolanami. Białe jej dłonie kurczowo się skręcały i rozkręcały, jak macki jakiegoś morskiego potwora. Była w tej chwili dla siebie uosobieniem obrzydliwości cielesnego istnienia każdej istoty i tej walki ducha z ciałem, która czasem wywyższa go ponad wstrętne zbiorowisko, komórek, ociekające wydzielinami gruczołów, ciemne wewnątrz, krwawe, gorące i śmierdzące — jednem słowem: ohydne, a jednak jedyne i nieuniknione. Miała wstręt do najmniejszego ruchu, do każdego powiedzenia, do każdej myśli nawet. W najlepszym razie nirwana indyjskiego fakira — to jedynie mogło odwrócić tę lepką metafizyczną obrzydliwość, którą czuła się umazana aż po krańce swego istnienia. A do tego inni ludzie — ci naprawdę niepojęci, a tak blizcy czasem (brrrr) i zrozumiali innopłciowcy, ci mężczyźni, babrzący się sobą w tem właśnie.... Cóż za wstrętną rzeczą jest płeć! Pokuta stawała się koniecznością. Ale za chwilę nie czuła już nic, prócz do kości przejmującego, zimnego smutku i pustki. Dalej już była tylko śmierć, do której tyle razy zwracała się z ufnością i poddaniem i która zawsze z pogardą ją odtrącała. Z ukrytą gdzieś na dnie duszy wiarą w nicość, modliła się do niej już od 10-go roku życia, a może i dawniej, nie wierząc w życie wieczne ducha, mimo szalonej, dzikiej, za tą wiarą tęsknoty. „Śmierć, albo życie na szczytach“, mówiła sobie mała, 15-to-letnia żydóweczka, wpatrzona w niezgłębioną tajemnicę własnego swego istnienia. Już wtedy poprzez pospolite wypadki codziennego dnia patrzyła na siebie i na wszystko, jako na odbłysk czegoś nieobjętego, strasznego. Ale Nicość, jak lśniący, nieprzenikliwy pancerz, odbijała jej marzenia, ukazując w swojej gładkiej, lśniącej doskonałą pustkę powierzchni, jej własny niezrozumiały wizerunek i dalekie majaki płynącego obok życia. Wtedy to jak ponury i „tęczopióry“ sęp (tak go nazywała) spadł na jej duszę, właściwy mistrz jej dzieciństwa, Schopenhauer. I długo błądziła myślą w jego wspaniałej metafizyce, jak w jakimś olbrzymim gmachu z tajemniczego snu. Ale gmach ten był pusty — mimo że był piękny i że posiadał wielkie jasne komnaty i zaciszne zakamarki, a nawet niedostępne wieże i niezbadane podziemia, nie zdołała zapełnić go swojem wewnętrznem życiem. Mimo, że gdzieś tam trwał dla niej, rozpadł się w gruzy, jak tyle innych rzeczy z lat dziecinnych, począwszy od zabawek, aż do „pierwszych i jedynych miłości“. Utraciwszy swoją wiarę, nie nawróciła się: ani na brahmańską metafizykę, ani na buddyjską etykę. Potem dopiero przyszedł Kant i całe „menu“ współczesnej dyskursywnej filozofji. Wszystko co się z nią obecnie działo niewspółmierne było z wielkością tego świata, w którym żyła myślą i w którego odległej, nieznanej, zamkniętej przestrzeni królowała śmierć. Wspomnienia te wywołały nową wątpliwość.
— Czemu ta właśnie religja, a nie tamta — zaczęła nagle. Wyprztyk drgnął i wrócił do rzeczywistości. — Wiem: jest hierarchja — od totemizmu do Buddy, ale czy właśnie nie powinnam zostać buddystką, jeśli religja ta, jak to sam mi ojciec kiedyś przyznał, jest najbardziej podobną do jedynej, czysto negatywnej prawdy, do której w granicy zmierza cała filozofja?
— Właśnie dlatego należy ją odrzucić. Jest to tylko coś niedoskonałego. Religja nie jest niedoskonałą filozofją, jest czemś samem w sobie, nieporównywalnem z czemkolwiekbądź, czemś najwyższem.
— A jednak jest to tylko pierwotny surowy materjał, którego opracowaniem pojęciowem jest filozofja dyskursywna.
— Surowy materjał! — wykrzyknął z ironją Wyprztyk. — Jeśli za surowy materjał uznamy wszystko, co nie jest tylko nędzną kombinacją pojęć, to nie obrażam się za ten epitet w stosunku do religji, ale wtedy przechodzą do tej kategorji wszystkie uczucia wogóle, czyli całe życie bezpośrednie. Nie, moja córko: to, o czem się tak pogardliwie wyrażasz, jest istotą indywidualnych bytów: uczucia religijne, wszędzie te same, z których, zależnie od siły objawień, zdobytych zasługą, wyrasta jak kwiat z cebulki system danego kultu. Pojęcia jako takie i ich systemy są nadbudową tylko…
— A więc uczucia religijne muszą mieć już i zwierzęta?
— Tak: mówię ci to w dyskrecji: mają je wszystkie żywe stworzenia w różnym stopniu, ale tylko my, katolicy ujmujemy je i interpretujemy w sposób właściwy. Religja nie jest pojęciowem ich ujęciem, lecz symboliczno-uczuciową transpozycją, na tle prawd bezpośrednio danych w objawieniach. Mój system, w obrębie kościoła mego się znajdujący, nie jest jakimś modernizmem, prowadzącym przez serję nieznacznych kompromisów aż do zupełnej niewiary i pseudo-naukowego materjalizmu. Ja rozszerzam wiarę, a nie niszczę jej, jak ci, którzy, przystosowując ją niby do wyników wiedzy, zatracają jej istotę. Nasza wiara nie była taką, jaką jest teraz, odrazu: tworzyła się! Mówię ci moje najtajniejsze myśli: wierzę głęboko w twórcze właściwości katolicyzmu. Wspaniały rozkwit nas czeka, o ile ci, którzy, czasem przypadkowo z bożego dopustu, są nosicielami esencji naszej wiary, nie zmarnują tej najpotężniejszej w świecie konstrukcji uczuć. Nie mówię o etyce, bo wiem, że na ten temat oporna jesteś jak jeżozwierz. Jako znawca dusz, wiem, że twoja etyka nie jest autonomiczna, ale wypływa z twoich pojęć najwyższych, absolutnych, pierwotnych. Tylko my możemy wstrzymać ludzkość od mechanizacji i marazmu.
— Wytworzywszy dla tej mechanizacji podstawę, — wtrąciła Hela. — 20 wieków już nad tem pracujecie.
— Teraz przyjdzie odwrotna fala. Tego właśnie nie widzi nikt prócz nas: katolików. Wypiętrzy się państwo niwelującego Antychrysta do najwyższej potęgi, aby tem głębiej się zapaść. Zakwitną wtedy na nowo dusze jak świeże kwiaty, w całej metafizycznej piękności; bez egoizmu i okrucieństwa; sprzeczności: dobroci i potęgi, społecznej doskonałości i indywidualnego rozkwitu, poświęcenia i wybuchnięcia jaźni — zostaną usunięte…
— A co będzie z tymi, co już byli? Czemu nie zakwitło wszystko odrazu, od samego początku?
— Zasługa. Sami mamy tego dokonać. Cóż byłoby to wartem, gdyby trwało tak od wieków? Nie byłoby wtedy twórczości i tragizmu. Niezbadane są wyroki Przedwiecznego. Bóg, we wszechmocy swej, zostawił ludziom wolność dla zdobycia zasługi. Ale każdemu udzielił tyle łaski, ile potrzeba było, aby był zbawionym. I to ci powiem, również w dyskrecji — bo ty jesteś ponad ideję wiecznej kary wyższa i chcesz doskonałości samej w sobie, a nie dla nagrody — to ci powiem, że Piekło musi być zlikwidowane. Ja przeniknąłem wszystko: będzie tylko Czyściec i to czasowo oczywiście, a potem Niebo dla wszystkich. Ale tego czem będzie, żaden umysł ograniczony wyobrazić sobie nie może. Zdjęcie przekleństwa duchowego ograniczenia będzie nagrodą podstawową za sam fakt istnienia normalnego tutaj. Będziemy oglądali świat i jego tajemnicę, w doskonałości nieskończonej Boga, jak w lustrze. I to ci powiem jeszcze, że społecznie rzecz biorąc chrześcijaństwo w pierwszych wiekach było czemś zupełnie różnem od kościoła z czasów renesansu, a obie te fazy różne były od stanu dzisiejszego. Chociaż między dwiema ostatniemi są właściwie tylko różnice stopnia. Ale jest coś, co je wiąże w jedno, mimo różnic — to zasadnicze podstawy etyki i dogmatyki.
— Ale w każdej epoce inny gatunek ludzi jest na twórczych stanowiskach w kościołach, państwach i we wszystkich innych sferach — może tylko w nauce nie — kompletnie inna warstwa — rozumie ojciec? W ten sposób nieznacznie zmienia się wszystko do niepoznania. Ale tylko pewni ludzie widzą to: ci mianowicie, którzy nie mają zawróconych głów idejami takiemi jak: postęp, ludzkość, rozwój w kierunku ideału ogólnego dobra, wogóle całą tą pseudo-demokratyczą baliwernją…
— Czy skończysz? Wcale nie jesteś głupia, córko — o tem wiem. Ale nie o to teraz chodzi. Powiedz mi czy poza buddyzmem, który jest, w etycznych koncepcjach, zaledwie z naszą wiarą porównywalny, istnieje religja wyższa ponad chrześcijaństwo i to w formie katolicyzmu? — Hela milczała, starając się napróżno wywyższyć w swej wyobraźni protestantyzm i prawosławje, ale nie znała dostatecznie tych religji i usiłowania jej pozostały bez skutku. Ją też raziła symboliczność przemiany w protestantyźmie, a prawosławje odpychało brakiem konstrukcyjnego elementu we mszy i jeszcze czemś nieuchwytnem, z czego nie mogła zdać sobie sprawy. Jej własna religja stała jakby na boku, nie biorąc udziału w tym konkursie. — Tajemnica jest istotą metafizyki — mówił dalej ksiądz Wyprztyk. — Jedynie u nas tajemnica została uszanowana i wywyższona i to nie w symbolach, ale w rzeczywistości bezpośrednio danej.
— Nadużywa ojciec tego pojęcia. Bezpośrednia owa rzeczywistość, to bezpośrednie przeżywanie, takie same w istocie swej u jednokomórkowca, jak i u człowieka.... —
— Nie — są różne stopnie: jest cała hierarchja jakościowo różnych bezpośrednio danych: jakości zewnętrzne i wewnętrzne: ból, czucia organów, kombinacje ich jako tak zwane uczucia życiowe — wykluczam tu oczywiście uczucia religijne: najwyższe — i to najważniejsze: bezpośrednio dana jedność osobowości, jako jakość formalna, „Gestaltqualität“ wszystkiego dla danego „ja“ i to rozdwojenie na mnie, na „ja“ i świat. Tam to właśnie mają swe źródła religja i sztuka. W tej to istności, jedynej w swoim rodzaju, jest nam bezpośrednio dana, a nie w definicji, ideja osobowego Boga, którego rzeczywistem odbiciem jesteśmy.
— Ach — tylko nie wspominajmy sztuki. Zanadto nią pogardzam. A pozatem ostrzegam księdza, że dla Corneliusa — mówię to, bo psychologistą jest ojciec w dużym stopniu — jedność osobowości nie jest bezpośrednio dana.
— Cornelius nie jest dla mnie nieomylną wyrocznią. Wielość świata nie jest jednak wielością bożego trwania. Jedność absolutna jest z Nicością równoznaczna, więc Bóg musi być wielością w swej osobie i tak jest trójcą, konieczną w swej troistości, bo stanowi miłość, rozum i wiarę, najwyższą wiarę w samego siebie — trzy istności osobowe, urzeczywistnione pierwotnie poza czasem.
— A wie ksiądz co czasem myślę? — oto, że jeśli Bóg jest naprawdę, to jest czemś tak z naszą myślą niewspółmiernem, że musi się bardzo śmiać, słysząc, jakie my koziołki myślowe wyprawiamy, aby sobie z nim dać radę…
Ksiądz Wyprztyk zakrył ręką usta Heli i zasyczał:
— Milcz, milcz, milcz! — Poczem mówił, jakby nie wracając do poprzedniego tematu: — Pojęcie Boga, jako granicznego, o nieskończonych atrybutach, Istnienia Poszczególnego, jest najwyższem. U nas tylko etyka stanowi całość z metafizyką i wypływa z tajemnicy Trójcy i wspólności wszystkich w osobowym Bogu — z najwyższej z tajemnic realnych, w przeciwstawieniu do sztucznych: czwartego wymiaru w znaczeniu istnieniowem, duchów na seansach i teozofji — krzyczał, nie władający już natchnieniem ojciec Hieronim. Dopiero teraz puścił te usta, które zaczęły mu drgać lubieżnie pod ręką. Hela wyjęła purpurowe naczynie z szafki i splunęła z obrzydzeniem. Nie widział tego Wyprztyk. Ukryta gdzieś aż w „gruczołach“, a nie w marnej podświadomości, wysoce perwersyjna w możliwościach swych, miłość do Heli, sublimowana w innym wymiarze, stwarzała krwawy opar metafizycznej żarliwości. O milimetr, za cienkiem przepierzeniem stał ordynarny, chamski rogaty djabeł z widłami i kubłem smoły i czekał. Ale ksiądz Hieronim umiał być panem nawet tak zamaskowanej namiętności. Jaka człowiek pierwotny, chłop, o mało rozwydrzonych i dziedzicznie i osobiście instynktach, właściwie z łatwością przezwyciężał cały balast zmysłów, przy pomocy małego balonika idealizmu, dodatkowo na ten cel wytworzonego. Pozatem był prostolinijny, spekulatywnie inteligentny i nawet po ludzku, przeciętnie, zwyczajnie dobry, jak tysiące innych, biednych ludzi — całą „nadzwyczajność“ stanowiło jego księże dostojeństwo. Sam Wyprztyk, jak większość współczesnych mu wykształconych ludzi, o tem kim jest naprawdę nie miał bladego nawet pojęcia. W tej chwili niesmak miał do siebie okropny. Niedość, że pozwolił rozmowie wpaść w niesmaczny ton, którego stwarzanie było przywilejem Heli Bertz — jedynie piękność jej i bogactwo gwarantowały psychiczną bezkarność takich objawów — niedość, że popełnił niedyskrecje, może nieproporcjonalne do nieosiągniętego jeszcze celu, ale zmienił nawet dla tego celu niektóre swoje własne ujęcia kwestji zasadniczych. W dodatku był prawie że zdemaskowany. Spróbował raz jeszcze wywindować wszystko na odpowiednią wyżynę.
— Patrz, nędzna stworo, na wielkość koncepcji, którą ci ukazałem. Patrz zimnem spojrzeniem twego bezpłodnego, semickiego móżdżku. Zagłębiwszy się w ten labirynt najtęższą myślą, znajdziesz zawsze ścianę nie do przebicia, przed którą będziesz musiała się ukorzyć, nie czując poza nią pustki; znajdziesz przepaść, która okaże się naprawdę bez dna, z gwiazdami w górze i na dole, a nie sztuczne mamidło, dobrze wypoduszkowaną pozorną otchłań filozofji naszej, raczej filozosi, w którą można skoczyć, nie czyniąc sobie nic złego.
— Dla niektórych ta wypoduszkowana otchłań, to cela szpitala warjatów.
— Ale nie dla ciebie. Ja ciebie znam. Zanim mogłabyś zwarjować, zabijesz się. A ja ciebie śmierci nie oddam.
Nastała cisza. Przez zapuszczoną firankę sączył się purpurowy poblask. Gdzieś wylazło słońce z poza chmur.
„Ciekawa jestem co tam z nimi słychać“, pomyślała Hela o swoich kochankach, ale myśl ta, wobec zachodzących metafizycznych transformacji, daleka była od wycinku teraźniejszości, jak bezgrzmotna błyskawica letnia, gdzieś za horyzontem aktualnej pogody wieczoru. A jednak pozazdrościła im obu niebezpieczeństwa. Nie zdawała sobie sprawy, że to ona jest przyczyną całej tej głupiej historji. I nagle wszystko — i rozmowa poprzednia — stało się małe, malutkie jak robactwo, obrzydliwe. „Niema nic wielkiego i pięknego prócz śmierci.“ Jakby jakieś olbrzymie, czarne skrzydła objęły ziemię i dalej cały wszechświat, aż do najdalszych słońc Mlecznej Drogi i mgławic i w uścisku ich wszystko skarlało, skurczyło się, zwiędło i dusza Heli, wypełniając pustkę Absolutnej Nicości, rozdęła się do rozmiarów wszystkości. Zanikła wszelka „Wszelkość“ i „Tość“ — tamto i to: cała przypadkowość życia, bycia żydówką właśnie, brania chrztu, małżeństwa z Azalinem Prepudrech: wszystko zlało się, stopiło w jedną nieskończenie małą pigułkę, którą połknęła zamarzła międzygwiezdna otchłań. Hela czuła ją w sobie. A jednocześnie ogarnęło ją dzikie zadowolenie z tego, że może na ten cały „interes“ — tak pomyślała niesmacznie — patrzeć z boku, na zimno. Ambicje ukryte i te jawne, sycone odpadkami takimi jak: piękność, bogactwo, stanowisko ojca, spaliły się jak lekka bibułka w ognisku jednej żądzy nie-bycia. Wyrastała z za nich ambicja innego rzędu: bycia wszystkiem i niczem odrazu; bo dla samej wszystkości świat był za mały i za małą była dusza jej i całego żywego wszechstworzenia (Azalina i nawet Atanazego) — nasycić tę ambicję mogła jedynie śmierć. Wszystko było nie tem, nie tem. Obnażona dusza Heli Bertz stała samotna w „huraganie śmierci“, jak nazywała ten stan, jeszcze w dzieciństwie. Horyzont świata — za nim łuna niebytu i na jej tle, ruchome jak semafory, drogowskazy i rogatki świata z czarnym szlabanem, którym dyrygował jakiś również czarny „ktoś“, mieszkający w tajemniczej, „ostatniej“ budce obok. „On“ nie wychodził — niewiadomo czem można go było opłacić — może sobą. Trzebaby mu się oddać. Wtedyby puścił, a może nie — i wtedy może dopiero zaczęłoby się życie. Widziała siebie jako małą, płaczącą dziewczynkę z akwaforty Goyi „Madre unfeliz“. Ale nie było koło niej nikogo, ani matki, ani nawet żołnierzy z bagnetami — przeczuwała, że kiedyś będą ją gdzieś prowadzić jakieś ubagnecione draby: rewolucjoniści, czy obrońcy „dawnego“ względnie porządku — nie wiedziała jeszcze. Stała na biegunie nieznanej planety, a właściwie olbrzymiego globusu, a wokoło dął międzyplanetarny wicher Nicości i za chwilę, już, już miał ją zdmuchnąć w bezdenną przestrzeń, nie w tę, w której pławił się świat, stanowiąc z nią jedność, ale czystą kategorję, amorficzną przestrzeń możliwości wszystkich geometrji, razem ze zdegenerowaną do zupełnie dzikiego prymitywu przestrzenią Euklidesa w koncepcji Stefana Glasa. Na dnie jakby tej przestrzeni, jak w niepojętym śnie, siedział Immanuel Kant, jedyne coś, co się ostało we wszechświatowej burzy. Taka chwila trwała teraz, miedzy 9-tą a 10-tą z rana. Zwykle popełniała Hela w takich razach zamachy samobójcze: dwa razy truła się, a raz strzelała — niestety nadaremnie. Nędzny, niegodny jej przypadek ratował ją zawsze. Czy naprawdę niestety? Nie — i to i tamto trwało, złączone razem, było koniecznością, było życiem, tem pełnem życiem, które tak kochała, właśnie w jego przypadkowości, w swojem żydostwie, bogactwie, perwersji, w tej całej „contingence“, jak mówił wielki, poczciwy, naiwny Leibniz: dowolności metafizycznej każdego momentu trwania każdej osobowości. Tylko istnienie w całości wolne było od tej kontyngencji: musiało być, a w jego nieskończoności przestrzenno-czasowej pomieścić się mogły wszystkie dowolności i przypadki. W śmierci, właściwie w chwili postanowienia dobrowolnej śmierci bez celu, następowało jakby przełamanie tego prawa i całość Bytu stawała się w krótkiem mgnieniu złudzenia własnością jednego ograniczonego osobowego istnienia, „A gdyby tak teraz, zaraz. Tu, w jego oczach. W ostatniej chwili jego rozgrzeszenie i potem zupełna Nicość. A przedtem wizja świata niepojętego, wyolbrzymionego w „innej“ piękności, dokładnie przeczuwanej, a nieznanej…“ Straszliwa w swej mocy pokusa, razem z okrutnym chwytem metafizycznej ambicji, zmięła, skręciła i wyżęła aż do bólu, jak maszyna-wyżymaczka nędzną ściereczkę, jej dumne ciało, razem z kawałkiem duszy: wspomnień, uczuć, przeżyć i tym podobnych fatałaszek: wielkie śmietnisko, które może za chwilę spłonie całe zaświatowym, oczyszczającym ogniem i przeżyje siebie za wszystkie czasy — ta wielka nędza ograniczoności — w nieskończenie krótkim momencie wiecznej chwały dobrowolnego zniszczenia. „Miłość i drugie niezgłębione słowo: śmierć“, przesunęło się w jej pamięci, w postaci wizji drukowanych słów, zdanie z „Mroku Gwiazd“ Micińskiego. Jakże marnem wydało się jej pierwsze z tych dwóch „niezgłębionych słów“. Pozornie wolnym, czającym się nieznacznie ruchem otworzyła szufladkę i wydobyła oprawny w czerwoną emalję, mały browning. „Co za głupi snobizm z tą czerwonością wszędzie“, pomyślał Wyprztyk i dopiero wtedy jednym rzutem, nie myśląc już nic, wydarł jej to małe, czerwone, lśniące paskudztwo tuż przy samej skroni.
— A bydlę głupie! Na kolana, prochu nędzny! Ukórz się przedemną, bo ja naprawdę zastępuję tutaj Boga w Trójcy Świętej Jedynego! — zakrzyknął głosem prawdziwie natchnionym ksiądz Hieronim. Schował browning do tylnej kieszeni od spodni zakasując przy tem sutannę w zabawny sposób. I mimo, że był w tej chwili trochę śmieszny, Hela wyskoczyła z łóżka i padła przed nim na kolana, wyciągając przed siebie ręce w niemem błaganiu. Znowu, na wiele lat może, złamała obca siła jej najistotniejszą pokusę. A może naprawdę czekało ją inne życie, któremby się nasycić mogła? Tylko nawrócić się jaknajprędzej, odbyć pokutę, być już „tam“, a nie czekać wiecznie. Prosto z „huraganu śmierci“ spadła w jakiś spokojny, zaciszny kącik. Niewiadomo czemu właśnie w tej chwili przypomniało się jej lewantyńskie wybrzeże: zachód słońca po deszczu i pociąg, wpadający w czarne czeluście tuneli i wypadający z nich na cudownie piękny, minjaturowy świat, mieniący się przepychem wypłowiałej czerwieni, ciemnej, lśniącej, jakby lakierowanej zieloności i fijoletu w cienistych gąszczach. I zapach, jakby przypalonej migdałowej leguminy, zapach gałązek figowych, zaplątanych do wieczornych ognisk. Ze straszną żądzą życia, z wstrętną, mdłą słodyczą w sercu, z żalem za wszystkie popełnione „zbrodeńki“, wobec siebie i innych, (dlatego, że małe, właśnie dlatego było tak wstrętnie dobrze — co za szczęście że nie było gorszych), z ochotą na pokutę w miarę srogą i z dzikim apetytem na samą siebie w tej pokucie i przebaczeniu (tylko jakieś ciastka w dzieciństwie mogły tak smakować), pochyliła się Hela przed wzburzonym Wyprztykiem, oszukana przez siebie, nieświadoma swej własnej nędzy. Wszystko to wogóle było z jej strony jednem wielkiem histerycznem kłamstwem: nudziła się i nie miała odpowiedniego kochanka.
— Łaski, ojcze. Ja chcę się wyspowiadać, zaraz tutaj. Inaczej wszystko przejdzie. Zaklinam na wszystko. Dziękuję za nowe życie, które mi ojciec dał i proszę o przebaczenie.
Ksiądz Hieronim usiadł na dawnem miejscu tak, jakby siadała kamienna figura. Zaciężył posągowo na purpurze fotelu. Zwyciężył. Wprawdzie małe było to zwycięstwo „ale z małych kawałków i tak dalej…“, trzeba tylko wielkiej idei. Czy miał ją? Zapomniał nagle o Heli“. Tak — trzeba rozszerzyć zakres działania, raz czegoś wielkiego dokonać. Tu nie wystarczą nowe teologiczne teorje i opanowywanie jakichś odpadków, choćby najlepszych, tak zwanej inteligencji — na razie zgniłej — (sam to przyznawał z przyjemnością, jako chłop z krwi i kości), ale mającej przyszłość przed sobą. A gdyby tak papież wyszedł z Watykanu w świat, bosy, w jakiejś jednej szmacie i stał się nagle takim, jak dawni chrześcijanie? Czy nie jest już zapóźno nawet na to? Walka kardynałów, jedni za, drudzy przeciw — tych więcej. Rewolucja w Rzymie, walki uliczne i potem komunizm i…“ Przeraził się tych myśli, uczuł zawrót głowy. „Ha — gdybym był papieżem…“, pomyślał jeszcze. Pochylił się nad własną małością jak nad kałużą i w pokorze nie doznał pociechy. Zapóźno! Zbudził go szept:
— Więc proszę ojca… — i tak rozpoczęła się ta jedyna w swoim rodzaju spowiedź: fałszywie zmalałej penitentki przed naprawdę zmalałym, spowiednikiem. Wysłuchał jej ksiądz Hieronim, milcząc poprostu jak ryba. Twarz od strony Heli zasłonił chusteczką, a oczy utkwił w portrecie nieznanego kardynała. „Gdybym był choć takim…“ — myślał chwilami. A kiedy puknął trzy razy w poręcz czerwonego fotelu i już miał powiedzieć zwykłe słowa: „absolvo te…“ (i wstrzymał się w porę), ujrzał przed sobą dziwne zjawisko: oto stała przed nim już nie dawna ordynarna, rozhisteryzowana, nad miarę ładna i mądra żydóweczka, tylko przelśniona zaświatowym zachwytem dzika góralka Małej Azji, prawdziwa hetytka, podziwiająca jakieś bóstwo swojej religji. Hela modliła się po raz pierwszy do katolickiego Boga, dziękując Mu za uratowanie życia, żałując za grzechy i przyrzekając poprawę.
— Zawołaj ojca! — przerwał jej brutalnie ksiądz Hieronim. Hela ocknęła się, ale była jakby pół-przytomna. Zadzwoniła, wydała rozkazy, rozradowanej mimo wszystko nawróceniem, Józi Figoń i położyła się napowrót do łóżka. Trwało milczenie, przerywane tylko szelestem skręcającego i rozkręcającego się brazylijskiego czerwonego węża, w klatce z różowego kryształu, stojącej pod oknem. Ksiądz Hieronim modlił się cicho, nieruchomy, podobny jakiejś odwiecznej mumji. Hela była jak martwa, pogrążona w niemym zachwycie, graniczącym z zupełnem ogłupieniem. „Katoliczką dobrą to ty będziesz, ale chrześcijanką nie“, pomyślał leniwie Wyprztyk. Głodny wąż zaczął pukać miarowo głową w szybę, domagając się pożywienia. Nagle rozległ się potęgujący się odgłos odmykanych jednych po drugich kilku drzwi i semicki Książę Ciemności, czy też król asyryjski, w złocistej z fijoletem piżamie, stanął na progu sypialni, łyskając niespokojnie oczami, podobnemi do gałek z agatu.
— Czy już po wszystkiem? — spytał gwałtownie. — Za pół godziny mam konferencję z przedstawicielami amerykańskiego trustu armatniego. Ani chwili czasu nie mam do stracenia.
— Ojcze — błagalnym tonem zwróciła się Hela do Wyprztyka. — Ochrzcij nas teraz oboje, tak poprostu, z wody, bez żadnych ceremonji. Ja chcę już być poza tem, chcę być inna. Ja wierzę teraz w sakrament i potrzebuję go.
— Tak, księże Hieronimie — potwierdził Belzebub. — Ja się też boję tych ceremonji.
— To was i tak nie minie. Ale ta myśl jest dobra. — Ja cię rozumiem — rzekł do Heli — i dlatego
wyrzeknę się pewnych formalności, ale pod najściślejszą dyskrecją. — Podszedł do umywalni, nalał wody na purpurową misę i spytał: — Helena i Adam? Tak? — Hela stała już w koszuli i rozchełstanym ceglasto-czerwonym szlafroku, obok upiżamionego papy. Wyglądali wspaniale w czerwonym mroku sypialni.
— Tak — odpowiedzieli oboje.
Wyprztyk zapatrzył się na nich tak, jakgdyby ujrzał ich po raz pierwszy. Miał przez chwilę wrażenie, że w głębi litewskich lasów chrzci jakiegoś pół dzikiego bojara i zaklętą leśną księżniczkę.
— No, ojcze — szepnęła Hela niecierpliwie.
— A więc, Heleno i ciebie Adamie, chrzczę was w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego — rzekł uroczyście ksiądz Hieronim i skropił ich oboje wodą. Bertz wzdrygnął się, jak prawdziwy Belzebub.
— Jestem szczęśliwy, księże. Dziękuję. Hela: kocham cię. Muszę pędzić do moich armat — i wybiegł młodzieńczym prawie krokiem mimo swych 56-ciu lat.
— A ty córeczko możesz sobie teraz telefonować. Na razie dosyć mam spraw ziemskich — rzekł Wyprztyk. Ucałował Helę w czoło i wyszedł szybko, jakby przed czemś uciekając. Coś w nim przerwało się nagle, sam nie wiedział co — ale opanował go wielki smutek beznadziejności absolutnego nienasycenia niczem. Zrobił parę kompromisów pojęciowych — ale nie o to chodziło. Cóż to znaczyć mogło wobec złapania w sieć tak niebezpiecznego i trudnego okazu, jak Hela Bertz.
Zamyślona, skupiona w sobie i obojętna na życie podeszła do telefonu. Wobec wewnętrznej przemiany ważne poprzednio fakty skurczyły się do niedostrzegalnych małostek. Ale jaka była w istocie ta przemiana nie wiedziała ani Hela, ani ojciec Hieronim. Naciąganie sprężyn: oto ostatnie słowo tej nieciekawej na razie tajemnicy.
Tymczasem zachodziły sobie w najlepsze następujące wypadki. Bazakbal i Prepudrech ocknęli się o tej samej porze: to znaczy: mieli dokładnie nastawione zegarki i budząc się powiedzieli do siebie samych identycznie to samo zdanie: „o do djabła, już pięć po piątej“. Dalej odbywało się wszystko z właściwą tym sprawom złowrogą nudą i poczuciem nonsensu istnienia wogóle, oczywiście u najbardziej zaangażowanych współuczestników. Bazakbalowi przypomniało się zdanie Williama James’a, znienawidzonego przezeń twórcy pragmatyzmu, czytane w jakiemś francuskiem tłómaczeniu: „figurons-nous un monde composé uniquement des maux des dents“ — czy nie gorszy jeszcze byłby świat, złożony wyłącznie ze spraw honorowych? Kwadrans na 6-tą zjawili się oficerowie w pysznych humorach i oświadczyli, że dziś i zaraz. Wiadomość ta podziałała na Atanazego, jak kielich dobrej wódki. Ale działanie to trwało niestety bardzo krótko. Nie zostało mu już nic z wczorajszej nonszalancji, mimo, że wiara w udanie się pojedynku nie opuszczała go ani na chwilę. Jednak — to niema gadania — moment przebudzenia był ciężki, a rozmowa z mało znanymi oficerami, wobec których musiał nadrabiać miną, aby nie okazać im owej złowrogiej, męczącej go nudy, była torturą nieznośną. Bezsens historji tej był tak wielki, że dręcząca go miłość, zdrada i inne dalsze „plany“ życiowe, wydały się zaczarowanemi wiszącemi (koniecznie wiszącemi), ogrodami jakiemiś wymarzonemi, fantastycznemi, światami, wobec samego faktu jazdy dorożką za miasto o godzinie 6-tej rano. Spotkanie wyznaczono w Dolnym Przeręblówku na 7-ą.
„Ach, prawda, warunki“, pomyślał jadąc ze swymi świadkami Atanazy. — „To jednak dość szykownie wyszło, że dotąd ich nie zapytałem — coprawda z powodu zupełnego ogłupienia“. Właśnie jakby na zawołanie starszy z oficerów, rotmistrz Purcel (podobno de Pourcelles, z emigrantów francuskich) rozpoczął skądinąd nudny, ale dla klijenta aż nazbyt interesujący wykład: „15 kroków, 2 wymiany kul, książę ma pierwszy strzał...“, słyszał Atanazy, jakby w drugim kompartymeńcie swojej duszy, w jakiejś poczekalni psychicznej, gdzie była masa ludzi i nic do czytania i perspektywa czekania bez końca. Całe jego wnętrze było taką nudną „czekalnią“ 3-ciej klasy, a gdzieś daleko, na innem piętrze, unosiła się barwna i migotliwa, bezpowrotna przeszłość, do której tęsknił aż do bólu jak za dawnych czasów i przyszłość, jako nieomal przestrzenna pigułka, o niesamowicie ponętnym smaku, tuż, tuż przed bezsilnemi „narządami pyszczkowemi“. (Pojęcie pigułki czasowej, czyli skondensowanej w przestrzennym diagramie czasowej jakości formalnej kompleksu trwania (Gestaltqualität) zostało wprowadzone do teorji muzyki przez Ziezia Smorskiego, dla wytłomaczenia powstawania koncepcji muzycznych nie-improwizacyjnych. Dalej znalazło zastosowanie w poezji i w teatrze. Narówni z pojęciem pępka metafizycznego, czyli bezpośrednio danej jedności osobowości, uważane było w pewnych kołach notorycznych, zatwardziałych kretynów za pozbawione sensu. Ale Ziezio, arystokrata ducha i ciała, nie bawił się w tak obrzydliwą pracę, jak rozkopywanie kretynowisk krajowej krytyki i estetyki). Ewentualne połknięcie aktualnej pigułki Atanazego oddzielone było od chwili obecnej całemi pustyniami bezdusznych, jałowych, nieurodzajnych chwil, ciągnących się jak jakaś niemożliwie lepka guma. „Ha, muszę włączyć to w ogólną kompozycję za jakąbądź cenę. Jest to jeden z faktów tamtej ciągłości od czasu zaręczyn, a nie izolowana, pustynna wysepka z epoki dawnej programowego bezładu, usprawiedliwionego artystycznem ujmowaniem życia“, — myślał Atanazy. Ale nie posuwało to nic a nic naprzód całej sprawy. Teraźniejszość zdawała się być zrobiona z czegoś nieściśliwego, nieukąśliwego, nie dającego się rozdeptać. Trzeba było małą łyżeczką jeść wstrętną kupę świństwa, przyprawionego przez nienawistny przypadek w spisku z innymi ludźmi. „Inni ludzie“ to byli wszyscy, z wyjątkiem Zosi. Do Heli Bertz, mimo nienasyconych pragnień, czuł Atanazy wstręt, zdawałoby się nieprzezwyciężony. Bezsensowność sytuacji narastała z szaloną szybkością. Wszystko wydymało się w ohydną, szarą puchlinę, przez której przeźroczyste wzdęcia przeglądać zaczął czerwonawy straszek. „Nie był to strach, lecz raczej wstręt i niechęć do jakiejbądź decyzji“, myślał potem często o tej chwili Atanazy. Ale, jak to wszystko przeszło naprawdę, nie sposób byłoby się dowiedzieć z jego własnych zeznań, zostało bowiem gruntownie sfałszowane przez ambicję i snobizm, od których to własności, według Chwazdrygiela, nikt nie jest całkowicie wolny, choćby się przysięgał, że nic o nich nie wie. Zbyteczność tego, co się działo i dziać miało, nietylko z nim, ale wogóle, była nieznośnie wyraźna — dla niego tylko oczywiście. Dziwnym trafem nikt nie zdawał się tego spostrzegać prócz niego. Poczucie ohydy istnienia przechodziło już w rejon metafizyki, babrząc martwe mumje czystych pojęć wstrętnym, szarym, życiowym sosem. Wyjechali za miasto. Mgła rzedła, miejscami przeświecając pomarańczowo, miejscami błękitnawo, od refleksu ukrytego nieba. Szron pokrywał niezupełnie ogołocone z liści, brunatne drzewa. Minęli karczmę w Dolnym Przeręblówku i wjechali w olchowy las, wypełniony przesłonecznioną mgłą. Zapach gnijących liści mięszał się z tym charakterystycznym zapachem mroźnego powietrza, który niewiadomo skąd pochodzi. Nagle słońce przedarło mgłę i las zajaśniał jakby od środka, lśniąc mokremi gałązkami i liśćmi. I w tem samem mgnieniu wszystko tamto: i wstręt, i zniechęcenie, i nawet zamaskowany straszek, gotowy się lada chwila przerodzić w ordynarny strach, ten o wielkich oczach — wszystko zniknęło jak zdmuchnięte. Chwila stała, pełna nadziemskiego uroku. Wielkie, późno-jesienne, poranne słońce świeciło i grzało prosto w twarz. Zenit zakłębiał się w gorącym błękicie i zwojach resztek chmur.
— Cudny dzień będzie dzisiaj: upijemy się potem jak świnie — mówił z silnym rosyjskim akcentem rotmistrz Purcel. Słowa te zdawały się Bazakbalowi jakąś wspaniałą muzyką, tętniącą mu we krwi radosnemi uderzeniami. „Jestem skończony histeryk,“, pomyślał. „Niewiadomo przez jakie jeszcze stany przejdę do końca tej głupiej afery. O, gdyby pozostać w tem, co jest teraz! Ha — niema żadnej nadziei. Już się coś przekręca.“ Ale radość życia, pewność zwycięstwa i urok niesamowity przeciągającej chwili, urok, który rozświetlał i przeszłość i przyszłość na odległość kilku lat conajmniej — wszystko to trwało. W tle zmięszanem kiełbasiły się jakieś potworności. Wjechali na polankę. Było pusto i cicho — tylko w oddali szczekał pies, a bliżej dzięcioł kuł drzewo, równo i systematycznie. Oficerowie raczyli się obficie wódą i zagryzali ją kiełbasą. Byli we trzech, gdyż doktorem (dla oszczędności jednym) miał się zająć Łohoyski. Atanazy łyknął świetnej śliwowicy i to spotęgowało w nim szał życiowy do szczytu. Gdyby nie obecność świadków, zatańczyłby tu na tej szmaragdowej, oszronionej łączce. Nareszcie od strony miasta dał się słyszeć miękkawy odgłos czegoś jadącego i po chwili, starym sposobem, wspaniałem landem, zajechali: Prepudrech, zielony i zmięty jak ścierka, promieniejący energją Łohoyski, jak zawsze na miejscu się znajdujący Baehrenklotz i do tego doktór Chędzior — znakomity chirurg i lekko-atleta. Słońce świeciło w całej pełni i dzień zaiste zapowiadał się wspaniały. „To dziwne: nasycam się rzeczywistością jak nigdy“, — rzekł półgłosem do siebie Atanazy.
— Niema nic rozkoszniejszego — posłyszał tuż nad uchem zdanie wypowiedziane przez rotmistrza Purcla i zaczerwienił się. Nasycanie stało się natychmiast o jakie 35% mniej intensywne. — O to, to: w tem jest cały mężczyzna. Ten wigor na krawędzi, to igranie z losem. Lubię nie wstydzić się za mojego klijenta — mówił dalej Purcel. Nie mogli tego powiedzieć świadkowie nieszczęsnego Prepudrecha, który mimo dużej dawki alkoholu czuł się fatalnie. Wycieńczony erotycznie, niewyspany, dałby pół życia, aby ten okropny, jasny, pogodny ranek okazał się przykrym snem tylko. Gdyby chociaż napewno wiedzieć mógł, że umrze i koniec! Ale najstraszniejsze były chwile nadziei, w których szarpał się jak pies na łańcuchu, by zapadać następnie coraz głębiej w obrzydliwy, ślizki, (o, zgrozo! o ohydo!) nieomal śmierdzący strach. „Strach, strach!“ — słowo to zdawało się być inkrustowane nieznośną, obcą, wstrętną materją w miękkich, rozłażących się w degrengoladzie zwojach mózgowych. Zamiast ciała, tęgiego jak koń, miał „pod sobą“ miękką galaretę w rozkładzie.
— Wszystko to nerwy — mówił do Łohoyskiego Baehrenklotz. — Pamięta pan Józia Weyharda wtedy w Strzemieszynie? Flak — zupełnie zdezorganizowany, zdegumowany flak, mimo 20-stu przeszło pojedynków bez zarzutu. Wszystko dlatego, że poprzedniego dnia... — tu nachylił się mu do ucha.
— I cóż w tem złego? — spytał zgłupia frant Jędrek.
— No tak, ostatecznie — ale pora nieodpowiednia — zaczął kompromisowo brnąć Miecio, nie chcąc tracić marki w pewnych sferach. Przerwał im Purcel — czas uciekał, a on o 9-tej musiał już być w maneżu. O, szczęście, o rozkoszy! Pewność bycia w maneżu, a choćby w jakiejś gorszej instytucji, o jakiejbądź godzinie (choćby o 6-tej zrana) wydała się szczytem spełnionego marzenia biednemu Azalinowi. Na dnie jakiejś burej, złowrogiej ciemności, która z cudownego, jesiennego poranku czyniła obrzydliwa rendez-vous najpodlejszych uczuć i jeszcze może podlejszych od nich wykrętów, widział Helę, w całej niezgłębionej piękności i uroku i (o, wstydzie!) przeklinał ją cicho i dyskretnie — jakby w tajemnicy przed sobą samym. Przypomniało mu się czyjeś zdanie o Napoleonie: „...le danger ne le mettait pas en colère“. O gdybyż! Ale był zły jak szerszeń: kąsałby swoich świadków z zazdrości, że tak swobodnie mówią, śmieją się, nabijają te przeklęte pistolety. Z przyjemności wyrżnąłby nogą w brzuch doktora Chędziora, który rozkładał się bezczelnie w rannem słońcu z całym swoim chirurgicznym kramem. „Oto są skutki tego życia z dnia na dzień i niezajmowania się niczem poważnem“, myślał. „O, Boże“, — szeptał, nie wierząc w Boga zupełnie, „— już nigdy... Od jutra, od dziś, tu, zaraz, zacznę nowe życie, wezmę się do jakiejś pracy, tylko niech teraz dziś...“ Bełkot wewnętrzny. Ale „tam“, w zaświatach było jakoś pusto i głucho. Ten świat, pod nieprzepuszczalną maską pogodnego ranka, nie dopuszczał myśli tych do wyższych sfer. Znowu przyszła fala złości na tle beznadziejnego osamotnienia. „A łotry! Pojadę sobie na śniadanko z tym przeklętym Bazakbalem, który strzela jak król i niczego się nie boi — a ja będę już gotów, albo ciężko ranny — w brzuch, psia-krew, w brzuch!“ Zatrząsł się nagle. „Przecież mam pierwszy strzał! Jeśli go zajadę porządnie...“ — i nagle dzika moc wstąpiła w jego rozklekotane ciało. Wzrok stał się sępi, ponury i zawzięty. W dobrą dla siebie chwilę usłyszał komendę. „Na miejsca!“ — krzyknął Purcel. Gdyby słowa te doszły go 30 sekund wcześniej, możeby zemdlał. Teraz sprężyły go one od środka jeszcze mocniej w bykowatą, bezczelną elastyczność, jak duża dawka strychniny.
— Na komendę: raz, wystrzeli książę Prepudrech, na: dwa, pan Bazakbal. — Ktoś tak mówił, ale żadna ze stron wojujących nie wierzyła jeszcze w możliwość tego bezsensownego faktu.
— Oczywiście o ile będę mógł — powiedział półgłosem zupełnie wesoło Atanazy, stając na mecie. Słońce miał z prawej strony, czuł rozkoszne jego, żywe ciepło — jakby z pieca, tylko na biljony kilometrów odległego. Pierwszy raz uświadomił sobie, że ono grzeje tak, jak wszystko inne i zamarł myślą w olbrzymiości wymiarów: wielkości i odległości. O — gdyby urok tej chwili mógł trwać ciągle! Jakże cudownie pięknem byłoby wtedy życie! Zosia z Helą zmieszały się nagle w jedno z uczuciem opijanienia, ciepłem słońca i błękitem nieba. Bezosobowy, rozkosznie zabarwiony kompleks elementów i nic więcej — „stał“, czy unosił się w czystem trwaniu, „durée pure“ tego osła Bergsona — przemknęło mu przez świadomość. Początku myśli tej nawet nie znał. Był to moment wymarzony przez Chwistka, tak zwanej (czort wie poco?) przez niego „rzeczywistości elementów wrażeniowych“, czyli poprostu usunięcie się w „tło zmięszane“, („unbemerkter Hintergrund“ Corneliusa) — znowu pojęcia przesunęły się w postaci znaków indywidualnych, niezrozumiałych dla innych — bezpośrednio danej jedności osobowości. Wyprztyk, nauczyciel z dzieciństwa, odzywał się we wszystkich filozoficznych dywagacjach. A dosyć! Ujrzał przed sobą wykrzywionego od słońca Prepudrecha, który ustawiał się do niego bokiem, podnosząc zlekka rękę z pistoletem. Nie mógł Atanazy uwierzyć, że to jest ten właśnie dobrze mu znany i zlekka przez niego pogardzany Prepudrech. „Jeszcze wystrzeli idjota przed czasem. Ręka mu drży. Widzę, widzę“, wyszeptał z radością. Ale Prepudrech nagle zmienił się. Był teraz piękny, oczy błyszczały mu niepojętym tryumfem. W istocie był takim, na jakiego wyglądał. Chwila była cudowna. Czuł obecność Heli we wszechświecie: oddychał nią w postaci cieplejącego powietrza, wchłaniał ją wzrokiem w rdzawych barwach jesieni i migdałowym (co do smaku) błękicie nieba, czuł ją w lekkim powiewie chłodnego, wilgotnego wietrzyku, ciągnącego od nocy, od lasku, pełnego zapachu przegniłych liści i jakiejś nieomal ogórkowej, a jednak trupiej świeżości. Zatrzymać, zatrzymać to! „Verweile doch, du bist so schön“, czy coś tam takiego. „Cel“ — posłyszał głos Purcla. „El“ — głupkowato wesoło powtórzyło echo, dolatując razem z zimnym podmuchem z prawej strony. Książę podniósł pistolet i bez drżenia zaczął go opuszczać na linji przeciwnika: minął głowę, szyję, mostek... Był dobrym w gruncie rzeczy chłopcem i w ostatniej chwili nie wiedział w co miał strzelać.
Atanazego ogarnął nagle przeraźliwy strach — ten rzadki, rozwolnieniowy, paskudny. Miał wrażenie, że krzyczy, choć cisza była wokół bez skazy. Przypomniała mu się bitwa i pierwsze pękające pociski i chęć ucieczki wtedy pod wieczór, po całym dniu kanonady. Tylko tam było to trochę inaczej — przewagę miały jakieś rzeczy wielkie — może pozornie wielkie, ale przecie... Przypomniał mu się wierszyk:

„Gość się męczy we wszechświecie
Nie napróżno — ale przecie...“

Tu, problem utraty czci postawiony był bardziej w czystej formie. „A co mnie obchodzą te wasze głupie honory! Ja chcę żyć!“ — krzyczało w nim bezgłośnie głupie, strachliwe bydle. Ujrzał oczy Zosi w oddali i ostatnim wysiłkiem woli wstrzymał już potencjonalnie uciekające ciało. Głowa stała jednak na miejscu, a przed oczami obniżała się lufa pistoletu księcia. „Uniknąłem tego na froncie — teraz masz babo placek“, pomyślał i uczuł się zgubionym.
— Raz — posłyszeli oboje. — Każdy w swoim zamkniętym na wieczność świecie. Huk straszliwy (moralnie) — naprawdę było to jakieś pyknięcie z dużej faji i Atanazy, który w ostatniej chwili obrócił się do księcia trochę frontem, uczuł jakby go kto bez bólu wyrżnął pałką w prawy obojczyk. Zakręcił się z lewa na prawo (w tem zakręceniu wystrzelił, raniąc Prepudrecha powierzchownie w miąższ mięśniowy lewego ramienia) i robiąc dziwnego pirueta padł na nawznak, głową ku przeciwnikowi. Zobaczył niebo — dalekie, bezkresne, jakby „nie to“ i uczuł coś gniotącego mu oddech, sam oddech, a nie jakąś część ciała. Chciał to wypluć, wyrzucić z siebie. Coś obcego było w nim, coś obcego działo się w nim i przygotowywało się jeszcze coś innego, gorszego. A więc to było to! Teraz może umrzeć i może wyżyć — a nuż! Zaczęła nim miotać: nadzieja i rozpacz, nadzieja i rozpacz — prędko, coraz prędzej. Nagle uczuł, że jakieś świństwo ciepłe o metalowym smaku wypełnia mu gardło — krztusił się. Zimny pot, strach, mdłość, czarno w oczach (jak dziwnie zniknął świat w wytrzeszczonych ślepiach) i nicość, skręcona w kabłąk, zganaszowana z przerażenia — ale czyjego? Stracił przytomność ze strachu raczej, niż z powodu rany. Ale w ostatniej chwili mignął mu gdzieś w czarnych zwałach narastającej, puchnącej nicości obraz Heli i poczuł, że ona zwyciężyła, że tym pojedynkiem związał się z nią nawet za grobem. A potem Zosia, ale już jedno stanowiąca z tą nicością i koniec.
Książę nie zauważywszy nawet swej rany rzucił się z pistoletem w ręku ku Atanazemu. Ujrzawszy białą twarz i krwawe usta niedoszłego przyjaciela, którego skrycie uwielbiał, Prepudrech padł na kolana i zaczął łkać.
(Doktór robił już swoje).
— Już nigdy…! Ja pana…! O, Boże…! Ja zawsze…! Obudź się! Mój kochany… — Gładził Atanazego po włosach i twarzy. Ledwo odciągnęli go: doktór i świadkowie. Wszyscy stracili humor zupełnie, mimo, że dzień był prześliczny.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Ignacy Witkiewicz.