Pisma krytyczne/Pani Ackermann

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anatole France
Tytuł Pisma krytyczne
Podtytuł Pani Ackermann
Data wydania 1904
Wydawnictwo Polskie Towarzystwo Nakładowe
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Ludwik Bruner
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
PANI ACKERMANN.


Miałem zaszczyt i przyjemność znać zmarłą niedawno p. Ackermann. Gdy podczas lata uciekała do Nizzy, widywałem ją w Paryżu w jej małym pokoju przy ulicy des Feuillantines, w pokoju pełnym cienia i bladego wielkich drzew odblasku. Z pozoru była to uboga staruszka. Skromna wełniana chusteczka okalała twarz i okrywała siwe włosy, jej ozdobę ostatnią, którą ceniła równie mało jak wszelkie inne. Cała postać jej, ubranie, wzięcie zdradzało zupełną pogardę i wyrzeczenie się rozkoszy światowych; od razu widać było, że ta niewiasta nigdy z naturą w zgodzie nie była. »Jakto? — zawołał Paweł Desjardins, gdy mu ją pewnego razu na ulicy pokazano, to jest p. Ackermann? Wygląda na kobietę wynajmującą krzesła po kościołach«.
I tak wyglądała rzeczywiście. Ale umiała myśleć śmiało i silnie, a duch jej zuchwały wyzwolił się z próżnych trwóg i lęków gnębiących ogół ludzki.
Ludwika Choquet wychowała się na wsi. Najmilszem zajęciem jej lat dziecinnych było przesiadywać w zacisznym ogrodzie i przyglądać się muszkom, mrówkom, stonogom. Jak wielu innym inteligentnym dzieciom, nauka czytania szła jej z trudnością, katechizm przerażał ją do szaleństwa. Gdy podrosła, pewien dobry kapłan usilnie starał się wytłómaczyć jej doktryny chrześciańskie; Ludwika wykładu słuchała z uwagą, a gdy wykład się skończył — na zawsze i zupełnie wierzyć przestała. Osierocona młodo, zamieszkała w Berlinie w domu uprzejmym i gościnnym, gdzie poznała Aleksandra Humboldta, Varnhagena, Jana Müllera, Boekh’a, uczonych, filozofów. Poglądy jej były już ustalone, umysł zasobny w wiedzę: już wówczas był w niej zaród owego głębokiego pessymizmu, który tak silnie miał później wybuchnąć.
Tam to pokochał ją cichy uczony, Ackermann, który układając słowniki marzył o szczęściu ludzkości. Zgodziła się poślubić go, upewniwszy się przedtem, iż podziela on jej zapatrywanie, że życie jest złe i że zbrodnią jest niem darzyć. Po dwóch latach spokojnego związku Ackermann zmarł, zatopiony w swych księgach, a jego wdowa usunęła się w zacisze dawnego klasztoru dominikanów w Nizzy. Kazała tam zbudować wieżę, z której roztaczał się przepiękny widok na zatokę błękitną i śnieżne szczyty gór Piemonckich; tam to po 44 latach samotności umarła.
Równie systematycznie, jak czynił to niegdyś stary Rollin w willi swej w Saint-Etienne-du Mont, schodziła i ona każdego ranka do ogrodu, by przyjrzeć się jak noc spędziły ulubione jej drzewka owocowe i kwiaty. — Od czasu do czasu zaś, w ciszy swych dni jednostajnych pisała te rozpaczliwe wiersze, które ją przeżyją. — Niepodobna wystawić sobie spokojniejszego trybu życia; ta kobieta o duszy zuchwałej, wiodła tryb najregularniejszy. »Mogę być, mówiła, bardzo śmiała w swych pomysłach filozoficznych — w postępowaniu byłam zawsze ostrożna. Zresztą rzecz to naturalna. Czyny nieostrożne popełniamy wyłącznie z namiętności, a ja znałam jedynie namiętności umysłu. Jedynem jej szczęściem na świecie, jedyną też uciechą zmysłową było śledzić za kwitnieniem drzew migdałowych, i z p. Ernestem Havet rozmawiać o Pascalu. Bez pomocy wiary pełniła też same cnoty, któremi słyną święte matrony i niepocieszone wdowy wychwalane przez Kościół. Wstydliwość jej przechodziła wszelkie granice.
Sama myśl o jakiejś zmysłowej słabostce zgrozą ją przejmowała, z odrazą unikała osób, które posądzała o zbytnie przywiązanie do spraw ciała. Gdy o kobiecie jakiej wyrzekła »jest impulsywna«, była to stanowcza odprawa. Pod tym względem przesadna była jej surowość; z przyjaciółką lat dziecinnych poróżniła się dlatego tylko, że pani ta, wtedy już sześćdziesięcioletnia staruszka, siedząc przy kominku, sąsiadowi swemu, również bardzo już wiekowemu, podała pogrzebacz w sposób zbyt zmysłowy. Byłem obecny, gdy się to zdarzyło; pamiętam, że rozmawiano o Kancie i o nakazie kategorycznym.
Co do mnie nie zauważyłem nic zdrożnego w postępowaniu obojga staruszków, niemniej p. Ackermann z panią tą zerwała bezpowrotnie. Orzekła że jest »instynktywna«, — i przy tem zdaniu pozostała.
W przyjaźni swej p. Ackermann była prosta i naturalna. Gdy gościła w Paryżu, była zawsze otoczona wybranem gronem przyjaciół, stanowiących dla niej duchową rodzinę. Jak wszystkie piękne dusze kochała młodzież. Dr. Pozzi i Józef Reinach nie zapomną z pewnością, że nazwała ich swemi dziećmi. Ilekroć który z jej młodych przyjaciół żenił się, była w rozpaczy. Podług niej, choć niegdyś sama wyszła była za mąż — z zastrzeżeniami wprawdzie —, małżeństwo było złem najgorszem, w niewinności swej gorszego nawet nie umiała pomyśleć.
Była filozofką, a naiwność filozofów jest bezgraniczna. W jej przekonaniu człowiek żonaty był człowiekiem zgubionym. Pomyśleć tylko! Kobiety, nawet najuczciwsze są tak »impulsywne«. Drżała na samą tę myśl. Kto jej nie znał, nigdy się nie dowie, co to jest purytańska ateistka. A jednak jak dziwne są sprzeczności dusz, jak niepojęte głębie uczuć: jestem prawie pewien, że p. Ackermann, mimo swej woli i wiedzy miała pewne upodobanie do hultajów. Jakbądż, przynajmniej w poezyi — przepadała za Mussetem. A wreszcie ta nieprzejednana przeciwniczka miłości w małym kajeciku, w którym spisywała tajemnice swej duszy, skreśliła raz następujące zdanie: »Daremnie oskarżamy i złorzeczymy miłości! Siły i zapału w niej jedynie szukać trzeba«. Jak wszyscy samotnicy, była sobą bardzo zajęta, znała tylko swoje utwory i recytowała je często. Miała zawsze przy sobie rękopis małej autobiografii, którą wszystkim czytała i którą w końcu wydrukować dała. Najpiękniejsze jej poezye umieszczone w «Revue moderne« przeszły niepostrzeżone. Artykuł p. Caro zwrócił na nie uwagę; odtąd miała p. Ackermann grono gorących wielbicieli.
Należałem do nich, nie zachwycając się jednak więcej od innych. Poezya jej raczej mnie zadziwiała, niż czarowała, a nie umiałem chwalić więcej, niżem odczuwał.
Była na to wrażliwa, a że miała serce szczere i szła prosto do celu, zapytała mię wręcz: Czego to, zdaniem Pańskiem brak w mych wierszach? Dlaczego Pan ich nie lubi?
Przyznałem że mimo ich piękności, przeraża mnie trochę ich chłodna sztywność. Usprawiedliwiałem się, przypisując to wrażenie wrodzonej lekkości mego umysłu.
»Jak dzieci — rzekłem — lubię obrazki, a pani nimi gardzisz, zapewne też umyślnie nie dajesz ich w poezyi«. — Stała przez chwilę zdumiona i z najwyższem zadziwieniem odrzekła:
— Nie rzucam obrazów! co pan mówi, — brak mi obrazowości? Piszę przecież o »łodzi przewodniej« — Łódź czyż to nie obraz? i czyż to nie starczy za wszystko? »Łódź« na wzburzonych falach morskich, »łódź« na cichej powierzchni jeziora? Czegoż pan chce więcej?
Istotnie, dobra p. Ackermann nie żałowała »łodzi«. Nie skąpiła też »skał i wirów, dolin, gaików, orłów i gołąbków, łona chmur, łona lasów, i łona przyrody«. Język jej poetycki pełen był tych staroświeckich słówek z jej lat dziecinnych.
A jednak wiersze te, o formie przestarzałej, o barwach zblakłych, silnie wraziły się w umysły wybrane; poezya ta znalazła oddźwięk w duszach myślących; ta muza niestrojna i niepiękna nawet stała się ulubioną towarzyszką myślicieli i uczonych. Dlaczego? — Oto p. Ackermann wniosła do poezyi pierwiastki tak w tej dziedzinie rzadkie, że zdawały się jej tylko wyłączną własnością: szczerość i silne przekonania. Kobieta ta w samotni swej, dała nam swój bezwzględnie szczery pogląd na świat i życie. Pod tym względem tylko Sully-Prudhomme równać się z nią może; z mniej rozległym widnokręgiem myśli, lecz z większą mocą była ona tak jak on, prawdziwym poetą filozofem. Miała namiętność myśli, i w tem jest jej wielkość. Czy gdy ukazuje nam zmarłych, jak nieposłuszni na głos anioła wzywającego do zmartwychwstania, odrzucają szczęśliwość wieczną dla tego, że daje ją twórca złego; czy gdy zwracając się do Boga woła: »Wziąłeś mi tego, którego kochałam, jakżeż go poznam wśród Twych zbawionych? zachowaj go — wolę nie widzieć go nigdy«; czy gdy mówi: »przyrodo próżno wśród niezliczonych tworów gonisz za niedościgłym swym ideałem, zrodzisz tylko zawsze zło i śmierć« — we wszystkiem tam dźwięczy nuta głębokich, namiętnych rozmyślań. Jest ona na wskróś poetką przez wyrozumowaną śmiałość swych bluźnierstw; znikają nam z oczu wszystkie nieudolnie retoryczne zwroty; już odczuwamy jedynie wspaniałą, silną, w swej nagości potężną myśl.
Zachwyceni, wzruszeni, szepczemy słowa poety Alfreda de Vigny: »Kto walczył przeciw niesprawiedliwości niebios ma za sobą uwielbienie i tajemną miłość ludzi«.
Wspomnijmy chociażby skargę chóru »Nieszczęśliwych«, gardzących zmartwychwstaniem i szczęśliwością wieczną, lecz spóźnioną:

Nam przyszła młodość z rękami pustemi,
Nie miała szczęścia dla nas, ni uśmiechów.
Słowa miłości nam na wargach spiekłych
Wyschły jak woda, znikoma, wiosenna.
Na naszych ścieżkach nie zakwitły kwiaty.
Każda podpora, co na pustej drodze
Nam się zjawiła serdeczna, padała
Złamana, gdyśmy jej tknęli. Jak trzcina
Gięła się wszelka naszych serc otucha.
Jakaś zaciekła, niewidzialna ręka

Do przeznaczonej pchała nas otchłani;
Jak kat co swego pilnuje skazańca
Nieubłagana przy nas szła niedola.
Gdzie było czucie w nas — krwawiła rana,
Przypadek ślepy — widział, gdzie nas razić.

Może nam gody niebieskie sądzone,
Bo nie nam piekła trwożyć się napróżno.
I grzech nasz przecież katusz nie zasłużył:
Jeśliśmy grzeszni — cierpieliśmy dosyć!
Lecz odrzucamy nawet tę nadzieję:
Wnijść w Twe królestwo, widzieć Twą wspaniałość —
Nagrody Twoje odpychamy Panie,
I cierpień naszych zapłaty nie chcemy!

I dziwna tylko, że tak spokojne i ciche istnienie wydało takie dzieła rozpaczne. W swojej czystej, zimnej, dominikańskiej celi samotnica z Nizzy, jak święta religii ateizmu, zawodziła nad nędzami, których nie doświadczała, nad bólami całej ludzkości. Cicho śniła swój sen o życiu, wiedząc że jest snem tylko.
A byłoby lepiej wierzyć w rzeczywistość istnienia i w dobroć boską; bo nawet gdyby wiara ta była tylko złudzeniem, to złudzenia tego i śmierć nie rozwieje. Cokolwiek nas czeka, ci którzy wierzą w nieśmiertelność nie lękają się rozczarowania po śmierci. Jeśli, jak to jest niesłychanie prawdopodobne, wierzyli napróżno, jeśli nawet są zawiedzeni — wiedzieć tego nie będą nigdy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jacques Anatole Thibault i tłumacza: Ludwik Bruner.